Book: Ziemia obiecana



Ziemia obiecana


Władysław Stanisław Reymont Ziemia obiecana

Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, jest dostępna on-line na stronie wolnelektury.pl.

Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Nowoczesna Polska.


Ziemia obiecana


Zie­mia obie­ca­na, tom I



I

Łódź się bu­dzi­ła.

Pierw­szy wrza­skli­wy świst fa­brycz­ny roz­darł ci­szę wcze­sne­go po­ran­ku, a za nim we wszyst­kich stro­nach mia­sta za­czę­ty się zry­wać co­raz zgieł­kli­wiej in­ne i dar­ły się chra­pli­wy­mi, nie­sfor­ny­mi gło­sa­mi, ni­by chór po­twor­nych ko­gu­tów pie­ją­cych me­ta­lo­wy­mi gar­dzie­la­mi ha­sło do pra­cy.

Ol­brzy­mie fa­bry­ki, któ­rych dłu­gie, czar­ne ciel­ska i wy­smu­kłe szy­je — ko­mi­ny, ma­ja­czy­ły w no­cy, w mgle i w desz­czu — bu­dzi­ły się z wol­na, bu­cha­ły pło­mie­nia­mi ognisk, od­dy­cha­ły kłę­ba­mi dy­mów, za­czy­na­ły żyć i po­ru­szać się w ciem­no­ściach, ja­kie jesz­cze za­le­ga­ły zie­mię.

Deszcz drob­ny, mar­co­wy deszcz po­mie­sza­ny ze śnie­giem pa­dał wciąż i roz­włó­czył nad Ło­dzią cięż­ki, lep­ki tu­man1; bęb­nił w bla­sza­ne da­chy i spły­wał z nich pro­sto na tro­tu­ary, na uli­ce czar­ne i peł­ne grzą­skie­go bło­ta, na na­gie drze­wa przy­tu­lo­ne do dłu­gich mu­rów, drżą­ce ze zim­na, tar­ga­ne wia­trem, co zry­wał się gdzieś z pól prze­mię­kłych i prze­wa­lał się cięż­ko błot­ni­sty­mi uli­ca­mi mia­sta, wstrzą­sał par­ka­na­mi, pró­bo­wał da­chów i opa­dał w bło­to i szu­miał mię­dzy ga­łę­zia­mi drzew i bił ni­mi w szy­by ni­skie­go, par­te­ro­we­go do­mu, w któ­rym na­gle za­bły­sło świa­tło.

Bo­ro­wiec­ki się obu­dził, za­pa­lił świe­cę i rów­no­cze­śnie bu­dzik za­czął dzwo­nić gwał­tow­nie, wska­zu­jąc pią­tą.

— Ma­te­usz, her­ba­ta! — krzyk­nął do wcho­dzą­ce­go lo­ka­ja.

— Wszyst­ko go­to­we.

— Pa­no­wie śpią jesz­cze?

— Za­raz bę­dę bu­dził, je­śli pan dy­rek­tor ka­że, bo pan Mo­ryc mó­wił wie­czo­rem, że chce dzi­siaj spać dłu­żej.

— Idź obudź.

— Klu­cze już bra­li?

— Sam Schwarc wstę­po­wał.

— Te­le­fo­no­wał kto w no­cy?

— Kun­ke był na dy­żu­rze, ale od­cho­dząc nic mi nie mó­wił.

— Co sły­chać na mie­ście? — py­tał pręd­ko, prę­dzej jesz­cze się ubie­ra­jąc.

— A nic, ino zaś na Ga­je­row­skim ryn­ku za­źga­li ro­bot­ni­ka.

— Do­syć, ru­szaj.

— Ale, spa­li­ła się też fa­bry­ka Gold­ber­ga, na Ce­giel­nia­nej. Na­sza straż jeź­dzi­ła, ale wszyst­ko do­brze po­szło, osta­ły tyl­ko mu­ry. Z su­szar­ni po­szedł ogień.

— Cóż wię­cej?

— A nic, wszyst­ko po­szło fe­in2, na glanc3 — za­śmiał się re­cho­czą­co.

— Na­le­waj her­ba­tę, ja sam obu­dzę pa­na Mo­ry­ca.

Ubrał się i po­szedł do są­sied­nich po­ko­jów, prze­cho­dząc przez sto­ło­wy, w któ­rym wi­szą­ca u su­fi­lu lam­pa roz­rzu­ca­ła ostre, bia­łe świa­tło na stół okrą­gły, na­kry­ty ob­ru­sem i za­sta­wio­ny fi­li­żan­ka­mi i na sa­mo­war błysz­czą­cy.

— Maks, pią­ta go­dzi­na, wsta­waj! — za­wo­łał, otwie­ra­jąc drzwi do ciem­ne­go po­ko­ju, z któ­re­go buch­nę­ło dusz­ne, prze­sy­co­ne za­pa­chem fioł­ków po­wie­trze.

Maks się nie ode­zwał, tyl­ko łóż­ko za­czę­ło trzesz­czeć i skrzy­pieć.

— Mo­ryc! — za­wo­łał do dru­gie­go po­ko­ju.

— Nie śpię. Nie spa­łem ca­łą noc.

— Dla­cze­go?

— My­śla­łem o tym na­szym in­te­re­sie, tro­chę so­bie ob­li­cza­łem i tak ze­szło.

— Wiesz, Gold­berg się spa­lił dzi­siaj w no­cy i to zu­peł­nie na glanc, jak Ma­te­usz mó­wi...

— Dla mnie to nie no­wi­na — od­po­wie­dział, zie­wa­jąc.

— Skąd wie­dzia­łeś?

— Ja mie­siąc te­mu wie­dzia­łem, że on się po­trze­bu­je spa­lić. Dzi­wi­łem się na­wet, że tak dłu­go zwle­ka, prze­cież pro­cen­tów mu nie da­dzą od ase­ku­ra­cji4.

— Miał du­żo to­wa­ru?

— Miał du­żo za­ase­ku­ro­wa­ne...

— Bi­lans so­bie wy­rów­nał.

Ro­ze­śmia­li się obaj szcze­rze.

Bo­ro­wiec­ki wró­cił do sto­ło­we­go i pił her­ba­tę, a Mo­ryc, jak zwy­kle, szu­kał po ca­łym po­ko­ju róż­nych czę­ści gar­de­ro­by i wy­my­ślał Ma­te­uszo­wi.

— Ja to­bie zbi­ję ład­ny ka­wa­łek py­ska, ja ci z nie­go czer­wo­ny bar­chan5 zro­bię, jak mi nie bę­dziesz skła­dał wszyst­kie­go po­rząd­nie.

— Mor­gen6! — krzyk­nął prze­bu­dzo­ny wresz­cie Maks.

— Nie wsta­jesz? Już po pią­tej.

Od­po­wiedź za­głu­szy­ły świ­staw­ki, któ­re się roz­le­gły jak­by tuż nad do­mem i ry­cza­ły przez kil­ka­na­ście se­kund z ta­ką si­łą, aż szy­by brzę­cza­ły w oknach.

Mo­ryc, w bie­liź­nie tyl­ko, z pal­tem na ra­mio­nach, usiadł przed pie­cem, w któ­rym we­so­ło trza­ska­ły szcza­py smol­ne.

— Nie wy­cho­dzisz?

— Nie. Mia­łem je­chać do To­ma­szo­wa, bo We­is pi­sał do mnie, aby mu spro­wa­dzić no­we grę­ple7, ale te­raz nie po­ja­dę. Zim­no mi i nie chce mi się.

— Maks, tak­że zo­sta­jesz w do­mu?

— Gdzie się bę­dę spie­szył? Do tej par­szy­wej bu­dy? A zresz­tą wczo­raj się z fa­trem8 po­żar­łem.

— Maks, ty źle skoń­czysz przez to żar­cie się cią­głe ze wszyst­ki­mi! — mruk­nął nie­chęt­nie i su­ro­wo Mo­ryc, roz­grze­bu­jąc po­grze­ba­czem ogień.

— Co cię to ob­cho­dzi! — krzyk­nął głos z dru­gie­go po­ko­ju.

Łóż­ko za­trzesz­cza­ło gwał­tow­nie i w drzwiach uka­za­ła się wiel­ka fi­gu­ra Mak­sa, w bie­liź­nie tyl­ko i w pan­to­flach.

— A wła­śnie, że mnie to bar­dzo ob­cho­dzi.

— Daj mi spo­kój, nie iry­tuj mnie. Ka­rol mnie obu­dził dia­bli wie­dzą po co, a ten zno­wu py­sko­wać za­czy­na.

Ga­dał gło­śno, ni­skim, sil­nie brzmią­cym gło­sem.

Cof­nął się do swo­je­go po­ko­ju i po chwi­li wy­niósł ca­łą gar­de­ro­bę, rzu­cił ją na dy­wan i z wol­na się ubie­rał.

— Ty nam psu­jesz in­te­res tym swo­im żar­ciem — za­czął zno­wu Mo­ryc, wci­ska­jąc zło­te bi­no­kle na swój su­chy, se­mic­ki nos, bo mu się cią­gle zsu­wa­ły.

— Gdzie? co? jak?

— Wszę­dzie. Wczo­raj u Blu­men­ta­lów po­wie­dzia­łeś gło­śno, że więk­szość na­szych fa­bry­kan­tów to pro­ści zło­dzie­je i oszu­ści.

— Po­wie­dzia­łem, a jak­że i za­wsze to bę­dę mó­wił.

Ja­kiś nie­chęt­ny, po­gar­dli­wy uśmiech prze­le­ciał mu po twa­rzy, gdy pa­trzył na Mo­ry­ca.

— Ty, Maks Baum, mó­wić te­go nie bę­dziesz, mó­wić ci te­go nie wol­no, to ja ci po­wia­dam.

— Dla­cze­go — za­py­tał ci­cho i oparł się o stół.

— Ja ci po­wiem, je­śli te­go nie ro­zu­miesz. Przede wszyst­kim, co ci do te­go? Co cię to ob­cho­dzi, czy oni są zło­dzie­je, czy po­rząd­ni lu­dzie? My wszy­scy ra­zem je­ste­śmy tu po to w Ło­dzi, że­by zro­bić ge­szeft9, że­by za­ro­bić do­brze. Nikt z nas tu­taj wie­ko­wać nie bę­dzie. A każ­dy ro­bi pie­nią­dze, jak mo­że i jak umie. Ty je­steś czer­wo­ny, ty je­steś ra­dy­kał pons nr 410.

— Ja je­stem uczci­wy czło­wiek — burk­nął tam­ten, na­le­wa­jąc so­bie her­ba­tę.

Bo­ro­wiec­ki, opar­ty o stół łok­cia­mi, uto­pił twarz w dło­niach i słu­chał.

Mo­ryc na od­po­wiedź usły­sza­ną od­wró­cił się gwał­tow­nie, aż bi­no­kle mu spa­dły i ude­rzy­ły w po­ręcz krze­sła, po­pa­trzył się na Mak­sa z uśmie­chem gry­zą­cej iro­nii na wą­skich ustach, po­gła­dził cien­ki­mi pal­ca­mi, na któ­rych skrzy­ły się bry­lan­to­we pier­ścion­ki, rzad­ką, czar­ną jak smo­ła bro­dę i szep­nął drwią­co:

— Nie ga­daj Maks głupstw. Tu cho­dzi o pie­nią­dze. Tu cho­dzi, że­byś nie wy­jeż­dżał z ty­mi oskar­że­nia­mi pu­blicz­nie, bo to na­sze­mu kre­dy­to­wi mo­że za­szko­dzić. My ma­my za­ło­żyć fa­bry­kę we trzech, my nic nie ma­my, to my po­trze­bu­je­my mieć kre­dyt i za­ufa­nie u tych, co go nam da­dzą. My te­raz po­trze­bu­je­my być po­rząd­ni lu­dzie, gład­cy, mi­li, do­brzy. Jak ci Bor­man po­wie: „Pod­ła Łódź”, to mu po­wiedz, że jest czte­ry ra­zy pod­łą — je­mu trze­ba przy­ta­ki­wać, bo to gru­ba fisz11. A coś ty o nim po­wie­dział do Knol­la? Że jest głu­pi cham. Czło­wie­ku, on nie jest głu­pi, bo on ze swo­jej mó­zgow­ni­cy wy­cią­gnął mi­lio­ny, on te mi­lio­ny ma, a my je tak­że chce­my mieć. Bę­dzie­my mó­wić o nich wte­dy, jak bę­dzie­my mie­li pie­nią­dze, a te­raz trze­ba sie­dzieć ci­cho, oni są nam po­trzeb­ni; no, niech Ka­rol po­wie, czy ja nie mam ra­cji — mnie idzie prze­cież o przy­szłość nas trzech.

— Mo­ryc ma zu­peł­ną pra­wie słusz­ność — po­wie­dział twar­do Bo­ro­wiec­ki, pod­no­sząc zim­ne, sza­re oczy na wzbu­rzo­ne­go Mak­sa.

— Ja wiem, że wy ma­cie ra­cję, łódz­ką ra­cję, ale nie za­po­mi­naj­cie, że je­stem uczci­wy czło­wiek.

— Fra­zes, sta­ry, wy­tar­ty fra­zes!

— Mo­ryc, ty je­steś pod­ły ży­dziak! — wy­krzyk­nął gwał­tow­nie Baum.

— A ty je­steś głu­pi, syn­ty­men­tal­ny12 Nie­miec.

— Kłó­ci­cie się o wy­ra­zy — ozwał się chłod­no Bo­ro­wiec­ki i za­czął wdzie­wać pal­to. — Ża­łu­ję, że nie mo­gę zo­stać z wa­mi, ale pusz­czam w ruch no­wą dru­kar­nię.

— Na­sza wczo­raj­sza roz­mo­wa na czym sta­nę­ła? — za­py­tał spo­koj­nie już Baum.

— Za­kła­da­my fa­bry­kę.

— Tak, ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic — za­śmiał się gło­śno.

— To ra­zem wła­śnie ma­my ty­le, w sam raz ty­le, że­by za­ło­żyć wiel­ką fa­bry­kę. Cóż stra­ci­my? Za­ro­bić za­wsze moż­na — do­rzu­cił po chwi­li. — Zresz­tą, al­bo ro­bi­my in­te­res, al­bo in­te­re­su nie ro­bi­my. Po­wiedz­cie raz jesz­cze.

— Ro­bi­my, ro­bi­my! — po­wtó­rzy­li obaj.

— Co to, Gold­berg się spa­lił? — za­py­tał Baum.

— Tak, zro­bił so­bie bi­lans. Mą­dry chłop, zro­bi mi­lio­ny.

— Al­bo skoń­czy w kry­mi­na­le.

— Głu­pie sło­wo! — żach­nął się nie­cier­pli­wie Mo­ryc. — Ty so­bie ta­kie rze­czy ga­daj w Ber­li­nie, w Pa­ry­żu, w War­sza­wie, ale w Ło­dzi nie ga­daj. To nie­przy­jem­ne sło­wa, nam oszczędź ich.

Maks się nie ode­zwał.

Świ­staw­ki zno­wu za­czę­ły pod­no­sić swo­je prze­ni­kli­we, de­ner­wu­ją­ce gło­sy i śpie­wa­ły co­raz po­tęż­niej hej­nał po­ran­ny.

— No, mu­szę już iść. Do wi­dze­nia, spól­ni­cy, nie kłóć­cie się, idź­cie spać i śnij­cie o tych mi­lio­nach, ja­kie zro­bi­my.

— Zro­bi­my!

— Zro­bi­my! — po­wie­dzie­li ra­zem.

Uści­snę­li so­bie moc­no, po przy­ja­ciel­sku dło­nie.

— Za­pi­sać trze­ba dzi­siej­szą da­tę; bę­dzie ona dla nas bar­dzo pa­mięt­ną.

— Do­daj tam, Mak­sie, ta­ki na­wias, kto z nas naj­pierw ze­chce okpić dru­gich.

— Ty, Bo­ro­wiec­ki, je­steś szlach­cic, masz na bi­le­tach wi­zy­to­wych herb, kła­dłeś na­wet na pro­ku­rze13 swo­je von, a je­steś naj­więk­szym z nas wszyst­kich Lo­dzer­men­schem — szep­nął Mo­ryc.

— A ty nim nie je­steś?

— Ja przede wszyst­kim mó­wić o tym nie po­trze­bu­ję, bo ja po­trze­bu­ję zro­bić pie­nią­dze. Wy i Niem­cy to do­bre na­ro­dy, ale do ga­da­nia.

Bo­ro­wiec­ki pod­niósł koł­nierz, po­za­pi­nał się sta­ran­nie i wy­szedł.

Deszcz mżył bez­u­stan­nie i za­ci­nał sko­śnie, aż do pół okien ma­łych dom­ków, co w tym koń­cu Piotr­kow­skiej uli­cy sta­ły gę­sto przy so­bie, gdzie­nie­gdzie tyl­ko jak­by ro­ze­pchnię­te ol­brzy­mem fa­brycz­nym lub wspa­nia­łym pa­ła­cem fa­bry­kan­ta.

Sze­re­gi ni­skich lip na tro­tu­arze gię­ły się au­to­ma­tycz­nie pod ude­rze­niem wia­tru, któ­ry hu­lał po błot­ni­stej, pra­wie czar­nej uli­cy, bo rzad­kie la­tar­nie roz­sie­wa­ły tyl­ko ko­ła nie­wiel­kie żół­te­go świa­tła, w któ­rym błysz­cza­ło czar­ne, lep­kie bło­to na uli­cy i mi­ga­ły set­ki lu­dzi, w ci­szy wiel­kiej a z po­spie­chem sza­lo­nym bie­gną­cych na głos tych świ­sta­wek, co te­raz co­raz rza­dziej od­zy­wa­ły się do­ko­ła.

— Zro­bi­my? — po­wtó­rzył Bo­ro­wiec­ki, przy­sta­jąc i to­piąc spoj­rze­nie w tym cha­osie ko­mi­nów, ma­ja­czą­cych w ciem­no­ści; w tej ma­sie czar­nej, nie­ru­cho­mej, dzi­kiej ja­kimś ka­mien­nym spo­ko­jem, fa­bryk, co sta­ły wszę­dzie i ze wszyst­kich stron zda­ły się wy­ra­stać przed nim czer­wo­ny­mi, po­tęż­ny­mi mu­ra­mi.

— Mor­gen! — rzu­cił ktoś sto­ją­ce­mu, bie­gnąc da­lej.

— Mor­gen... — szep­nął i po­szedł wol­niej.

Gry­zły go wąt­pli­wo­ści, ty­sią­ce my­śli, cyfr, przy­pusz­czeń i kom­bi­na­cji prze­wi­ja­ło mu się pod czasz­ką, za­po­mi­nał pra­wie, gdzie jest i do­kąd idzie.

Ty­sią­ce ro­bot­ni­ków, ni­by ci­che, czar­ne ro­je, wy­peł­zło na­gle z bocz­nych uli­czek, któ­re wy­glą­da­ły jak ka­na­ły peł­ne bło­ta, z tych do­mów, co sta­ły na krań­cach mia­sta ni­by wiel­kie śmiet­ni­ska — na­peł­ni­ło Piotr­kow­ską szme­rem kro­ków, brzę­kiem bla­sza­nek błysz­czą­cych w świe­tle la­tarń, stu­kiem su­chym drew­nia­nych po­de­szew tre­pów i gwa­rem ja­kimś sen­nym oraz chlu­po­tem bło­ta pod no­ga­mi.

Za­le­wa­li ca­łą uli­cę, szli ze wszyst­kich stron, za­peł­nia­li tro­tu­ary, czła­pa­li się środ­kiem uli­cy, peł­nej czar­nych ka­łuż wo­dy i bło­ta. Jed­ni usta­wia­li się bez­ład­ny­mi ku­pa­mi przed bra­ma­mi fa­bryk, dru­dzy, usze­re­go­wa­ni w dłu­gie­go wę­ża, zni­ka­li w bra­mach, jak­by po­ły­ka­ni z wol­na przez bu­cha­ją­ce świa­tłem wnę­trza.

W ciem­nych głę­biach za­czę­ły bu­chać świa­tła. Czar­ne, mil­czą­ce czwo­ro­bo­ki fa­bryk bły­ska­ły na­gle set­ka­mi pło­mien­nych okien i ni­by ogni­sty­mi śle­pia­mi świe­ci­ły. Elek­trycz­ne słoń­ca na­gle za­wi­sa­ły w cie­niach i skrzy­ły się w próż­ni.

Bia­łe dy­my za­czę­ły bić z ko­mi­nów i roz­włó­czyć się po­mię­dzy tym po­tęż­nym ka­mien­nym la­sem, co ty­sią­ca­mi ko­lumn zda­wał się pod­pie­rać i jak­by chwiał się w drga­niach świa­tła elek­trycz­ne­go.

Uli­ce opu­sto­sza­ły, ga­szo­no la­tar­nie, ostat­nie świ­staw­ki prze­brzmia­ły, ci­sza peł­na chlu­po­tu desz­czu, co­raz cich­szych po­świ­sty­wań wia­tru, roz­włó­czy­ła się po uli­cy.

Otwie­ra­no szyn­ki i pie­kar­nie, a gdzie­nie­gdzie, w ja­kimś okien­ku na pod­da­szu lub w su­te­ry­nach, do któ­rych są­czy­ło się ulicz­ne bło­to, bły­ska­ły świa­tła.

Tyl­ko w set­kach fa­bryk wrza­ło ży­cie wy­si­lo­ne, go­rącz­ko­we; głu­chy ło­skot ma­szyn drżał w po­wie­trzu mgli­stym i obi­jał się o uszy Bo­ro­wiec­kie­go, któ­ry wciąż spa­ce­ro­wał po uli­cy i pa­trzył w okna fa­bryk, za któ­ry­mi ry­so­wa­ły się czar­ne syl­wet­ki ro­bot­ni­ków lub ol­brzy­mie kon­tu­ry ma­szyn.

Nie chcia­ło mu się iść do ro­bo­ty. By­ło mu do­brze tak cho­dzić i my­śleć o tej przy­szłej fa­bry­ce, urzą­dzać ją, pusz­czać w ruch, pil­no­wać. Tak się za­ta­piał w tym roz­ma­rze­niu, że chwi­la­mi naj­wy­raź­niej sły­szał oko­ło sie­bie i czuł tę przy­szłą fa­bry­kę. Wi­dział sto­sy ma­te­ria­łów, wi­dział kan­tor, ku­pu­ją­cych, sza­lo­ny ruch, ja­ki pa­no­wał. Czuł ja­kąś wiel­ką fa­lę bo­gactw pły­ną­cą mu pod sto­py.

Uśmie­chał się bez­wied­nie, oczy mu wil­got­ny­mi bla­ska­mi świe­ci­ły, na bla­dą, pięk­ną twarz wy­stę­po­wa­ły ru­mień­ce głę­bo­kiej ra­do­ści. Po­gła­dził ner­wo­wo bro­dę mo­krą od desz­czu i oprzy­tom­niał.

— Co za głup­stwo — szep­nął nie­chęt­nie i obej­rzał się do­ko­ła, jak­by z oba­wy, czy kto nie wi­dział tej chwi­lo­wej sła­bo­ści.

Nie by­ło ni­ko­go, ale już sza­rza­ło, ze sła­be­go, prze­mglo­ne­go świ­tu za­czy­na­ły po­wo­li wy­chy­lać się kon­tu­ry drzew, fa­bryk i do­mów.

Piotr­kow­ską za­czy­na­ły cią­gnąć od ro­ga­tek sznu­ry chłop­skich wo­zów, od mia­sta tur­ko­ta­ły po wy­bo­jach ol­brzy­mie wo­zy to­wa­ro­we ła­do­wa­ne wę­glem i plat­for­my na­ła­do­wa­ne przę­dzą, ba­weł­ną w be­lach, su­ro­wym to­wa­rem lub becz­ka­mi, a po­mię­dzy ni­mi prze­my­ka­ły po­spiesz­nie ma­łe brycz­ki lub po­wo­zi­ki fa­bry­kan­tów spie­szą­cych do za­jęć, lub tłu­kła się z ha­ła­sem do­roż­ka wio­zą­ca za­póź­nio­ne­go ofi­cja­li­stę14.

Bo­ro­wiec­ki przy koń­cu Piotr­kow­skiej skrę­cił na le­wo, w ma­łą, nie­bru­ko­wa­ną ulicz­kę, oświe­tlo­ną kil­ko­ma la­tar­nia­mi na sznu­rach i ol­brzy­mią fa­bry­ką, któ­ra już szła15. Dłu­gi czte­ro­pię­tro­wy bu­dy­nek świe­cił wszyst­ki­mi okna­mi.

Prze­brał się szyb­ko w za­far­bo­wa­ną, brud­ną blu­zę i po­biegł do swo­je­go od­dzia­łu.



II

— Mur­ray dzień do­bry! — krzyk­nął Bo­ro­wiec­ki.

Mur­ray okrę­co­ny w dłu­gi, nie­bie­ski far­tuch, wy­su­nął się spo­za rzę­dów ru­cho­mych ko­tłów, w któ­rych się go­to­wa­ły i ro­bi­ły far­by. W mdłym świe­tle elek­trycz­nym, prze­sy­co­nym ko­lo­ro­wy­mi pa­ra­mi, je­go dłu­ga, ko­ści­sta twarz sta­ran­nie wy­go­lo­na i świe­cą­ca bla­do-nie­bie­ski­mi, jak­by wy­peł­zły­mi16 ocza­mi, ro­bi­ła wra­że­nie ka­ry­ka­tu­ry z Pun­cha17.

— A, Bo­ro­wiec­ki! Chcia­łem wi­dzieć pa­na, by­łem u was wie­czo­rem, za­sta­łem Mo­ry­ca, ale że ja go nie cier­pię, nie cze­ka­łem.

— Do­bry chło­pak.

— Co mi do je­go do­bro­ci! Nie cier­pię je­go ra­sy.

— Dru­ku­ją już pięć­dzie­sią­ty siód­my nu­mer?

— Dru­ku­ją. Wy­da­łem far­bę.

— Trzy­ma się?

— Pierw­sze me­try nie­co la­ko­wa­ła. Przy­sła­li z cen­tra­li za­mó­wie­nie na pięć­set sztuk tej pań­skiej la­my18.

— Aha, dwu­dzie­sty czwar­ty nu­mer, se­le­dy­no­wa.

— I z fi­lii Bech te­le­fo­no­wał o to sa­mo. Czy bę­dzie­my ro­bić?

— Dzi­siaj już nie. Ma­my boj­ki pil­ne, ma­my jesz­cze pil­niej­sze do dru­ko­wa­nia te let­nie kor­ty19.

— Te­le­fo­no­wa­li o bar­chan nu­mer siód­my.

— W apre­tu­rze20. — Mu­szę tam za­raz iść.

— Chcia­łem pa­nu coś po­wie­dzieć...

— Słu­cham, słu­cham! — szep­nął grzecz­nie, ale z pew­ną nie­chę­cią.

Mur­ray ujął go pod rę­kę i od­pro­wa­dził w kąt za wiel­kie becz­ki, z któ­rych co chwi­la czer­pa­no far­by.

Kuch­nia, bo tak na­zy­wa­no tę sa­lę, to­nę­ła w zmro­ku. Pod oka­pa­mi wi­szą­cy­mi ni­sko, ni­by pod sta­lo­wy­mi pa­ra­so­la­mi krę­ci­ły się wol­no, au­to­ma­tycz­nie, sze­ro­kie mie­dzia­ne mie­sza­dła, prze­gar­nia­ją­ce far­by w wiel­kich ko­tłach, błysz­czą­cych mie­dzią po­le­ro­wa­ną.

Bu­dy­nek ca­ły drżał od ru­chu ma­szyn.

Dłu­gie trans­mi­sje, ni­by wę­że bla­do-żół­te, nie­skoń­czo­nej dłu­go­ści, go­ni­ły się z sza­lo­ną szyb­ko­ścią pod su­fi­tem, prze­wi­ja­ły się nad po­dwój­nym sze­re­giem ko­tłów, peł­za­ły wzdłuż ścian, krzy­żo­wa­ły się wy­so­ko, le­d­wie doj­rza­ne w ob­ło­ku gry­zą­cych ko­lo­ro­wych par, co bu­cha­ły usta­wicz­nie z ko­tłów i przy­ciem­nia­ły świa­tło i ucie­ka­ły wśród mu­rów, przez wszyst­kie otwo­ry do in­nych sal.

Syl­wet­ki ro­bot­ni­ków w ko­szu­lach uma­za­nych far­ba­mi prze­my­ka­ły ci­cho i jak cie­nie gi­nę­ły w zmro­ku, wóz­ki z ło­sko­tem wjeż­dża­ły i wy­jeż­dża­ły ob­ła­do­wa­ne far­ba­mi go­to­wy­mi, któ­re wio­zły do dru­kar­ni i far­biar­ni.

Ostry strasz­li­wie za­pach siar­ki roz­cho­dził się wszę­dzie.

— Ku­pi­łem wczo­raj me­ble — szep­tał ci­cho do ucha Bo­ro­wiec­kie­mu. — Uwa­żasz pan, do sa­lo­ni­ku ku­pi­łem żół­te je­dwab­ne w sty­lu em­pi­re. Do ja­dal­ne­go ob­sta­lo­wa­łem dę­bo­we w sty­lu Hen­ry­ka IV, a do bu­du­aru...

— A kie­dyż się pan że­ni? — prze­rwał mu do­syć nie­cier­pli­wie.

— No, nie wiem jesz­cze. Cho­ciaż ja chciał­bym jak naj­prę­dzej.

— To już po oświad­czy­nach? — spoj­rzał do­syć iro­nicz­nie na zgar­bio­ne­go i do­syć śmiesz­nie wy­glą­da­ją­ce­go An­gli­ka; je­go garb wy­dał mu się te­raz po­twor­nym, a on sam przy­po­mi­nał mał­pę tą dłu­gą, wy­sta­ją­cą szczę­ką i sze­ro­ki­mi usta­mi, nie­zmier­nie ru­chli­wy­mi.

— Tak jak­by już. W nie­dzie­lę wła­śnie po­wie­dzia­ła mi, jak by chcia­ła mieć urzą­dzo­ne miesz­ka­nie. Wy­py­ta­łem się szcze­gó­ło­wo, od­po­wia­da­ła tak, jak od­po­wia­da­ją ko­bie­ty, gdy idzie o ich przy­szłe go­spo­dar­stwo.

— Ostat­nim ra­zem my­śla­łeś pan tak sa­mo.

— Tak, ale nie mia­łem ta­kiej pew­no­ści ani w po­ło­wie! — za­rę­czał go­rą­co.

— No, kie­dy tak, to win­szu­ję pa­nu szcze­rze, kie­dyż po­znam na­rze­czo­ną?

— Na wszyst­ko przyj­dzie czas, na wszyst­ko.

— Dla­te­go też wie­rzę, iż się pan w koń­cu oże­ni — szep­nął drwią­co.

— Mo­że byś pan przy­szedł ju­tro do mnie, do­brze? Chcia­łem ko­niecz­nie usły­szeć pań­skie zda­nie o tych me­blach.

— Przyj­dę.

— Ale kie­dy?

— Po obie­dzie.

Mur­ray wró­cił do farb i la­bo­ra­to­rium, a Bo­ro­wiec­ki po­biegł da­lej do far­biar­ni przez ko­ry­ta­rze i przej­ścia za­pcha­ne wóz­ka­mi na­ła­do­wa­ny­mi to­wa­rem ocie­ka­ją­cym wo­dą, ludź­mi i sto­sa­mi to­wa­ru le­żą­ce­go na zie­mi w wiel­kich ku­pach, ocze­ku­ją­ce­go swo­jej ko­lei.

Co chwi­la za­stę­po­wa­no mu dro­gę z naj­roz­ma­it­szy­mi in­te­re­sa­mi.

Wy­da­wał krót­kie roz­ka­zy, szyb­ko de­cy­do­wał, po­spiesz­nie in­for­mo­wał, cza­sem obej­rzał prób­kę z far­by, ja­ką mu przy­no­sił ro­bot­nik, rzu­cał sta­now­czo:

— Do­bre lub jesz­cze — i le­ciał da­lej wśród spoj­rzeń se­tek ro­bot­ni­czych i szu­mu fa­bry­ki, co ni­by pie­kło wrza­ła cha­osem.

Wszyst­ko się trzę­sło; ścia­ny, su­fi­ty, ma­szy­ny, pod­ło­gi, hu­cza­ły mo­to­ry, świsz­cza­ły prze­ni­kli­wie pa­sy i trans­mi­sje, tur­ko­ta­ły po as­fal­to­wej pod­ło­dze wóz­ki, szczę­ka­ły cza­sem ko­ła roz­pę­do­we, zgrzy­ta­ły try­by, le­cia­ły wskroś te­go mo­rza roz­bi­tych drgań ja­kieś krzy­ki lub roz­le­gał się po­tęż­ny, hu­czą­cy od­dech ma­szy­ny głów­nej.

— Pa­nie Bo­ro­wiec­ki!

Wy­tę­żył oczy, bo wśród par, ja­kie za­le­ga­ły ca­łą far­biar­nię, nie by­ło nic pra­wie wi­dać, prócz sła­bych za­ry­sów ma­szyn. Nie wie­dział, kto wo­ła.

— Pa­nie Bo­ro­wiec­ki!

Drgnął, bo go uję­to pod ra­mię.

— A, pan pre­zes — szep­nął, po­znaw­szy wła­ści­cie­la fa­bry­ki.

— Ja pa­na go­nię, ale pan do­brze ucie­kasz.

— Ro­bo­ta, pa­nie dy­rek­to­rze.

— Tak, lak, ja to ro­zu­miem. Zmę­czy­łem się na śmierć — trzy­mał go sil­nie za ra­mię, za­milkł i dy­szał cięż­ko ze zmę­cze­nia.

— Idzie, co? — za­py­tał po chwi­li.

— Ro­bi się — rzu­cił krót­ko i szedł na­przód.

Fa­bry­kant ucze­pio­ny u je­go ra­mie­nia wlókł się cięż­ko, pod­pie­rał się gru­bą la­ską i zgar­bio­ny pra­wie we dwo­je, pod­no­sił okrą­głe czer­wo­ne oczy ja­strzę­bie i twarz du­żą, świe­cą­cą, okrą­głą, ozdo­bio­ną ma­ły­mi bacz­ka­mi i wą­sa­mi przy­cię­ty­mi rów­no.

— Cóż, te Wat­so­ny do­brze dzia­ła­ją?

— Po pięt­na­ście ty­się­cy me­trów dzien­nie dru­ku­ją.

— Ma­ło — mruk­nął ci­cho, pu­ścił je­go ra­mię i przy­siadł na wóz­ku peł­nym su­ro­we­go per­ka­lu, ob­cią­gnął gru­by ka­ftan, w ja­ki był ubra­ny, pod­parł się la­ską i sie­dział.

Bo­ro­wiec­ki po­biegł do wiel­kich ka­dzi far­biar­skich, nad któ­ry­mi, na wiel­kich wa­łach roz­wi­nię­te zwo­je ma­te­ria­łów krę­ci­ły się w kół­ko i ką­pa­ły w far­bie, roz­pry­sku­jąc ją na twa­rze i ko­szu­le ro­bot­ni­ków, któ­rzy sta­li nie­ru­cho­mie, co chwi­la czer­piąc z ka­dzi wo­dę dło­nią i pa­trząc, czy jest w niej jesz­cze far­ba, któ­rą wy­cią­gał ma­te­riał.

Kil­ka­dzie­siąt tych wa­łów usta­wio­nych rzę­dem, to­czy­ło się. wciąż w kół­ko, z mę­czą­cą jed­no­staj­no­ścią, dłu­gie, po­skrę­ca­ne zwo­je ma­te­ria­łów pła­wi­ły się w far­bach i bły­ska­ły w mgle ma­to­wy­mi pla­ma­mi czer­wie­ni, błę­ki­tu i ochry.

Z dru­giej stro­ny, za po­dwój­nym rzę­dem że­la­znych słu­pów, pod­trzy­mu­ją­cych wyż­sze pię­tra fa­bry­ki i roz­ro­śnię­tych gę­sto po ol­brzy­miej sa­li, sta­ły płucz­kar­nie; dłu­gie skrzy­nie, peł­ne wrzą­cej wo­dy pie­nią­cej się so­dą, pra­czek me­cha­nicz­nych, wy­ży­ma­czek, my­dła, przez któ­re prze­su­wał się su­ro­wy ma­te­riał; bry­zgi roz­bi­tej trze­pacz­ka­mi wo­dy roz­sy­py­wa­ły się na sa­lę i two­rzy­ły nad pracz­kar­nia­mi tak gę­sty tu­man, że świa­tła pa­li­ły się za­le­d­wie jak­by od­bi­te w lu­strze.

Me­cha­nicz­ne od­bie­ra­cze szczę­ka­ły, od­bie­ra­jąc wy­pra­ny już to­war, na sie­bie, ni­by na roz­krzy­żo­wa­ne rę­ce i od­da­wa­ły go ro­bot­ni­kom, któ­rzy prę­ta­mi ukła­da­li go w wiel­kie fał­dy na wóz­ki, pod­su­wa­ne co chwi­la.

— Pa­nie Bo­ro­wiec­ki! — za­wo­łał fa­bry­kant do ja­kie­goś cie­nia, co się wy­chy­lił z mgieł, ale to nie był Bo­ro­wiec­ki.

Pod­niósł się i wlókł swo­je cho­re zreu­ma­ty­zmo­wa­ne no­gi po sa­li, ką­pał się z roz­ko­szą w tej roz­pa­lo­nej at­mos­fe­rze. Za­ta­piał swo­je scho­ro­wa­ne cia­ło w sa­li peł­nej opa­rów, ostrych za­pa­chów farb, wo­dy pry­ska­ją­cej z płucz­ka­rek i z ka­dzi, ście­ka­ją­cej z wóz­ków, chlu­pią­cej pod no­ga­mi, le­ją­cej się ze su­fi­tów, z któ­rych skro­plo­na pa­ra opa­da­ła pra­wie stru­mie­nia­mi.

Sza­lo­ny, po­dob­ny do drga­ją­ce­go ję­ku, szczęk cen­try­fu­gi21, wy­cią­ga­ją­cej wo­dę z ma­te­ria­łów, prze­ni­kał ca­łe sa­le, wświ­dro­wy­wał się w ner­wy ro­bot­ni­ków pil­nu­ją­cych, wpa­trzo­nych w ro­bo­tę i po­chło­nię­tych zu­peł­nie czu­wa­niem nad ma­szy­na­mi i roz­bi­jał się o ko­lo­ro­we, po­wie­wa­ją­ce ni­by sztan­da­ry, ma­te­ria­ły na od­bie­ra­czach.

Bo­ro­wiec­ki te­raz był w są­sied­niej sa­li, gdzie na ni­skich an­giel­skich ma­szy­nach sta­re­go sys­te­mu far­bo­wa­no or­dy­nar­ny22 czar­ny to­war na mę­skie ubra­nia.

Dzień wle­wał się set­ka­mi okien i kładł zie­lo­na­wy ton na czar­ne opa­ry i na ro­bot­ni­ków, co ni­by ko­lum­ny z ba­zal­tu sta­li nie­ru­cho­mi, z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi, wpa­trze­ni w ma­szy­ny, przez któ­re prze­su­wa­ły się dzie­siąt­ki ty­się­cy me­trów gry­zio­ne przez spie­nio­ne, bry­zga­ją­ce, czar­ne far­by.

Mu­ry drża­ły cią­gle. Fa­bry­ka pra­co­wa­ła wszyst­ki­mi mię­śnia­mi.

Win­dy, osa­dzo­ne w mu­rach, łą­czy­ły dół fa­bry­ki z jej czte­re­ma pię­tra­mi wierz­chu. Co chwi­la roz­le­gał się głu­chy szczęk w in­nej stro­nie sa­li, to win­da bra­ła lub wy­rzu­ca­ła z sie­bie wóz­ki, to­wa­ry, lu­dzi...



Dzień i do wiel­kiej sa­li za­czął za­glą­dać, brud­ne świa­tło wci­ska­ło się przez ma­łe za­po­co­ne szyb­ki, za­snu­te bru­dem i pa­rą, wy­ła­nia­jąc z nich za­ry­sy peł­niej­sze ma­szyn i lu­dzi, ale w tym sza­ro-zie­lo­na­wym świe­tle, po któ­rym pły­wa­ły dłu­gie smu­gi czer­wo­nych opa­rów i gdzie py­li­ły się nim­by ga­zo­wych świa­teł — i lu­dzie i ma­szy­ny wy­glą­da­li jak nie­przy­tom­ni, jak wi­dzia­dła po­rwa­ne strasz­ną si­łą ru­chu; jak ja­kieś strzę­py, py­ły, drza­zgi skłę­bio­ne, splą­ta­ne, rzu­co­ne w wir, któ­ry z hu­kiem się prze­wa­lał.

Her­man Bu­cholc, wła­ści­ciel fa­bry­ki, gdy obej­rzał far­biar­nię, po­wlókł się da­lej.

Prze­cho­dził pa­wi­lo­ny, pod­no­sił się w gó­rę win­da­mi, scho­dził scho­da­mi, su­nął się dłu­gi­mi ko­ry­ta­rza­mi, przy­glą­dał się ma­szy­nom, oglą­dał to­war, rzu­cał cza­sem po­sęp­nym okiem na lu­dzi, cza­sem rzekł ja­kieś krót­kie sło­wo, któ­re jak bły­ska­wi­ca ob­la­ty­wa­ło ca­łą fa­bry­kę, od­po­czy­wał na sto­sach sztuk, cza­sem na pro­gach; nik­nął, aby za chwi­lę po­ka­zać się w in­nej stro­nie fa­bry­ki, przy skła­dach wę­gla, po­mię­dzy wa­go­na­mi, któ­rych rzę­dy sta­ły z jed­nej stro­ny ol­brzy­mie­go czwo­ro­bo­ku dzie­dziń­ca, ogro­dzo­ne­go ni­by par­ka­nem, mu­ra­mi fa­bry­ki.

Był wszę­dzie, a cho­dził jak noc je­sien­na po­nu­ry i mil­czą­cy; gdzie się tyl­ko zja­wił, gdzie prze­szedł, roz­mo­wy mil­kły, twa­rze się po­chy­la­ły, oczy prze­sta­wa­ły wi­dzieć, po­sta­cie się zgi­na­ły i kur­czy­ły, jak­by chcąc ujść spod pro­mie­nia je­go oczów.

Spo­ty­kał się kil­ka­krot­nie z Bo­ro­wiec­kim, bie­ga­ją­cym usta­wicz­nie po od­dzia­le.

Spo­glą­da­li na sie­bie przy­jaź­nie.

Her­man Bu­cholc lu­bił swo­je­go dy­rek­to­ra dru­kar­ni, wię­cej, on go sza­co­wał na ca­łe te 10 000 ru­bli, ja­kie mu pła­cił rocz­nie.

— To jest naj­lep­sza mo­ja ma­szy­na w tym od­dzia­le — my­ślał, pa­trząc na nie­go.

Sam już się nie zaj­mo­wał ni­czym, zięć pro­wa­dził fa­bry­kę, a on wsku­tek przy­zwy­cza­je­nia ca­łe­go ży­cia co ra­no przy­cho­dził do niej ra­zem z ro­bot­ni­ka­mi.

W fa­bry­ce ja­dał śnia­da­nie i prze­sia­dy­wał do po­łu­dnia, a po obie­dzie, je­śli nie jeź­dził do mia­sta, to ła­ził po kan­to­rach, skła­dach, ma­ga­zy­nach ba­weł­ny.

Nie mógł żyć z da­la od te­go po­tęż­ne­go kró­le­stwa, któ­re stwo­rzył pra­cą wła­sną ca­łe­go ży­cia i mo­cą swo­je­go ge­niu­szu prze­my­sło­we­go, mu­siał czuć pod no­ga­mi, w so­bie, te roz­tar­ga­ne, trzę­są­ce się mu­ry; czuł się do­pie­ro do­brze prze­dzie­ra­jąc się przez przę­dzę trans­mi­sji i pa­sów, roz­wle­czo­ną po ca­łej fa­bry­ce, wśród ostrych za­pa­chów farb, bli­chow­ni23, su­ro­we­go ma­te­ria­łu i sma­rów roz­grza­nych w tym upa­le strasz­nym.

Sie­dział te­raz w dru­kar­ni i przy­sło­nię­ty­mi oczy­ma pa­trzył na sa­lę, ja­sno oświe­tlo­ną wiel­ki­mi okna­mi, na ma­szy­ny dru­kar­skie w ru­chu, na te pi­ra­mi­dy że­la­zne pra­cu­ją­ce po­spiesz­nie i w ja­kiejś groź­nej ci­szy.

Przy każ­dej dru­kar­ce osob­na ma­szy­na pa­ro­wa świ­sta­ła swym ko­łem po­cią­go­wym, któ­re ni­by srebr­ne, wy­po­le­ro­wa­ne tar­cze, mi­go­ta­ły z ta­ką sza­lo­ną szyb­ko­ścią, że nie moż­na by­ło po­chwy­cić kon­tu­rów, a tyl­ko ja­kiś nimb24 srebr­ny wi­ro­wał do­ko­ła swo­jej osi i roz­py­lał świe­tla­ny, roz­iskrzo­ny tu­man.

Ma­szy­ny dzia­ła­ły z nie­usta­ją­cym ani na chwi­lę po­śpie­chem; dłu­gie nie­skoń­cze­nie pa­sy ma­te­ria­łów, co się prze­wi­ja­ły po­mię­dzy wal­ca­mi mie­dzia­ny­mi, od­ci­ska­ją­cy­mi na nich bar­wy de­se­ni, gi­nę­ły w gó­rze, na wyż­szym pię­trze, w su­szar­ni.

Lu­dzie z ty­łu ma­szyn pod­kła­da­ją­cy to­war do dru­ko­wa­nia, po­ru­sza­li się sen­nie, a maj­stro­wie sta­li przed ma­szy­na­mi, co chwi­la któ­ryś się po­chy­lał, przy­pa­try­wał wal­com, do­le­wał far­by z wiel­kich ka­dzi, pa­trzył na ma­te­riał, i zno­wu stał za­pa­trzo­ny w te ty­sią­ce me­trów, bie­gną­cych z sza­lo­nym po­śpie­chem.

Bo­ro­wiec­ki wpa­dał do dru­kar­ni, aby śle­dzić dzia­ła­nie świe­żo umon­to­wa­nych25 ma­szyn, po­rów­ny­wał prób­ki ze świe­żo dru­ko­wa­ny­mi ma­te­ria­ła­mi, wy­da­wał po­le­ce­nia, cza­sem na je­go ski­nie­nie za­trzy­ma­no dzia­ła­ją­cy ko­los, oglą­dał szcze­gó­ło­wo i szedł da­lej zno­wu, bo ten po­tęż­ny rytm fa­bry­ki, te set­ki ma­szyn, ty­sią­ce lu­dzi śle­dzą­cych z naj­wyż­szą, pra­wie po­boż­ną uwa­gą za ich dzia­ła­niem, te gó­ry to­wa­rów le­żą­cych, prze­wo­żo­nych wóz­ka­mi, snu­ją­cych się przez sa­le z pral­ni do far­biar­ni, z far­biar­ni do su­szar­ni, stam­tąd do apre­tu­ry i w dzie­sięć jesz­cze in­nych miejsc nim wy­szły go­to­we — po­ry­wał go.

Chwi­la­mi tyl­ko sia­dał w swo­im ga­bi­ne­cie, po­ło­żo­nym przy „kuch­ni” i tam, w prze­rwie po­mię­dzy kom­bi­no­wa­niem no­wych de­se­ni, oglą­da­niem przy­sła­nych z za­gra­ni­cy pró­bek, któ­rych ol­brzy­mie, na­kle­jo­ne w al­bu­my, sto­sy le­ża­ły po sto­łach — za­my­ślał się, a ra­czej pró­bo­wał my­śleć o so­bie, o tym pro­jek­cie fa­bry­ki pla­no­wa­nej łącz­nie z przy­ja­ciół­mi — ale nie mógł ze­brać my­śli, nie mógł ani na chwi­lę za­mknąć się w so­bie, bo ta fa­bry­ka, któ­rej szum hu­czał w je­go ga­bi­ne­cie, któ­rej ruch i pul­so­wa­nie czuł we wła­snych ner­wach, w tęt­nie krwi nie­omal, nie po­zwa­la­ła się od­osob­nić, cią­gnę­ła nie­prze­par­cie, zmu­sza­ła do służ­by i wa­ro­wa­nia każ­de­go, któ­ry krą­żył w jej or­bi­cie.

Zry­wał się i biegł zno­wu, ale dzień mu się strasz­nie dłu­żył, tak, że oko­ło czwar­tej po­szedł do kan­to­ru, któ­ry był w in­nym od­dzia­le, aby wy­pić her­ba­ty i za­te­le­fo­no­wać do Mo­ry­ca, aby był dzi­siaj w te­atrze, gdzie da­wa­no przed­sta­wie­nie ama­tor­skie na ja­kiś cel do­bro­czyn­ny.

— Pan Welt do­pie­ro z pół go­dzi­ny jak od nas wy­szedł.

— Tu­taj był?

— Brał pięć­dzie­siąt sztuk bia­łe­go to­wa­ru.

— Dla sie­bie?

— Nie, na zle­ce­nie Am­fi­ło­wa, do Char­ko­wa. Cy­ga­rem moż­na słu­żyć?

— Ow­szem, za­pa­lę, bo je­stem dia­blo zmę­czo­ny.

Za­pa­lił i siadł na wy­so­kim ta­bu­re­cie26, przed pu­stym biur­kiem.

Głów­ny bu­chal­ter kan­to­ru, któ­ry go z uni­żo­no­ścią trak­to­wał cy­ga­rem, stał przed nim, na­py­cha­jąc so­bie faj­kę ty­to­niem, kil­ku mło­dych chło­pa­ków, usa­do­wio­nych na wy­so­kich ko­był­kach, pi­sa­ło w wiel­kich, czer­wo­no po­li­nio­wa­nych książ­kach.

Ci­sza, ja­ka tu­taj pa­no­wa­ła, draż­nią­cy skrzyp piór, mo­no­ton­ne cy­ka­nie ze­ga­ru27, de­ner­wu­ją­co dzia­ła­ły na Bo­ro­wiec­kie­go.

— Cóż sły­chać, pa­nie Szwarc? — za­py­tał.

— Ro­sen­berg się za­ła­mał.

— Zu­peł­nie?

— Nie wia­do­mo jesz­cze, ale ja my­ślę, że się bę­dzie ukła­dał, no, bo co za in­te­res ro­bić zwy­kłą kla­pę? — za­śmiał się ci­cho i przy­bi­jał pal­cem wil­got­ny ty­toń w faj­ce.

— Fir­ma tra­ci?

— To za­le­ży od te­go, ile bę­dzie pła­cił za sto.

— Bu­cholc wie?

— Nie był jesz­cze dzi­siaj u nas, ale jak się do­wie, za­bo­lą go od­ci­ski; jest czu­ły na stra­ty.

— Je­go szlag mo­że tra­fić — szep­nął któ­ryś z po­chy­lo­nych przy ro­bo­cie.

— By­ła­by szko­da!

— Bar­dzo wiel­ka, niech Bóg bro­ni!

— Niech ży­je sto lat, niech ma sto pa­ła­ców, sto mi­lio­nów, sto fa­bryk.

— I niech go ra­zem sto cho­ler ci­śnie! — szep­nął ci­cho któ­ryś.

Ci­sza się zro­bi­ła.

Szwarc pa­trzył groź­nie na pi­szą­cych, to na Bo­ro­wiec­kie­go, jak­by chciał się uspra­wie­dli­wiać, że on nic nie wi­nien, ale Bo­ro­wiec­ki znu­dzo­nym wzro­kiem pa­trzył w okno.

W kan­to­rze pa­no­wa­ła at­mos­fe­ra przy­tła­cza­ją­cej nu­dy.

Ścia­ny aż po su­fit wy­ło­żo­ne drze­wem ma­lo­wa­nym na dąb, peł­ne pó­łek i ksiąg, roz­sta­wio­nych sys­te­ma­tycz­nie, żół­ci­ły się smut­nie.

Na­prost28 okien stał wiel­ki, czte­ro­pię­tro­wy bu­dy­nek, z na­giej, czer­wo­nej ce­gły i rzu­cał sza­ro-rdza­wy, przy­gnę­bia­ją­cy re­fleks do kan­to­ru.

Przez po­dwór­ko wy­la­ne as­fal­tem, po któ­rym tur­ko­ta­ły od cza­su do cza­su wóz­ki i prze­cho­dzi­li lu­dzie, w kil­ku kie­run­kach bie­gły na wy­so­ko­ści pierw­sze­go pię­tra gru­be, jak ra­mio­na atle­ty, trans­mi­sje, war­cząc głu­cho, od cze­go szy­by w kan­to­rze usta­wicz­nie drża­ły.

Wy­so­ko nad fa­bry­ką wi­sia­ło nie­bo cięż­ką, brud­ną płach­tą, z któ­rej ście­kał drob­ny deszcz i spły­wał po za­bru­dzo­nych mu­rach smu­ga­mi jesz­cze brud­niej­szy­mi i są­czył się po oknach kan­to­ru, za­ku­rzo­nych py­łem wę­glo­wym i ba­weł­nia­nym, ni­by wstręt­ne plwo­ci­ny.

W ką­cie kan­to­ru, nad ga­zem, za­czął szu­mieć sa­mo­war.

— Pa­nie Horn, mo­że pan dać mi her­ba­ty?

— A mo­że pan dy­rek­tor ze­chce bu­tersz­ni­cik29! — ofia­ro­wy­wał uprzej­mie Szwarc.

— Tyl­ko tro­chę ko­szer­ny.

— To zna­czy, że lep­szy niź­li pan ja­dasz, pa­nie von Horn!

Horn przy­niósł her­ba­tę i za­trzy­mał się na chwi­lę.

— Co pa­nu jest? — za­py­tał go Bo­ro­wiec­ki, któ­ry z nim znał się bli­żej.

— Nic — od­parł krót­ko i po­wlókł nie­za­wist­nym30 spoj­rze­niem po Szwar­cu, któ­ry roz­wi­jał bu­tersz­ni­ty z ga­ze­ty i ukła­dał je przed Bo­ro­wiec­kim.

— Wy­glą­dasz pan bar­dzo źle.

— Pa­nu Horn nie słu­ży fa­bry­ka. Po sa­lo­nach trud­no mu się przy­zwy­cza­ić do kan­to­ru i do ro­bo­ty.

— By­dlę al­bo in­ny par­szy­wiec mo­że się ła­two przy­zwy­cza­ić do jarz­ma, ale czło­wie­ko­wi trud­niej — syk­nął ze zło­ścią, ale tak ci­cho, że Szwarc nie zro­zu­miał słów, spoj­rzał uważ­nie, uśmiech­nął się tę­po i szep­nął:

— Pa­nie von Horn! Pa­nie von Horn! Mo­że pan dy­rek­tor spró­bu­je, jest tu kom­bi­na­cja szyn­ki z pu­lar­dą, bar­dzo do­bra, mo­ja żo­na jest sław­na z te­go.

Horn od­szedł, usiadł przy biur­ku i błą­dził spoj­rze­niem po mu­rach czer­wo­nych, po oknach, za któ­ry­mi bie­li­ły się sto­sy szar­pa­nej do przę­dze­nia ba­weł­ny.

— Daj mi pan jesz­cze her­ba­ty.

Bo­ro­wiec­ki chciał go wy­ba­dać.

Horn her­ba­tę przy­niósł i nie pod­no­sząc oczów za­wró­cił się do odej­ścia.

— Pa­nie Horn, mo­że pan za ja­kie pół go­dzi­ny przyj­dzie do mnie?

— Do­brze, pa­nie dy­rek­to­rze. Ja na­wet mia­łem in­te­res i w tym ce­lu ju­tro się wy­bie­ra­łem do pa­na. A mo­że pan te­raz ze­chcesz wy­słu­chać?

Chciał coś po­uf­nie szep­nąć, ale do kan­to­ru we­szła ko­bie­ta, czwo­ro dzie­ci wpy­cha­jąc przed so­bą.

— Niech bę­dzie po­chwa­lo­ny Je­zus Chry­stus! — szep­nę­ła ci­cho, ogar­nę­ła wzro­kiem te wszyst­kie gło­wy, co się pod­nio­sły znad pul­pi­tów, schy­li­ła się po­kor­nie do nóg Bo­ro­wiec­kie­go, bo stał naj­bli­żej i miał naj­bar­dziej po­kaź­ną twarz.

— Wiel­moż­ny pa­nie dzie­dzi­cu, a to z proś­bą przy­szłam, we­dle te­go, co mo­je­mu mę­żo­wi gło­wę urwa­ło w ma­szy­nie, co ja te­raz sie­ro­ta bied­na z dzie­cia­mi, co my je­ste­śmy bied­ne. Tom przy­szła do­pra­szać się spra­wie­dli­wo­ści, aby mi pan dzie­dzic dał wspo­mo­że­nie ja­ko mo­je­mu mę­żo­wi urwa­ło gło­wę w ma­szy­nie. Wiel­moż­ny pa­nie dzie­dzi­cu — i schy­li­ła się zno­wu do ko­lan Bo­ro­wiec­kie­go, wy­bu­cha­jąc pła­czem.

— Za drzwi, wy­no­sić się, tu­taj ta­kich spraw nie za­ła­twia się! — krzyk­nął Szwarc.

— Ci­cho pan bądź! — za­wo­łał na nie­go Bo­ro­wiec­ki po nie­miec­ku.

— Pro­szę pa­na, ona już od pół ro­ku na­cho­dzi wszyst­kie od­dzia­ły i kan­to­ry na­sze, nie moż­na się jej po­zbyć ni­czym..

— A dla­cze­go nie­za­ła­twio­ne?

— Pan się py­ta? Ten cham umyśl­nie pod­ło­żył łeb pod ko­ło, je­mu się nie chcia­ło pra­co­wać, a je­mu się chcia­ło okraść fa­bry­kę! My te­raz ma­my pła­cić na je­go ba­bę i bę­kar­ty!

— A ty par­chu je­den, to mo­je dzie­ci bę­kar­ty! — wy­krzyk­nę­ła ko­bie­ta, w pa­sji przy­ska­ku­jąc do Szwar­ca, któ­ry cof­nął się za stół.

— Ci­cho ko­bie­to! Niech pa­ni uspo­koi się i co­by te ma­łe pa­no­wie nie pła­ka­li — za­wo­łał prze­stra­szo­ny, wska­zu­jąc na dzie­ci, któ­re ucze­pi­ły się mat­ki i krzy­cza­ły wnie­bo­gło­sy.

— Wiel­moż­ny dzie­dzi­cu, już­ci że praw­da co od sa­mych ko­pań cho­dzę i cię­giem mi obie­cu­ją, że za­pła­cą, cię­giem cho­dzę i pro­szę, to mnie cy­ga­nią ino i wy­cie­pu­ją31 kiej32 su­kę za drzwi.

— Uspo­kój­cie się, po­mó­wię dzi­siaj z wła­ści­cie­lem, przyjdź­cie tu­taj za ty­dzień, to wam za­pła­cą.

— Aże­by ci Pan Je­zus i ta Czę­sto­chow­ska szczę­ści­ła na zdro­wiu, na ma­jąt­ku, na ho­no­rze, o mój dzie­dzi­cu ko­cha­ny! — wy­krzy­ki­wa­ła, przy­pa­da­jąc mu do nóg, ca­łu­jąc go po rę­kach.

Wy­darł się jej i wy­szedł, ale przy­sta­nął w wiel­kiej sie­ni i gdy wy­cho­dzi­ła, za­py­tał:

— Z któ­rych wy stron?

— Adyć pa­nie, ja­że33 z pod Skier­nie­wiec.

— Daw­no w Ło­dzi?

— A bę­dzie ze dwa ro­ki jak my się tu­taj prze­nie­śli na swo­je za­tra­ce­nie.

— Cho­dzi­cie gdzie do ro­bo­ty?

— A bo mnie to chcą gdzie przy­jąć te po­ga­ni­ny, te he­re­ty­ki za­po­wie­trzo­ne, a po dru­gie kaj34 ja osta­wię swo­je sie­ro­ty.

— Z cze­góż ży­je­cie?

— Bi­du­jem, wiel­moż­ny pa­nie, bi­du­jem. Miesz­kam na Ba­łu­tach z jed­ny­mi we­be­ra­mi i ja­że ca­łe trzy ru­ble pła­cę za po­miesz­ka­nie mie­sięcz­nie. Pó­ki mój nie­bosz­czyk żył, to choć­by czę­sto gę­sto by­ło ze so­lą al­bo i z gło­dem, ale się ta ży­ło, a te­raz kiej35 je­go nie sta­ło, to cho­dzę na Sta­re Mia­sto do po­słu­gi, cza­sem kto za­wo­ła do pra­nia i tak jest — ga­da­ła pręd­ko, okrę­ca­jąc dzie­ci w ja­kieś ohyd­nie brud­ne strzę­py chu­s­tek.

— Cze­mu nie wró­ci­cie na wieś do do­mu?

— Wró­cę pa­nie, kiej mi tyl­ko za­pła­cą za chło­pa, to ju­ści, że wró­cę, a niech tam to mia­stecz­ko Łódź mór36 nie mi­nie, niech ją ta ogień spa­li, niech ich tam Pan Je­zus ni­cze­go nie ża­łu­je, co­by wszyst­kie wy­zdy­cha­ły, co do jed­ne­go.

— Ci­cho bądź­cie, nie ma­cie za co prze­kli­nać — szep­nął nie­co po­draż­nio­ny.

— Ni mam za co? — wy­krzyk­nę­ła zdu­mio­na, pod­no­sząc na nie­go bla­dą, brzyd­ką, prze­gry­zio­ną przez nę­dzę twarz i za­pła­ka­ne, wy­bla­dłe nie­bie­skie oczy. — A to, wiel­moż­ny pa­nie, my na wsi by­li ino ko­mor­ni­ki, bo mój miał trzy mor­gi grun­tu, co mu przy­szły w sche­dzie po oj­cu, to że nie by­ło za co po­sta­wić cha­łu­py, to­śwa miesz­ka­li u stry­jecz­nych swo­ich. My­śwa ży­li z wy­rob­ku ino, ale za­wż­dy czło­wiek miesz­kał po ludz­ku i kar­to­fli gdzie przy­są­dził na od­ro­bek i gą­skę się ucho­wa­ło al­bo i świ­nia­ka i jaj­ko miał swo­je i kro­wę mie­li­śwa, a tu­taj co? Ha­ro­wał nie­bo­rak od świ­tu do no­cy i jeść nie by­ło co, ży­li­śmy kiej te dzia­dy ostat­nie, a nie kiej krze­ścia­nie, kiej psy, a nie kiej go­spo­da­rze po­czci­wi37.

— Po­có­że­ście tu­taj przy­je­cha­li, trze­ba by­ło sie­dzieć na wsi.

— Po co? — za­wo­ła­ła bo­le­śnie. — A bo ja wiem! Szły wszyst­kie, to i my­śwa po­szły. Na wio­snę po­szedł Ja­dam, osta­wił ko­bi­tę i po­szedł. Przy­je­chał po żni­wach ta­ki wy­stro­jo­ny, co go nikt nie mógł po­znać, ca­ły w kor­tach i zy­ga­rek miał śrybr­ny i pie­strzo­nek i ty­la pi­nię­dzy, co­by na wsi i bez trzy ro­ki nie za­ro­bił. Lu­dzie się dzi­wo­wa­li, a ten za­po­wie­trzo­ny cy­ga­nił, bo mu za to za­pła­ci­li, że­by lu­dzi wiej­skich spro­wa­dził, obie­cy­wał Bóg wie nie co. Tak za­raz po­szło z nim dwóch pa­rob­ków, Jan­ków syn i Grze­go­rza spod la­su, a po­tem to już kto ino mógł, to le­ciał do te­go mia­stecz­ka Ło­dzi. Kuż­dy­mu się chcia­ło kor­tów, zy­gar­ka i roz­pu­sty! Ja mo­je­go strzy­my­wa­łam, bo po co nam by­ło tu­taj iść, do ob­cych w ty­li świat, to me sprał kiej by­dla­ka i po­szedł, a po­tym przy­je­chał i za­brał ze so­bą. Mój Je­zu ko­cha­ny, mój Je­zu! — szep­ta­ła chli­piąc bo­le­śnie i roz­cie­ra­jąc so­bie nos i łzy brud­ny­mi rę­ka­mi i tak się za­czę­ła trząść w tym roz­pacz­li­wym pła­czu, że dzie­ci przy­tu­li­ły się do niej i tak­że za­czę­ły pła­kać ci­cho.

— Ma­cie tu­taj pięć ru­bli i zrób­cie tak, jak wam mó­wi­łem.

Miał te­go już do­syć, od­wró­cił się spiesz­nie i wy­szedł, nie cze­ka­jąc po­dzię­ko­wań.

Nie cier­piał roz­tkli­wień i czu­ło­ści, a ta ko­bie­ta po­ru­szy­ła w nim za­mie­ra­ją­cą z wol­na, du­szo­ną świa­do­mie — uczu­cio­wość.

Stał czas ja­kiś przy ko­tle „oksy­da­cyj­nym” Ma­ther-Plat­ta, przez któ­ry prze­cho­dził to­war su­chy i już dru­ko­wa­ny i z pew­nym roz­tar­gnie­niem przy­glą­dał się bar­wom świe­żo wy­two­rzo­nym, a ra­czej roz­wi­nię­tym w prze­su­nię­ciu się to­wa­ru przez ko­cioł. Żół­te, na­ło­żo­ne bej­cem kwiat­ki, zmie­ni­ły się na pą­so­we pod wpły­wem wy­so­kiej tem­pe­ra­tu­ry i skom­pli­ko­wa­nych roz­two­rów so­li ani­li­no­wej.

Fa­bry­ka po chwi­lo­wym od­po­czyn­ku pod­wie­czor­ko­wym, pra­co­wa­ła zno­wu z jed­na­ką ener­gią.

Bo­ro­wiec­ki wyj­rzał na świat z okien swo­je­go ga­bi­ne­tu, bo po­sza­rza­ło na­gle i za­czął pa­dać śnieg nad­zwy­czaj gę­sty­mi pła­ta­mi i po­bie­lił ścia­ny fa­bryk i dzie­dzi­niec. Spo­strzegł Hor­na sto­ją­ce­go za dom­kiem szwaj­ca­ra, przez któ­ry by­ło je­dy­ne wyj­ście z fa­bry­ki. Horn roz­ma­wiał z tą sa­mą ko­bie­tą, któ­ra mu za coś dzię­ko­wa­ła z unie­sie­niem i cho­wa­ła ja­kiś pa­pier za sta­nik.

— Pa­nie Horn! — krzyk­nął, wy­chy­la­jąc przez luf­cik gło­wę.

— Mia­łem przyjść wła­śnie do pa­na — ozwał się Horn, zja­wia­jąc się po chwi­li.

— Coś pan ra­dził tej ba­bie? — za­py­tał su­ro­wym do­syć gło­sem, pa­trząc w okno.

Horn za­wa­hał się przez mgnie­nie, ru­mie­niec po­wlókł je­go dziew­czę­co pięk­ną twarz, a w nie­bie­skich, do­brych oczach za­mi­go­tał pło­mień.

— Ka­za­łem jej iść do ad­wo­ka­ta, nie­chaj wy­to­czy pro­ces fa­bry­ce o od­szko­do­wa­nie, bo wte­dy pra­wo zmu­si ich do za­pła­ce­nia.

— Co to pa­na ob­cho­dzi? — za­czął lek­ko bęb­nić po szy­bie i przy­gry­zać usta.

— Co mnie ob­cho­dzi? — za­milkł na chwi­lę. — Bar­dzo mnie ob­cho­dzi wszel­ka nę­dza i wszel­ka nie­spra­wie­dli­wość, bar­dzo...

— Czym pan tu­taj je­steś? — prze­rwał mu ostro i usiadł przed dłu­gim sto­łem.

— No je­stem prak­ty­kan­tem kan­to­ro­wym, pan dy­rek­tor prze­cież wie naj­le­piej — od­po­wie­dział zdu­mio­ny.

— No, to pa­nie Horn, pan nie skoń­czysz tej prak­ty­ki, jak mi się zda­je.

— Wresz­cie, to mi jest już wszyst­ko — jed­no szep­nął do­syć twar­do.

— Ale nam nie jest wszyst­ko jed­no, nam — fa­bry­ce, w któ­rej pan je­steś jed­nym z mi­lio­na kó­łek! Przy­ję­li­śmy pa­na nie na to, że­byś tu­taj pro­du­ko­wał się ze swo­ją fi­lan­tro­pią, a tyl­ko, abyś ro­bił. Pan wpro­wa­dzasz za­męt tu­taj, gdzie wszyst­ko po­le­ga na naj­do­sko­nal­szym funk­cjo­no­wa­niu, na pra­wi­dło­ści38 i zgod­no­ści.

— Nie je­stem ma­szy­ną, je­stem czło­wie­kiem.

— W do­mu. W fa­bry­ce od pa­na nie wy­ma­ga się eg­za­mi­nów na czło­wie­czeń­stwo, ani eg­za­mi­nów na hu­ma­ni­tar­ność, w fa­bry­ce po­trzeb­ne są pań­skie mię­śnie i mózg pań­ski i tyl­ko za to pła­ci­my pa­nu — roz­draż­niał się co­raz bar­dziej. — Je­steś pan tu­taj ma­szy­ną ta­ką sa­mą jak my wszy­scy, więc pan rób tyl­ko to, co do pa­na na­le­ży. Tu­taj nie miej­sce do roz­anie­leń, tu­taj...

— Pa­nie Bo­ro­wiec­ki! — prze­rwał mu szyb­ko.

— Pa­nie von Horn! Słu­chaj pan, kie­dy mó­wię do pa­na — za­wo­łał groź­nie, zrzu­ca­jąc gniew­nie wiel­kie al­bum39 pró­bek na zie­mię. — Bu­cholc przy­jął pa­na na mo­je za­rę­cze­nie, znam pań­ską ro­dzi­nę, pra­gnę dla pa­na naj­le­piej, ale pan je­steś jak wi­dzę cho­ry na dzie­cin­ną de­ma­go­gię.

— Je­że­li pan tak na­zy­wasz współ­czu­cie zwy­kłe u lu­dzi.

— Pan mnie kom­pro­mi­tu­jesz ta­ki­mi ra­da­mi, da­wa­ny­mi wszyst­kim ma­ją­cym ja­kie bądź pre­ten­sje do fa­bry­ki. Trze­ba by­ło zo­stać pa­nu ad­wo­ka­tem, był­byś się wte­dy mógł opie­ko­wać nie­szczę­śli­wy­mi i po­krzyw­dzo­ny­mi, ma się ro­zu­mieć za do­brą za­pła­tą — do­rzu­cił drwią­co, bo je­go gniew­ny na­strój prze­padł gdzieś, pod wpły­wem tych do­brych oczów Hor­na, wpa­trzo­nych w nie­go. — Zresz­tą daj­my tej spra­wie spo­kój. Bę­dziesz pan dłu­żej w Ło­dzi, roz­pa­trzysz się w sto­sun­kach, przyj­rzysz się le­piej tym uci­śnio­nym, to pan zro­zu­miesz, jak trze­ba po­stę­po­wać. A weź­miesz pan in­te­res po oj­cu, to wte­dy przy­znasz mi zu­peł­ną ra­cję.

— Nie, pa­nie, ja w Ło­dzi dłu­żej nie wy­trzy­mam, ani in­te­re­su po oj­cu nie obej­mę.

— Cóż pan chcesz ro­bić? — wy­krzyk­nął zdu­mio­ny.

— Jesz­cze nie wiem. Przy­zna­ję się pa­nu szcze­rze, cho­ciaż tak ostro, za ostro pan mó­wi do mnie, ale mniej­sza z tym, bo wiem, że pan, ja­ko dy­rek­tor ta­kiej wiel­kiej dru­kar­ni, mó­wić ina­czej nie mo­że.

— Więc pan od­cho­dzisz od nas? ty­le zro­zu­mia­łem, ale nie wiem dla­cze­go?

— Dla­te­go, że już wy­trzy­mać nie mo­gę w tym pod­łym cham­stwie łódz­kim. Pan ja­ko czło­wiek pew­nej sfe­ry, ro­zu­mie mnie chy­ba. Dla­te­go, że ja ca­łą du­szą nie­na­wi­dzę za­rów­no fa­bryk, jak i wszyst­kich Bu­chol­ców, Ro­zensz­tej­nów, En­tów, ca­łej tej ohyd­nej, prze­my­sło­wej ban­dy — wy­buch­nął gwał­tow­nie.

— Ha, ha, ha, pan je­steś wspa­nia­ły fioł, nie­po­rów­na­ny! — śmiał się Bo­ro­wiec­ki ser­decz­nie.

— To już nic wię­cej nie po­wiem — rzekł moc­no do­tknię­ty.

— Jak pan chce, a za­wsze le­piej głupstw mó­wić mniej.

— Do wi­dze­nia.

— Że­gnam pa­na. Ha, ha, ha, pan masz zdol­no­ści ak­tor­skie!

— Pa­nie Bo­ro­wiec­ki — za­czął pra­wie ze łza­mi w oczach Horn, za­trzy­mu­jąc się i chciał coś mó­wić.

— Co?

Horn skło­nił gło­wę i wy­szedł.

— Ka­pi­tal­ny ma­zgaj — szep­nął za nim Bo­ro­wiec­ki i tak­że po­szedł do su­szar­ni.

Owio­nę­ło go su­che, roz­pa­lo­ne po­wie­trze.

Ol­brzy­mie czwo­ro­bo­ki z bla­chy, wy­peł­nio­ne strasz­li­wie roz­pa­lo­nym i su­chym po­wie­trzem brzę­cza­ły ni­by od­da­lo­ne grzmo­ty, wy­mio­tu­jąc nie­koń­czą­cy się pas ma­te­ria­łów ko­lo­ro­wych, su­chych i sztyw­nych.

Na ni­skich sto­łach, na zie­mi, na wóz­kach, któ­re su­wa­ły się ci­cho, le­ża­ły ca­le ster­ty ma­te­ria­łów i w tym su­chym, ja­snym po­wie­trzu sa­li, któ­rej ścia­ny by­ły pra­wie ze szkła, pa­li­ły się przy­ćmio­ny­mi bar­wa­mi zło­ta przy­kop­co­ne­go, pur­pu­ry o fio­le­to­wym od­cie­niu, błę­ki­tu ma­ry­nar­skie­go, sta­re­go szma­rag­du — ni­by sto­sy blach me­ta­lo­wych o ma­to­wym, mar­twym bla­sku.

Ro­bot­ni­cy w ko­szu­lach tyl­ko i bo­so, z sza­ry­mi twa­rza­mi, z ocza­mi za­ga­sły­mi i jak­by wy­pa­lo­ny­mi tą or­gią barw, ja­ka się tu­taj tło­czy­ła, po­ru­sza­li się ci­cho i au­to­ma­tycz­nie, two­rzy­li tyl­ko do­peł­nie­nie ma­szyn.

Cza­sem któ­ry pa­trzył przez szy­by w świat, na Łódź, któ­ra z tej wy­so­ko­ści czwar­te­go pię­tra ma­ja­czy­ła w mgłach i dy­mach po­prze­ci­na­nych ty­sią­ca­mi ko­mi­nów, da­chów, do­mów, drzew ogo­ło­co­nych z li­ści; to znów na dru­gą stro­nę, na po­la, co szły w głąb ho­ry­zon­tu — na sza­ro bia­łe, brud­ne, za­la­ne wio­sen­ny­mi roz­to­pa­mi prze­strze­nie, ma­ja­czą­ce gdzie­nie­gdzie czer­wo­ny­mi gma­cha­mi fa­bryk, któ­re z od­da­le­nia czer­wie­ni­ły się wskroś mgieł bo­le­snym to­nem mię­sa odar­te­go ze skó­ry; na od­le­głe li­nie wio­sek ma­łych, przy­war­tych ci­cho do zie­mi, na dro­gi, co się wy­wi­ja­ły wskroś pól, czar­ną ciek­ną­cą bło­tem wstę­gą, mi­ga­ją­cą po­mię­dzy rzę­da­mi na­gich to­po­li.

Ma­szy­ny hu­cza­ły bez­u­stan­nie i bez­u­stan­nie świ­sta­ły trans­mi­sje ucze­pio­ne pod su­fi­tem i nio­są­ce si­łę do in­nych sal, wszyst­ko się po­ru­sza­ło w rytm tych ol­brzy­mich pu­deł me­ta­lo­wych su­szarń, któ­re od­bie­ra­ły to­war mo­kry z dru­kar­ni i wy­plu­wa­ły go su­chym, i sta­ły w tej ol­brzy­miej, czwo­ro­kąt­nej sa­li peł­nej smut­nych barw i smut­ne­go świa­tła dnia mar­co­we­go, smut­nych lu­dzi, ni­by ka­plicz­ki bo­ga-si­ły, rzą­dzą­ce­go wszech­wład­nie.

Bo­ro­wiec­ki czuł się roz­stro­jo­nym i z roz­tar­gnie­niem oglą­dał to­war, czy nie jest zbyt­nio prze­su­szo­ny lub spa­lo­ny.

— Głu­pi chło­pak — my­ślał o Hor­nie i chwi­la­mi sta­wa­ła mu w pa­mię­ci ta mło­da, szla­chet­na twarz i te oczy nie­bie­skie, pa­trzą­ce na nie­go z ja­kimś nie­mym ża­lem za­wo­du i wy­rzu­tu. Czuł w so­bie ja­kieś ciem­ne za­nie­po­ko­je­nie. Nie­któ­re sło­wa Hor­na przy­cho­dzi­ły mu na myśl, gdy pa­trzył na te tłu­my lu­dzi w mil­cze­niu pra­cu­ją­cych.

— By­łem ta­kim — po­le­ciał my­ślą do tam­tych, daw­nych cza­sów, ale nie dał się ująć wspo­mnie­niom w swo­je szar­pią­ce szpo­ny, drwią­cy uśmiech wił mu się po ustach, a oczy świe­ci­ły zim­no i roz­waż­nie.

— To prze­szło! prze­szło! — my­ślał z ja­kimś dziw­nym uczu­ciem pust­ki, jak­by mu żal by­ło tam­tych cza­sów, żal tych złu­dzeń nie­po­wrot­nych, po­ry­wów szla­chet­nych, zszar­ga­nych przez ży­cie — ale to krót­ko trwa­ło i zno­wu sie­bie od­zy­ski­wał; był tym czym był, dy­rek­to­rem dru­kar­ni Her­ma­na Bu­chol­ca, che­mi­kiem, czło­wie­kiem zim­nym, mą­drym, obo­jęt­nym, go­to­wym do wszyst­kie­go, praw­dzi­wym Lo­dzer­men­schem, jak go na­zwał Mo­ryc.

W ta­kim był wła­śnie na­stro­ju prze­cho­dząc przez apre­tu­rę, gdy mu je­den z ro­bot­ni­ków za­stą­pił dro­gę.

— Cze­go? — za­py­tał krót­ko, nie za­trzy­mu­jąc się.

— A to nasz maj­ster pan Puf­ke po­wie­dział, że od pierw­sze­go kwiet­nia bę­dzie nas pięt­na­stu lu­dzi mniej ro­bi­ło

— Tak. Usta­wi się no­we ma­szy­ny, któ­re ty­lu lu­dzi nie po­trze­bu­ją do ob­słu­gi, co sta­re.



Ro­bot­nik miął czap­kę w rę­ku, nie wie­dząc co po­wie­dzieć i nie śmie­jąc, ale za­chę­co­ny spoj­rze­nia­mi, któ­re bły­ska­ły zza ma­szyn, zza są­gów ma­te­ria­łów, za­py­tał idąc za nim.

— A cóż my bę­dzie­my ro­bi­li?

— Po­szu­ka­cie so­bie ro­bo­ty gdzie in­dziej. Po­zo­sta­ną tyl­ko ci, któ­rzy daw­niej u nas pra­cu­ją.

— A i my ro­bi­my już po trzy ro­ki.

— Cóż ja wam po­ra­dzę, kie­dy ma­szy­na was nie po­trze­bu­je, bo zro­bi sa­ma. Zresz­tą, do pierw­sze­go mo­że się jesz­cze co zmie­ni, je­śli bę­dzie­my po­więk­sza­li blich40 — od­po­wie­dział spo­koj­nie i wszedł na win­dę, któ­ra za­raz z nim za­pa­dła się w głę­bi ścia­ny.

Ro­bot­ni­cy spo­glą­da­li na sie­bie w mil­cze­niu, nie­po­kój świe­cił im w oczach, nie­po­kój przed ju­trem, bez ro­bo­ty, przed nę­dzą.

— Ścier­wy nie ma­szy­ny. Psy, psia­krew — szep­nął ro­bot­nik i kop­nął z ca­łą nie­na­wi­ścią w bok ja­kiejś ma­szy­ny.

— To­war idzie na zie­mię! — krzyk­nął maj­ster.

Chłop pręd­ko na­dział czap­kę, przy­giął się nie­co i ze spo­ko­jem au­to­ma­tu od­bie­rał bar­chan czer­wo­ny z ma­szy­ny.



III

W re­stau­ra­cji ho­te­lu Vic­to­ria by­ło peł­no.

Wiel­kie, ni­skie po­ko­je o ciem­nych ścia­nach i żół­tych, stiu­ko­wych su­fi­tach, uda­ją­cych drze­wo, na­peł­niał ha­ła­śli­wy gwar.

Wej­ścio­we drzwi z bra­my co chwi­la brzę­cza­ły mo­sięż­ny­mi prę­ta­mi za­bez­pie­cza­ją­cy­mi szkło, co chwi­la ktoś wcho­dził i gi­nął w mgle dy­mów i w tłu­mie lu­dzi za­peł­nia­ją­cych re­stau­ra­cję; elek­trycz­ne świa­tła w sa­li bu­fe­to­wej wciąż drga­ły spa­zma­tycz­nie i przy­ga­sa­ły, a ga­zo­we bą­ki pło­ną­ce rów­no­cze­śnie, rzu­ca­ły męt­ne świa­tło na zbi­tą oko­ło licz­nych sto­li­ków ma­sę lu­dzi i na bia­łe ob­ru­sy.

— Kel­ner, bit­te, za­hlen41!

— Pi­wa!

— Kel­ner, Bier42!

Krzy­żo­wa­ły się wo­ła­nia ra­zem z głu­chym stu­kiem ku­fli.

Gar­so­ni43 w za­tłusz­czo­nych fra­kach, z ser­we­ta­mi po­dob­ny­mi do ście­rek, prze­su­wa­li się we wszyst­kich kie­run­kach, bły­ska­jąc brud­ny­mi gor­sa­mi nad gło­wa­mi pi­ją­cych.

Wrza­wa pod­no­si­ła się bez­u­stan­nie na­pły­wa­ją­cy­mi ludź­mi i wy­krzy­ki­wa­niem:

— „Lo­dzer Ze­itung44”! „Ku­rier Co­dzien­ny”! — ja­kie rzu­ca­li chłop­cy krę­cą­cy się po­mię­dzy sto­ła­mi.

— Szczy­gieł, daj no Lo­dzer­kę — za­wo­łał Mo­ryc, sie­dzą­cy w po­ko­ju bu­fe­to­wym, pod oknem, w oto­cze­niu kil­ku ak­to­rów, wiecz­nie prze­sia­da­ją­cych45 w knaj­pie — uwa­ża­cie, co zro­bił wczo­raj nasz „fioł” vel dy­rek­tor.

— Mów ar­cy­fioł — wtrą­cił szep­tem ja­kiś zgar­bio­ny, sta­ry ak­tor.

— Głu­piś — od­po­wie­dział mu pierw­szy ta­jem­ni­czym szep­tem do ucha. — Otóż nasz ar­cy­fioł wczo­raj w an­trak­cie dru­gim przy­szedł za ku­li­sy i sko­ro tyl­ko Niu­sia ze­szła ze sce­ny, po­wia­da jej: „Tak pa­ni gra­ła wspa­nia­le, że jak tyl­ko kwia­ty bę­dą tro­chę tań­sze, to ku­pię pa­ni bu­kiet, cho­ciaż­by za ca­łe pięć ru­bli!”

— Co po­wie­dział? — za­py­tał sta­ry ak­tor, na­chy­la­jąc się do ucha są­sia­da.

— Że­byś pan po­ca­ło­wał psa w nos.

Wy­buch­nę­li śmie­chem.

— Pa­nie Welt, pa­nie Mau­ry­cy, czy pan nie je­steś za cwaj-ko­niak46 sys­te­mem, co?

— Pa­nie Bum-Bum, ja je­stem za sys­te­mem wy­rzu­ce­nia pa­na za drzwi.

— Chcia­łem ka­zać dać...

— Pan le­piej każ bla­go­wać za sie­bie.

— Cóż, kie­dy pan mnie wy­rę­czasz. Pan­no Ani, ko­nia­czek — za­wo­łał po­pra­wiw­szy bi­no­kle i ude­rza­jąc w za­ci­śnię­tą pięść otwar­tą dło­nią pra­wej rę­ki.

— Pań­ski przo­dek, pa­nie Mau­ry­cy, miał wię­cej wy­cho­wa­nia — za­czął zno­wu Bum-bum, sto­jąc na środ­ku po­ko­ju z ka­wał­kiem kieł­ba­sy na wi­del­cu.

— Ja o pań­skim te­go nie mo­gę po­wie­dzieć.

— Wa­rum47? — rzu­cił ktoś od są­sied­nie­go sto­li­ka.

— Bo go wca­le nie miał.

— Nie, nie dla­te­go, tyl­ko że nie by­wał grzecz­nym wzglę­dem swo­ich pach­cia­rzy48. Welt to zna z tra­dy­cji do­mo­wych.

— Wy­sor­to­wa­ny daw­no dow­cip, pięć­dzie­siąt pro­cent ni­żej kosz­tu. Bum-bu­ma, pa­no­wie sprze­da­je się przez pu­blicz­ną li­cy­ta­cję. Kto da co? — wy­krzyk­nął zło­śli­wie Mo­ryc.

— Co on mó­wi? — za­py­tał zno­wu sta­ry ak­tor szep­tem, ki­wa­jąc rów­no­cze­śnie na gar­so­na.

— Żeś głu­pi! — od­po­wie­dział mu tym sa­mym to­nem są­siad.

— Kto co da za Bum-Bu­ma? Pa­no­wie, Bum-Bum się sprze­da­je. Sta­ry jest, brzyd­ki jest, głu­pi jest, zde­ze­lo­wa­ny jest, ale ta­nio się sprze­da­je! — wy­krzy­ki­wał i za­milkł, bo Bum-Bum sta­nął i pa­trzył na nie­go, a po chwi­li rzekł krót­ko:

— Parch! Pan­no Ani, ko­nia­czek!

Mo­ryc ha­ła­śli­wie stu­kał ku­flem i śmiał się gło­śno ale nikt mu nie wtó­ro­wał.

Bum-Bum wy­pił i z po­chy­lo­ną kwa­dra­to­wą twa­rzą ko­lo­ru szmal­cu prze­krwio­ne­go, z ocza­mi wy­pu­kły­mi, bla­do­nie­bie­ski­mi, przy­kry­ty­mi bi­no­kla­mi na bar­dzo sze­ro­kiej wstąż­ce, z grzyw­ką rzad­kich wło­sów ob­le­pia­ją­cych mu wy­so­kie kwa­dra­to­we czo­ło, o po­marsz­czo­nej, wy­mię­tej, chro­po­wa­tej skó­rze, z po­chy­lo­ną na­przód fi­gu­rą sta­re­go roz­pust­ni­ka, cho­dził po ca­łej knaj­pie, po­włó­cząc drga­ją­cy­mi ta­be­tycz­nie no­ga­mi, przy­cze­piał się do roz­ma­itych grup, ga­dał dow­ci­py, z któ­rych sam śmiał się naj­gło­śniej, al­bo usły­sza­ne ka­wa­ły roz­no­sił i po­wta­rzał z lu­bo­ścią, po­pra­wiał obu rę­ka­mi bi­no­kle, wi­tał się pra­wie ze wszyst­ki­mi wcho­dzą­cy­mi, a przy­naj­mniej po­ło­wą, pod­cho­dził do bu­fe­tu, sły­chać by­ło bar­dzo czę­sto je­go chra­pli­wy, roz­ła­żą­cy się głos.

— Pan­no Ani, ko­nia­czek — i trza­śnie­cie dło­nią w pięść za­ci­śnię­tą.

Mo­ryc prze­biegł ocza­mi „Ze­itung”, nie­cier­pli­wie spo­glą­dał na drzwi. Cze­kał na Bo­ro­wiec­kie­go. Wstał wresz­cie, bo zo­ba­czył w dru­gim po­ko­ju zna­jo­mą twarz.

— Le­on, kie­dyś przy­je­chał?

— Dzi­siaj ra­no.

— Jak­że ci po­szedł se­zon? — py­tał, sia­da­jąc obok nie­go na zie­lo­nej ka­nap­ce.

— Świe­eeet­nie! — wy­cią­gnął no­gi na krze­seł­ku i roz­piął ka­mi­zel­kę.

— My­śla­łem dzi­siaj o to­bie, a na­wet wczo­raj z Bo­ro­wiec­kim mó­wi­li­śmy.

— Bo­ro­wiec­ki! ten od Bu­chol­ca?

— Tak.

— On wciąż dru­ku­je swo­je boj­ki? Sły­sza­łem, że ma za­ło­żyć na sie­bie.

— Dla­te­go wła­śnie mó­wi­li­śmy o to­bie.

— I co, weł­na?

— Ba­weł­na!

— Sa­ma?

— Co to moż­na dzi­siaj wie­dzieć.

— Pie­nią­dze jest?

— Bę­dą, a tym­cza­sem jest coś wię­cej, kre­dyt...

— Do spół­ki z to­bą?

— I z Bau­mem, znasz Mak­sa?

— Ojej! W tym we­kslu jest fe­ler, je­den ży­rant nie­pew­ny! Bo­ro­wiec­ki — do­dał po chwi­li.

— Dla­cze­go?

— Po­la­czok! — rzu­cił do­syć po­gar­dli­wie i wy­cią­gnął się pra­wie na ka­nap­ce i na krze­śle.

Mo­ryc ro­ze­śmiał się we­so­ło.

— To ty go wca­le nie znasz. O nim du­żo się w Ło­dzi bę­dzie mó­wić. Ja w nie­go, że zro­bi gru­by in­te­res, tak wie­rzę jak w sie­bie.

— A Baum, cóż to?

— Baum jest wół, je­mu trze­ba dać się wy­spać i wy­ga­dać, a po­tem dać ro­bo­tę, bę­dzie ro­bił jak wół, a zresz­tą on wca­le nie jest głu­pi. Ty mógł­byś nam du­żo po­móc i sam du­żo byś za­ro­bił. Nam już da­wał ofer­ty Kron­gold.

— Idź­cie do Kron­gol­da, to wiel­ka oso­ba, on się zna ze wszyst­ki­mi ba­ła­ga­na­mi, któ­re ku­pu­ją dłu­gie­go to­wa­ru za sto ru­bli rocz­nie; to jest wiel­ki re­isen­der49 na Kut­no, na Skier­ni­wi­ce. Zrób­cie z nim in­te­res, ja się nie na­rzu­cam! Ja mam co sprze­da­wać, ja mam list przy so­bie Bu­chol­ca, on mi chce po­wie­rzyć agen­tu­rę swo­ich to­wa­rów na ca­ły Wschód, a ja­kie wa­run­ki mi da­je! — i za­czął go­rącz­ko­wo roz­pi­nać się i szu­kać po wszyst­kich kie­sze­niach te­go li­stu.

— Wiem o tym, nie szu­kaj. Bo­ro­wiec­ki mi wczo­raj mó­wił, bo to on po­ra­dził cie­bie Bu­chol­co­wi.

— Bo­ro­wiec­ki! Na­praw­dę? Dla­cze­go?

— Bo on jest mą­dry i my­śli o przy­szło­ści.

— I tak so­bie, prze­cież za ta­ki in­te­res mógł­by gru­bo za­ro­bić. Ja sam dał­bym dwa­dzie­ścia ty­się­cy ba­res geld50, jak tu sie­dzę. Co on w tym ma? i do te­go my się pra­wie nie zna­my.

— Co on w tym ma, to on ci sam po­wie, ale tyl­ko ty­le ci po­wiem, że go­tów­ki nie weź­mie.

— Szlach­cic! — szep­nął z pew­nym drwią­cym po­li­to­wa­niem Le­on i splu­nął na śro­dek po­ko­ju.

— Nie, on tyl­ko mą­drzej­szy od naj­mą­drzej­szych re­isen­de­rów i agen­tów na ca­ły Wschód — od­po­wie­dział Mo­ryc, dzwo­niąc no­żem w ku­fel. — Du­żoś sprze­dał?

— Za kil­ka­dzie­siąt ty­się­cy, kil­ka­na­ście ty­się­cy go­tów­ki, a resz­ta naj­lep­sze we­ksle, bo na czte­ry mie­sią­ce z ży­rem Sa­fo­no­wa! Je­dwab­ny in­te­res — ude­rzył Mo­ry­ca w ko­la­no z za­do­wo­le­nia. — Mam i dla cie­bie ob­sta­lu­nek. Wi­dzisz, co to przy­jaźń.

— Na ile?

— Ra­zem ze trzy ty­sią­ce ru­bli.

— Dłu­gi czy krót­ki to­war?

— Krót­ki.

— We­ksel czy na­chna­me51?

— Na­chna­me? Za­raz ci dam za­mó­wie­nie — za­czął prze­wra­cać w ol­brzy­mim, za­my­ka­nym na klucz pu­gi­la­re­sie52.

— Co ci mam dać?

— Je­że­li go­tów­ka, to wy­star­czy je­den pro­cent, po przy­ja­ciel­sku.

— Go­tów­ki te­raz po­trze­bu­ję na gwałt, mam wy­pła­ty, ale w cią­gu ty­go­dnia za­pła­cę.

— Do­brze. Masz za­mó­wie­nie. Wiesz, w Bia­łym­sto­ku spo­tka­łem Łusz­czew­skie­go, przy­je­cha­li­śmy ra­zem do Ło­dzi.

— Gdzież ten hra­bia je­dzie?

— Przy­je­chał do Ło­dzi ro­bić in­te­res.

— On! Ma wi­dać za du­żo; trze­ba się z nim zo­ba­czyć.

— Nic nie ma, przy­je­chał się do­ro­bić cze­go.

— Jak to nic nie ma, prze­cież jeź­dzi­li­śmy ca­łą ban­dą z Ry­gi jesz­cze do je­go ma­jąt­ków. Był pan na gru­by spo­sób! I nic mu już nie zo­sta­ło?

— Zo­sta­ło! tro­chę gu­my z po­wo­zów na ka­lo­sze! Ha, ha, ha, ka­pi­tal­ny witz53 — ude­rzył go w ko­la­no.

— Cóż zro­bił z ma­jąt­kiem? li­czy­li go lek­ko na dwie­ście ty­się­cy.

— A on te­raz li­czy sam, że ma ze sto ty­się­cy dłu­gów, a to skrom­ny czło­wiek.

— Mniej­sza z nim. Na­pi­jesz się?

— War­to by przed te­atrem.

— Kel­ner, ko­niak, ka­wior, bef­sztyk po ta­tar­sku, por­ter ory­gi­nal­ny, gal­lopp!

— Bum-Bum, chodź-no pan do nas! — krzyk­nął Le­on.

— Jak się pan ma, jak­że zdró­wecz­ko, jak­że in­te­re­si­ki! — wy­krzy­ki­wał, ści­ska­jąc mu rę­kę.

— Dzię­ku­ję, bar­dzo do­brze. Przy­wio­złem dla pa­na umyśl­nie z Ode­ssy coś — wy­jął z pu­gi­la­re­su ry­su­nek por­no­gra­ficz­ny i po­dał.

Bum-Bum po­pra­wił obu rę­ka­mi bi­no­kle, wziął ry­su­nek i za­nu­rzył się w nim ca­ły z lu­bo­ścią. Twarz mu po­czer­wie­nia­ła, mla­skał ję­zy­kiem, ob­li­zy­wał swo­je si­ne, opad­nię­te war­gi, trząsł się ca­ły z za­do­wo­le­nia.

— Cu­dow­ne, cu­dow­ne. Nie­by­wa­łe! — wy­krzy­ki­wał i po­wlókł się po­ka­zy­wać wszyst­kim.

— Świ­nia — mruk­nął Mo­ryc nie­chęt­nie.

— Lu­bi do­bre rze­czy, a że jest znaw­cą...

— Nie po­zna­łeś zno­wu ko­go? — za­py­tał nie­co iro­nicz­nie.

— Cze­kaj!... — trza­skał w pal­ce, po­tem w ko­la­no Mo­ry­ca, uśmiech­nął się i z pu­gi­la­re­su, z po­mię­dzy ra­chun­ków i not wy­do­był fo­to­gra­fię ko­bie­ty.

— Co? Ład­na ma­szy­na? — mó­wił z naj­wyż­szym za­do­wo­le­niem, przy­mru­ża­jąc oczy.

— Tak.

— Praw­da! Ja za­raz po­my­ślał, że bę­dzie ci się po­do­bać. To Fran­cu­zecz­ka, a!

— Wy­glą­da na Ho­len­der­kę, ale kro­wę,

— Ke­ine54 ga­da­nie. To dro­ga sztu­ka, stów­ka za nic.

— Dał­bym pięć za wy­rzu­ce­nie jej za drzwi.

— Ty za­wsze je­steś... no, już nie po­wiem.

— A ty masz re­isen­de­row­skie gu­sta, skąd ta­kie by­dlę, gdzieś po­znał?

— W Niż­nim ja so­bie „po­ku­tił nie­mno­żecz­ko55” z kup­ca­mi, to oni mó­wią w koń­cu: „Chodź pan Lew w ca­fée con­cert!” Po­szli. Nu, wód­ka, ko­niak, szam­pań­skie pi­li pra­wie z becz­ki, a po­tem słu­cha­li śpie­wu, ona śpie­wacz­ka — że...

— Za­cze­kaj, w tej chwi­li przyj­dę! — prze­rwał Mo­ryc, ze­rwał się i pod­szedł do tę­gie­go Niem­ca, któ­ry wszedł do re­stau­ra­cji i roz­glą­dał się po sa­li.

— Gut Mor­gen56, pa­nie Mül­ler!

— Mor­gen! Jak się pan ma, pa­nie... — od­po­wie­dział nie­dba­le i roz­glą­dał się da­lej.

— Pan szu­ka ko­go? mo­że ja bę­dę mógł pa­na ob­ja­śnić — na­strę­czał się na­tar­czy­wie Mo­ryc.

— Szu­kam pa­na Bo­ro­wiec­ki, tyl­ko po to wsze­dłem.

— Bę­dzie za­raz, bo ja wła­śnie cze­kam na nie­go. Mo­że pan po­zwo­li do sto­li­ka. To mój ko­le­ga, Le­on Kohn! — re­ko­men­do­wał.

— Mül­ler! — rzu­cił z pew­ną du­mą i przy­siadł się.

— Kto by nie wie­dział o tym! każ­de dziec­ko w Ło­dzi wie ta­kie na­zwi­sko — mó­wił pręd­ko Le­on, śpiesz­nie się za­pi­na­jąc i ro­biąc miej­sce na ka­na­pie.

Mül­ler uśmiech­nął się po­błaż­li­wie i pa­trzał ku drzwiom, bo wszedł Bo­ro­wiec­ki w to­wa­rzy­stwie, ale zo­ba­czyw­szy go, to­wa­rzy­szy zo­sta­wił przy drzwiach i z ka­pe­lu­szem w rę­ku szedł do te­go kró­li­ka ba­weł­nia­ne­go, po któ­re­go wej­ściu przy­ci­szy­ło się w knaj­pie i wszy­scy śle­dzi­li go z nie­na­wi­ścią, za­zdro­ścią i du­mą.

— Pra­wie cze­ka­łem na pa­na — za­czął Mül­ler. Mam do pa­na in­te­res. — Ski­nął gło­wą Mo­ry­co­wi i Le­ono­wi, uśmiech­nął się do po­zo­sta­łych, ob­jął rę­ką w pas Bo­ro­wiec­kie­go i wy­pro­wa­dził z knaj­py.

— Te­le­fo­no­wa­łem do fa­bry­ki, ale mi od­po­wie­dzia­no, że pan dzi­siaj wy­szedł wcze­śniej.

— Ża­łu­ję te­raz bar­dzo — rzekł uprzej­mie.

— Pi­sa­łem na­wet do pa­na, sam pi­sa­łem — do­dał moc­niej, z wiel­ką pew­no­ścią, cho­ciaż na pew­no wie­dzia­no w mie­ście, że umiał za­le­d­wie się pod­pi­sać.

— Nie ode­bra­łem li­stu, bo zu­peł­nie nie wstę­po­wa­łem do miesz­ka­nia.

— Pi­sa­łem o tym, com już kie­dyś wspo­mi­nał. Ja je­stem pro­sty czło­wiek, pa­nie von Bo­ro­wiec­ki, to ja po­wiem raz jesz­cze i pro­sto: dam pa­nu ty­siąc ru­bli wię­cej, wstąp pan do mo­je­go in­te­re­su.

— Bu­cholc dał­by mi dwa ty­sią­ce wię­cej, abym tyl­ko zo­stał — szep­nął zim­no.

— Dam pa­nu trzy, no, dam pa­nu czte­ry! sły­szysz pan, czte­ry ty­sią­ce ru­bli wię­cej, to jest ca­łe czter­na­ście ty­się­cy rocz­nie, ład­ny grosz!

— Bar­dzo pa­nu dzię­ku­ję, ale nie mo­gę przy­jąć tak wspa­nia­łej pro­po­zy­cji.

— Zo­sta­jesz pan u Bu­chol­ca? — za­py­tał pręd­ko.

— Nie. Po­wiem otwar­cie, dla­cze­go nie przyj­mu­ję pań­skiej ofer­ty, ani nie zo­sta­ję w fir­mie — za­kła­dam sam fa­bry­kę.

Mül­ler przy­sta­nął, od­su­nął się nie­co, po­pa­trzył i ci­szej, z pew­nym jak­by sza­cun­kiem za­py­tał:

— Ba­weł­na?

— Nie po­wiem nic prócz te­go, że żad­nej kon­ku­ren­cji pa­nu nie zro­bię.

— Mnie jest ganz-pom­ma­de57, wszyst­kie kon­ku­ren­cje — wy­krzyk­nął, ude­rza­jąc się po kie­sze­ni. — Co mi pan mo­że zro­bić, co mi kto mo­że zro­bić? Kto co zro­bi mi­lio­nom?

Bo­ro­wiec­ki nic się nie ode­zwał, tyl­ko uśmie­chał się, za­pa­trzo­ny przed sie­bie.

— Co to bę­dzie za to­war? — za­czął Mül­ler, zno­wu uj­mu­jąc go nie­miec­kim oby­cza­jem wpół. Spa­ce­ro­wa­li tak po as­fal­to­wym, po­wy­bi­ja­nym chod­ni­ku, pro­wa­dzą­cym przez po­dwó­rze ho­te­lo­we do gma­chu te­atral­ne­go, sto­ją­ce­go w głę­bi, oświe­tlo­ne­go wiel­ką la­tar­nią elek­trycz­ną.

Tłu­my lu­dzi szły do te­atru.

Po­wóz za po­wo­zem za­jeż­dżał przed ho­te­lo­wą bra­mę i wy­rzu­cał cięż­kich i prze­waż­nie opa­słych męż­czyzn i bar­dzo wy­stro­jo­ne ko­bie­ty, któ­re po­otu­la­ne szły pod pa­ra­so­la­mi tym chod­ni­kiem, ośli­zgłym od wil­go­ci, bo cho­ciaż deszcz ustał już, ale gę­sta lep­ka mgła opa­da­ła na zie­mię.

— Pan mi się po­do­ba, pa­nie von Bo­ro­wiec­ki — mó­wił Mül­ler, nie do­cze­kaw­szy się od­po­wie­dzi — tak mi się pan po­do­ba, że jak tyl­ko pan zro­bi kla­pę, to za­wsze znaj­dzie pan u mnie miej­sce na ja­kie pa­rę ty­się­cy ru­bli.

— Te­raz dał­by mi pan wię­cej?

— No, bo te­raz pan je­steś dla mnie wię­cej wart.

— Dzię­ku­ję za szcze­rość — uśmiech­nął się iro­nicz­nie.

— Ale ja pa­na nie chcia­łem ob­ra­zić, ja mó­wię tak, jak my­ślę — uspra­wie­dli­wiał się go­rą­co, doj­rzaw­szy ten uśmiech.

— Wie­rzę. Sko­ro zro­bię kla­pę raz, to tyl­ko dla­te­go, że­by dru­gi raz jej nie zro­bić.

— Pan je­steś gło­wa, pa­nie Bo­ro­wiec­ki, pan mi się ogrom­nie po­do­ba. My ra­zem mo­gli­by­śmy ro­bić do­bre in­te­re­sy.

— Cóż, kie­dy mu­si­my je ro­bić osob­no — za­śmiał się, kła­nia­jąc ni­sko ja­kimś da­mom prze­cho­dzą­cym.

— Ład­ne ko­bie­ty te Po­lki, ale ma­ją. Mo­da też ład­na.

— Bar­dzo ład­na — po­wie­dział po­waż­nie, pod­no­sząc na nie­go oczy.

— Ja mam myśl! ja ją pa­nu kie­dy in­dziej po­wiem — za­wo­łał ta­jem­ni­czo. — Masz pan miej­sce w te­atrze?

— Mam krze­sło, przy­sła­li mi dwa ty­go­dnie te­mu.

— Nas tyl­ko tro­je bę­dzie w lo­ży.

— Są i pa­nie?

— One już w te­atrze, a ja umyśl­nie zo­sta­łem, aby się wi­dzieć z pa­nem, no i na nic mo­je pla­ny. Do wi­dze­nia, pan zaj­rzy do lo­ży?

— Z pew­no­ścią, bę­dzie to dla mnie bar­dzo przy­jem­nym obo­wiąz­kiem.

Mül­ler znik­nął w drzwiach te­atru, a on po­wró­cił do re­stau­ra­cji. Nie za­stał już Mo­ry­ca, któ­ry przez gar­so­na ka­zał po­wie­dzieć, że cze­ka w te­atrze.

W bu­fe­cie, gdzie po­szedł na­pić się wód­ki, bo czuł się dziw­nie zde­ner­wo­wa­nym, nie by­ło pra­wie ni­ko­go, prócz Bum-Bu­ma, któ­ry przy­sło­nię­ty ga­ze­tą drze­mał w ką­cie.

— Bum, nie idziesz pan do te­atru?

— Te, po co mi to. Ba­weł­nę oglą­dać, prze­cież ich znam. Pan idzie?

— A za­raz.

Ja­koż i wy­szedł, od­na­lazł swo­je miej­sce w pierw­szym rzę­dzie obok Mo­ry­ca i Le­ona, któ­ry za­wzię­cie kła­niał się i lor­ne­to­wał ja­kieś blon­dyn­ki, sie­dzą­ce na pierw­szym pię­trze.

— Kra­sa­wi­ca pierw­szy sort, ta mo­ja blon­dyn­ka, patrz Mo­ryc.

— Znasz ją bli­żej?

— Czy ja ją znam bli­żej? ha, ha, ha, ja ją znam bar­dzo bli­żej! Po­znaj mnie z Bo­ro­wiec­kim.

Mo­ryc ich po­zna­jo­mił za­raz.

Le­on chciał coś mó­wić, już na­wet klep­nął w ko­la­no Mo­ry­ca, ale Bo­ro­wiec­ki wstał i od­wró­co­ny twa­rzą do sa­li za­peł­nio­nej od gó­ry do do­łu naj­lep­szą, na ja­ką tyl­ko by­ło stać Łódź pu­blicz­no­ścią, przy­glą­dał się uważ­nie, co chwi­la kła­nia­jąc się to lo­żom, to krze­słom, nie­sły­cha­nie dys­tyn­go­wa­nym ru­chem gło­wy.

Stał spo­koj­nie pod ogniem lor­ne­tek i spoj­rzeń, ja­kie w nie­go ude­rza­ły ze wszyst­kich stron te­atru, któ­ry wrzał ni­by ul świe­żo ob­sa­dzo­nym ro­jem.

Je­go wy­so­ka, roz­ro­śnię­ta, bar­dzo zgrab­na po­stać ry­so­wa­ła się wy­kwint­ną syl­wet­ką.

Pięk­na twarz, o bar­dzo ty­po­wym, wy­de­li­ka­co­nym ry­sun­ku, ozdo­bio­na prze­ślicz­ny­mi wą­sa­mi sta­ran­nie utrzy­my­wa­ny­mi i usta o spodniej war­dze sil­nie wy­su­nię­tej i pew­na nie­dba­łość w ru­chach i spoj­rze­niach, czy­ni­ły go ty­pem dżen­tel­me­na.

Nikt nie mógł­by był z je­go po­wierz­chow­no­ści wy­kwint­nej po­znać, że ma przed so­bą czło­wie­ka, któ­ry ja­ko che­mik fa­brycz­ny, ja­ko ko­lo­ry­sta, był nie­zrów­na­nym w swo­jej spe­cjal­no­ści; czło­wie­ka, o któ­re­go to­czy­ły się woj­ny po­mię­dzy fa­bry­ka­mi ba­weł­nia­ny­mi, by go zdo­być dla sie­bie; był ta­kim, któ­ry w tym dzia­le fa­bry­ka­cji ro­bił prze­wro­ty.

Sza­re, z nie­bie­ska­wym od­cie­niem oczy, twarz su­cha, brwi pra­wie ciem­ne, czo­ło twar­do mo­de­lo­wa­ne nada­wa­ły mu coś dra­pież­ne­go.

Czuć by­ło w nim sil­ną wo­lę i nie­ugię­tość.

Pa­trzył do­syć wy­nio­śle na te­atr za­la­ny świa­tłem i na tę barw­ną, błysz­czą­cą bry­lan­ta­mi pu­blicz­ność.

Lo­że po­dob­ne by­ły do żar­di­nie­rek58 wy­bi­tych wi­śnio­wym ak­sa­mi­tem, na któ­re­go tle ni­by kwia­ty sie­dzia­ły stroj­ne ko­bie­ty, skrzą­ce się dro­gi­mi ka­mie­nia­mi.

— Ka­rol, ile mo­że być dzi­siaj mi­lio­nów w te­atrze? — za­py­tał ci­cho Mo­ryc.

— Bę­dzie ze dwie­ście — od­po­wie­dział tak sa­mo, z wol­na ogar­nia­jąc zna­ne twa­rze mi­lio­ne­rów.

— Tu rze­czy­wi­ście pach­nie mi­lio­na­mi — wtrą­cił Le­on, wcią­ga­jąc w sie­bie po­wie­trze prze­sy­co­ne za­pa­chem per­fum, kwia­tów świe­żych i bło­ta przy­nie­sio­ne­go z uli­cy.

— Ce­bu­lą i kar­to­fla­mi przede wszyst­kim — szep­nął po­gar­dli­wie Bo­ro­wiec­ki i kła­niał się z bar­dzo słod­kim uśmie­chem do jed­nej z lóż par­te­ro­wych, przy sa­mej sce­nie, wspa­nia­le pięk­nej Ży­dów­ce w czar­nej je­dwab­nej suk­ni de­col­té, z któ­rej wy­chy­la­ły się olśnie­wa­ją­ce bia­ło­ścią, prze­pysz­nie ufor­mo­wa­ne ra­mio­na i szy­ja okrę­co­na w sznur bry­lan­tów. Bry­lan­ty po­ły­ski­wa­ły nad skro­nia­mi, w grze­by­kach upi­na­ją­cych czar­ne pu­szy­ste wło­sy, za­cze­sa­ne mo­dą ce­sar­stwa — na uszy, w któ­rych rów­nież skrzy­ły się bry­lan­ty za­dzi­wia­ją­cej wiel­ko­ści, bry­lan­ty lśni­ły się u gor­su, w agra­fie spi­na­ją­cej sta­nik i po­ły­ski­wa­ły w bran­so­let­kach okrę­ca­ją­cych rę­ce ob­cią­gnię­te w czar­ne rę­ka­wicz­ki. Wiel­kie, po­dłuż­ne oczy fioł­ko­we ni­by naj­wspa­nial­sze sza­fi­ry pa­li­ły się ostro. Twarz mia­ła o go­rą­cym to­nie lek­ko oliw­ko­wym, prze­sy­co­nym nie­co kar­mi­nem krwi, czo­ło ni­skie, brwi sil­nie za­ry­so­wa­ne, nos pro­sty i cien­ki i do­syć du­że, peł­ne usta.

Spo­glą­da­ła z pew­nym upo­rem na Bo­ro­wiec­kie­go, nie zwa­ża­jąc, że ją lor­ne­to­wa­no ze wszyst­kich lóż, cza­sa­mi rzu­ca­ła nie­znacz­ne spoj­rze­nia na sie­dzą­ce­go tro­chę w głę­bi lo­ży mę­ża, star­ca o wy­bit­nie se­mic­kim ty­pie, któ­ry z opusz­czo­ną gło­wą na pier­si, sie­dział za­to­pio­ny w roz­my­śla­niach, chwi­la­mi bu­dził się, rzu­cał prze­ni­kli­we spoj­rze­nia spod zło­tych oku­la­rów na sa­lę, ob­cią­gał na wy­dat­nym brzu­chu ka­mi­zel­kę i szep­tał żo­nie:

— Lu­cy, cze­mu się ty tak wy­sta­wiasz?

Uda­wa­ła, że nie sły­szy i prze­glą­da­ła da­lej lo­że krze­sła, za­pcha­ne pu­blicz­no­ścią o ty­pach prze­waż­nie se­mic­kich i ger­mań­skich, al­bo pa­trzy­ła w Bo­ro­wiec­kie­go, któ­ry chwi­la­mi od­czu­wał te spoj­rze­nia, bo się od­wra­cał do niej twa­rzą, ale stał zim­ny na po­zór i obo­jęt­ny.

— Ład­ny ka­wa­łek ko­bie­ty z tej Zu­ke­ro­wej — szep­nął Le­on do Bo­ro­wiec­kie­go, bo chciał za­cząć roz­mo­wę, aby się do­wie­dzieć bliż­szych szcze­gó­łów o swo­jej agen­tu­rze.

— Uwa­żasz pan?... — od­po­wie­dział chłod­no tam­ten.

— Ja bo wi­dzę. Patrz pan, jej biust, ja to naj­le­piej lu­bię w ko­bie­cie, a ona ma biust fron­to­wy, jak ak­sa­mit, ha, ha, ha.

— Z cze­go się śmie­jesz? — py­tał cie­ka­wie Mo­ryc.

— Zro­bi­łem pysz­ny witz — i po­wta­rzał go Mo­ry­co­wi ze śmie­chem.

Umil­kli, bo kur­ty­na się pod­nio­sła, wszyst­kie oczy uto­nę­ły w sce­nie, tyl­ko Zu­ke­ro­wa zza wa­chla­rza pa­trzy­ła w Ka­ro­la, któ­ry zda­wał się te­go nie spo­strze­gać, co ją tak wi­docz­nie iry­to­wa­ło, że po kil­ka ra­zy skła­da­ła wa­chlarz i ude­rza­ła nim w pa­ra­pet jak­by od nie­chce­nia.

Uśmie­chał się nie­znacz­nie, rzu­cał na nią krót­kie spoj­rze­nia i pa­trzył da­lej z uwa­gą wiel­ką na sce­nę, gdzie ama­to­rzy i ama­tor­ki pa­ro­dio­wa­li praw­dzi­wych ak­to­rów i sztu­kę.

By­ło to bo­wiem przed­sta­wie­nie na cel do­bro­czyn­ny, zło­żo­ne z dwóch ko­me­dy­jek, śpie­wu so­lo­we­go, gry na skrzyp­cach i for­te­pia­nie, i ży­wych ob­ra­zów na za­koń­cze­nie.

W an­trak­cie59 Bo­ro­wiec­ki wstał, aby iść do lo­ży Mül­le­rów, za­trzy­mał go Kohn.

— Pa­nie Bo­ro­wiec­ki, ja chcia­łem z pa­nem po­mó­wić.

— Mo­że po te­atrze, bo, jak pan wi­dzi, te­raz nie mam cza­su — szep­nął i po­szedł.

— On jest wiel­ki pan, te­raz nie ma cza­su.

— Ma ra­cję, tu­taj wca­le nie miej­sce do in­te­re­sów.

— Mo­ryc, tyś zgłu­piał do resz­ty, co ty wy­ga­du­jesz, dla in­te­re­sów jest wszę­dzie miej­sce, tyl­ko ten von Bo­ro­wiec­ki to wiel­ki ksią­żę od Bu­chol­ca i Spół­ki, wiel­ka oso­ba!

Bo­ro­wiec­ki tym­cza­sem wszedł do lo­ży Mül­le­rów, sta­ry wy­szedł, aby mu zro­bić miej­sce, bo już tam na czwar­te­go sie­dział ja­kiś ni­ski, gru­by Nie­miec.

Przy­wi­tał się z mat­ką, drze­mią­cą w głę­bi lo­ży i z cór­ką, któ­ra pod­nio­sła się nie­mal na je­go wej­ście.

— Störch.

— Bo­ro­wiec­ki.

Skrzy­żo­wa­ły się na­zwi­ska i dło­nie.

Ka­rol usiadł.

— Jak się pa­ni ba­wi? — za­py­tał, aby coś po­wie­dzieć.

— Do­sko­na­le, wy­bor­nie! — wy­krzyk­nę­ła i jej okrą­gła, ró­żo­wa twarz, po­dob­na do mło­dej rzod­kiew­ki świe­żo ob­my­tej, roz­bły­sła sil­niej­szy­mi ru­mień­ca­mi, co tym moc­niej od­bi­ja­ły przy ja­sno­zie­lo­nej suk­ni.

Pod­nio­sła chu­s­tecz­kę do twa­rzy, aby przy­sło­nić ru­mień­ce, bo się ich wsty­dzi­ła.

Mat­ka za­rzu­ci­ła jej na ra­mio­na wspa­nia­ły, ko­ron­ko­wy szal, bo prze­ciąg od drzwi otwar­tych prze­wie­wał po te­atrze i drze­ma­ła da­lej.

— A pan? — za­py­ta­ła po chwi­li, pod­no­sząc na nie­go nie­bie­skie, zu­peł­nie por­ce­la­no­we oczy, o ja­snych zło­ta­wych obrze­żach rzęs i w tej chwi­li, z roz­chy­lo­ny­mi nie­co, bla­dy­mi usta­mi dziec­ka, z twa­rzycz­ką pod­nie­sio­ną, po­dob­ną by­ła do świe­żo upie­czo­nej buł­ki.

— Po­wiem to sa­mo: wy­bor­nie, do­sko­na­le al­bo: do­sko­na­le, wy­bor­nie.

— Do­brze gra­ją, praw­da?

— Tak, po ama­tor­sku. My­śla­łem, że pa­ni weź­mie udział w przed­sta­wie­niu.

— Ja bar­dzo pra­gnę­łam, ale kie­dy mnie nikt nie za­pro­sił — mó­wi­ła szcze­rze, z wiel­ką przy­kro­ścią.

— Pro­jekt ten ist­niał, ale nie mia­no od­wa­gi, ba­no się od­mo­wy, zresz­tą do do­mu pań­stwa wstęp tak trud­ny, jak­by na dwór kró­lew­ski.

— Ja, ja to sa­mo mó­wił pan­nie Ma­da — wtrą­cił Störch.

— To pan wi­nien, prze­cież pan by­wa u nas, trze­ba by­ło mi po­wie­dzieć.

— Nie mia­łem cza­su i za­po­mnia­łem — tłu­ma­czył się pro­sto.

Za­pa­no­wa­ło mil­cze­nie.

Störch od­ka­sły­wał, na­chy­lał się już, aby za­cząć roz­mo­wę, ale co­fał się, wi­dząc, że Bo­ro­wiec­ki znu­dzo­nym wzro­kiem włó­czy po te­atrze, a Ma­da by­ła ja­kaś po­mie­sza­na, bo chcia­ła du­żo mó­wić, a te­raz, gdy ten Bo­ro­wiec­ki sie­dzi obok niej, gdy lo­że ze spe­cjal­nym za­in­te­re­so­wa­niem lor­ne­tu­ją ich, nie wie co mó­wić, wresz­cie za­czę­ła.

— Pan bę­dzie w na­szej fir­mie?

— Nie­ste­ty, mu­sia­łem oj­cu pa­ni od­mó­wić.

— A pa­pa tak li­czył na pa­na.

— Ja sam bar­dzo ża­łu­ję.

— My­śla­łam, że we czwar­tek pan u nas bę­dzie, bo mam pew­ną proś­bę.

— Mo­gęż ją za­raz wy­słu­chać?

Po­chy­lił gło­wę ku niej i spo­glą­dał do lo­ży Zu­ke­rów.

Lu­cy wa­chlo­wa­ła się gwał­tow­nie i wi­docz­nie po­za wa­chla­rzem kłó­ci­ła się z mę­żem, któ­ry raz po raz ob­cią­gał ka­mi­zel­kę na brzu­chu i wy­pro­sto­wy­wał się na krze­śle.

— Chcia­łam pro­sić, aby mi pan wska­zał nie­któ­re pol­skie książ­ki do czy­ta­nia. Mó­wi­łam to już pa­pie, ale po­wie­dział mi, że je­stem głu­pia i po­win­nam się za­jąć do­mem i go­spo­dar­stwem.

— Ja, ja60. Fa­ter tak po­wie­dzia­ła — szep­nął zno­wu Störch, co­fa­jąc się nie­co w tył z krze­słem, bo go Bo­ro­wiec­ki ude­rzył ocza­mi.

— Dla­cze­go pa­ni chce te­go, po co to pa­ni? — za­py­tał do­syć twar­do.

— A bo chcę — od­par­ła re­zo­lut­nie — chcę i pro­szę o in­for­ma­cję.

— Brat mu­si mieć prze­cież w tym no­wym pa­ła­cy­ku i bi­blio­te­kę.

Za­śmia­ła się bar­dzo ser­decz­nie i bar­dzo ci­chut­ko.

— Co pa­ni wi­dzi śmiesz­ne­go w mo­im przy­pusz­cze­niu?

— Ale, bo Wil­helm tak nie lu­bi ksią­żek, że kie­dyś po­gnie­wał się na mnie i gdy by­łam z ma­mą w mie­ście, spa­lił mi wszyst­kie mo­je książ­ki.

— Ja, ja Wil­helm nie lu­bi ksią­żek, on jest do­bry bursz61.

Bo­ro­wiec­ki po­pa­trzył zim­no na Stör­cha i rzekł:

— Do­brze, przy­ślę pa­ni ju­tro spis ty­tu­łów.

— A je­śli­bym ja pra­gnę­ła mieć ten spis za­raz, na­tych­miast.

— To na­tych­miast mo­gę kil­ka ty­tu­łów na­pi­sać, a resz­tę ju­tro.

— Pan jest do­bry chło­pak — po­wie­dzia­ła we­so­ło, ale uj­rzaw­szy, że usta mu drgnę­ły uśmie­chem iro­nii, roz­czer­wie­ni­ła się jak pi­wo­nia.

Na­pi­sał na bi­le­cie wi­zy­to­wym, opa­trzo­nym w her­by, po­że­gnał się i wy­szedł.

W ko­ry­ta­rzu spo­tkał się ze sta­rym Sza­ją Men­del­soh­nem, praw­dzi­wym kró­lem ba­weł­nia­nym, któ­re­go na­zy­wa­no krót­ko — Sza­ja.

Był to wy­so­ki, chu­dy Żyd, o wiel­kiej bia­łej, iście pa­triar­chal­nej bro­dzie, ubra­ny w dłu­gi, zwy­kły cha­łat, któ­ry mu się tłukł po pię­tach.

Sza­ja za­wsze by­wał tam, gdzie przy­pusz­czał, iż bę­dzie Bu­cholc, je­go naj­więk­szy współ­za­wod­nik w kró­le­stwie ba­weł­nia­nym, naj­więk­szy fa­bry­kant łódz­ki i do te­go oso­bi­sty nie­przy­ja­ciel.

Za­gro­dził dro­gę Bo­ro­wiec­kie­mu, któ­ry uchy­la­jąc ka­pe­lu­sza chciał przejść da­lej.

— Wi­tam pa­na. Nie ma dzi­siaj Her­ma­na, dla­cze­go? — za­py­tał ohyd­ną pol­sz­czy­zną.

— Nie wiem — od­parł krót­ko, bo nie cier­piał Szai, jak go nie cier­pia­ła ca­ła nie­ży­dow­ska Łódź.

— Że­gnam pa­na — rzu­cił su­cho i po­gar­dli­wie Sza­ja.

Bo­ro­wiec­ki nic nie od­po­wie­dział i po­szedł na pierw­sze pię­tro, do jed­nej z lóż, w któ­rej był ca­ły bu­kiet ko­biet, po­mię­dzy ni­mi za­stał Mo­ry­ca i Hor­na.

W lo­ży by­ło nad­zwy­czaj we­so­ło i bar­dzo cia­sno.

— Na­sza ma­ła ślicz­nie gra, praw­da pa­nie Bo­ro­wiec­ki?

— Tak i bar­dzo ża­łu­ję, że nie za­opa­trzy­łem się w bu­kiet.

— My go ma­my, po­da­dzą jej po dru­giej sztu­ce.

— Że jest cia­sno beze mnie i we­so­ło beze mnie, że pa­nie ma­ją już asy­stę — wy­cho­dzę.

— Zo­stań pan z na­mi, bę­dzie jesz­cze we­se­lej — pro­si­ła go jed­na z ko­biet, w li­lio­wej suk­ni, z li­lio­wą twa­rzą i z li­lio­wy­mi ocza­mi.

— We­se­lej to pew­nie nie, ale że cia­śniej, to z pew­no­ścią — za­wo­łał Mo­ryc.

— To wyjdź, bę­dzie za­raz wię­cej miej­sca.

— Że­bym mógł iść do lo­ży Mül­le­rów, to­bym wy­szedł.

— Mo­gę ci to uła­twić.

— Ja wy­cho­dzę i za­raz zro­bi się wię­cej miej­sca — za­wo­łał Horn, ale po­chwy­ciw­szy pro­szą­ce spoj­rze­nie mło­dej dziew­czy­ny, sie­dzą­cej na fron­cie lo­ży, po­zo­stał.

— Wie pa­ni, pan­no Ma­rio, ile się tak­su­je pan­na Mül­ler? Pięć­dzie­siąt ty­się­cy ru­bli rocz­nie!

— Moc­na pan­na! Ja bym się pu­ścił na ten in­te­res — szep­nął Mo­ryc.

— Przy­suń się pan bli­żej, to coś opo­wiem — szep­nę­ła li­lio­wa i po­chy­li­ła ni­sko gło­wę, tak, że jej ciem­ne, pu­szy­ste wło­sy, do­ty­ka­ły skro­ni na­chy­lo­ne­go do niej Bo­ro­wiec­kie­go. Za­sło­ni­ła się wa­chla­rzem i szep­ta­ła mu dłu­go do ucha.

— Nie spi­skuj­cie! — za­wo­ła­ła naj­star­sza w lo­ży, zu­peł­nie w sty­lu ba­roc­co, pięk­na, czter­dzie­sto­kil­ku­let­nia ko­bie­ta, o ce­rze olśnie­wa­ją­cej, si­wych zu­peł­nie wło­sach, nad­zwy­czaj ob­fi­tych, czar­nych oczach i brwiach, i o ma­je­sta­tycz­nej, im­po­nu­ją­cej po­sta­ci, któ­ra prze­wod­ni­czy­ła ca­łej lo­ży.

— Pa­ni Ste­fa­nia opo­wia­da­ła mi cie­ka­we szcze­gó­ły o tej no­wej ba­ro­no­wej.

— No, nie po­wtó­rzy­ła­by te­go przy wszyst­kich — szep­nę­ła ba­ro­ko­wa.

— Pan­na Ma­da Mül­ler ra­czy nas lor­ne­to­wać, o!

— Wy­glą­da dzi­siaj jak mło­da, tłu­ściut­ka, osku­ba­na z pió­rek gęś, okrę­co­na w nać z pie­trusz­ki.

— Pa­ni Ste­fa­nia uda­je dzi­siaj zło­śli­wą — szep­nął Horn.

— Al­bo tam­ta, Sza­jów­na, ca­ły ma­ga­zyn ju­bi­ler­ski ma na so­bie.

— Prze­cież stać ją na­wet na dwa skle­py ju­bi­ler­skie — wtrą­cił Mo­ryc, wpa­ko­wał bi­no­kle na nos i pa­trzył na dół, w lo­żę Men­del­soh­nów, gdzie sie­dzia­ła z oj­cem je­go naj­młod­sza cór­ka ubra­na z nie­sły­cha­nym prze­py­chem z ja­kąś dru­gą pan­ną.

— Któ­raż ku­la­wa?

— Ró­ża, ta po le­wej stro­nie, ru­da.

— Wczo­raj by­ła u mnie w skle­pie, prze­rzu­ci­ła wszyst­ko, nic nie ku­pi­ła i po­szła, ale mia­łam czas się jej przyj­rzeć, jest zu­peł­nie brzyd­ka — mó­wi­ła pa­ni Ste­fa­nia.

— Ona jest prze­ślicz­ną, ona jest anioł, co to anioł, ona jest czte­ry al­bo pięt­na­ście anio­łów — wy­krzy­ki­wał Mo­ryc, prze­drzeź­nia­jąc sta­re­go Sza­ję.

— Do wi­dze­nia pa­niom, chodź Mo­ryc, pan Horn zo­sta­nie przy pa­niach.

— Mo­że pa­no­wie przyj­dą do nas na her­ba­tę po te­atrze? — pro­si­ła wszyst­kich li­lio­wa, pa­trząc na Bo­ro­wiec­kie­go.

— Dzię­ku­ję bar­dzo, ale przyj­dę ju­tro, dzi­siaj nie mo­gę.

— Czy je­steś pan za­mó­wio­ny do Mül­le­rów? — szep­nę­ła tro­chę cierp­ko.

— Do Grand Ho­te­lu. Dzi­siaj so­bo­ta, przy­jeż­dża Ku­row­ski, jak zwy­kle, a ja mam z nim do ob­ga­da­nia nie­sły­cha­nie waż­ne rze­czy.

— To za­łatw się z nim pan w te­atrze, mu­si prze­cież być.

— On prze­cież nie by­wa w te­atrze, nie zna go pa­ni?

Ukło­nił się i wy­szedł, prze­pro­wa­dzo­ny dziw­nym spoj­rze­niem pa­ni Ste­fa­nii.

Akt do­syć daw­no się już cią­gnął, więc prze­su­wał się do swo­je­go miej­sca i siadł, ale nie słu­chał, bo na­oko­ło szep­ta­no coś na­der ta­jem­ni­czo.

Zdzi­wił wszyst­kich fakt, że w cza­sie sztu­ki wy­wo­ła­no z lo­ży Knol­la, zię­cia Bu­chol­ca, któ­ry sie­dział sa­mot­nie w lo­ży, na wprost Zu­ke­rów, a po­tem, że wy­niósł się z te­atru ci­cha­czem Gros­glik, naj­więk­szy ban­kier łódz­ki.

Przy­nie­śli mu de­pe­szę, z któ­rą po­le­ciał do Szai.

Szcze­gó­ły te, po­da­wa­ne so­bie szep­tem, ob­le­cia­ły ni­by bły­ska­wi­ca te­atr i wzbu­dzi­ły ja­kiś ciem­ny, nie­wy­tłu­ma­czo­ny nie­po­kój w przed­sta­wi­cie­lach róż­nych firm.

— Co się sta­ło? — za­py­ty­wa­no, nie znaj­du­jąc od­po­wie­dzi na ra­zie.

Ko­bie­ty słu­cha­ły sztu­ki, ale więk­szość męż­czyzn z par­te­ru i z lóż przy­pa­try­wa­ła się z nie­po­ko­jem kró­lom i kró­li­kom łódz­kim.

Men­del­sohn sie­dział zgar­bio­ny, z oku­la­ra­mi na czo­le, gła­dził chwi­la­mi bro­dę wspa­nia­łym ru­chem i szcze­rze zda­wał się być po­chło­nię­ty przed­sta­wie­niem.

Knoll, wszech­po­tęż­ny Knoll, zięć i na­stęp­ca Bu­chol­ca tak­że słu­chał z uwa­gą.

Mül­ler istot­nie mu­siał nie wie­dzieć o ni­czym, bo śmiał się na ca­łe gar­dło z dow­ci­pów mó­wio­nych na sce­nie, śmiał się tak szcze­rze, że chwi­la­mi Ma­da szep­ta­ła ci­cho:

— Pa­po, tak nie moż­na.

— Za­pła­ci­łem, to się ba­wię — rzu­cał jej w od­po­wie­dzi i istot­nie ba­wił się zu­peł­nie.

Zu­ker znik­nął, w lo­ży sie­dzia­ła sa­mot­nie Lu­cy i zno­wu pa­trzy­ła na Bo­ro­wiec­kie­go.

Mniej­si po­ten­ta­ci i przed­sta­wi­cie­le ta­kich firm jak: En­de-Grisz­pan, Wolk­man, Bau­ve­cel Fit­ze, Bi­ber­ste­in, Pin­czow­ski, Pru­sak, Sto­jow­sky, krę­ci­li się na swo­ich miej­scach co­raz nie­spo­koj­niej, szep­ty prze­la­ty­wa­ły z koń­ca w ko­niec te­atru, co chwi­la ktoś się wy­su­wał i nie po­wra­cał.

Oczy ba­da­ły na­oko­ło, na ustach tkwi­ły za­py­ta­nia, nie­po­kój wszyst­ki­mi owła­dał co­raz sil­niej­szy.

A nikt nie umiał so­bie wy­tłu­ma­czyć, dla­cze­go, cho­ciaż wszy­scy by­li pew­ni, że się coś sta­ło waż­ne­go.

Z wol­na to zde­ner­wo­wa­nie udzie­la­ło się tym na­wet, któ­rzy nie oba­wia­li się żad­nych złych wie­ści.

Wszy­scy po­czu­li to drże­nie łódz­kie­go grun­tu, tak czę­sto w ostat­nich cza­sach na­wie­dza­ne­go ka­ta­kli­zmem.

Tyl­ko gó­ra, ta­nie miej­sca, nic nie od­czu­wa­ła, ba­wi­ła się wciąż wy­bor­nie, wy­bu­cha­ła śmie­chem, bi­ła okla­ski, wo­ła­ła bra­wo.

Śmiech jak­by fa­lą bu­chał z dru­gie­go pię­tra i roz­pry­ski­wał się ka­ska­dą dźwię­ków na par­ter i lo­że, na te wszyst­kie gło­wy i du­sze tak na­gle za­nie­po­ko­jo­ne, na te mi­lio­ny, roz­po­star­te na ak­sa­mi­cie, ubry­lan­to­wa­ne, pysz­ne swą wła­dzą i wiel­ko­ścią.

Ze wszyst­kich lóż tyl­ko lo­ża zna­jo­mych Bo­ro­wiec­kie­go pań, bra­ła udział w za­ba­wie i ba­wi­ła się do­sko­na­le.

Po­two­rzy­ły się pew­ne ra­fy na tym ru­cho­mym mo­rzu, któ­re sie­dzia­ły spo­koj­nie, wpa­trzo­ne w sce­nę; by­ły to ro­dzi­ny prze­waż­nie pol­skie, któ­rych nic nie mo­gło za­nie­po­ko­ić, bo nic nie mia­ły do stra­ce­nia.

— To ba­weł­na — szep­nął Le­on do Bo­ro­wiec­kie­go. — Patrz pan, weł­na i in­ni sie­dzą pra­wie spo­koj­nie, są tyl­ko cie­ka­wi. Ja się na tym znam.

— Frum­kin w Bia­łym­sto­ku, Li­cha­czew w Ro­sto­wie, Ał­pa­sow w Ode­ssie — kla­pa! — szep­nął Mo­ryc, któ­ry skąd­ciś do­wie­dział się te­go.

Wszy­scy trzej by­li to kup­cy en gros62, jed­ni z naj­więk­szych od­bior­ców łódz­kich.

— Na ile Łódź za­an­ga­żo­wa­na? — py­tał Bo­ro­wiec­ki.

Mo­ryc zno­wu wy­szedł i po­wró­cił po kil­ku mi­nu­tach, był znacz­nie bled­szy, usta miał skrzy­wio­ne, oczy świe­ci­ły dziw­nie; nie mógł ze wzru­sze­nia tra­fić z bi­no­kla­mi na nos.

— Jest jesz­cze je­den. Ro­go­pu­ło w Ode­ssie. Mu­ro­wa­ne fir­my, sa­me mu­ro­wa­ne!

— Wy­so­ko le­żą?

— Łódź tra­ci ze dwa mi­lio­ny! — szep­nął bar­dzo po­waż­nie i usi­ło­wał wło­żyć bi­no­kle.

— Nie mo­że być — wy­krzyk­nął pra­wie gło­śno Bo­ro­wiec­ki, zry­wa­jąc się z miej­sca, aż pu­blicz­ność sie­dzą­ca za nim, za­czę­ła stu­kać i sy­kać, że­by nie za­sła­niał sce­ny so­bą. — Kto ci po­wie­dział?

— Lan­dau, a jak Lan­dau mó­wi, to Lan­dau wie.

— Kto tra­ci?

— Wszy­scy po tro­chu, a Kes­sler, Bu­cholc, Mül­ler naj­wię­cej.

— Ale że­by ich nie po­de­przeć, po­zwo­lić na ta­ką kla­pę.

— Ro­go­pu­ło uciekł, Li­cha­czew umarł, za­pił się z roz­pa­czy.

— A Frum­kin i Ał­pa­sów?

— Nic nie wiem, mó­wi­łem ty­le, co by­ło w de­pe­szy.

Już te­raz te wszyst­kie wie­ści roz­la­ły się po te­atrze, wszy­scy wie­dzie­li o klę­sce.

Co chwi­la wi­dać by­ło, jak ta wia­do­mość ni­by bom­ba wy­bu­cha w in­nej stro­nie te­atru.

Twa­rze pod­no­si­ły się w gó­rę, oczy bły­ska­ły, sło­wa ja­kieś ostre dźwię­cza­ły w po­wie­trzu, krze­sła się pod­no­si­ły z trza­skiem, wy­bie­ga­li z po­śpie­chem do te­le­gra­fu i te­le­fo­nów.

Te­atr bar­dzo opu­sto­szał.

Bo­ro­wiec­ki czuł się tak­że zde­ner­wo­wa­nym tą wie­ścią, sam nic nie tra­cił, ale tra­ci­li wszy­scy na­oko­ło nie­go.

— Wy nic nie tra­ci­cie? — za­py­tał się Mak­sa Bau­ma, któ­ry zna­la­zł­szy miej­sce wol­ne, przy­siadł się bli­żej nie­go.

— My nie ma­my nic do stra­ce­nia prócz ho­no­ru, a prze­cież tym to­wa­rem w Ło­dzi się nie ope­ru­je — od­po­wie­dział drwią­co.

— Ład­nie Łódź trzesz­czy.

— Na­sta­nie cie­pły se­zon.

— Tak, tak. Straż ognio­wa bę­dzie mieć ro­bo­tę.

— Zro­bi się cie­plej, to prę­dzej wio­sna bę­dzie.

— War­to by, wę­gle ta­kie dro­gie.

— Pan się śmiej zdrów, bo to pa­na nic nie kosz­tu­je, ta­ka za­ba­wa.

— By­wa­ło tak, by­wa­ło. Po­ło­wa skrę­ci kark, a dru­ga po­ło­wa za­ro­bi.

— Kto naj­le­piej le­ży?

— Bu­cholc, Kes­sler, Mül­ler.

— Tym się ni­g­dy nic nie sta­nie, co im kto zro­bi.

— Niech ich wszyst­kich dia­bli we­zmą, co mi to szko­dzi, co ja na tym za­ro­bię, że oni ma­ją, al­bo nie ma­ją.

Tak się krzy­żo­wa­ły uwa­gi, za­py­ta­nia, cy­fry, spoj­rze­nia pra­wie we­so­łe i za­do­wo­lo­ne z ru­iny in­nych, przy­pusz­cze­nia i drwi­ny.

— May­er po­dob­no na ca­łe sto ty­się­cy ru­bli za­an­ga­żo­wa­ny?

— To mu do­brze zro­bi na brzuch, sprze­da ko­nie, bę­dzie cho­dził pie­szo i za­raz schud­nie, nie bę­dzie po­trze­bo­wał już jeź­dzić do Ma­rien­ba­du.

— Bę­dą ta­nio do sprze­da­nia róż­ne fa­mi­lij­ne bry­lan­ty.

— Wolk­ma­na mo­że to do­bić, on już szedł na pół pa­ry.

— Mo­żesz Ro­bert te­raz pro­sić o rę­kę je­go cór­ki, już cię nie wy­rzu­cą za drzwi.

— Niech jesz­cze po­cze­ka.

Tak wrzał par­ter, tłum.

Kró­lo­wie sie­dzie­li spo­koj­nie.

Sza­ja nie spusz­czał oczów ze śpie­wacz­ki i jak skoń­czy­ła, pierw­szy za­czął bić bra­wo, a po­tem szep­tał po ci­chu z Ró­żą i nie­znacz­nie, gła­dząc bro­dę, wska­zy­wał na Knol­la, któ­ry opar­ty łok­cia­mi o pa­ra­pet lo­ży, ski­nął gło­wą na Bo­ro­wiec­kie­go.

Ka­rol za­raz w pierw­szym an­trak­cie zja­wił się u nie­go.

— Sły­sza­łeś pan?

— Sły­sza­łem — i za­czął wy­li­czać fir­my.

— Głup­stwo.

— Głup­stwo, dwa mi­lio­ny ru­bli na sa­mą Łódź?

— Nie my tra­ci­my; przed chwi­lą był Bau­er i mó­wił, że ja­kieś kil­ka­na­ście ty­się­cy.

— W te­atrze mó­wią, że z pół mi­lio­na.

— To Sza­ja tak roz­pusz­cza po­gło­skę, bo on ty­le tra­ci. Głu­pi Żyd.

— W każ­dym ra­zie od­bi­je się to na Ło­dzi po­rząd­nie, fir­my bę­dą le­cieć jak mu­chy.

— Niech zdech­ną wszy­scy, co to nam szko­dzi — szep­tał zim­no i przy­glą­dał się swo­im rę­kom sta­ran­nie utrzy­ma­nym i go­nił bez­wied­nie przy­mru­żo­ny­mi oczy­ma za po­ły­skiem bry­lan­tów osa­dzo­nych w pier­ścion­ku le­wej rę­ki.

— Ja do pa­na mó­wię nie jak do na­sze­go czło­wie­ka, a jak do przy­ja­cie­la. Pan wie, kto mu­si paść z po­wo­du te­go kra­chu?

— Na pew­no nie wy­mie­nia­ją ni­ko­go pra­wie.

— Mniej­sza z tym, za­wsze pad­nie do­syć, a ilu, to zo­ba­czy­my ju­tro, bę­dzie we­so­ła nie­dzie­la.

— Praw­dzi­we nie­szczę­ście.

— Dla na­szej fir­my nie, bo po­myśl pan, kto pa­da — ba­weł­na. Kto po­zo­sta­je — my, Sza­ja i pa­ru in­nych. Ta par­szy­wa, ży­dow­ska, tan­det­na kon­ku­ren­cja zde­chła w po­ło­wie, al­bo za­raz zdech­nie, stru­li się sa­mi. Na ja­kiś czas bę­dzie nam luź­niej. Bę­dzie­my ro­bi­li pa­rę no­wych ga­tun­ków, któ­re oni ro­bi­li, no, i bę­dzie­my o ty­le wię­cej sprze­da­wa­li. Ale to jest ba­ga­tel­ka, krę­cą kar­ki, niech krę­cą; pa­lą się, niech się pa­lą; oszu­ku­ją, niech oszu­ku­ją; my za­wsze zo­sta­nie­my. To zresz­tą ma­ło waż­ne rze­czy, są znacz­nie waż­niej­sze, zo­ba­czysz pan nie­dłu­go, że po­ło­wa fa­bryk ba­weł­nia­nych sta­nie, nie­dłu­go, nie­dłu­go.

Bo­ro­wiec­ki pa­trzył się na nie­go i słu­chał z pew­ną nie­cier­pli­wo­ścią, nie lu­bił Knol­la i je­go du­my sza­lo­nej, pły­ną­cej z po­czu­cia swo­ich mi­lio­nów.

Był naj­więk­szym po te­ściu do­rob­kie­wi­czem, w tym świe­cie do­rob­kie­wi­czów naj­wy­kształ­ceń­szym63, do­brze wy­cho­wa­nym, przy­jem­nym w ob­co­wa­niu, ale i naj­bar­dziej nie­ubła­ga­nym i naj­bar­dziej wy­zy­sku­ją­cym pra­cę, lu­dzi i wpły­wy, ja­kie miał wszę­dzie.

— Przyjdź pan ju­tro do nas na obiad, pro­szę pa­na w oj­ca imie­niu. A te­raz bę­dzie pan ła­skaw zo­ba­czyć, któ­ra go­dzi­na, ja te­go nie mo­gę zro­bić aby nie my­śla­no, że mi się gdzie spie­szy.

— Za kil­ka mi­nut je­de­na­sta.

— O któ­rej od­cho­dzi ku­rier­ski do War­sza­wy?

— Wpół do pierw­szej.

— Mam jesz­cze czas. Mu­szę pa­nu po­wie­dzieć, dla­cze­go dla mnie te wia­do­mo­ści o ban­kruc­twach, o tym, że Łódź tra­ci dwa mi­lio­ny, są ma­ło waż­ne; przy­szły bo­wiem wia­do­mo­ści znacz­nie waż­niej­sze... — urwał na­gle. — Ja mó­wię do szlach­ci­ca?

— Zda­je mi się, ale nie ro­zu­miem związ­ku...

— Za­raz pan zro­zu­miesz. Pan jest na­szym przy­ja­cie­lem, my pa­nu ni­g­dy nie za­po­mni­my te­go, że pan pod­niósł na­szą dru­kar­nię. — Wi­dzi pan przed go­dzi­ną do­nie­śli de­pe­szą z Pe­ters­bur­ga o bar­dzo waż­nej spra­wie, o tym, że... że ja mu­szę tam je­chać za­raz, ale w zu­peł­nej ta­jem­ni­cy.

Do­koń­czył spiesz­nie i nie po­wie­dział te­go, co chciał po­wie­dzieć, po­wstrzy­mał go wzrok Bo­ro­wiec­kie­go zim­ny i po­dejrz­li­wy, któ­ry go prze­wier­cał tak na wskroś, że Knoll po­ru­szył się nie­spo­koj­nie, po­pra­wił szpil­kę w kra­wa­cie i po­pa­trzył na lo­żę na­prze­ciw­ko.

— Ta Zu­ke­ro­wa to ślicz­na ko­bie­ta.

— Ma ład­ne bry­lan­ty.

— Więc pan ju­tro przyj­dzie do sta­re­go?

— Ależ z pew­no­ścią.

— Ma on tam ja­kiś spe­cjal­ny in­te­res. Pan już wy­cho­dzi, to po­pro­szę o jed­no, mo­że pan ze­chce po­wie­dzieć mo­je­mu stan­gre­to­wi, że­by cze­kał na mnie na Prze­jazd. No, do wi­dze­nia, za kil­ka dni bę­dę. Więc ta­jem­ni­ca, pa­nie Bo­ro­wiec­ki.

— Naj­zu­peł­niej­sza.

Bo­ro­wiec­ki wy­szedł z uczu­ciem za­wo­du. Czuł, że Knoll nie po­wie­dział mu wszyst­kie­go.

— Co to za wia­do­mość? po co on je­dzie? dla­cze­go mi nie po­wie­dział? — my­ślał, ale na próż­no, gu­bił się w do­my­słach i przy­pusz­cze­niach.

Nie cze­kał za­pad­nię­cia kur­ty­ny i wy­szedł, ale już z uli­cy po­wró­cił do te­atru i po­szedł do lo­ży Zu­ke­ro­wej.

— My­śla­łam, że pan o mnie za­po­mniał — po­wie­dzia­ła z wy­rzu­tem, utkwiw­szy w nim swo­je ogrom­ne, cud­ne oczy.

— Czy to mo­żeb­ne?

— Dla pa­na jest wszyst­ko mo­żeb­nym.

— Po­tę­pia mnie pa­ni, na wia­rę przy­ja­ciół i nie­przy­ja­ciół.

— Co mnie to ob­cho­dzi, wi­dzia­łam tyl­ko, że pan wy­szedł.

— Ale po­wró­ci­łem, mu­sia­łem po­wró­cić — szep­nął ci­szej.

— Do te­atru, za­po­mniał pan cze­go.

— Do pa­ni.

— Tak?! — szep­nę­ła dłu­go i oczy jej za­mi­go­ta­ły bla­skiem ra­do­ści.

— Pan tak do mnie ni­g­dy nie mó­wił.

— Ale daw­no te­go pra­gną­łem.

Ogar­nę­ła spoj­rze­niem ca­łu­ją­cym je­go twarz, aż po­czuł coś jak­by po­wiew cie­pły na ustach.

— Pan mó­wił o mnie tam w krze­słach z pa­nem We­ltem, czu­łam to.

— Mó­wi­li­śmy o pa­ni bry­lan­tach.

— Praw­da, że tak pięk­nych żad­na nie ma w Ło­dzi?

— Prócz Knol­lo­wej i Ba­ro­no­wej — po­wie­dział zło­śli­wie, uśmie­cha­jąc się.

— I o czym jesz­cze mó­wi­li­ście?

— O pa­ni pięk­no­ści!

— Pan ze mnie żar­tu­je.

— Nie mo­gę żar­to­wać z te­go, co ko­cham — po­wie­dział przy­tłu­mio­nym gło­sem, uj­mu­jąc zwie­szo­ną rę­kę, wy­rwa­ła mu ją szyb­ko i pa­trzy­ła roz­sze­rzo­ny­mi ocza­mi, oglą­da­jąc się do­ko­ła, jak­by te sło­wa po­wie­dzia­no na sa­li.

— Że­gnam pa­nią — mó­wił po­wsta­jąc, był zły na sie­bie, czuł, że po­peł­nił głup­stwo, że jej to tak pro­sto bez przy­go­to­wań wiel­kich po­wie­dział, ale dzia­ła­ła na nie­go nar­ko­tycz­nie.

— Wyj­dzie­my ra­zem, za­raz — po­wie­dzia­ła pręd­ko, po­zbie­ra­ła szal, cu­kier­ki z pu­deł­kiem, wa­chlarz i wy­szła.

Ubie­ra­ła się w mil­cze­niu.

Bo­ro­wiec­ki nie wie­dział, co mó­wić, pa­trzył tyl­ko na nią, na jej oczy zmie­nia­ją­ce co chwi­la wy­raz, na cud­nie za­ry­so­wa­ne ra­mio­na, na usta, któ­re usta­wicz­nie ob­li­zy­wa­ła, na wspa­nia­łą, do­sko­na­le roz­wi­nię­tą fi­gu­rę.

Gdy wło­ży­ła ka­pe­lusz, po­dał jej ro­tun­dę64. Po­chy­li­ła się nie­co w tył, aby ją wziąć na ra­mio­na i w tym ru­chu do­tknę­ła wło­sa­mi je­go ust, od­su­nął się nie­co w tył, jak­by spa­rzo­ny, a ona nie znaj­du­jąc opar­cia, upa­dła mu ple­ca­mi na pier­si.

Po­chwy­cił ją szyb­ko w ra­mio­na i wpił się usta­mi w jej kark, któ­ry się na­prę­żył i skur­czył pod po­że­ra­ją­cym po­ca­łun­kiem.

Krzyk­nę­ła ci­cho i wpar­ła się w nie­go ca­łą si­łą na mgnie­nie, aż się za­chwiał pod jej cię­ża­rem.

Wy­rwa­ła mu się szyb­ko z ob­jęć.

By­ła bla­dą jak mar­mur, dy­sza­ła cięż­ko, a spod przy­mknię­tych po­wiek bu­cha­ły pło­mie­nie.

— Od­pro­wa­dzi mnie pan do po­wo­zu — po­wie­dzia­ła, nie pa­trząc na nie­go.

— Cho­ciaż­by na ko­niec świa­ta.

— Za­pnij mi pan rę­ka­wicz­ki.

Za­pi­nał, ale nie mógł zna­leźć ani dziu­rek, ani gu­zicz­ków, tak jak nie mógł zna­leźć jej spoj­rze­nia, bo nie pa­trzy­ła na nie­go; opar­ła się jed­nym ra­mie­niem o ścia­nę, od­wró­ci­ła nie­co gło­wę i tak sta­ła z rę­ką w je­go rę­ku, z dziw­nym uśmie­chem na ustach, któ­re pro­mie­nio­wa­ły kar­mi­nem; cza­sem wstrzą­snął nią dreszcz, wte­dy sil­niej przy­ci­snę­ła się do ścia­ny i ja­kiś cień jak­by prze­ra­że­nia mi­go­tał po jej twa­rzy i ta­ił się w ką­tach ust.

— Chodź­my — szep­nął, skoń­czyw­szy za­pi­na­nie.

Do­pro­wa­dził ją do po­wo­zu, wsa­dził, a uj­mu­jąc jej rę­kę i ca­łu­jąc go­rą­co, szep­nął:

— Niech mi pa­ni prze­ba­czy, bła­gam na wszyst­ko.

Nic nie od­po­wie­dzia­ła, tyl­ko tak sil­nie po­cią­gnę­ła go do wnę­trza, że wsko­czył bez na­my­słu, za­trza­sku­jąc drzwi za so­bą.

Ko­nie ru­szy­ły z ko­py­ta.

Bo­ro­wiec­ki czuł się zde­ner­wo­wa­nym do naj­wyż­sze­go stop­nia tym, co się sta­ło. Nie miał jesz­cze cza­su zdać so­bie spra­wy do­kład­nie, nie umiał zresz­tą te­raz w tej chwi­li my­śleć, wie­dział tyl­ko, że ona jest przy nim, sie­dzia­ła wci­śnię­ta w kąt po­wo­zu, da­le­ko od nie­go. Sły­szał jej nie­rów­ny, szyb­ki od­dech, a chwi­la­mi w świe­tle la­tar­ni ulicz­nych, bły­ska­ła mu jej twarz i oczy ogrom­ne, wpa­trzo­ne w ja­kąś próż­nię.

Chciał za­pa­no­wać nad so­bą, chciał już za­stu­kać na stan­gre­ta, szu­kał już bez­wied­nie an­ta­by65, aby drzwi otwo­rzyć i wprost uciec, ale nie miał sił już, ani wo­li.

— Pa­ni mi prze­ba­czy, to co się sta­ło? — za­czął wol­no i szu­kał jej rąk, scho­wa­ła je głę­bo­ko pod ro­tun­dę.

Nie od­po­wie­dzia­ła nic, ob­ci­snę­ła się szczel­nie w ro­tun­dę, jak­by chcąc za­mknąć w so­bie, przy­trzy­mać tę sza­lo­ną chęć rzu­ce­nia mu się w ra­mio­na.

— Pa­ni mi prze­ba­czy, — po­wtó­rzył ci­szej, przy­su­wa­jąc się do niej.

Drżał ca­ły, nie mógł wię­cej mó­wić i nie otrzy­mu­jąc od­po­wie­dzi, szep­nął bar­dzo ci­cho i bar­dzo głę­bo­ko.

— Lu­cy! Lu­cy!

Wstrzą­snę­ła się, pu­ści­ła ro­tun­dę, któ­ra zsu­wa­ła się z jej ra­mion i z ja­kimś głę­bo­kim, przej­mu­ją­cym okrzy­kiem rzu­ci­ła mu się na pier­si.

— Ko­cham cię, ko­cham! — szep­ta­ła, obej­mu­jąc go na­mięt­nie.

Usta się ich zbie­gły w dłu­gim, śmier­tel­nie moc­nym po­ca­łun­ku.

— Ko­cham cię, ko­cham! — po­wta­rza­ła z lu­bo­ścią ten dźwięk słod­ki, ca­łu­jąc je­go twarz z po­ry­wa­ją­cą si­łą.

Czu­ła głód po­ca­łun­ków, piesz­czot i mi­ło­ści tak daw­no, więc te­raz, kie­dy się już tak sta­ło, nie my­śla­ła o ni­czym, nie pa­mię­ta­ła na nic, tyl­ko ca­ło­wa­ła.

— Nie, nie mów te­raz nic, nie mów. Chcę mó­wić sa­ma, chcę wo­łać wciąż. Ko­cham cię! Mo­gę to po­wta­rzać wo­bec ca­łe­go świa­ta, wszyst­ko mi już jed­no. Ja wiem, że cię in­ne ko­cha­ją, wiem, że masz na­rze­czo­ną, ale co mnie to ob­cho­dzi! Ko­cham cię! Ko­cham nie dla­te­go, że­byś i ty mnie ko­chał, że­bym chcia­ła przez to szczę­ścia, nie dla te­go — ja cię ko­cham, ko­cham i nic wię­cej. Po­trze­bo­wa­łam ko­chać, jak każ­dy czło­wiek po­trze­bu­je mi­ło­ści. Pan je­steś dla mnie wszyst­kim. Chcesz, uklęk­nę przed to­bą i bę­dę ci to mó­wić tak dłu­go, tak szcze­rze, aż uwie­rzysz i sam ko­chać mnie za­czniesz. Już nie mo­gę uda­wać, już nie mo­gę żyć bez cie­bie i bez mi­ło­ści. Ko­cham cię, mój je­dy­ny, mój pa­nie.

Mó­wi­ła bez­ład­nie, pręd­ko, nie­przy­tom­nie. Okry­ła się w ro­tun­dę, to zno­wu ją opusz­cza­ła, od­su­wa­ła się od nie­go, to bez słów, pro­mie­nie­ją­ca, obej­mo­wa­ła go, ci­snę­ła się do nie­go, ca­ło­wa­ła.

Bo­ro­wiec­ki po­rwa­ny tym sza­lo­nym wy­bu­chem na­mięt­no­ści, ocza­ro­wa­ny mi­ło­ścią tak wiel­ką i tak ogni­stą, gło­sem, co prze­ni­kał ogniem i po­ca­łun­ka­mi, któ­re go — bo onie­przy­tom­nia­ły pra­wie, dał się unieść tem­pe­ra­men­to­wi swo­je­mu i sza­lał jak i ona.

Od­da­wał jej tak po­ca­łun­ki, że mu chwi­la­mi zwi­sła na rę­kach jak mar­twa.

— Ko­cham cię, Lu­cy, ko­cham! — po­wta­rzał, nie wie­dząc sam, co mó­wi.

— Nie mów nic, ca­łuj mnie!

— Nie mów nic, ca­łuj mnie — wo­ła­ła w naj­wyż­szym unie­sie­niu.

Głos jej rwał się i wy­bu­chał bu­rzą, to zno­wu łkał, jak­by ca­łą mi­ło­ścią wscho­du, jak­by ca­łą ogni­stą pieśń nad pie­śnia­mi wy­śpie­wy­wał.

— Ja tak ma­rzy­łam o tej chwi­li, ty­le mie­się­cy pra­gnę­łam cię, ty­le lat cze­ka­łam na to, ty­le cier­pia­łam przez to. Ca­łuj mnie! moc­niej... moc­niej... moc­niej... A! te­raz umar­ła­bym chęt­nie — wy­krzyk­nę­ła dzi­ko.

Po­wóz to­czył się wol­no po jed­nej ze strasz­nie błot­ni­stych i nie­bru­ko­wa­nych ulic, gdzie nie by­ło na­wet la­tarń, tyl­ko po­wo­zo­we świa­tła roz­krą­ża­ły zło­ty blask na ru­cho­mą, płyn­ną, a głę­bo­ką war­stwę bło­ta, roz­pry­sku­ją­cą się aż na szy­by.

Nikt nie prze­cho­dził, ani nie prze­jeż­dżał tą uli­cą, ob­wie­dzio­ną z obu stron wy­so­ki­mi par­ka­na­mi, spo­za któ­rych wzno­si­ły się ster­ty drze­wa bu­dul­co­we­go uło­żo­ne w wiel­kie czwo­ro­bo­ki, al­bo wy­strze­lał ko­min fa­brycz­ki ja­kiejś, któ­rych w tej stro­nie mia­sta by­ło do­syć.

Wiel­kie psy, pil­nu­ją­ce skła­dów, szcze­ka­ły po­nu­ro na po­wóz i sły­chać by­ło jak się rzu­ca­ły na bra­my i dra­pa­ły pa­zu­ra­mi de­ski z wście­kło­ści, nie mo­gąc się wy­do­być na uli­cę.

Nie wie­dzie­li nic i nic nie sły­sze­li, za­to­pie­ni w fa­li tej mi­ło­ści na­głej i ośle­pia­ją­cej, ja­ka ich po­rwa­ła.

— Lu­cy!

— Po­ca­łuj mnie.

— Ko­chasz?

— Po­ca­łuj mnie.

Rwa­ły się im tyl­ko ta­kie sło­wa z pier­si prze­peł­nio­nych prze­ra­ża­ją­cym ogniem.

— Weź mnie Ka­rol, weź mnie ca­łą i na za­wsze.

Nie wie­dzie­li na­wet, kie­dy sta­nę­li na miej­scu.

Za­je­cha­li przed pa­ła­cyk Zu­ke­rów, sto­ją­cy w oko­li­cy miej­skie­go la­sku.

— Chodź do mnie — szep­nę­ła, trzy­ma­jąc go sil­nie za rę­kę.

Bez­wied­nie, z przy­zwy­cza­je­nia wsu­nął dru­gą rę­kę do kie­sze­ni, gdzie miał re­wol­wer.

— Niech Au­gust za­cze­ka na pa­na — za­wo­ła­ła grzmią­co do stan­gre­ta.

— Chodź, nie ma ni­ko­go, on — mó­wi­ła z na­ci­skiem — po­je­chał. Ni­ko­go prócz służ­by nie ma w do­mu.

Pu­ści­ła je­go rę­kę, bo służ­ba otwie­ra­ła drzwi.

— Za­pa­lić świa­tło w sa­lo­ni­ku wschod­nim. Po­da­wać za­raz her­ba­tę.

Rzu­ci­ła mu się na szy­ję, sko­ro lo­kaj od­da­lił się, uca­ło­wa­ła go na­mięt­nie i po­pchnę­ła w ja­kiś ko­ry­ta­rzyk wy­sła­ny dy­wa­nem i wy­bi­ty czer­wo­no.

— Za­raz przyj­dę, ko­cham cię! — za­wo­ła­ła za nim i znik­nę­ła.

Ro­ze­brał się wol­no, re­wol­wer prze­ło­żył do kie­sze­ni sur­du­ta i wszedł w ja­kieś drzwi, któ­re się przed nim otwo­rzy­ły do sła­bo oświe­tlo­ne­go sa­lo­ni­ku.

Bia­ły dy­wan ze skór ba­ra­nów, nad­zwy­czaj pu­szy­sty, tłu­mił zu­peł­nie kro­ki.

— Ależ to zu­peł­nie ro­man­tycz­na awan­tu­ra! — szep­nął, pa­da­jąc na ja­kiś zy­del per­ski bez po­rę­czy, in­kru­sto­wa­ny w he­ba­nie zło­tem i sre­brem, bo czuł się strasz­nie znu­żo­nym.

— Cie­ka­wa ko­bie­ta, cie­ka­wa sce­na — my­ślał i za­czął się roz­glą­dać po po­ko­ju.

Bu­du­ar był urzą­dzo­ny z ta­kim prze­py­chem, że na­wet w mie­ście peł­nym naj­wspa­nial­szych miesz­kań, ta­kim jak Łódź, mógł jesz­cze wy­rwać okrzyk zdzi­wie­nia.

Ścia­ny by­ły ob­cią­gnię­te w żół­ty, o go­rą­cym to­nie je­dwab, po któ­rym roz­rzu­co­ne bar­dzo ar­ty­stycz­nie ga­łę­zie bzów czer­wo­no-fio­le­to­wych, na­kła­da­nych gru­bym ha­ftem.

Przez ca­łą dłu­gość jed­nej ścia­ny sta­ła wiel­ka i sze­ro­ka so­fa, pod bal­da­chi­mem żół­tym w zie­lo­ne pa­sy, udra­po­wa­nym w for­mie na­mio­tu i pod­trzy­my­wa­nym przez zło­te ha­la­bar­dy.

U szczy­tu, pod na­mio­tem, lam­pa ze szkieł żół­tych, ru­bi­no­wych i zie­lo­nych roz­rzu­ca­ła dziw­nie omdle­wa­ją­ce świa­tło.

— Han­de­łe­sy — szep­nął z ja­kąś za­wist­ną nie­omal po­gar­dą, zi­ry­to­wa­ny tym prze­py­chem, ale po­mi­mo to roz­glą­dał się cie­ka­wie; dzi­wacz­ne, kosz­tow­ne sprzę­ty o for­mach wschod­nio-ja­poń­skich by­ły bez­ład­nie na­gro­ma­dzo­ne i sto­sun­ko­wo do wiel­ko­ści po­ko­ju w nad­mier­nej ilo­ści.

Sto­sy po­du­szek je­dwab­nych o ja­skra­wych bar­wach chiń­skich le­ża­ły po­roz­rzu­ca­ne po so­fie i bia­łym dy­wa­nie od­ci­na­ły się ostry­mi pla­ma­mi jak­by farb po­roz­le­wa­nych.

Za­pach am­bry i vio­let­tes de Per­se, po­mie­sza­ny z ró­ża­mi, roz­włó­czył się po po­ko­ju.

Na jed­nej ze ścian błysz­cza­ła ma­sa bro­ni wschod­nich, bar­dzo kosz­tow­nych, uło­żo­na do­oko­ła wiel­kiej, okrą­głej tar­czy sa­ra­ceń­skiej, sta­lo­wej, na­bi­ja­nej zło­tem i tak wy­po­le­ro­wa­nej, że w tym świe­tle przy­ćmio­nym skrzy­ła się i pro­mie­nio­wa­ła zło­ty­mi ozdo­ba­mi i rzę­da­mi ru­bi­nów i bla­dych ame­ty­stów, ja­ki­mi obrze­że jej by­ło wy­sa­dzo­ne.

W jed­nym ro­gu, na tle ol­brzy­mie­go wa­chla­rza z pa­wich piór, stał ca­ły wy­zło­co­ny po­są­żek Bud­dy, z pod­wi­nię­ty­mi no­ga­mi, w po­sta­wie kon­tem­pla­cyj­nej.

W dru­gim ro­ku sta­ła wiel­ka żar­di­nier­ka ja­poń­ska z brą­zu, pod­trzy­my­wa­na przez zło­te smo­ki, peł­na kwit­ną­cych, bia­łych jak śnieg aza­lii.

— Po­cie­jów mi­lio­ner­ski — my­ślał zno­wu Bo­ro­wiec­ki, któ­ry po­sia­dał nad­zwy­czaj wy­ro­bio­ny smak ar­ty­stycz­ny i po­czu­cie pięk­na, roz­wi­nię­te jesz­cze do stop­nia do­sko­na­ło­ści spe­cjal­ny­mi stu­dia­mi nad har­mo­nią barw.

— Ja­śnie pa­ni pro­si pa­na dy­rek­to­ra — szep­nął z ukło­nem sta­ry, wy­go­lo­ny lo­kaj, od­sła­nia­jąc cięż­ką por­tie­rę z żół­te­go ak­sa­mi­tu, po­kry­tą ma­lo­wa­ny­mi chry­zan­te­ma­mi.

— A Jó­zef jest tu­taj? — za­py­tał Bo­ro­wiec­ki idąc, bo znał go z in­ne­go do­mu.

— Pu­ści­łem w li­cy­ta­cję tam­tych Ży­dów — szep­nął ci­cho, zgi­na­jąc się przed nim.

Ka­rol uśmiech­nął się tyl­ko i po­szedł do ja­dal­ne­go.

Lu­cy nie by­ło jesz­cze.

Usły­szał tyl­ko przy­tłu­mio­ny mu­ra­mi krzy­kli­wy ja­kiś głos z dal­szych po­ko­jów.

— Co to? — za­py­tał bez­wied­nie Bo­ro­wiec­ki, na­słu­chu­jąc.

— Ja­śnie pa­ni roz­ma­wia z po­ko­jów­ką — ob­ja­śniał Jó­zef, ale z ta­kim zim­no-po­gar­dli­wym wy­ra­zem twa­rzy, że Bo­ro­wiec­ki zwró­cił na to uwa­gę i nic już nie py­tał wię­cej.

Lo­kaj wy­szedł, a on rzu­cił po ja­dal­ni ocza­mi: by­ła ume­blo­wa­na z ba­nal­nym łódz­kim prze­py­chem; bo­aze­rie z dę­bu do po­ło­wy ścian, kre­den­sy w bre­toń­skim sty­lu z ciem­ne­go orze­cha, z ma­są sre­ber i por­ce­la­ny na pół­kach, sta­ro­nie­miec­kie dę­bo­we i wspa­nia­le rzeź­bio­ne zy­dle do­ko­ła ol­brzy­mie­go sto­łu, oświe­tlo­ne­go ży­ran­do­lem w for­mie bu­kie­tu tu­li­pa­nów, w któ­rym ja­śnia­ła elek­trycz­ność.

Część jed­na sto­łu by­ła przy­go­to­wa­ną do her­ba­ty.

Usiadł, bo go za­czę­ło nie­cier­pli­wić ocze­ki­wa­nie i zo­ba­czył, że przy sto­le na zie­mi le­ży ja­kiś pa­pier, pod­niósł go, aby po­ło­żyć i pra­wie ma­chi­nal­nie rzu­cił na nie­go okiem.

Był to te­le­gram, pi­sa­ny klu­czem fir­my Bu­chol­ca, któ­ry się uży­wał w ra­zach nad­zwy­czaj­nej waż­no­ści.

Bo­ro­wiec­ki znał ten klucz i zdzi­wił się nie­po­mier­nie.

— Co tu ro­bi ten te­le­gram?

Od­wró­cił blan­kiet, ad­res był: „Bu­cholc — Łódź”.

Więc się już da­lej nie krę­po­wał tyl­ko czy­tał:

Dzi­siaj za­pa­dło po­sta­no­wie­nie na ra­dzie. Cło od ba­weł­ny ame­ry­kań­skiej spro­wa­dza­nej na Ham­burg i Triest — pod­nie­sio­no do 25 ko­pie­jek w zło­cie od pu­da. Wpro­wa­dze­nie za dwa ty­go­dnie. Ta­ry­fy ko­le­jo­we prze­wóz ba­weł­ny od gra­nic za­chod­nich do 20 kop. od pu­da i wior­sty. Wy­ko­na­nie za mie­siąc. Za ty­dzień bę­dzie ogło­szo­ne.

Bo­ro­wiec­ki de­pe­szę scho­wał do kie­sze­ni i ze­rwał się z krze­sła po­ru­szo­ny nad­zwy­czaj.

— Strasz­na wia­do­mość. Pół Ło­dzi pad­nie — szep­tał, te­raz zro­zu­miał, że o tej wia­do­mo­ści nic mu nie po­wie­dział Knoll, bał się mu za­ufać. — Po­je­chał do Ham­bur­ga ku­po­wać za­pa­sy ba­weł­ny. Wy­ku­pi, co bę­dzie mógł zdą­żyć i weź­mie mniej­szych fa­bry­kan­tów za łeb. Co za in­te­res, co za in­te­res! Te­raz mieć pie­nią­dze i je­chać ku­po­wać. Aaa! — my­ślał i wszyst­ko w nim za­czę­ło ki­pieć ja­kąś sza­lo­ną nie­cier­pli­wo­ścią, żą­dzą nie­po­wstrzy­ma­ną zro­bie­nia na tej wy­pad­kiem otrzy­ma­nej wie­ści, ma­jąt­ku — Pie­nię­dzy! Pie­nię­dzy! — wo­łał w my­śli, zry­wa­jąc się z krze­sła.

Oczy mu go­rącz­ko­wo świe­ci­ły, wszyst­ko się w nim trzę­sło ze wzru­sze­nia nad­mier­ne­go, pierw­szym je­go ru­chem by­ło ucie­kać stąd, do mia­sta, zna­leźć Mo­ry­ca i ob­ga­dać ten in­te­res i był­by mo­że dał się po­rwać unie­sie­niu, ale we­szła, a ra­czej wpa­dła do ja­dal­ni Lu­cy i rzu­ci­ła mu się pro­sto na szy­ję.

— Cze­ka­łeś, da­ruj mi, mu­sia­łam się prze­brać zu­peł­nie.

Uca­ło­wa­ła go i usia­dła, wska­zu­jąc mu miej­sce obok sie­bie, bar­dzo spo­koj­nym ru­chem, bo wszedł lo­kaj i na­le­wał her­ba­tę.

Nie mo­gła jed­nak usie­dzieć spo­koj­nie, co chwi­la wsta­wa­ła do kre­den­sów i przy­no­si­ła ca­łe ma­sy naj­roz­ma­it­szych przy­sma­ków i sta­wia­ła przed nim.

Mia­ła na so­bie bla­do­żół­ty je­dwab­ny szla­frok z bar­dzo sze­ro­ki­mi rę­ka­wa­mi, ob­szy­ty­mi kre­mo­wy­mi ko­ron­ka­mi, na­szy­ty­mi rzę­dem tur­ku­sów, ścią­gnię­ty w pa­sie zło­tym sznu­rem.

Ol­brzy­mie wło­sy zwi­nię­te by­ły na ty­le gło­wy w wiel­ki grec­ki wę­zeł, prze­pię­ty bry­lan­to­wy­mi grze­by­ka­mi.

Ten sam na­szyj­nik bry­lan­to­wy, ja­ki mia­ła w te­atrze, skrzył się i te­raz na od­sło­nię­tej szyi, wszyst­ki­mi bar­wa­mi tę­czy. Wspa­nia­łe rę­ce wy­su­wa­ły się co chwi­la z rę­ka­wów aż po ra­mio­na.

By­ła sza­le­nie po­cią­ga­ją­cą, ale Bo­ro­wiec­ki nie od­czu­wał te­go już ani w po­ło­wie; od­po­wia­dał pra­wie mo­no­sy­la­ba­mi, pił śpiesz­nie her­ba­tę, chciał wy­nieść się jak naj­prę­dzej.

Wia­do­mość ta pa­li­ła go jak ogień.

Lu­cy drża­ła z nie­cier­pli­wo­ści, go­ni­ła wzro­kiem nie­na­wi­ści lo­ka­ja, któ­ry ła­ził jak sen­ny i nie mo­gąc rzu­cić się na szy­ję Ka­ro­la, przy­ci­snę­ła mu z ta­ką si­łą rę­kę, że omal nie krzyk­nął z bó­lu.

— Co pa­nu jest? — spy­ta­ła, spo­strze­gł­szy je­go po­mie­sza­nie.

— Je­stem szczę­śli­wy! — szep­nął jej po fran­cu­sku.

Za­czę­li roz­ma­wiać, ale roz­mo­wa nie szła, rwa­ła się co chwi­la jak sta­re strzę­py, gdy je kto chce sil­niej przy­trzy­mać.

Jej prze­szka­dzał lo­kaj, a je­mu nie­cier­pli­wość i przy­mus, ja­ki so­bie za­da­wał, że­by tu­taj sie­dzieć te­raz, kie­dy był pa­nem ta­kiej wiel­kiej ta­jem­ni­cy, w ta­kiej chwi­li, gdy cło pod­no­si­ło się z 8 ko­pie­jek do 25.

— Mo­że przej­dzie­my do bu­du­aru — szep­nę­ła ci­cho, gdy się her­ba­ta skoń­czy­ła.

I tak pa­trzy­ła na nie­go roz­bły­sły­mi cu­dow­nie ocza­mi, ta­kim dziw­nym bla­skiem pło­nę­ły jej pur­pu­ro­we usta, że Bo­ro­wiec­ki, któ­ry wstał na to, aby się z nią po­że­gnać, skło­nił gło­wę i po­szedł za nią.

Nie mógł się oprzeć jej uro­ko­wi.

Sko­ro się tyl­ko zna­leź­li sa­mi, po­rwa­ła go zno­wu swo­im ogniem i gwał­tow­no­ścią, ale na chwi­lę tyl­ko, bo gdy ona ca­ło­wa­ła go z unie­sie­niem nie­opo­wie­dzia­nym, pa­da­ła przed nim na ko­la­na, obej­mo­wa­ła go, krzy­cza­ła sło­wa bez związ­ku, któ­ry­mi wy­bu­cha­ła jej na­mięt­ność i sza­la­ła po­rwa­na wła­sną si­łą — on my­ślał o ba­weł­nie, my­ślał, gdzie mo­że być Mo­ryc, skąd wziąć pie­nię­dzy na za­ku­py ba­weł­ny.

Od­da­wał po­ca­łun­ki i piesz­czo­ty, rzu­cał jej chwi­la­mi sło­wa go­rą­ce mi­ło­ści, ale ro­bił to pra­wie od­ru­cho­wo, wię­cej si­łą na­wyk­nie­nia do po­dob­nych sy­tu­acji, niź­li ser­cem, któ­re by­ło w tej chwi­li za­ję­te zu­peł­nie czym in­nym.

A ona po­mi­mo roz­sza­le­nia, od­czu­wa­ła in­tu­icją zmy­słów lu­dzi bar­dzo na­mięt­nych, że coś stoi po­mię­dzy ni­mi — więc po­tę­go­wa­ła w so­bie uczu­cie, jak­by za sie­bie i za nie­go, roz­ta­cza­ła ca­łą po­tę­gę cza­ru ko­bie­ty za­ko­cha­nej, ko­bie­ty nie­wol­ni­cy, któ­ra na­wet kop­nię­cie swe­go pa­na i wład­cy przyj­mu­je z okrzy­kiem szczę­ścia i ko­bie­ty, dla któ­rej szczę­ściem jest naj­wyż­szym zdo­by­cie so­bie ko­chan­ka przez si­łę, gwał­tem, mo­cą swe­go tem­pe­ra­men­tu.

Wresz­cie zwy­cię­ży­ła.

Bo­ro­wiec­ki za­po­mniał o fa­bry­ce, o ba­weł­nie, o cłach, o świe­cie ca­łym, od­da­wał się tej mi­ło­ści z ca­łą za­pa­mię­ta­ło­ścią lu­dzi na po­zór zim­nych i umie­ją­cych w drob­nych oko­licz­no­ściach ży­cia pa­no­wać nad so­bą zu­peł­nie.

Pod­da­wał się hu­ra­ga­no­wi i z roz­ko­szą peł­ną de­ner­wu­ją­cej cie­ka­wo­ści, po­zwo­lił mu się nieść.

— Ko­cham cię — wo­ła­ła co chwi­la.

— Ko­cham cię — od­po­wia­dał i czuł, że w tej chwi­li mó­wi pierw­szy raz w ży­ciu szcze­rze zu­peł­nie to sło­wo, naj­wię­cej mo­że ze słow­ni­ka ludz­kie­go kłam­li­we i kła­ma­ne.

— Na­pisz mi to, mój naj­droż­szy, na­pisz — pro­si­ła z dzie­cin­nym upo­rem.

Wy­jął bi­let wi­zy­to­wy i ca­łu­jąc co chwi­la jej cud­ne fioł­ko­we oczy i te usta pa­lą­ce, na­pi­sał:

„Ko­cham cię, Lu­cy”.

Wy­rwa­ła mu bi­let z rąk, prze­czy­ta­ła, uca­ło­wa­ła kil­ka­krot­nie i scho­wa­ła za gors, ale wy­ję­ła po chwi­li, aby zno­wu czy­tać i ca­ło­wać na prze­mian bi­let i je­go.

Wresz­cie przy­pa­tru­jąc się her­bo­wi, za­py­ta­ła:

— Co to jest?

— Mój herb.

— Co to zna­czy?

Wy­tłu­ma­czył jej jak mógł, ale nic nie zro­zu­mia­ła.

— Nic nie ro­zu­miem, zresz­tą nic mnie to nie ob­cho­dzi.

— A co cię ob­cho­dzi.

— Ko­cham cię.

Za­mknę­ła mu usta po­ca­łun­kiem.

— Wi­dzisz, ja nic nie wiem, ja cię ko­cham, to mój ro­zum, po co mi wię­cej?

Sie­dzie­li tak dłu­go w tej wiel­kiej ci­szy no­cy i bu­du­aru, przez któ­re­go mu­ry i obi­cia nie prze­dzie­rał się naj­mniej­szy szmer ze świa­ta, za­to­pie­ni w so­bie, w mi­ło­ści, oto­cze­ni jak­by ob­ło­kiem za­chwy­tu nad so­bą; w tej obez­wład­nia­ją­cej at­mos­fe­rze, prze­sy­co­nej za­pa­cha­mi, od­gło­sem po­ca­łun­ków, szep­tem roz­dr­ga­nych66, pa­lą­cych słów, sze­le­stem je­dwa­biu, ru­bi­no-szma­rag­do­wym świa­tłem, co się mży­ło co­raz sła­biej, bar­wa­mi przy­ćmio­ny­mi, któ­re z obić na ścia­nie, z me­bli po­ły­ski­wa­ły ta­jem­ni­czo, drga­ły w żyw­szym na chwi­lę świe­tle i jak­by peł­za­ły wskroś po­ko­ju, a po­tem roz­le­wa­ły się i mar­twia­ły w zmro­ku co­raz gęst­szym, w któ­rym tyl­ko świe­cił się ja­koś dziw­nie Bud­da, a nad nim pa­trzy­ły z pa­wich piór oczy co­raz smęt­niej i co­raz ta­jem­ni­czej.



IV

Czwar­ta do­cho­dzi­ła, gdy Bo­ro­wiec­ki zna­lazł się na uli­cy.

Stan­gret nie do­cze­kaw­szy się, od­je­chał do staj­ni.

Wiatr hu­czał głę­bo­ko i za­mia­tał ka­łu­że z ta­ką si­łą, że bło­to bry­zga­ło na par­ka­ny i na wą­ską ścież­kę słu­żą­cą za chod­nik.

Bo­ro­wiec­ki wzdry­gnął się, prze­ję­ty tym zim­nym, wil­got­nym wia­trem.

Stał chwi­lę przed do­mem, nic nie wi­dząc przed so­bą, prócz po­ły­sku­ją­ce­go bło­ta i czar­nych, spię­trzo­nych gma­chów w od­da­li i ko­mi­nów fa­brycz­nych, sła­bo ry­su­ją­cych się na sza­rym, zmą­co­nym tle nie­ba, po któ­rym chmu­ry, ni­by po­roz­ry­wa­ne be­le za­bru­dzo­nej ba­weł­ny, bie­ga­ły z sza­lo­nym po­śpie­chem.

Był jesz­cze oszo­ło­mio­ny, przy­sta­wał i opar­ty o par­kan zbie­rał roz­bi­tą świa­do­mość. Wstrzą­sał się ca­ły co chwi­la, bo czuł jesz­cze uści­ski jej, usta pa­li­ły go, przy­my­kał oczy i mu­siał pa­ra­so­lem wy­szu­ki­wać przed so­bą tward­sze­go grun­tu i czuł się pi­ja­nym zu­peł­nie, do­pie­ro szcze­ka­nia gwał­tow­ne psów za par­ka­na­mi, orzeź­wi­ły go zu­peł­nie i wy­rwa­ły z tej dziw­nej ci­szy, ja­ka ogar­nia po przej­ściu bar­dzo sil­nych wzru­szeń.

— Ku­row­ski mu­si już spać — szep­nął kwa­śno przy­po­mi­na­jąc so­bie, że miał iść do nie­go do Grand-Ho­te­lu za­raz po te­atrze.

— Że­bym cza­sem za tę za­ba­wę nie za­pła­cił fa­bry­ką — szep­nął i za­czął biec pręd­ko, już nie zwa­ża­jąc na bło­to i na wy­bo­je.

Do­pie­ro na Piotr­kow­skiej zła­pał do­roż­kę i ka­zał się wieźć co koń wy­sko­czy do ho­te­lu.

— A te­le­gram — wy­krzyk­nął, przy­po­mi­na­jąc so­bie na­gle i przy świe­tle la­tar­ni prze­czy­tał go raz jesz­cze. — Za­wra­caj i jedź pro­sto Piotr­kow­ską. Mo­że już jest w do­mu — my­ślał o Mo­ry­cu i go­rącz­ka zno­wu za­czę­ła go brać.

Ka­zał do­roż­ka­rzo­wi za­cze­kać na wszel­ki wy­pa­dek przed do­mem i z po­spie­chem dzwo­nił do miesz­ka­nia.

Nikt nie otwie­rał, co go tak zi­ry­to­wa­ło, że obe­rwał dzwo­nek i trząsł ca­łą si­łą drzwia­mi, wresz­cie, po dłu­gim ocze­ki­wa­niu Ma­te­usz otwo­rzył.

— Pan Mo­ryc w do­mu?

— Jak po­szedł na sia­bas, to pew­nie Ży­dy nie pu­ści­ły, a tak, pan Mo­ryc, ni­by?

— Pan Mo­ryc w do­mu, od­po­wia­daj? — krzyk­nął roz­wście­czo­ny, bo Ma­te­usz był zu­peł­nie pi­ja­ny, szedł za nim ze świe­cą w rę­ku, ro­ze­bra­ny, z ocza­mi za­mknię­ty­mi i z twa­rzą peł­ną po­przy­sy­cha­nej krwi i siń­ców.

— Pan Mo­ryc, ni­by ja ro­zu­miem, pan Mo­ryc, aha!

— By­dle! — krzyk­nął i ude­rzył go w twarz z ca­łej si­ły.

Chłop się po­to­czył i utkwił twa­rzą w drzwi, któ­ry­mi wszedł do miesz­ka­nia Bo­ro­wiec­ki.

Mo­ry­ca nie by­ło, Baum tyl­ko spał nie­ro­ze­bra­ny, z pa­pie­ro­sem w za­ci­śnię­tych zę­bach, na wiel­kiej oto­ma­nie w ja­dal­nym po­ko­ju.

Na sto­le, na zie­mi, na kre­den­sie sta­ło mnó­stwo pu­stych bu­te­lek i ta­le­rzy, a ko­mi­nek sa­mo­wa­ra ob­wi­nię­ty był w zie­lo­ną, dłu­gą wo­al­kę.

— Oho, Ant­ka by­ła, ba­wił się we­so­ło. Maks! Maks! — za­wo­łał moc­no, po­trzą­sa­jąc śpią­cym.

Maks ani drgnął, spał naj­spo­koj­niej i chra­pał po­tęż­nie.

Wresz­cie Bo­ro­wiec­ki znie­cier­pli­wio­ny da­rem­ny­mi usi­ło­wa­nia­mi obu­dze­nia go, bo chciał od nie­go do­wie­dzieć się, gdzie jest Mo­ryc, po­rwał go za ra­mio­na i po­sta­wił na pod­ło­dze.

Maks zi­ry­to­wa­ny, że go bu­dzą, po­to­czył się na krze­sło, schwy­cił je i z ca­łej si­ły rzu­cił przed sie­bie, na stół.

— Masz ty, mał­pa zie­lo­na, nie budź — i po­ło­żył się naj­spo­koj­niej na oto­ma­nie, ścią­gnął sur­dut, okrę­cił nim gło­wę i spał da­lej.

— Ma­te­usz! — krzyk­nął z roz­pa­czy pra­wie Ka­rol, wi­dząc, że Mak­sa nic nie obu­dzi.

— Ma­te­usz! — krzyk­nął po raz dru­gi, pod­cho­dząc do przed­po­ko­ju.

— Za­raz idę, le­cę pa­nie dy­rek­to­rze, świe­ca mi się gdzieś po­dzia­ła i szu­kam i szu­kam, idę — wo­łał przez sen, roz­trzę­sio­nym pi­ja­nym gło­sem, na próż­no sta­ra­jąc się pod­nieść z pod­ło­gi, gdzie upadł­szy po cio­sie Bo­ro­wiec­kie­go za­snął.

Pod­niósł się na ko­la­na i padł z po­wro­tem twa­rzą na zie­mię, ma­cha­jąc do­ko­ła rę­ka­mi, jak­by pły­wał.

Bo­ro­wiec­ki pod­niósł go, przy­pro­wa­dził do ja­dal­ni, po­sta­wił pod pie­cem i py­tał:

— Gdzieś się upił? Ty­le ra­zy ci za­po­wia­da­łem że jak się upi­jesz, wy­rzu­cę cię do dia­bła, sły­szysz co mó­wię?

— Sły­szę, pa­nie dy­rek­to­rze, sły­szę, aha, ni­by pan Mo­ryc — beł­ko­tał, na próż­no sta­ra­jąc się zna­leźć rów­no­wa­gę.

— Kto ci zbił pysk? Wy­glą­dasz jak świ­nia.

— Mnie kto zbił pysk? mnie, prze... pa­na dy­rek­to­ra, nikt zbił pysk, mnie nikt nie mo­że zbić pysk, bo ja bym prze... pa­na dy­rek­to­ra gna­ty po­ła­mał, mor­dę zbiuł i by­ło­by fer­tig67, na glanc... cho­le­ra.

Bo­ro­wiec­ki wi­dząc, że z pi­ja­nym się nie do­ga­da, przy­niósł ka­raf­kę z wo­dą, przy­trzy­mał go jed­ną rę­ką i wszyst­ką wo­dę wy­lał mu na gło­wę.

Ma­te­usz się krę­cił i wy­ry­wał, ale otrzeź­wiał nie­co i ob­cie­ra­jąc rę­ka­mi twarz po­si­nio­ną, za­la­ną krwią, pa­trzył ogłu­pia­ły­mi oczy­ma.

— Był pan Mo­ryc? — py­tał cier­pli­wie da­lej.

— Był.

— Gdzie po­je­chał?

— Od­wiózł ni­by tę ma­łą, czar­ną i miał być w Gran­dzie.

To zna­czy­ło w Grand Ho­te­lu.

— Kto tu­taj był?

— Róż­ne pań­stwo by­ło, był pan Be­in, pan Hertz i in­ne jesz­cze Ży­dy. Ja z Aga­tą od pa­na in­ży­nie­ra go­to­wa­li­śmy ko­la­cję.

— I upi­łeś się jak świ­nia ostat­nia; któż cię tak po­bił?

— Nikt mnie nie bił.

Po­ma­cał się bez­wied­nie po twa­rzy i gło­wie i syk­nął z bó­lu.

— A skąd­że masz te dziu­ry we łbie, co?

— A to, abo... był i pan Mo­ryc, i ta czar­na mał­pa, i ten gar­ba­ty, i te Ży­dy.

— Ga­daj na­tych­miast, gdzieś się upił i kto cię po­bił? — krzyk­nął z wście­kło­ścią.

— Ja nie pi­ja­ny, ani mnie kto po­bił. Po­sze­dłem po pi­wo dla pa­nów, a w szyn­ku by­ły ko­le­gi od Fran­cu­zów i po­sta­wi­ły bier. — Do­bra na­sza! Po­sta­wi­łem i ja. Jak ony po­sta­wi­ły raz, to i ja raz. Po­tem przy­szły lu­dzie z bli­chu na­sze­go, do­bre Po­la­ki, z mo­ich stron, po­sta­wi­ły i one bier — do­bra na­sza; po­sta­wi­łem i ja. Ony do­bre Po­la­ki, to i ja do­bry Po­lak, ony sta­wia­ły do­bra na­sza, to i ja sta­wiał. Alem nie pi­ja­ny prze... pa­na dy­rek­to­ra, jak Pa­na Bo­ga ko­cham ta­kim trzeź­wy, co jak pan dy­rek­tor chce — to chuch­nę, niech pan dy­rek­tor spraw­dzi.

Na­chy­lił się i z za­mknię­ty­mi ocza­mi, przy­le­ga­jąc moc­no grzbie­tem do pie­ca, chu­chał na po­kój.

Bo­ro­wiec­ki prze­bie­rał się w swo­im po­ko­ju i nie słu­chał, ale Ma­te­usz ga­dał wciąż.

— Po­tem przy­szły we­be­ry od sta­re­go pa­na Bau­ma i fo­lusz­ni­ki. Pi­ły z na­mi — my­śma sta­wia­li, a że zaś Niem­cy pod­ły na­ród, to sta­wiać nie chcia­ły. To ja jed­ne­go ino tak ździeb­ko pal­cem tkną­łem, to un na zie­mię, a dru­gi me ku­flem w łeb. To ja i te­go tak ździeb­ko pal­cem tkną­łem, to on tyż na zie­mię, a Niem­cy me zaś za orzy­dle. Ja się nie bi­łem, bo wiem, że pan dy­rek­tor te­go nie lu­bi. A że ja słu­cham swo­je­go pa­na, to ja się nie bi­łem, ale kiej mie je­den uca­pił za wło­sy, a in­ne za orzy­dle, a jesz­cze któ­ryś lu­nął me bez pysk, to my­ślę, szko­da mi te­go tu­żur­ka, co go mam od pa­na dy­rek­to­ra i mó­wię po do­bre­mu: puść me, a un me no­żem pod że­bro. To ja go łbem o ścia­nę, to un zo­stał. Ko­le­gi po­mo­gły i by­ło fer­tig, na glanc. Ja się nie bi­łem, tkną­łem ino ździe­beł­ko pal­cem, to­by i kur­czę usta­ło, a ta­ka świ­nia już le­ży. Mięt­ki w no­gach na­ród, pa­nie dy­rek­to­rze, bar­dzo mięt­ki te Niem­cy. Ja ino tak ździeb­ko pal­cem tkną­łem, to już for­be­it, na zie­mi!

Mru­czał co­raz sen­niej i z wy­cią­gnię­tą rę­ką przed sie­bie, wska­zu­ją­cym pal­cem po­ka­zy­wał, jak on ździeb­ko tyl­ko ty­kał.

— Idź spać — za­wo­łał Bo­ro­wiec­ki, po­ga­sił świa­tła, za­pro­wa­dził go do kuch­ni i po­je­chał szu­kać Mo­ry­ca.

W Vic­to­rii by­ło za­mknię­te, w Grand Ho­te­lu tak­że.

— Pan Ku­row­ski już śpi? — za­py­tał nu­me­ro­we­go.

— Wca­le nie był dzi­siaj, był przy­go­to­wa­ny sa­lon i nie przy­je­chał.

— Pan Welt był u was wie­czo­rem?

— Był z pa­nia­mi i z pa­nem Coh­nem, po­je­cha­li do Ar­ka­dii.

Po­je­chał do Ar­ka­dii na Kon­stan­ty­now­ską i tam już nie by­ło ni­ko­go.

Ob­je­chał kil­ka jesz­cze knajp, gdzie zwy­kłe mło­dzież łódz­ka się ba­wi­ła, ale ni­g­dzie go nie zna­lazł.

— Gdzie ta mał­pa się scho­wa­ła — my­ślał zi­ry­to­wa­ny i rap­tow­nie krzyk­nął do­roż­ka­rzo­wi: — Jedź na miód, wiesz, gdzie? Je­śli tam nie bę­dzie, to go już ni­g­dzie nie znaj­dę.

— Za­raz tam bę­dzie­my, pa­nie!

I pod­ciął ko­nia ze wszyst­kich sił, bo wlókł się strasz­nie po­wo­li, uty­ka­jąc po dziu­rach i do­łach; do­roż­ka ska­ka­ła i ko­ły­sa­ła się po bru­ku peł­nym naj­strasz­liw­szych wy­bo­jów, ni­by łód­ka po fa­lach mor­skich.

Bo­ro­wiec­ki klął i za­ci­nał zę­by i że­by za­pa­no­wać nad roz­de­ner­wo­wa­niem, któ­re tak nim trzę­sło, że nie mógł za­pa­lić pa­pie­ro­sa, bo mu się ła­mał w rę­kach, za­czął usil­nie my­śleć nad tą spra­wą ba­weł­nia­ną.

— Bau­er sprze­dał do­brze ten te­le­gram Zu­ke­ro­wi. Go za dziw­na ko­bie­ta — prze­rzu­cił się do wspo­mnień Lu­cy i uto­nął w nich.

Znał ją od lat dwóch, ale nie zwró­cił szcze­gól­niej­szej uwa­gi, po­nie­waż był za­ję­ty Li­ker­to­wą, a po­tem68 opo­wia­da­li o niej, że jest nie­po­mier­nie głu­pia, tak pra­wie jak pięk­ną by­ła.

— Co za tem­pe­ra­ment — szep­tał, wstrzą­sa­jąc się na przy­po­mnie­nie.

Od do­syć daw­na wie­dział, że zwró­cił jej uwa­gę, da­wa­ła mu po­znać spoj­rze­nia­mi, za­pra­sza­niem usil­nym do sie­bie, z któ­re­go ja­koś ni­g­dy nie ko­rzy­stał. By­wa­ła tam wszę­dzie, gdzie wie­dzia­ła, że i je­go spo­tka.

Plot­ka łódz­ka, któ­rą tam z ca­łą pa­sją i z wiel­ką ma­estrią upra­wia­ją prze­waż­nie męż­czyź­ni, któ­rą są prze­peł­nio­ne kan­to­ry i fa­bry­ki, za­czy­na­ła już coś kom­bi­no­wać i prze­bą­ki­wać, ale szyb­ko usta­ła, po­nie­waż Bo­ro­wiec­ki trzy­mał się z da­le­ka, po­chło­nię­ty w ostat­nich mie­sią­cach pla­na­mi za­ło­że­nia fa­bry­ki.

Znał oso­bi­ście Zu­ke­ra, sta­re­go cha­ła­cia­rza, prze­dzierz­gnię­te­go w ostat­nich dzie­się­ciu la­tach w mi­lio­ne­ra-fa­bry­kan­ta, któ­ry za­czy­nał swo­ją ka­rie­rę w Ło­dzi od sku­po­wa­nia zu­ży­tych, do ni­cze­go fa­bry­kom już nie słu­żą­cych szmat ba­weł­nia­nych, strzę­pów pa­pie­ru, py­łu ba­weł­nia­ne­go, ja­kie­go za­wsze by­wa­ło do­syć po tkal­niach i po­strzy­gal­niach.

Nie cier­piał go za tan­det­ne wy­ro­by, na­śla­du­ją­ce po­wierz­chow­nie w de­se­niach i ko­lo­rach wy­ro­by fir­my Bu­chol­ca, a w isto­cie ma­te­ria­ły w naj­gor­szym ga­tun­ku, sprze­da­wa­ne ta­nio, któ­re unie­moż­li­wia­ły wszel­ką kon­ku­ren­cję.

Wie­dział, że Zu­ke­ro­wa nie ma ko­chan­ka, bo raz, że by­ła Ży­dów­ką, a po dru­gie, w mie­ście, gdzie wszy­scy, po­czy­na­jąc od mi­lio­ne­rów, a skoń­czyw­szy na ostat­nim gwoź­dziu, w tej ol­brzy­miej ma­szy­nie wy­twór­czej, mu­szą ro­bić, mu­szą się ca­li od­da­wać tej pra­cy, jest nie­zmier­nie ma­ło za­wo­do­wych don­żu­anów, nie­sły­cha­nie ma­ło spo­sob­no­ści do zdo­by­wa­nia i oba­ła­mu­ca­nia ko­biet.

A zresz­tą, gdy­by tak by­ło, już by o tym ktoś wie­dział i mó­wił z pew­no­ścią.

— Czy ona ma i du­szę ja­ką? — my­ślał te­raz roz­pa­tru­jąc jej dzi­ką, nie­po­ha­mo­wa­ną na­mięt­ność. Ale po co ja tam wla­złem, jesz­cze te­raz! Do dia­bła z mi­ło­ścią, mieć te­raz ta­ką ku­lę u no­gi, kie­dy się za­kła­da fa­bry­kę na kre­dyt. A jed­nak...

I za­sta­no­wił się, szu­kał w so­bie mi­ło­ści do niej, wma­wiał w sie­bie zu­peł­nie szcze­rze, że ją ko­cha, że to mi­łość go po­rwa­ła, a nie zwy­kła, zmy­sło­wa bu­rza zdro­we­go i nie­wy­czer­pa­ne­go or­ga­ni­zmu.

— Bądź co bądź, gra war­ta świecz­ki — po­my­ślał.

Do­roż­karz za­krę­cił i sta­nął za­raz przy ro­gu Spa­ce­ro­wej, przed sy­na­go­gą.



V

Re­stau­ra­cja, do któ­rej przy­je­chał Bo­ro­wiec­ki, po­szu­ku­jąc Mo­ry­ca, znaj­do­wa­ła się za­raz za sy­na­go­gą, w głę­bi po­dwó­rza, ob­sta­wio­ne­go ni­by ka­mien­ny­mi pu­dła­mi, czte­ro­pię­tro­wy­mi ofi­cy­na­mi z trzech stron, bo czwar­tą za­koń­czał ma­ły ogró­dek, od­gro­dzo­ny zie­lo­ny­mi szta­chet­ka­mi i przy­par­ty do ty­łów ol­brzy­mich, na­gich czer­wo­nych mu­rów ja­kiejś fa­bry­ki.

Ma­ła ofi­cyn­ka par­te­ro­wa sta­ła w głę­bi, pod sa­mym mu­rem i bu­cha­ła oświe­tlo­ny­mi okna­mi i wrza­skli­wą, po­dob­ną do ry­cze­nia osłów wrza­wą.

— Oho, jest ca­ła ban­da — po­my­ślał, wcho­dząc do dłu­giej, ni­skiej sa­li, tak za­ciem­nio­nej dy­ma­mi cy­gar, że w pierw­szej chwi­li, w tym si­na­wym ob­ło­ku, po­pstrzo­nym zło­ty­mi ku­la­mi ga­zo­wych świa­teł, nie od­róż­nił ni­ko­go.

Kil­ka­dzie­siąt osób tło­czy­ło się do­oko­ła dłu­gie­go sto­łu, krzy­cza­ło, ga­da­ło gło­śno, śmia­ło się i śpie­wa­ło, co po­łą­czo­ne z brzę­kiem ta­le­rzy i prze­ni­kli­wym szczę­kiem tłu­czo­ne­go szkła, two­rzy­ło ta­ką splą­ta­ną, zgieł­kli­wą wrza­wę, że ścia­ny się trzę­sły i nic usły­szeć nie by­ło moż­na.

Na­raz przy­ci­chło nie­co i ja­kiś ochryp­nię­ty, pi­ja­ny głos za­in­to­no­wał z koń­ca sto­łu:

Aga­to! Ty in­te­res faj­ny masz — Aga­to!

Aga­to! Ja ca­łu­ję cie­bie w twarz — Aga­to!

Aga­to! To mi za to pi­wa dasz — Aga­to!

„Aga­to!” ry­czał tłum wszyst­ki­mi moż­li­wy­mi i nie­moż­li­wy­mi gło­sa­mi, któ­re tak po­kry­ły głos Bum-Bu­ma. któ­ry był tej piosn­ki prze­dziw­nie głu­piej kom­po­zy­to­rem i so­li­stą, że na próż­no krzy­czał dal­sze zwrot­ki, nikt go nie słu­chał, bo wszy­scy wy­li:

— Aga­to! Aga­to!

Bum-Bum la la la! Aga­to! Tra la la la! Aga­to! Cip, cip, cip Aga­to!

Tak ten śpiew pod­nie­cał, że za­czę­li do tak­tu bić la­ska­mi w stół, ku­fle le­cia­ły na ścia­ny lub roz­pry­ski­wa­ły się o piec, nie­któ­rym i to nie wy­star­cza­ło, bo krze­sła­mi bi­li o zie­mię i jak za­pa­mię­ta­li, ośle­pli, z za­mknię­ty­mi ocza­mi śpie­wa­li:

— Aga­to! Aga­to!

— Pa­no­wie, na mi­łość bo­ską, bo mi spro­wa­dzi­cie ty­mi krzy­ka­mi po­li­cję — za­czął bła­gać wy­stra­szo­ny go­spo­darz.

— Pan po­trze­bu­jesz być ci­cho, my pła­cim! Pa­nien­ko, pro­szę jed­no pi­wo!

— Hej Bum-Bum, za­śpie­waj no pan — krzy­cza­no do Bu­ma, któ­ry po­pra­wiał bi­no­kle obu rę­ka­mi i stał w dru­gim po­ko­ju, przed bu­fe­tem.

— Kwicz Bum-Bum, ja i tak nie sły­szę — szep­tał je­den pół sen­nie, le­żąc na sto­le, któ­ry ca­ły był po­kry­ty bu­tel­ka­mi wi­na i ko­nia­ków, ma­szyn­ka­mi od ka­wy, ka­mion­ka­mi od por­te­ru, ku­fla­mi i szkłem po­tłu­czo­nym.

— Aga­to! Aga­to! — wrzesz­czał pół­gło­sem ja­kiś kan­to­ro­wicz, sen­ny, z przy­mknię­ty­mi ocza­mi, pi­ja­ny, bił la­ską w stół.

— No, ba­wią się echt69 po łódz­ku — szep­nął Ka­rol, szu­ka­jąc ocza­mi Mo­ry­ca.

— Dy­rek­tor! Pa­no­wie, jest i fir­ma Bu­cholc Her­man i Spół­ka! Je­ste­śmy za­tem w kom­ple­cie. Pa­nien­ko, kół­ko ko­nia­ków! — krzy­czał ja­kiś wy­so­ki i gru­by Nie­miec ła­ma­ną pol­sz­czy­zną.

Za­to­czył się sze­ro­kim ge­stem do­ko­ła, chciał jesz­cze coś mó­wić, ale no­gi mu się zwi­nę­ły i upadł na ka­na­pę sto­ją­cą za nim.

— Ależ to wi­dzę ca­ła ban­da we­so­ła.

— Ca­ły nasz kom­plet bur­szów.

— My tak za­wsze, jak pić to so­li­dar­nie, jak co ro­bić — zdechł pies.

— O tak, so­li­dar­nie, jak mó­wi ten, no, jak­że się na­zy­wa, no ten, co to mó­wił: „Hej ra­mię do ra­mie­nia, wspól­ny­mi łań­cu­chy!70

— Opasz­my brzu­chy al­bo in­ną ga­lan­te­rię — wtrą­cił ktoś z bo­ku.

— Ci­cho pan. Włó­czę­gom, psom i lu­dziom od Szai — wstęp wzbro­nio­ny! Za­pisz pan to, pa­nie re­dak­to­rze — wo­łał któ­ryś, zwra­ca­jąc się do wy­so­kie­go chu­de­go blon­dy­na, me­lan­cho­lij­nie sie­dzą­ce­go na środ­ku po­ko­ju, któ­ry błą­dził du­ży­mi, jak­by po­ży­czo­ny­mi ocza­mi, po ścia­nach po­kry­tych oleo­dru­ka­mi.

— Mo­ryc, mam do cie­bie bar­dzo pil­ny in­te­res — szep­nął Ka­rol, przy­sia­da­jąc się do We­lta i do Le­ona Coh­na, bo obaj pi­li tyl­ko ze so­bą.

— Pie­nię­dzy chcesz, masz pu­gi­la­res — szep­nął nad­sta­wia­jąc kie­szeń spodnią sur­du­ta — al­bo za­cze­kaj, chodź­my do bu­fe­tu. U dia­bła, je­stem pi­ja­ny — mruk­nął, na próż­no usi­łu­jąc się trzy­mać pro­sto.

— Mo­że dy­rek­tor usią­dzie. Na­pi­jem się, a! wó­decz­ka jest, ko­nia­czek jest, a!

— Każ­cie mi dać jeść, bo głod­nym jak wilk.

Kel­ner­ka przy­nio­sła go­rą­cych ser­del­ków, bo już nic wię­cej nie by­ło w bu­fe­cie.

Bo­ro­wiec­ki za­czął jeść, nie zwa­ża­jąc na to­wa­rzy­stwo ca­łe, któ­re po­roz­dzie­la­ne na gru­py, pi­ło i ga­da­ło.

By­ła to sa­ma pra­wie mło­dzież łódz­ka, ty­po­wa mło­dzież z kan­to­rów i skła­dów, z ma­łą do­miesz­ką tech­ni­ków fa­brycz­nych i spe­cja­li­stów in­nych za­jęć.

Bum-Bum, po­mi­mo, że był zu­peł­nie pi­ja­nym, cho­dził po sa­li, w pięść się trza­skał, bi­no­kle po­pra­wiał, pił ze wszyst­ki­mi, a chwi­la­mi pod­cho­dził do mło­de­go chło­pa­ka, któ­ry wci­śnię­ty w głę­bo­ki fo­tel, ob­wią­za­ny ser­wet­ką spał i krzy­czał mu do ucha:

— Ku­zyn, nie śpij!

— Ze­it ist Geld71! Czy­je con­to? — od­po­wia­dał, nie otwie­ra­jąc oczów, stu­kał au­to­ma­tycz­nie ku­flem w stół i spał da­lej.

— Ko­bie­ta! Daj pan po­kój, to ke­in ge­szeft72 być ko­bie­tą, to szko­da cza­su — wo­łał ze śmie­chem zna­ny po­wszech­nie w Ło­dzi Fe­luś Fisz­bin.

— Ja je­stem czło­wiek, pa­nie, naj­au­ten­tycz­niej­szy czło­wiek — krzy­cza­no przy dru­gim ro­gu.

— Pan się nie chwal! Pan je­steś gru­ba sy­mu­la­cja czło­wie­ka — drwił Fe­luś.

— Pa­nie Fisz­bin, pan mo­że je­steś Fisz­bin, ale pań­ski in­te­res nie jest na­wet sło­ma.

— Pa­nie We­in­berg, pan je­steś... no już pan wiesz i my wie­my, co pan je­steś, ha, ha, ha.

— Bum-Bum, za­śpie­waj ma­ju­fes, bo się Ży­dy kłó­cą.

— König, ty je­steś mój przy­ja­ciel, ale ja ze smut­kiem wi­dzę, żeś ty co­raz głup­szy. To­bie już w brzuch gło­wa wla­zła. Ja się o cie­bie bar­dzo bo­ję. Pa­no­wie on się tak pa­sie, że je­mu nie­dłu­go wła­sna skó­ra nie wy­star­czy, on się w nią nie zmie­ści, ho, ho.

Śmiech gruch­nął ogól­ny, ale König nie ode­zwał się, po­pi­jał pi­wo i wpa­try­wał się w świa­tła nie­przy­tom­ny­mi ocza­mi, sie­dział bez sur­du­ta, z roz­pię­tym koł­nie­rzy­kiem u ko­szu­li.

— Wróć­my dok­to­rze do ko­biet — za­czął Fe­luś do są­sia­da, któ­ry z opusz­czo­ną na pier­si bro­dą sie­dział i wy­krę­cał usta­wicz­nie i nie­zmor­do­wa­nie wą­si­ki blond i co chwi­la ner­wo­wym ru­chem otrze­py­wał kla­py sur­du­ta i wpy­chał w rę­ka­wy do­syć brud­ne man­kie­ty.

— Do­brze, to jest waż­na kwe­stia, choć­by z punk­tu so­cjal­no-psy­cho­lo­gicz­ne­go.

— To jest żad­na kwe­stia. Znasz pan cho­ciaż­by jed­ną po­rząd­ną ko­bie­tę?

— Pa­nie Fe­lik­sie, pan je­steś pi­ja­ny, co pan wy­ga­du­jesz! Ja pa­nu tu­taj w Ło­dzi po­ka­żę set­ki naj­lep­szych, naj­zac­niej­szych, naj­ro­zum­niej­szych ko­biet — krzy­czał wy­rwa­ny z apa­tii, pod­ska­ku­jąc na krze­śle i z bły­ska­wicz­ną szyb­ko­ścią otrze­pu­jąc so­bie kla­py.

— To pew­no pań­skie pa­cjent­ki, pan je po­wi­nie­neś chwa­lić.

— Z punk­tu so­cjal­no-psy­cho­lo­gicz­ne­go bio­rąc, to co pan mó­wisz, jest...

— Z każ­de­go bo­ku jest to praw­da, jest to czte­ry ra­zy praw­da. Pan mi do­wiedź, że jest ina­czej.

— Mó­wię prze­cież pa­nu.

— To jest ga­da­nie, tyl­ko ga­da­nie, mnie po­trze­ba fak­tów! Ja je­stem czło­wiek re­al­ny, pa­nie Wy­soc­ki, ja je­stem po­zy­ty­wi­sta. Pa­nien­ko, ma­szyn­ka ka­wy, char­tre­zy!

— Do­brze, do­brze! Za­raz pa­nu dam fak­ty: Bo­row­ska, Am­ze­lo­wa, Bi­bry­cho­wa, bo co?

— Ha, ha, ha, wy­li­czaj pan wię­cej, to dla mnie ślicz­ny ka­wa­łek za­ba­wy.

— Pan się nie śmiej, to są po­rząd­ne ko­bie­ty — krzy­czał za­pe­rzo­ny.

— Skąd pan to wiesz, mia­łeś je pan w ko­mis? — rzu­cił cy­nicz­nie Fe­luś.

— Nie wy­mie­ni­łem jesz­cze naj­pierw­szych, ta­kich jak Zu­ke­ro­wa i Wolk­ma­no­wa.

— To się nie li­czy. Jed­ną mąż trzy­ma w za­mknię­ciu, a dru­ga nie ma cza­su wyj­rzeć na świat, bo ma na trzy la­ta czwo­ro dzie­ci.

— Kesz­te­ro­wa to co, to per­kal? a Gros­gli­ko­wa, to wa­ta? Cóż pan na to po­wie?

— Ja nie po­wiem nic.

— A wi­dzisz pan — wo­łał dok­tor roz­pro­mie­nio­ny, pod­krę­ca­jąc wą­si­ki.

— Ja je­stem czło­wiek re­al­ny i dla­te­go nie po­wiem nic, bo co tu brać w ra­chu­bę ko­bie­ty brzyd­kie? to jest ta­ki brzyd­ki to­war, że­by go w ko­mis nie wziął na­wet Le­on Cohn, a on wszyst­ko bie­rze.

— Ja je bio­rę w ra­chu­bę i sta­wiam w pierw­szym rzę­dzie. One ma­ją prócz zwy­kłej, or­ga­nicz­nej uczci­wo­ści, jesz­cze ety­kę.

— Ety­kę, co to jest za to­war? Kto w tym ro­bi? — wo­łał, za­no­sząc się od śmie­chu.

— Fe­luś, po­wie­dzia­łeś witz na sto pro­cent — krzyk­nął przez stół Le­on Cohn, klasz­cząc w dło­nie.

Dok­tor nie ode­zwał się, pił go­rą­cą ka­wę, któ­rą mu Fe­luś na­lał, pod­krę­cał wą­si­ki, strze­py­wał kla­py, wpy­chał man­kie­ty i zwró­cił się do są­sia­da obok, któ­ry wciąż pił, mil­czał i co chwi­la prze­cie­rał czer­wo­nym fu­la­rem oku­la­ry.

— Me­ce­nas masz to sa­mo zda­nie o ko­bie­tach co i pan Fe­liks?

— Phi, to jest... uważ pan do­bro­dziej... jak­by to wy­łusz­czyć... hm — mach­nął rę­ką, na­pił się pi­wa, za­pa­lił cią­gle ga­sną­ce­go pa­pie­ro­sa i przy­pa­try­wał się pło­ną­cej za­pał­ce.

— Py­tam się, co me­ce­nas my­ślisz o ko­bie­tach? — sztur­mo­wał dok­tor i na­sta­wiać za­czy­nał twarz do no­wej wal­ki o cześć ko­biet.

— Uwa­ża pan do­bro­dziej, ja nic nie my­ślę, ja pi­ję pi­wo — mach­nął po­gar­dli­wie rę­ką i umo­czył ca­łą twarz w ku­flu świe­żym, ja­ki po­sta­wi­ła przed nim kel­ner­ka.

Pił dłu­go, a po­tem pal­ca­mi wy­ci­skał bia­łą pia­nę z wą­sów rzad­kich, któ­re mu ni­by ru­da­wą strze­chą wi­sia­ły nad usta­mi.

— Pan mi po­każ uczci­wą ko­bie­tę, ja jej po­ślę je­dwab od Szmidt i Fit­ze, ka­pe­lusz od Ma­da­me Gu­sta­we i ma­ły pa­pie­rek na któ­ry z ban­ków z pod­pi­sem Gros­gli­ka, to pa­nu póź­niej opo­wiem o niej cie­ka­we rze­czy — za­czął się zno­wu śmiać.

— Pan to ga­daj na Ba­łu­tach, tam mo­że pa­nu uwie­rzą i bę­dą ce­ni­li pań­skie zda­nie, ale my tro­chę pa­na zna­my, pa­nie Fe­lik­sie.

— Co to re­dak­tor swo­ją szpul­kę wsta­wia?

— Bo pan bla­gu­jesz, aż się kroch­mal sy­pie — od­po­wie­dział ktoś za na­zwa­ne­go re­dak­to­ra, któ­ry zi­ry­to­wa­ny wy­niósł się do bu­fe­tu.

— Ku­zyn, nie śpij — krzyk­nął Bum.

— Ze­it ist Geld! Czy­je con­to? — szep­nął, stu­ka­jąc ku­flem w stół i chciał go pod­nieść do ust, ale nie do­niósł, rę­ka mu opa­dła, pi­wo z ku­flem po­le­cia­ło na zie­mię, nie wie­dział o tym, tyl­ko się bo­kiem prze­krę­cił w fo­te­lu, ser­we­tą przy­sło­nił twarz i spał.

— Co oso­ba chce? Niech ład­na oso­ba po­wie? — szep­tał Le­on Cohn, usi­łu­jąc po­ca­ło­wać wy­dzie­ra­ją­cą mu się kel­ner­kę.

— Niech mi pan da spo­kój, niech mnie pan pu­ści — i szarp­nę­ła się ener­gicz­nie.

— Co oso­ba się rzu­ca, ja pła­cę, to ja się rzu­cę, ja je­stem Cohn, Le­on Cohn!

— Co mi tam pań­skie na­zwi­sko, niech mnie pan pu­ści — za­wo­ła­ła gwał­tow­nie.

— Niech oso­ba idzie do dia­bła! Szmelc! — rzu­cił po­gar­dli­wie za od­cho­dzą­cą i za­czął ścią­gać po­roz­pi­na­ny sur­dut i ka­mi­zel­kę.

— Mo­ryc! Masz już do­syć pi­jań­stwa, chodź­my do do­mu, jest waż­ny in­te­res — szep­tał Ka­rol w naj­wyż­szym znie­cier­pli­wie­niu, bo Mo­ryc pi­ja­ny, z twa­rzą w dło­niach, sie­dział nie­przy­tom­ny i na wszyst­ko, co sły­szał, od­po­wia­dał w kół­ko:

— Ja je­stem Mo­ryc Welt, Piotr­kow­ska 75, pierw­sze pię­tro. Idź pan do dia­bła!

— Pa­nie Cohn, ja mia­łem do pa­na ma­ły in­te­res — szep­nął Bo­ro­wiec­ki.

— Ile pan po­trze­bu­je?

Mla­snął ję­zy­kiem, trza­snął w pal­ce i już wy­cią­gnął pu­gi­la­res.

— Pan się pręd­ko orien­tu­je — uśmiech­nął się Bo­ro­wiec­ki.

— Ja je­stem Le­on Cohn! Ile?

— Ju­tro po­wie pa­nu Mo­ryc, ja chcia­łem się tyl­ko za­pew­nić. Dzię­ku­ję pa­nu.

— Ca­ła mo­ja ka­sa, ca­ły mój kre­dyt na pań­skie roz­po­rzą­dze­nie.

— Bar­dzo dzię­ku­ję. Ter­min nie dłuż­szy jak trzy­mie­sięcz­ny.

— Kto mó­wi o ter­mi­nie? Po­mię­dzy przy­ja­ciół­mi ta­ka ba­ga­tel­ka, co stoi?...

— Daj mi so­do­wej — mruk­nął Mo­ryc.

Gdy mu przy­niósł, pił wprost z sy­fo­nu.

— Schu­be, po­wiedz praw­dę, ile cię kosz­tu­je ta two­ja Jó­zia? — szep­ta­no za Ka­ro­lem.

— Dro­gi to­war, je­śli chcesz ku­pić te­raz.

— Po­cze­kam do li­cy­ta­cji, po­cze­kam. Ale po­wiedz, co cię to kosz­tu­je, bo w Ło­dzi mó­wią, że z ty­siąc ru­bli mie­sięcz­nie.

— Mo­że ty­siąc, mo­że pięć, nie wiem.

— Nie pła­cisz?

— Pła­cę, gru­bo pła­cę — we­ksla­mi. Miesz­ka­nie za­pła­ci­łem we­kslem, me­ble we­kslem, mod­niar­kę we­kslem, wszyst­ko we­kslem. Skąd ja mo­gę wie­dzieć, co mnie to ra­zem kosz­tu­je, bę­dę wie­dział do­pie­ro, jak się po­ło­żę, ile ze­chcą wziąć za sto. Te­raz nic nie wiem.

— Wiesz, to jest ge­nial­ne!

— Sły­szysz pan, pa­nie Cohn, co mó­wią za na­mi?

— Sły­szę, sły­szę. To jest gru­be łaj­dac­two, ale mą­dre, a, a, ja­kie mą­dre!

— Chcesz, że­bym je­chał do do­mu? — py­tał Mo­ryc.

— I to na­tych­miast, bar­dzo pil­ny in­te­res.

— Nasz in­te­res?

— Nasz, nie­sły­cha­nie waż­na rzecz, nie­sły­cha­nie.

— Jak in­te­res, to ja je­stem pra­wie trzeź­wy. Chodź­my.

Ka­rol wy­szedł, pro­wa­dząc pod ra­mię Mo­ry­ca, któ­ry się chwiał na no­gach i nie mógł utrzy­mać rów­no­wa­gi; a za ni­mi przez otwar­te drzwi buch­nął po­tok śpie­wów i krzy­ków i roz­lał się po ci­chym, ciem­nym po­dwó­rzu i zgi­nął w prze­strze­niach, w no­cy.

Świt się już ro­dził nad Ło­dzią, bo czar­ne ko­mi­ny za­czę­ły ma­ja­czyć co­raz ja­śniej­szy­mi bar­wa­mi, da­chy błysz­cza­ły w świe­tle tych bla­dych zórz, co ni­by róż naj­de­li­kat­niej­szy, zmie­sza­ny z per­ła­mi, roz­trzą­sa­ły swą świa­tłość nad zie­mią.

Mróz po­ści­nał bło­to, po­krył miej­sca­mi ka­łu­że war­stwą lo­du, po­bie­lił most­ki nad rynsz­to­ka­mi i okrył buj­ną osę­dzie­li­ną drze­wa.

Dzień za­po­wia­dał się po­god­ny.

Mo­ryc wdy­chał ca­łą pier­sią to chłod­ne, zim­ne po­wie­trze i przy­cho­dził co­raz bar­dziej do sie­bie.

— Wiesz, nie pa­mię­tam ni­g­dy, abym się tak upił. Nie mo­gę so­bie da­ro­wać, szu­mi mi w gło­wie, jak w sa­mo­wa­rze.

— Zro­bię ci her­ba­ty z cy­try­ną, wy­trzeź­wie­jesz, przy­go­to­wy­wam73 ci ta­ką nie­spo­dzian­kę, że ze­chcesz się upić z ra­do­ści po raz dru­gi.

— No, cie­kaw je­stem, co to mo­że być.

I za­raz po przy­jeź­dzie, nie bu­dząc już Ma­te­usza, któ­ry spał, klę­cząc przed ko­mi­nem z gło­wą na bla­sze, Ka­rol na­lał wo­dy do sa­mo­wa­ra i za­pa­lił pod nim gaz.

Mo­ryc się trzeź­wił bar­dzo ra­dy­kal­nie, bo zlał gło­wę zim­ną wo­dą, umył się i wy­piw­szy kil­ka szkla­nek her­ba­ty, po­czuł się zu­peł­nie przy­tom­nym.

— No, je­stem już fer­tig. Do dia­bła, zim­no mi obrzy­dli­wie.

— Maks! — wo­łał tym­cza­sem Ka­rol, trzę­sąc z ca­łej si­ły Bau­ma, ale Maks nie ode­zwał się i ob­ci­skał sil­niej sur­dut na gło­wę.

— Na nic wszyst­ko, śpi jak za­bi­ty. Tak mi zresz­tą pil­no, że nie bę­dę cze­kał.

— Prze­czy­taj Mo­ryc uważ­nie de­pe­szę, tyl­ko nie oglą­daj ad­re­su — za­strzegł, po­da­jąc te­le­gram.

— Ba, kie­dy nic nie ro­zu­miem — cy­fro­wa­na!

— Praw­da. Za­raz ci prze­czy­tam.

I czy­tał mu wol­no, bar­dzo do­bit­nie, pod­kre­śla­jąc cy­fry i da­ty.

Mo­ryc wy­trzeź­wiał zu­peł­nie, na pierw­sze sło­wa ze­rwał się on z krze­sła i po­chła­niał ocza­mi, ca­łym so­bą, treść te­go te­le­gra­mu. Gdy Ka­rol skoń­czył i pod­niósł try­um­fu­ją­cy wzrok na nie­go, Mo­ryc stał nie­ru­cho­my, za­pa­trzo­ny w ten in­te­res, po kil­ka ra­zy wci­skał bi­no­kle na nos, któ­re mu zu­peł­nie nie chcia­ły się utrzy­mać, uśmie­chał się tak słod­ko, jak do uko­cha­nej, szar­pał ner­wo­wo swo­ją pięk­ną bro­dę, wresz­cie rzekł uro­czy­ście:

— Wiesz Ka­rol, my ma­my już przy­szłość, my ma­my gru­be pie­nią­dze. Ten te­le­gram wart jest sto ty­się­cy ru­bli, no, pięć­dzie­siąt, co naj­mniej. My się mo­że­my na tej uro­czy­sto­ści po­ca­ło­wać! Co to za in­te­res, co to za in­te­res! — I po­su­wał się do Bo­ro­wiec­kie­go, chcąc go istot­nie w tym ra­do­snym pod­nie­ce­niu uca­ło­wać ser­decz­nie.

— Daj spo­kój Mo­ryc. Nam po­trze­ba te­raz go­tów­ki, nie po­ca­łun­ków.

— Praw­da, masz ra­cję, trze­ba te­raz pie­nię­dzy i pie­nię­dzy.

— Czym wię­cej ku­pi­my, tym wię­cej za­ro­bi­my.

— Co się to w Ło­dzi bę­dzie dziać. Aj! aj! Je­śli o tym wie Sza­ja, al­bo Bu­cholc, je­śli zdą­ży wy­ku­pić, to wszy­scy do­pie­ro bę­dą śpie­wać. Skąd­żeś to wy­rwał!

— Mo­ryc to mo­ja ta­jem­ni­ca, to mo­ja na­gro­da. — Uśmiech­nął się do sie­bie, bo przy­szła mu na myśl Lu­cy.

— Two­ja ta­jem­ni­ca, to twój ka­pi­tał. Mnie jed­nak dzi­wi jed­no.

— Co ta­kie­go?

— Ja się te­go, Ka­rol, nie spo­dzie­wa­łem po to­bie Mó­wię zu­peł­nie szcze­rze. Nie spo­dzie­wa­łem się, że­byś był zdol­ny mieć ta­ki in­te­res w rę­ku i chciał się dzie­lić, z na­mi.

— Toś mnie nie znał.

— Wiesz, że po tym fak­cie jesz­cze cię mniej znam.

I pa­trzył na nie­go tak, jak­by po­dej­rzy­wał ja­ką za­sadz­kę, bo nie mógł po­jąć jak moż­na chcieć się do­bro­wol­nie dzie­lić zy­ska­mi.

— Je­stem aryj­czyk, a ty je­steś se­mi­ta, w tym le­ży wy­tłu­ma­cze­nie.

— Ja go nie wi­dzę, nie ro­zu­miem, co chcesz po­wie­dzieć przez to.

— Tyl­ko to, że ja chcę zro­bić pie­nią­dze, ale dla mnie świat się nie koń­czy na mi­lio­nach na­wet, a ty wi­dzisz ca­ły swój cel ży­cia w zro­bie­niu pie­nię­dzy. Ko­chasz pie­nią­dze dla pie­nię­dzy i zdo­by­wasz je bez­względ­no­ścią, nie oglą­da­jąc się na środ­ki.

— Bo każ­dy jest do­bry, któ­ry po­ma­ga.

— To wła­śnie jest se­mic­ką fi­lo­zo­fią.

— Z czym­że ja się po­trze­bu­ję li­czyć. Wła­śnie ta­ka fi­lo­zo­fia nie jest ani aryj­ska ani se­mic­ka, jest fi­lo­zo­fia ku­piec­ka.

— No mniej­sza. Po­mó­wi­my o tym kie­dy in­dziej ob­szer­niej. Dla­te­go dzie­lę się z wa­mi, że je­ste­ście mo­imi wspól­ni­ka­mi i daw­ny­mi przy­ja­ciół­mi. Zresz­tą, tak mi ka­że am­bi­cja na­wet, zro­bić przy­słu­gę przy­ja­cio­łom.

— Dro­ga am­bi­cja.

— Li­czysz?

— Bo wszyst­ko się ob­li­cza.

— Ileż li­czysz na­szą daw­ną za­ży­łość?

— Ka­rol, ty się nie śmiej, ale ja ci po­wiem, iż two­ją przy­jaźń mógł­bym ob­li­czyć na ru­ble, bo ja przez nią, przez to, że ra­zem miesz­ka­my, mam wię­cej kre­dy­tu o ja­kie dwa­dzie­ścia ty­się­cy ru­bli. Mó­wię ci szcze­rze.

Bo­ro­wiec­ki śmiał się ser­decz­nie, za­do­wo­lo­ny głę­bo­ko ze słów Mo­ry­ca.

— To, co ja ro­bię, zro­bił­byś i ty, zro­bił­by i Baum.

— Ja się bo­ję, Ka­rol, ja się bar­dzo bo­ję, że Maks jest mą­dry czło­wiek, że on jest ku­piec... Ale co ja, to zro­bił­bym z ca­łą przy­jem­no­ścią.

Za­czął gła­dzić bro­dę i na­sa­dzać bi­no­kle, że­by po­kryć wy­raz ócz i ust, któ­re mó­wi­ły zu­peł­nie co in­ne­go.

— Ty je­steś szlach­cic, ty je­steś na­praw­dę von Bo­ro­wiec­ki.

— Maks! Wsta­waj, śpio­chu! — krzy­czał do ucha Bau­mo­wi.

— Nie budź mnie! — ry­czał wście­kły, wy­ma­chu­jąc no­ga­mi.

— Nie wierz­gaj, tyl­ko wsta­waj, bo jest pil­ny in­te­res.

— Ka­rol, po co go bu­dzisz — szep­nął ci­cho Mo­ryc.

— We trzech prze­cież mu­si­my się na­ra­dzić...

— Dla­cze­go nie ma­my zro­bić te­go in­te­re­su we dwóch?

— Bo zro­bi­my go we trzech — po­wie­dział zim­no Bo­ro­wiec­ki.

— Czy ja mó­wię ina­czej! Mo­gli­by­śmy tyl­ko uło­żyć bez nie­go, a jak wsta­nie, jak się wy­śpi, to mu się po­wie! My w Ło­dzi sta­no­wi­my bry­lan­to­wą spół­kę.

I bie­gał po po­ko­ju co­raz prę­dzej. Opo­wia­dał o przy­szłych za­rob­kach, rzu­cał cy­fry, sia­dał na chwi­lę przy sto­le, brał w obie rę­ce szklan­kę z her­ba­tą i pił; był tak zde­ner­wo­wa­nym, że bi­no­kle wciąż mu wpa­da­ły do szklan­ki; klął, wy­cie­rał je o po­ły sur­du­ta i zno­wu bie­gał, al­bo po­chy­lał się nad sto­łem i na ce­ra­cie kre­ślił ko­lum­ny cyfr, któ­re zma­zy­wał na­tych­miast po­śli­nio­nym pal­cem.

Tym­cza­sem Baum wstał, wy­sa­pał się, wy­klął w kil­ku ję­zy­kach, wy­pił ol­brzy­mią ilość her­ba­ty, zjadł wszyst­kie reszt­ki z ko­la­cji, ja­kie jesz­cze by­ły na ta­ler­zach, za­pa­lił krót­ką an­giel­ską fa­jecz­kę i przy­gła­dza­jąc swo­ją ma­łą ły­sin­kę, ja­ką miał nad czo­łem, mruk­nął:

— Cze­go chce­cie? Ga­dać pręd­ko, bo mi się chce spać.

— Nie pój­dziesz spać, je­no się do­wiesz.

— Nie py­skuj.

Ka­rol prze­czy­tał mu te­le­gram.

Mo­ryc wy­ło­żył plan, któ­ry był bar­dzo pro­sty: mieć pie­nią­dze, du­żo pie­nię­dzy, je­chać na­tych­miast do Ham­bur­ga, ku­pić, co się da, su­ro­wej ba­weł­ny i spro­wa­dzić ją do Ło­dzi, za­nim pra­wo o pod­wyż­szo­nym cle i ta­ry­fie za­cznie obo­wią­zy­wać. A po­tem sprze­da­wać, ma się ro­zu­mieć, z jak naj­więk­szym zy­skiem.

Baum my­ślał dłu­go, za­pi­sy­wał coś w no­te­sie, faj­kę wy­pa­lił, wy­trzą­snął po­piół na spodek, prze­cią­gnął swo­je ol­brzy­mie ko­ści i rzekł:

— Za­pisz­cie mnie na dzie­sięć ty­się­cy ru­bli, wię­cej nie mo­gę. Do­bra­noc!

Pod­niósł się z krze­sła, aby iść z po­wro­tem spać.

— Za­cze­kaj­że! Mu­si­my się prze­cież po­ro­zu­mieć. Wy­śpisz się jesz­cze.

— Niech was dia­bli we­zmą z ty­mi po­ro­zu­mie­wa­nia­mi się. Ach te Po­la­ki! W Ry­dze przez ca­łe trzy la­ta ma­ło co spa­łem, bo wszy­scy się ca­łe no­ce u mnie po­ro­zu­mie­wa­li... i w Ło­dzi to sa­mo.

Usiadł nie­chęt­nie i za­czął na­bi­jać faj­kę.

— Mo­ryc, ile da­jesz?

— Tak sa­mo dzie­sięć ty­się­cy. Nie wy­do­bę­dę na ra­zie wię­cej.

— Więc i ja tak sa­mo.

— Zy­ski i stra­ty bę­dą rów­ne.

— Ale któ­ry z nas po­je­dzie? — za­py­tał Baum.

— Mo­że je­chać Mo­ryc tyl­ko, bo on się zna do­brze i to je­go spe­cjal­ność.

— Do­brze, po­ja­dę. Co da­cie go­tów­ki za­raz?

— Ja mam pięt­na­ście ru­bli, mo­gę do­ło­żyć mój pier­ścień bry­lan­to­wy, za­sta­wisz go u ciot­ki, da ci wię­cej niż mnie — mó­wił iro­nicz­nie Maks.

— Mam wszyst­kie­go przy so­bie, za­raz... 400 ru­bli, mo­gę dać 300 za­raz.

— Kto two­je we­ksle bę­dzie ży­ro­wał, Baum?

— Dam go­tów­kę.

— Ja je­śli na czas nie wy­rwę go­tów­ki, to dam we­ksle z do­brym ży­rem.

Za­le­gła ci­sza. Maks po­ło­żył gło­wę na sto­le i pa­trzył na Mo­ry­ca, któ­ry szyb­ko coś pi­sał i ob­li­czał. Ka­rol cho­dził wol­no po po­ko­ju i wą­chał dla orzeź­wie­nia ja­kieś per­fu­my w kosz­tow­nym fla­ko­ni­ku.

Dzień był już wiel­ki i przez okna po­za­sła­nia­ne gi­piu­ro­wy­mi za­sło­na­mi wle­wał bia­łe, ostre świa­tło po­ran­ku i mą­cił blask lam­py i świec pło­ną­cych w wiel­kich brą­zo­wych kan­de­la­brach.

Ci­sza ogrom­na, ci­sza Ło­dzi w nie­dzie­lę, roz­le­wa­ła się po mie­ście i prze­ni­ka­ła do wnę­trza miesz­ka­nia. Ja­kiś da­le­ki tur­kot do­roż­ki hu­czał ni­by grzmot po stward­nia­łym bło­cie i w pu­stej, jak­by wy­mar­łej uli­cy.

Ka­rol otwo­rzył luf­cik, aby wpu­ścić tro­chę świe­że­go po­wie­trza i wyj­rzał na uli­cę.

Szron po­kry­wał bruk i da­chy i skrzył się jak bry­lan­ty w słoń­cu, co wsta­ło gdzieś da­le­ko za Ło­dzią, za fa­bry­ka­mi, któ­rych ko­mi­ny, ni­by las gę­sty i po­nu­ry, roz­cią­ga­ły się wprost okien i od­ci­na­ły swo­je po­tęż­ne, su­ro­we pro­fi­le na tle zło­to-błę­kit­ne­go nie­ba.

— A jak się ten in­te­res nie uda — szep­nął, co­fa­jąc się z okna.

— A no to stra­ci­my, psia­krew, i nic wię­cej — mruk­nął Maks obo­jęt­nie.

— Mo­że­my stra­cić trzy ra­zy, bo ka­pi­tał, za­ro­bek, a mo­że i fa­bry­kę.

— Nie mo­że tak być — wy­krzyk­nął Maks, bi­jąc ze zło­ścią w stół. — Fa­bry­kę mu­si­my mieć. Ja już z oj­cem nie wy­trzy­mam dłu­żej, a zresz­tą, czy mój fa­ter dłu­go po­cią­gnie? Jesz­cze rok, jesz­cze dwa, a zje­dzą go zię­cio­wie, do­gry­zie go Zu­ker, on prze­cież za­czął już nas jeść, bo na­śla­du­je na­sze ka­py na łóż­ka i na­sze koł­dry ko­lo­ro­we i sprze­da­je o 50% ta­niej; on nas żyw­cem zja­da. A ja nie uro­dzi­łem się na pa­rob­ka w cu­dzym in­te­re­sie. Mam już trzy­dzie­ści lat, po­trze­bu­ję za­cząć na sie­bie.

— I ja mó­wię, nie mo­że być. Fa­bry­kę, tak czy owak, mieć mu­si­my. Ja tak­że dłu­żej nie wy­trzy­mam u Bu­chol­ca.

— Bo­icie się? — szep­nął Mo­ryc.

— To na­tu­ral­na oba­wa, gdy się mo­że stra­cić wszyst­ko.

— Ty, Ka­rol, nie mo­żesz zgi­nąć w żad­nym ra­zie; ty ze swo­ją uzna­ną spe­cjal­no­ścią, ze swo­im na­zwi­skiem, ze swo­im von, ze swo­ją twa­rzą, za­wsze mo­żesz do­stać mi­lion, cho­ciaż­by z Mül­le­rów­ną w do­dat­ku.

— Nie ga­daj, mam na­rze­czo­ną, któ­rą ko­cham.

— Co to prze­szka­dza, moż­na mieć dwie na­raz na­rze­czo­ne i w obu się ko­chać, a oże­nić z trze­cią, któ­ra bę­dzie mia­ła pie­nią­dze.

Ka­rol się nie ode­zwał, bo mu się przy­po­mnia­ła pan­na Ma­da i jej na­iw­ny szcze­biot; cho­dził po po­ko­ju, a Maks usiadł na sto­le, ćmił faj­kę i bu­jał dłu­gi­mi no­ga­mi i nad­sta­wiał twarz na po­ca­łu­nek słoń­ca, co się przedar­ło wskroś okien do­mu na­prze­ciw­ko i kła­dło dłu­gą zło­tą smu­gę, peł­ną drga­ją­ce­go py­łu na je­go twarz ro­ze­spa­ną i na czar­ną gło­wę Mo­ry­ca, sie­dzą­ce­go z dru­giej stro­ny sto­łu.

— Je­śli się bo­icie ry­zy­ka, to ja wam dam ra­dę, a ra­czej po­wiem, że istot­nie to jest ry­zy­ko. A je­że­li o tym in­te­re­sie wie ca­ła ba­weł­na łódz­ka? Je­że­li ja ich w Ham­bur­gu za­sta­nę wszyst­kich? A je­że­li przez wiel­kie i gwał­tow­ne za­po­trze­bo­wa­nie ba­weł­na pój­dzie w gó­rę za bar­dzo. A w Ło­dzi nie bę­dzie­my mie­li ko­mu jej sprze­dać, to co?

— Prze­ro­bi­my ją w swo­jej fa­bry­ce i za­ro­bi­my jesz­cze wię­cej — szep­nął Maks, nad­sta­wia­jąc pod dzia­ła­nie słoń­ca ucho jed­no i część gło­wy.

— Ale jest wyj­ście. Za­ro­bi­cie rów­nież i bez ry­zy­ka.

— W ja­ki spo­sób? — za­py­tał Ka­rol, przy­sta­jąc.

— Od­stąp­cie mi ca­ły ten in­te­res. Ja wam dam po pięć, no po dzie­sięć ty­się­cy od­stęp­ne­go, niech stra­cę i to go­tów­ką, ba­res­geld74, za pa­rę go­dzin.

— Świ­nia — mruk­nął Maks.

— Daj po­kój Maks, on to ro­bi z przy­jaź­ni.

— A wła­śnie, że z przy­jaź­ni, bo jak ja stra­cę, wy i tak mo­że­cie mieć fa­bry­kę, a gdy za­ro­bi­cie, rów­nież wam to nie prze­szko­dzi.

— Nie trać­my cza­su na próż­ne ga­da­ni­ny, trze­ba iść spać. Ku­pu­je­my ra­zem na wspól­ne ry­zy­ko, a ty Mo­ryc je­dziesz dzi­siaj do Ham­bur­ga.

— Niech da po­kry­cie. Ku­pi za na­sze pie­nią­dze, a po­tem po­wie, że ku­pił dla sie­bie, je­go stać na to!

— To na­sza przy­jaźń i mo­je sło­wo jest pies, co ty ga­dasz Maks — wy­krzyk­nął obu­rzo­ny.

— Two­je sło­wo zło­te, two­ja przy­jaźń to do­bry we­ksel, ale ewik­cję daj, to han­del.

— Za­ła­twi­my to w ten spo­sób, że Mo­ryc bę­dzie ku­po­wać i wy­sy­łać za­raz po­spiesz­ny­mi frach­ta­mi, na na­chna­me. My wy­ku­pi­my.

— A gdzie mo­ja pew­ność, że mnie nie wy­eli­mi­nu­je­cie ze spół­ki, co?

— Świ­nia — za­wo­łał głę­bo­ko do­tknię­ty Maks, ude­rza­jąc pię­ścią w stół.

— Ci­cho Maks, on ma ra­cję. Zro­bi­my za­raz pi­śmien­ną umo­wę, któ­rą się póź­niej dla upo­waż­nie­nia urzę­do­we­go prze­cią­gnie przez re­gen­ta.

Na­pi­sa­li za­raz upunk­to­wa­ną wie­lo­krot­nie umo­wę, ro­dzaj ak­tu spół­ki, za­wie­ra­ją­cej się po­mię­dzy ni­mi trze­ma, na pro­wa­dze­nie han­dlu su­ro­wą ba­weł­ną.

By­ło w niej wszyst­ko prze­wi­dzia­ne.

— No, te­raz sto­imy na grun­cie re­al­nym. Ile mi wy­zna­cza­cie za za­ję­cie się tym in­te­re­sem?

— Te­raz zwy­kłe ko­mi­so­we za kup­no, a póź­niej po­ro­zu­mie­my się.

— Za­licz­cie mi z gó­ry, co mo­że­cie. Ja wam ra­chu­nek do­kład­ny przed­sta­wię strat, ja­kie po­nio­sę przez czas po­by­tu w Ham­bur­gu, strat na agen­tu­rze swo­jej, któ­rej przez ten czas nie bę­dę mógł pro­wa­dzić.

— Świ­nia — po­wie­dział po raz trze­ci Maks i wy­krę­cił dru­gą stro­nę twa­rzy na słoń­ce.

— Maks, tyś mi po­wie­dział trzy ra­zy świ­nia, ja ci tyl­ko raz od­po­wiem: głu­pi! Ty pa­mię­taj, że my ma­my pro­wa­dzić nie ro­mans, nie mał­żeń­stwo, tyl­ko in­te­res. Sam okpił­byś Pa­na Bo­ga, że­by się tyl­ko uda­ło, a mnie mó­wisz świ­nia, kie­dy ja chcę tyl­ko te­go, co mi się na­le­ży praw­nie. No niech Ka­rol po­wie.

— Idź do dia­bła, ster­gnij.

— No, zgo­da, nie kłóć­cie się cią­gle. Je­dziesz ku­rie­rem w no­cy?

— Tak.

— Tyl­ko moi dro­dzy, pa­mię­taj­cie, ani dziś, ani póź­niej nikt nie ma wie­dzieć, skąd wzię­li­śmy tę wia­do­mość o ba­weł­nie.

— Al­boż my wie­my, co?

— Ta­ka ta­jem­ni­ca w trzech nie jest już ta­jem­ni­cą.

— Idź­cie spać. Ka­rol, tyl­ko mnie już nie budź. Mo­ryc, choć po­ca­łu­ję cię na dro­gę, bo cię nie zo­ba­czę przed wy­jaz­dem, wsta­nę do­pie­ro ju­tro. No, bądź zdrów, chło­pie, a nie okpij nas — mó­wił żar­to­bli­wie, ca­łu­jąc się z Mo­ry­cem ser­decz­nie, bo, po­mi­mo cią­głych kłót­ni i wy­my­ślań, lu­bi­li się bar­dzo ze so­bą.

— Cie­bie kto by oszu­kał! — mru­czał Mo­ryc jak­by z ża­lem.

— Ty je­steś do­bry chłop, Mo­ryc, ale czuć cię na mi­lę sza­chra­jem.


*

By­ło już po dwu­na­stej, gdy Ka­rol się obu­dził.

Słoń­ce świe­ci­ło pro­sto w okna i za­le­wa­ło bla­ska­mi ca­ły po­kój, ume­blo­wa­ny z naj­wy­szu­kań­szym wy­kwin­tem.

Ma­te­usz umy­ty, wy­stro­jo­ny po nie­dziel­ne­mu, wsu­nął się na pal­cach.

— Jest co? — za­py­tał Ka­rol, bo czę­sto w no­cy Bu­cholc przy­sy­łał róż­ne roz­po­rzą­dze­nia.

— Z fa­bry­ki nie ma nic, są tyl­ko lu­dzie z Ku­ro­wa, z li­stem. Cze­ka­ją od ra­na.

— Niech za­cze­ka­ją, przy­nieś list, a im daj her­ba­ty. Wy­trzeź­wia­łeś już?

— Je­stem już na glanc, pro­szę pa­na dy­rek­to­ra.

— Opa­trzy­łeś so­bie już twarz, jak wi­dzę.

Ma­te­usz spu­ścił oczy i za­czął prze­stę­py­wać75 z no­gi na no­gę.

— Raz jesz­cze się upi­jesz, to mo­żesz wię­cej nie po­ka­zy­wać się.

— Już tak nie bę­dzie.

Ude­rzył się w pier­si, aż się roz­le­gło.

— Nie bo­li cię gło­wa?

— Nie, ale mnie krzyw­da mo­ja bo­li. Po­pro­szę bar­dzo pa­na, a pan mi, mój pan naj­droż­szy po­zwo­li, a to już jak pies słu­żyć bę­dę za to.

— Na cóż mam ci po­zwo­lić? — py­tał cie­ka­wie, ubie­ra­jąc się.

— Że­bym ja mógł tro­chę po­ra­cho­wać że­bra tym Szwa­bom, co mnie tak uszlach­ci­ły.

— Ta­kiś to mści­wy?...

— Nie, nie mści­wym, ale spo­nie­wie­ra­nia, ale swo­jej uto­czo­nej krwi ka­to­lic­kiej — nie da­ru­ję.

— A rób co ci się po­do­ba, by­le­by ci tyl­ko le­piej jesz­cze nie prze­fa­so­no­wa­li twa­rzy.

— Już ja im dam ta­ki bejcz, co go im nikt nie spie­rze — szep­nął mści­wie i aż za­ciął zę­by od na­głej zło­ści, ja­ka mu za­la­ła ser­ce.

Si­ne pla­my i si­nia­ki zro­bi­ły mu się pą­so­we od wzru­sze­nia.

Ka­rol ubrał się i po­szedł bu­dzić przy­ja­ciół.

Nie by­ło już ni­ko­go.

— Ma­te­usz, pa­no­wie daw­no wy­szli?

— Pan Baum wstał o dzie­wią­tej, te­le­fo­no­wał o ko­nie do do­mu i jak przy­szły, za­raz po­je­chał.

— No, no, cu­da się dzie­ją.

— A pan Mo­ryc wy­szedł o je­de­na­stej. Ka­zał mi wa­liz­kę po­dróż­ną na­szy­ko­wać i za­nieść na ku­rier noc­ny.

— Za­wo­łaj tych lu­dzi. Coś mi jest, ale co? — my­ślał, roz­cie­ra­jąc so­bie skro­nie, bo gło­wa mu cię­ży­ła, czuł się nie­zdrów.

Wstrzą­sał nim ja­kiś dreszcz zde­ner­wo­wa­nia. Nie chcia­ło mu się sie­dzieć, a czuł wstręt do po­ru­sze­nia się z miej­sca.

Wy­pad­ki dzi­siej­szej no­cy: te­atr, lo­że, Lu­cy, knaj­pa, te­le­gram, Mo­ryc i Baum: prze­wi­ja­ły mu się przez mózg w po­szar­pa­nych mgła­wi­cach i prze­cho­dzi­ły, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie nu­dę i znu­że­nie.

Za­pa­trzył się na wy­smu­kły, krysz­ta­ło­wy wa­zo­nik, po­kry­ty bar­dzo pięk­nym ry­sun­kiem zło­tym; zło­te li­lie fran­cu­skie na tle moc­nej pur­pu­ry krysz­ta­łu, któ­rym prze­świe­ca­ło słoń­ce i kła­dło krwa­wo-po­ma­rań­czo­wy cień na je­dwab­ne, kre­mo­we okry­cie sto­łu.

— Ład­na kom­bi­na­cja — my­ślał, ale nie chcia­ło mu się da­lej pa­trzeć.

— Niech bę­dzie po­chwa­lo­ny.

Od­wró­cił się do wcho­dzą­cych.

— A, to wy z Ku­ro­wa. Ma­cie list od pa­nien­ki?

Wy­cią­gnął rę­kę i za­uwa­żył, że mu po­żół­kła.

— Jest pi­smo. Daj mat­ka wiel­moż­ne­mu pa­nu — po­wie­dział po­waż­nie chłop w bia­łej ka­po­cie, wy­szy­wa­nej na szwach czar­ny­mi ta­siem­ka­mi, w por­t­kach w po­przecz­ne czer­wo­ne, bia­łe i zie­lo­ne pa­sy, w ka­mi­zel­ce gra­na­to­wej z mo­sięż­ny­mi gu­zicz­ka­mi, ko­szu­lę miał za­wią­za­ną na czer­wo­ną wstą­żecz­kę; sta­nął przy drzwiach wy­pro­sto­wa­ny, ba­ra­ni­cę za­wie­sił na wła­snych pię­ściach przy­ci­śnię­tych do pier­si i pa­trzał nie­bie­ski­mi, su­ro­wy­mi ocza­mi w Bo­ro­wiec­kie­go, od cza­su do cza­su od­rzu­ca­jąc ru­chem gło­wy grzy­wę pło­wych, ni­by ko­no­pie wy­mię­dlo­ne, wło­sów, co mu wciąż opa­da­ły na twarz sta­ran­nie wy­go­lo­ną.

Ko­bie­ta list wy­do­by­ła z dzie­się­ciu co naj­mniej ob­wią­zań i po­dej­mu­jąc Ka­ro­la za no­gi, po­da­ła.

Prze­le­ciał szyb­ko ocza­mi list i py­tał:

— Wy się na­zy­wa­cie So­cha?

— Tak, rych­tyk So­cha, rzek­nij no mat­ka — szep­nął, szturch­nąw­szy łok­ciem żo­nę.

— Ju­ści praw­da, So­cha on jest, a ja je­go żo­na i przy­śli­wa pro­sić wiel­moż­ne­go pa­na ni­zi­nie­ra o ro­bo­tę na fa­bry­ce, o... — za­trzy­ma­ła się chwi­lę, spo­glą­da­jąc na mę­ża.

— Ju­ścić o ro­bo­tę, rzek­nij no mat­ka od po­cząt­ku.

— Wła­śnie pi­sze mi tu oj­ciec i pa­nien­ka o wa­szym nie­szczę­ściu. Spa­li­li­ście się, co?

— Ju­ścić, że spa­li­li, opo­wiedz­że, jak by­ło, mat­ka.

— A to by­ło tak, wiel­moż­ny pa­nie, po­wiem rze­tel­nie, jak na spo­wie­dzi. Mie­li­śwa cha­łu­pę za­raz za dwo­rem, pierw­szą ode wsi. Gron­tu to mój ku­pił ino dwie mor­gi i prę­tów dwa­dzie­ścia i pięć, co nam star­szy pan, ni­by ociec wiel­moż­ne­go pa­na ni­zi­nie­ra, sprze­dał, a za co­śmy za­pła­ci­li ca­łe trzy­sta zło­tych. Uży­wić­by się z te­go nie uży­wił. Kar­to­fle by­ły swo­je, kro­wę się ucho­wa­ło, świ­niak za­wż­dy ga­lant­ny kwi­cał w chle­wie, kuń był, bo sta­ry mój jeź­dził na fur­man­ki do mia­stecz­ka i wo­ził róż­nych lu­dzi do ko­lei, al­bo i Ży­dów na ten przy­kład, za ru­bla, jak się da­ło. A mnie ta pa­nin­ka cię­giem wo­ła­ła do dwo­ru na po­słu­gi, a to do pra­nia, a to do ro­bie­nia płót­na, a to kiej się kro­wa ocie­lić mia­ła. Świę­ta pa­nien­ka, a to na­sze­go Wal­ka to tak wy­uczy­ła, co chło­pak zna i dru­ko­wa­ne i pi­sa­ne, a na zło­tym unta­rzy­ku to cy­tać po­re­dzi z kuż­dej stro­ny; mi­stran­tu­rę tyż zna ga­lan­cie, bo do mszy świę­tej księ­dzu Szy­mo­no­wi słu­gu­je. A chło­pak ma do­pi­ro na dzie­sią­ty rok — za­trzy­ma­ła się, aby wy­trzeć nos w far­tuch i obe­trzeć za­łza­wio­ne roz­czu­le­niem oczy.

— Praw­da, mój syn Wa­lek ma na dzie­sią­ty rok, mów mat­ka do­ku­ment­nie — szep­nął po­waż­nie chłop.

— Ju­ści na dzie­sią­ty, al­bo od Ziel­nej, al­bo na sa­mą Siew­ną.

— Mów­cie prę­dzej, bo wi­dzi­cie, ja nie mam cza­su — pro­sił Bo­ro­wiec­ki, któ­ry cho­ciaż się nu­dził pod­czas te­go bez­ład­ne­go opo­wia­da­nia i ma­ło sły­szał, sie­dział cier­pli­wie, bo wie­dział, że chło­pi lu­bią się przede wszyst­kim wy­ga­dać i wy­ża­lić po ludz­ku, a ro­bił to głów­nie dla te­go, że po­cho­dzi­li z Ku­ro­wa.

— Rzek­nij mat­ka co osta­ło, bo wiel­moż­ne­mu pa­nu spiesz­no.

— To z ła­ski Bo­ski i z ła­ski pa­nien­ki i bez to co sta­ry miał ku­nia i za­ra­biał i bez to co się cza­sem przeda­ło, a to ku­ra­ków, a to pro­sia­ka ja­kie­go, a to gą­skę, a to cza­sem ja­ką kap­kę mle­ka al­bo i pół­kwa­te­rek ma­sła i jaj­ków, to­śwa się mia­ły nie­zgo­rzy. Ca­ła wieś nam za­zdro­ści­ła, że to my pierw­sze by­ły przy dwo­rze, że to nas pa­nien­ka uwa­ża­ła, że to w izbie i ob­ra­zy świę­te by­ły pik­ne, we zło­tych ra­mach, że to i odzie­nie za­wż­dy by­ło jak się pa­trzy, że­śwa się to nie bi­ja­ły, bo pa­nien­ka cię­giem mó­wi­ła, że to grzych i ob­ra­za bo­ska naj­więk­sza; że to mój u księ­dza Szy­mo­na czę­sto był i wo­ził go do ko­lei, to bez to po­msto­wa­ły na nas. A już naj­gor­sza to by­ła ta Pietr­ko­wa, co to sie­dzi ino bez mie­dzę. Kłót­ni­ca ta­ka, że ją i ksiądz Szy­mon już nie­raz z am­bo­ny na­po­mi­nał. Nic nie po­mo­gło, cię­giem tyl­ko bij za­bij na mnie. A ta­ka nie­po­czci­wa, co szcze­ka­ła po ca­ły wsi, że to ze dwo­ru wy­no­szę ka­szę, że mój krad­nie sia­no z dwor­skich sto­gów. Wi­dzie­li­ście wy lu­dzie! Aże­by nam tak ku­la­sy po­upa­da­ły, jak jej ozór ten prze­klę­ty od­le­ci za szcze­ka­nie, je­śli­śwa co wzię­ły. Ale że­by to ino to!

— Cóż ona wię­cej zro­bi­ła, mów­cie — szep­nął pra­wie z roz­pa­czą, bo ko­bie­ta ga­da­ła co­raz szcze­gó­ło­wiej, ośmie­lo­na je­go życz­li­wym wzro­kiem.

— A to bez nią my­śwa się spa­li­ły. Bo by­ło tak, że za­wż­dy, jak to po som­siedz­ku się przy­tra­fia, gą­sia­ki mo­je, już ta­kie w kno­tach, co bym ni­jak nie mo­gła sprze­dać po pięć­dzie­siąt ko­pie­jek, prze­szły na jej po­le, ale nie by­ło i pa­cie­rza, ino co dzio­pa­mi chwy­ci­ły chi­la ty­la traw­kę, a ta su­ka za­po­wie­trzo­na po­szczu­ła je. Aże­byś Bo­ga przy sko­na­niu nie oglą­da­ła, aże­byś! Za­raz mi zdech­nę­ło pię­cio­ro tych gą­sków, bo je tak pies po­gryz. Com się wy­pła­ka­ła, to ja­że trud­no wy­po­wie­dzieć. Sta­ry przy­je­chał, ja mu mó­wię, a on mi rzekł: in­szej ra­dy ni­ma na ta­ką, ino sprać tak, co­by gna­ty po­czu­ła.

— Praw­da, rze­kłem tak, mów da­lej mat­ka.

— Spra­łam ją rze­tel­nie, zdar­łam za te ku­dły, co ma kiej cza­row­ni­ca, uty­tła­łam w gno­jów­ce, sko­pa­łam kiej su­kę. A to mi po­tem wie­prza­ka prze­trą­ci­ła. Po­szli­śwa na są­dy. Niech ta spra­wie­dli­wość są­dzi kto wi­no­wa­ty — wy­krzyk­nę­ła, roz­krzy­żo­wu­jąc rę­ce.

— A kie­dyż was spa­li­ła?

— Ja nie mó­wię, co ona, ino że bez nią, bo ja­kie­śmy sie­dzie­li w są­dzie, przy­la­ta woź­ny i pe­do: Cha­łu­pa się wam, So­cho­wa, pa­li! Je­zus Ma­ria, jak­by mi kto ły­sty po­prze­trą­cał, ru­szyć się z miej­sca nie mo­głam.

— No, do­syć, ro­zu­miem. A te­raz chce­cie zna­leźć ro­bo­tę w fa­bry­ce?

— Ju­ści tak, wiel­moż­ny pa­nie. Bo­śwa ze­szły na dzia­dy, bo się spa­li­ło wszyć­ko i cha­łu­pa, i obo­ra, i cał­ki le­wen­tarz, nic, ino te­raz iść po pro­szo­nym.

Za­czę­ła pła­kać spa­zma­tycz­nie, a chłop stał wciąż po­waż­nie, za­pa­trzo­ny w Bo­ro­wiec­kie­go, od­gar­nia­jąc jed­na­kim ru­chem gło­wy grzy­wę, co mu co chwi­la spa­da­ła na oczy i twarz.

— Zna­cie tu ko­go w Ło­dzi?

— Są tu­tak lu­dzie z na­szych stron, jest An­tek Mi­cha­łów, jest, po­wiedz do­ku­ment­nie mat­ka.

— Ju­ści, że są, ino nie­wia­da, kaj ich szu­kać.

— Przyjdź­cie do mnie So­cha we wto­rek o pierw­szej go­dzi­nie. Ro­bo­tę wam znaj­dę. Ma­te­usz — krzyk­nął na lo­ka­ja — po­szu­kaj im miesz­ka­nia i za­opie­kuj się ni­mi. Ma­te­usz krzy­wił się nie­chęt­nie i po­gar­dli­wie pa­trzył na nich.

— No, idź­cie z Bo­giem, a we wto­rek przyjdź­cie.

— Przyj­dzie­wa, mów no mat­ka.

Ale ko­bie­ta schy­li­ła się do nóg Ka­ro­lo­wi i obej­mu­jąc je, pro­si­ła:

— A tom po tej ostat­niej ku­rze, co się nie spa­li­ła, uzbie­ra­ła men­del jaj­ków, to niech to wiel­moż­ne­mu pa­nu bę­dą na zdro­wie, bo ze szczy­re­go ser­ca da­jem — i po­ło­ży­ła mu u nóg wę­ze­łek.

— Praw­da, nie­chta bę­dą na zdro­wie — i po­chy­lił się tak­że do nóg.

— No, do­brze, dzię­ku­ję wam, przyjdź­cie we wto­rek.

Zo­sta­wił ich i po­szedł do dru­gie­go po­ko­ju.

— Co za ko­pal­nia­ni lu­dzie! prze­żyt­ki — mru­czał, cho­dząc po­ru­szo­ny nie­co, siadł i czy­tał list od na­rze­czo­nej.

Mój dro­gi pa­nie Ka­ro­lu!

Dzię­ku­ję ser­decz­nie za list ostat­ni, spra­wił on dziad­ko­wi wiel­ką przy­jem­ność, a mnie wprost roz­rzew­nił i po­rwał. Ja­ki pan do­bry! przez umyśl­ne­go aż przy­sy­łać kwia­ty.

Uśmiech­nął się drwią­co, bo kwia­ty owe do­stał od ko­chan­ki, w ta­kiej ilo­ści, że nie wie­dział, co z ni­mi zro­bić, więc po­słał je na­rze­czo­nej.

Ja­kie to ślicz­ne te ró­że! chy­ba nie łódz­kie! a mo­że mój dro­gi pan spro­wa­dzał umyśl­nie z Niz­zy76, jak to kie­dyś? To­by mnie bar­dzo cie­sząc, bar­dzo smu­ci­ło jed­nak, bo nie mam czym rów­nież pięk­nym się od­wdzię­czyć. Wie pan, te kwia­ty są dzi­siaj jesz­cze, po dwóch ty­go­dniach, pra­wie nie­zmie­nio­ne — to za­dzi­wia­ją­ce. Wpraw­dzie pie­lę­gnu­ję je bar­dzo, bo nie ma li­stecz­ka, któ­re­mu bym nie po­wie­dzia­ła, do­ty­ka­jąc każ­de­go usta­mi: ko­cham. Ale... dzia­dek się ze mnie śmie­je i po­wie­dział, że na­pi­sze o tym do pa­na, więc ja się już sa­ma przy­zna­ję, a pan się o to prze­cież nie po­gnie­wa, praw­da?...

— An­ka mo­ja dro­ga — szep­nął po­rwa­ny uczu­ciem i roz­ja­śnio­ny­mi ocza­mi czy­tał da­lej:

Z pie­niędz­mi już za­ła­twio­ne, są w Ban­ku Han­dlo­wym do pań­skie­go roz­po­rzą­dze­nia, bo ka­za­łam je za­pi­sać na pa­na na­zwi­sko, na na­sze na­zwi­sko...

— Zło­ta dziew­czy­na!

Kie­dyż bę­dzie ta fa­bry­ka? Ja tak nie­cier­pli­wie cze­kam, bo ta­kam cie­ka­wa zo­ba­czyć ją i mo­je­go dro­gie­go pa­na, ja­ko fa­bry­kan­ta! A dzia­dek zro­bił so­bie na­wet świ­staw­kę i nią bu­dzi nas i zwo­łu­je na śnia­da­nia i obia­dy.

Wczo­raj był u nas pan Adam Staw­ski, pa­mię­ta go pan? bo po­dob­no by­li­ście pa­no­wie ra­zem w gim­na­zjum? Opo­wia­dał bar­dzo cie­ka­we i we­so­łe szcze­gó­ły z wa­sze­go ży­cia. Od nie­go do­pie­ro do­wie­dzia­łam się, że mój ko­cha­ny pan Ka­rol, to był ta­ki ło­buz i ta­kie miał po­wo­dze­nie u ko­biet jesz­cze w gim­na­zjum. Ale dzia­dek prze­czy te­mu sta­now­czo i mó­wi, że pan Adam łgarz za­wo­ła­ny. Ko­mu pan ka­że wie­rzyć?

Pan Adam stra­cił wszyst­ko, bo ma­ją­tek sprze­da­ło mu To­wa­rzy­stwo, ma wkrót­ce je­chać do Ło­dzi, bę­dzie i u pa­na.

— Jesz­cze je­den nie­do­łę­ga! — szep­nął nie­chęt­nie.

Ma ja­kiś pro­jekt wiel­kie­go wy­na­laz­ku i obie­cu­je so­bie, że na nim w Ło­dzi zro­bi ma­ją­tek.

— Idio­ta! nie pierw­szy i nie ostat­ni.

Trze­ba mi koń­czyć, bo mi się tak oczy kle­ją i dzia­dek cią­gle wo­ła, że­bym po­szła spać. Do­bra­noc, mój kró­lu zło­ty, do­bra­noc! Na­pi­szę ju­tro ob­szer­niej. Do­bra­noc.

An­ka.

W przy­pi­sku by­ło jesz­cze go­rą­ce po­le­ce­nie od­daw­ców li­stu.

— Pie­nią­dze są, to do­brze, to bar­dzo do­brze, dwa­dzie­ścia ty­się­cy ru­bli. Zło­ta dziew­czy­na. Bez na­my­słu od­da­je swój po­sag.

Prze­czy­tał raz jesz­cze list i scho­wał go do biur­ka.

— Zło­ta, do­bra, po­świę­ca­ją­ca się dziew­czy­na, ale... Dla­cze­go jest to ale! U dia­bła! — ude­rzył no­gą w dy­wan i za­czął bez­myśl­nie prze­rzu­cać sto­sy pa­pie­rów na sto­le.

— Tak, do­bra, mo­że naj­lep­sza z tych, ja­kie znam, ale, ale, co ona mnie ob­cho­dzi?... Czy ja ją ko­cham? Czy ja ją kie­dy ko­cha­łem? Po­staw­my kwe­stię szcze­rze — my­ślał, przy­po­mi­na­jąc so­bie do­kład­nie.

— Ko­nie pa­na Bu­chol­ca po pa­na dy­rek­to­ra — mel­do­wał Ma­te­usz. Wsiadł do po­wo­zu i po­je­chał do Bu­chol­ca.

Bu­cholc miesz­kał na sa­mym koń­cu mia­sta, za fa­bry­ka­mi swo­imi. W du­żym par­ku, gra­ni­czą­cym jed­ną stro­ną z mu­ra­mi fa­bryk, któ­re nad nim pa­no­wa­ły, stał jed­no­pię­tro­wy dom, na­zy­wa­ny pa­ła­cem, zbu­do­wa­ny w tym łódz­ko-ber­liń­sko-re­ne­san­so­wym sty­lu, z wie­ża­mi ba­nia­sty­mi po ro­gach, z sze­re­giem fa­cjat ozdob­nych, z ta­ra­sem na da­chu, ob­wie­dzio­nym że­la­zną ba­lu­stra­dą.

Gru­pa wiel­kich, smut­nych brzóz bie­li­ła się w ga­zo­nie głów­nym przed pod­jaz­dem pa­ła­co­wym. Ścież­ki by­ły wy­sy­pa­ne mia­łem wę­glo­wym i bie­gły ni­by pa­sy czar­nej cro­isy, wpo­śród po­obwią­zy­wa­nych sło­mą róż i drze­wek po­łu­dnio­wych, co ni­by szyl­dwa­chy, wy­cią­gnię­tą i za­ła­mu­ją­cą się pod pro­stym ką­tem li­nią obie­ga­ły wiel­ki czwo­ro­bocz­ny traw­nik, na któ­re­go ro­gach sta­ły czte­ry po­są­gi, okrę­co­ne na zi­mę w ka­wa­ły bar­cha­no­wych pod­kła­dek, zru­dzia­łych na desz­czach i mro­zach.

W jed­nym koń­cu par­ku, pod czer­wo­ny­mi mu­ra­mi fa­bry­ki, przez ni­skie krze­wy i drze­wa błysz­cza­ły w słoń­cu okna oran­że­rii.

Park był smut­ny i nie­dba­le utrzy­my­wa­ny.

Lo­kaj w czar­nej li­be­rii otwo­rzył przed Bo­ro­wiec­kim wiel­kie drzwi do przed­po­ko­ju, wy­ło­żo­ne­go dy­wa­nem i ob­wie­szo­ne­go fo­to­gra­fia­mi fa­bryk, gru­pa­mi ro­bot­ni­ków i ma­pa­mi ma­jąt­ków ziem­skich, ja­kie po­sia­dał Bu­cholc.

Czwo­ro drzwi pro­wa­dzi­ło w głąb do­mu, a wą­skie że­la­zne scho­dy na pię­tro.

Wiel­ka, że­la­zna la­tar­nia w sty­lu go­tyc­kim, wi­szą­ca u su­fi­tu, roz­rzu­ca­ła ła­god­ne świa­tło, co ko­lo­ro­wy­mi. jak­by wy­pło­wia­ły­mi pla­ma­mi mży­ło na ciem­nym dy­wa­nie i drze­wem wy­ło­żo­nych ścia­nach.

— Gdzie pan pre­zes?

— Na gó­rze w swo­im ga­bi­ne­cie.

Lo­kaj szedł na­przód i uchy­lał por­tier, otwie­rał drzwi, a Bo­ro­wiec­ki szedł wol­no przez wspa­nia­łe po­ko­je, bar­dzo po­waż­nie i cięż­ko ume­blo­wa­ne, za­ciem­nio­ne pra­wie zu­peł­nie sto­ra­mi opusz­czo­ny­mi. Ci­sza go ota­cza­ła zu­peł­nie, bo od­głos kro­ków tłu­mi­ły dy­wa­ny. Uro­czy­sta, zim­na po­wa­ga pa­no­wa­ła w miesz­ka­niu; me­ble sta­ły w po­krow­cach ciem­nych, zwier­cia­dła, wiel­kie ży­ran­do­le, kan­de­la­bry, ob­ra­zy na­wet na ścia­nach po­kry­te by­ły za­sło­na­mi i to­nę­ły w zmro­ku, w któ­rym tyl­ko błysz­cza­ły brą­zo­we ozdo­by ma­jo­li­ko­wych pie­ców i zło­ce­nia stiu­ko­wych su­fi­tów.

— Herr von Bo­ro­wiec­ki! — mel­do­wał po­waż­nie lo­kaj w jed­nym z po­ko­jów, gdzie pod oknem, w głę­bo­kim fo­te­lu, z poń­czo­chą w rę­ku, sie­dzia­ła Bu­chol­co­wa.

— Gut mor­gen Herr Bo­ro­wiec­ki! — ode­zwa­ła się pierw­sza, wy­ję­ła drut i wy­cią­gnę­ła do nie­go rę­kę ja­kimś au­to­ma­tycz­nym ru­chem.

— Gut mor­gen Ma­dam — po­ca­ło­wał ją w rę­kę i po­szedł da­lej.

— Kun­dell! Kun­dell! — za­krzy­cza­ła za nim pa­pu­ga, ucze­pio­na no­ga­mi u pa­ra­pe­tu. Bu­chol­co­wa po­gła­ska­ła ją, uśmie­chę­ła się przy­jaź­nie do ban­dy wró­bli, co pod okna­mi na drze­wach się bi­ły, po­pa­trzy­ła w świat pe­łen słoń­ca i zno­wu ro­bi­ła poń­czo­chę.

Bu­chol­ca zna­lazł Bo­ro­wiec­ki w na­roż­nym ga­bi­ne­cie.

Sie­dział przed wiel­kim pie­cem, z zie­lo­nych gdań­skich ka­fli, cu­dow­nie or­na­men­to­wa­nych, w któ­rym pa­lił się ogień, grze­bał w nim usta­wicz­nie swo­im nie­od­stęp­nym ki­jem.

— Dzień do­bry! Kun­del, krze­sło dla pa­na — za­wo­łał sil­nym gło­sem na lo­ka­ja, któ­ry stał przy drzwiach go­to­wy na naj­mniej­sze ski­nie­nie.

Ka­rol usiadł tuż obok nie­go, ple­ca­mi do ścia­ny.

Bu­cholc pod­niósł swo­je ja­strzę­bie, czer­wo­ne oczy i do­syć dłu­go świ­dro­wał twarz je­go.

— Cho­ry je­stem — szep­nął, wska­zu­jąc na no­gi po­okrę­ca­ne w bia­łą fla­ne­lę i le­żą­ce na ta­bu­re­cie, wprost ognia, ni­by dwa wa­ły ma­te­ria­łu su­ro­we­go.

— Cią­gle to sa­mo? reu­ma­tyzm?

— Tak, tak — szep­tał i ja­kiś bo­le­sny skurcz skrzy­wił mu sza­ro-żół­ta­wą, okrą­głą twarz.

— Szko­da, że pan pre­zes nie wy­je­chał na zi­mę do San Re­mo lub gdzie­kol­wiek na po­łu­dnie.

— Co to po­mo­że, a ucie­szył­bym tyl­ko Sza­ję i tych wszyst­kich, co­by chcie­li, abym zdechł jak naj­prę­dzej. Kun­del, po­praw — krzyk­nął na lo­ka­ja, wska­zu­jąc na no­gę swo­ją, zsu­wa­ją­cą się z ta­bu­re­tu. — Ostroż­nie! ostroż­nie! — krzyk­nął.

— My­ślę, że tych, co­by chcie­li pań­skiej śmier­ci jest bar­dzo ma­ło, a mo­że i nie ma ich zu­peł­nie w Ło­dzi, je­stem na­wet pew­ny, że ich nie ma.

— Co mi pan ga­dasz, wszy­scy chcą, abym umarł, wszy­scy — i dla­te­go wła­śnie na złość bę­dę jesz­cze żył dłu­go, pan my­ślisz, że nie mam za­zdro­snych, co?

— Kto by ich nie miał.

— Ile by dał Sza­ja za mo­ją śmierć, jak pan my­ślisz?

— Przy­pusz­czam tyl­ko, że za ru­inę pań­ską, gdy­by ta by­ła mo­żeb­ną, to dał­by bar­dzo wie­le, bar­dzo wie­le, po­mi­mo swo­je­go skąp­stwa.

— Pan my­ślisz? — szep­nął i oczy mu strze­li­ły pło­mie­niem nie­na­wi­ści.

— Ca­ła Łódź wie o tym.

— Jesz­cze i wte­dy ko­go by oszu­kał, bo za­pła­cił­by fał­szy­wy­mi pie­niędz­mi al­bo we­ksla­mi bez war­to­ści. Kun­del... — opu­ścił gło­wę na pier­si, na sta­ry wa­to­wa­ny szla­frok z ła­ta­mi na łok­ciach i za­pa­trzył się w ogień.

Bo­ro­wiec­ki, za­pra­wio­ny już do­brze w tej ser­wi­li­stycz­nej sub­or­dy­na­cji wo­bec mi­lio­ne­rów, nie śmiał nic mó­wić, cze­kał cier­pli­wie, aż on pierw­szy za­cznie.

Roz­glą­dał się po ścia­nach wy­bi­tych bar­dzo ciem­nym wi­śnio­wym ada­masz­kiem je­dwab­nym, ob­wie­dzio­nych sze­ro­ką zło­tą lam­pe­rią. Kil­ka or­dy­nar­nych oleo­dru­ków nie­miec­kich wi­sia­ło na ścia­nach. Ol­brzy­mie ma­ho­nio­we biur­ko sta­ło w ro­gu po­mię­dzy dwo­ma okna­mi, przy­sło­nię­ty­mi ekra­na­mi z ko­lo­ro­wych szkieł. Li­no­leum, na­śla­du­ją­ce po­sadz­kę, po­kry­wa­ło pod­ło­gę ga­bi­ne­tu i by­ło na­der moc­no po­wy­dep­ty­wa­ne.

— Słu­cham pa­na — mruk­nął szorst­ko.

— Mó­wi­li­śmy o Szai.

— Daj­my spo­kój te­mu. Kun­del! Niech tu­taj przyj­dzie Ha­mer. Co to, za pięć mi­nut mam brać pi­guł­ki, a te­go bła­zna nie ma jesz­cze. Pan znasz wczo­raj­sze no­wi­ny?

— Sły­sza­łem, pan Knoll mó­wił mi w te­atrze.

— Pan by­wasz w te­atrze?

Oczy mu za­świe­ci­ły urą­gli­wą zło­śli­wo­ścią.

— Nie ro­zu­miem na­wet py­ta­nia pre­ze­sa.

— Praw­da, że pan Po­lak, praw­da, że pan von — za­czął się krzy­wić jak­by do śmie­chu.

— Prze­cież i pan pre­zes by­wa w te­atrze.

— Ja je­stem Bu­cholc, pa­nie von Bo­ro­wiec­ki. Ja mo­gę by­wać wszę­dzie, gdzie mi się po­do­ba — pod­niósł gło­wę i dum­nie, miaż­dżą­co pa­trzył.

— Win­ne są te­atry, że za­miast być dla nie­któ­rych lu­dzi tyl­ko, sto­ją otwo­rem dla wszyst­kich, ma­ją­cych za co ku­pić so­bie miej­sce — szep­nął Bo­ro­wiec­ki i nie mógł po­wstrzy­mać zło­śli­we­go uśmie­chu.

— Nie słu­cham pań­skie ga­da­nie — stuk­nął ze zło­ścią ki­jem w głow­nie, że aż się iskry po­sy­pa­ły na po­kój.

— Da­ru­je pan pre­zes, że go po­że­gnam — mó­wił Bo­ro­wiec­ki, pod­no­sząc się z krze­sła, zi­ry­to­wa­ny ostat­ni­mi sło­wa­mi.

— Siedź pan, za­raz bę­dzie obiad. Tu się nie ma o co ob­ra­żać, zresz­tą pan wiesz, jak pa­na ce­nię, pan je­steś wy­jąt­ko­wym Po­la­kiem. Knoll mó­wił pa­nu o wszyst­kim?

— O ban­kruc­twach ostat­nich.

— Tak, tak... Wy­je­chał za pil­nym in­te­re­sem i wła­śnie pro­szę pa­na o za­stą­pie­nie go na ca­ły czas nie­obec­no­ści. Mor­rys za­stą­pi pa­na w dru­kar­ni.

— Do­brze, a co do Mor­ry­sa, to bar­dzo zdol­ny czło­wiek.

— I głu­pi. Sia­daj­że pan. Ja lu­bię Po­la­ków, ale z wa­mi wca­le ga­dać nie moż­na, za­raz się by­le słów­kiem ob­ra­zi i bądź zdrów. Lang­sam77 pa­nie Bo­ro­wiec­ki, lang­sam, pan nie za­po­mi­naj, że je­steś mo­im czło­wie­kiem.

— Pan pre­zes za czę­sto mi przy­po­mi­na, abym o tym cho­ciaż na chwi­lę za­po­mnieć mógł.

— Uwa­żasz pan to za nie­po­trzeb­ne? — py­tał, pa­trząc na nie­go z uśmie­chem do­bro­tli­wym.

— Jak ko­mu i jak gdzie.

— Ja bym pa­nu dał ko­nie, tyl­ko niech pan ni­mi po­wo­zi bez ba­ta i bez cu­gli.

— Po­rów­na­nie, ja­ko po­rów­na­nie nie jest złe, tyl­ko nie bar­dzo moż­na je za­sto­so­wać do nas wszyst­kich, pra­cu­ją­cych u pa­na.

— Ja go nie sto­su­ję do pa­na, ani do pań­skich nie­któ­rych, uwa­żasz pan, mó­wię, nie­któ­rych ko­le­gów, tyl­ko do tej czar­nej, ro­bo­czej ma­sy...

— I ta ro­bo­cza ma­sa to lu­dzie.

— By­dło, by­dło — wy­krzyk­nął, bi­jąc ki­jem w ta­bu­ret z ca­łych sił. — Pan się tak nie patrz na mnie, ja tak mó­wić mo­gę, bo ja ich wszyst­kich ży­wię.

— Tak, ale oni pra­cu­ją do­syć do­brze na to ży­wie­nie, za­ra­bia­ją.

— U mnie za­ra­bia­ją, ja im da­ję za­ro­bek, oni mnie po­win­ni ca­ło­wać po no­gach, bo jak­bym im nie dał ro­bo­ty, to co?

— To­by so­bie zna­leź­li gdzie in­dziej — szep­nął, bo złość nim mio­tać po­czy­na­ła.

— Zde­chli­by z gło­du, pa­nie Bo­ro­wiec­ki, jak psy.

Bo­ro­wiec­ki nic już się nie od­zy­wał, był zi­ry­to­wa­ny tą py­chą głu­pią Bu­chol­ca. któ­ry prze­cież po­mię­dzy łódz­ki­mi fa­bry­kan­ta­mi był uni­ka­tem z wiel­kie­go ro­zu­mu i wy­kształ­ce­nia, a tak pro­stej kwe­stii nie ro­zu­miał.

— Pa­nie pre­ze­sie, sze­dłem wła­śnie z pi­guł­ka­mi, kie­dy przy­szedł Au­gust.

— Ci­cho! Jesz­cze ca­łe dwie mi­nu­ty. Za­cze­kaj! — rzu­cił ostro do swe­go na­dwor­ne­go dok­to­ra, któ­ry się nie­co zmie­szał ta­kim przy­ję­ciem, ale sta­nął po­kor­nie o kil­ka kro­ków przy drzwiach i cze­kał, bie­ga­jąc za­lęk­nio­nym, nie­spo­koj­nym wzro­kiem po twa­rzy Bu­chol­ca, któ­ry wpa­trzo­ny w sta­ry srebr­ny ze­ga­rek, na­chmu­rzo­ny sie­dział w mil­cze­niu.

— Ty się, Ha­mer, pil­nuj, ja ci pła­cę za to, do­brze pła­cę — rzekł po chwi­li, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku.

— Pa­nie pre­ze­sie!

— Bu­cholc mó­wi, ci­cho! — rzekł z na­ci­skiem i ude­rzył go ocza­mi. — Ja je­stem punk­tu­al­ny, jak mi raz po­wie­dzie­li, że brać pi­guł­ki co go­dzi­na, to bio­rę co go­dzi­na. — Pan mu­sisz być bar­dzo zdro­wym, pa­nie Bo­ro­wiec­ki, wi­dać to po pa­nu.

— Tak bar­dzo je­stem zdro­wy, że jak­bym po­sie­dział w fa­bry­ce, w dru­kar­ni, jesz­cze dwa la­ta, to mam pew­ne su­cho­ty. Już mnie dok­to­rzy ostrze­ga­li.

— Dwa la­ta! moż­na jesz­cze du­żo wy­dru­ko­wać to­wa­ru przez dwa la­ta. Ha­mer da­waj!

Ha­mer z na­masz­cze­niem od­li­czał pięt­na­ście pi­gu­łek ho­me­opa­tycz­nych na wy­cią­gnię­tą rę­kę Bu­chol­ca.

— Prę­dzej! ty kosz­tu­jesz ty­le, co do­bra ma­szy­na, a ru­szasz się tak po­wo­li — syk­nął i po­łknął pi­guł­ki.

Lo­kaj po­dał mu na srebr­nej ta­cy szklan­kę z wo­dą do pi­cia po le­kar­stwie.

— On mi ka­że po­ły­kać ar­sze­nik, to ja­kaś no­wa me­to­da le­cze­nia, zo­ba­czy­my, zo­ba­czy­my...

— Ja już wi­dzę du­że po­lep­sze­nie w zdro­wiu pa­na pre­ze­sa.

— Ci­cho, Ha­mer, nikt cię o to wca­le nie py­ta.

— Daw­no pan pre­zes pro­wa­dzi tę ar­sze­ni­ko­wą ku­ra­cję? — za­py­tał Bo­ro­wiec­ki.

— Trze­ci mie­siąc mnie już za­tru­wa. Mo­żesz iść Ha­mer! — rzu­cił wy­nio­śle.

Dok­tor ukło­nił się i wy­szedł.

— Ła­god­ny czło­wiek z te­go dok­to­ra, ma ob­wa­to­wa­ne ner­wy! — za­śmiał się Bo­ro­wiec­ki.

— Ja je­mu je wa­tu­ję pie­niędz­mi. Ja mu do­brze pła­cę.

— Te­le­fon się py­ta, czy jest pan Bo­ro­wiec­ki? co mam po­wie­dzieć? — mel­do­wał w drzwiach dy­żur­ny, przy­bocz­ny urzęd­nik Bu­chol­ca.

— Po­zwo­li pan pre­zes?

Bu­cholc kiw­nął nie­dba­le gło­wą.

Ka­rol ze­szedł na dół, do przy­bocz­ne­go kan­to­ru Bu­chol­ca, gdzie był te­le­fon.

— Bo­ro­wiec­ki, kto wo­ła? — py­tał, przy­kła­da­jąc ucho do musz­li.

— Lu­cy. Ko­cham cię! — drga­ły mu roz­trzę­sio­ne od­le­gło­ścią wy­ra­zy w uchu.

— Wa­riat­ka! — szep­nął, uśmie­cha­jąc się iro­nicz­nie na stro­nie.

— Dzień do­bry.

— Przyjdź wie­czo­rem o ósmej. Ni­ko­go nie bę­dzie. Przyjdź. Cze­kam. Ko­cham cię! Słu­chaj, ca­łu­ję cię, do wi­dze­nia.

Istot­nie, od­czuł roz­pry­śnię­te mla­śnię­cie, jak­by od­głos po­ca­łun­ku.

Te­le­fon za­milkł.

— Wa­riat­ka! Bę­dzie z nią cięż­ko, nie za­do­wol­ni się by­le czym — my­ślał, po­wra­ca­jąc na gó­rę i był wię­cej znie­cier­pli­wio­nym niż ura­do­wa­nym tym ory­gi­nal­nym do­wo­dem mi­ło­ści.

Bu­cholc, wci­śnię­ty w fo­tel, po­ło­żył kij na ko­la­nach i prze­rzu­cał ja­kąś gru­bą, prze­peł­nio­ną cy­fra­mi bro­szu­rę, któ­ra tak go po­chło­nę­ła, że co chwi­la ła­pał spodnią war­gą przy­cię­te krót­ko wą­sy, co się na­zy­wa­ło w ję­zy­ku fa­brycz­nym: ssie nos, a co by­ło ozna­ką głę­bo­kie­go za­ab­sor­bo­wa­nia.

Stos ca­ły li­stów i roz­ma­itych pa­pie­rów le­żał przy nim na ni­skim sto­li­ku, ca­ła świe­żo na­de­szła pocz­ta dzi­siej­sza, któ­rą zwy­kle sam od­bie­rał.

— Po­mo­że mi pan roz­se­gre­go­wać li­sty, pa­nie Bo­ro­wiec­ki, za­stą­pi pan Knol­la od ra­zu, zresz­tą, chcę pa­na nie­co za­ba­wić.

Bo­ro­wiec­ki spoj­rzał py­ta­ją­co.

— Li­sta­mi. Zo­ba­czy pan, ja­kie i o co li­sty pi­su­ją do mnie.

Odło­żył za sie­bie bro­szu­rę.

— Kun­del, da­waj!

Lo­kaj wszyst­kie pa­pie­ry ze sto­li­ka zsy­pał mu na ko­la­na.

Bu­cholc z szyb­ko­ścią nie­po­rów­na­ną prze­glą­dał ko­per­ty i rzu­cał za sie­bie ra­zem z ob­ja­śnie­niem:

— Kan­tor!

Lo­kaj w po­wie­trzu chwy­tał wiel­kie ko­per­ty, opa­trzo­ne fir­ma­mi.

— Knoll! — Li­sty z ad­re­sem zię­cia.

— Fa­bry­ka!

Na tych był ad­res fir­my dla do­rę­cze­nia pra­cu­ją­cym w fa­bry­kach.

— Cen­tra­la! — Fak­tu­ry ko­le­jo­we, za­po­trze­bo­wa­nia, ra­chun­ki, tra­sy.

— Dru­kar­nia! — Cen­ni­ki farb, prób­ki ko­lo­rów na cien­kich kar­to­nach i ma­lo­wa­ne wzo­ry de­se­ni.

— Szpi­tal! — Li­sty do szpi­ta­la fa­brycz­ne­go i do dok­to­rów.

— Me­rien­hof! — Do za­rzą­du ma­jąt­ków ziem­skich, któ­ry był przy głów­nym za­rzą­dzie fa­bry­ki.

— Osob­no!

Te by­ły nie­zde­cy­do­wa­ne i szły na biur­ko Bu­chol­ca, al­bo za­bie­rał je Knoll.

— Uwa­żaj, Kun­dlu! — krzyk­nął, ude­rza­jąc ki­jem za sie­bie, bo usły­szał list, pa­da­ją­cy na zie­mię i zno­wu rzu­cał i ko­men­de­ro­wał ostro i krót­ko.

Lo­kaj za­le­d­wie zdą­żył chwy­tać i wrzu­cać w otwo­ry szaf­ki z od­po­wied­ni­mi na­pi­sa­mi, któ­ry­mi wpa­da­ły przez ru­ry na dół, do przy­bocz­ne­go kan­to­ru, skąd je roz­wo­żo­no na­tych­miast i roz­no­szo­no.

— A te­raz bę­dzie­my się ba­wić! — szep­nął, skoń­czyw­szy rzu­cać, zo­sta­ło mu na ko­la­nach tyl­ko z dzie­sięć li­stów róż­nych for­ma­tów i ko­lo­rów. — Bierz pan i czy­taj!

Ka­rol roz­darł ko­per­tę pierw­sze­go li­stu, rów­ną, opa­trzo­ną mo­no­gra­mem i wy­jął list, pach­ną­cy fioł­ka­mi, pi­sa­ny wy­kwint­nym ko­bie­cym cha­rak­te­rem.

— Czy­taj pan, czy­taj — szep­nął, wi­dząc, że Bo­ro­wiec­ki przez dys­kre­cję się ocią­ga.

Ja­śnie wiel­moż­ny pa­nie pre­ze­sie!

Ośmie­lo­na roz­gło­sem i czcią, z ja­ką wszyst­ko, co nie­szczę­śli­we, wy­ma­wia imię pa­na pre­ze­sa, uda­ję się do nie­go z bła­gal­ną proś­bą o po­moc, uda­ję się tym śmie­lej, iż wiem, że czci­god­ny pan nie zo­sta­wi proś­by mo­jej bez od­po­wie­dzi, jak ni­g­dy nie zo­sta­wia nie­do­li ludz­kiej, łez sie­ro­cych, cier­pień i nie­szczęść bez wspar­cia i opie­ki. Zna­ne jest two­je do­bre ser­ce w ca­łym kra­ju, zna­ne!

Bóg wie, ko­mu da­wać mi­lio­ny!

— Ha, ha, ha! — śmiał się ci­cho i tak ser­decz­nie, iż mu oczy na wierzch wy­cho­dzi­ły.

Nie­szczę­ścia nas prze­śla­do­wa­ły, gra­dy, po­mór, su­sze, ogień i do­pro­wa­dzi­ły do osta­tecz­nej ru­iny i ta­kiej, że dzi­siaj mąż mój spa­ra­li­żo­wa­ny do­go­ry­wa.

— Niech zdech­nie! — rzu­cił twar­do.

A ja z czwor­giem dzie­ci umie­ram z gło­du. Zro­zu­mie pan pre­zes okrop­ność me­go po­ło­że­nia, okrop­ność te­go kro­ku, ja­ki ro­bię ja, wy­cho­wa­na w in­nej sfe­rze, ja­ko ko­bie­ta z to­wa­rzy­stwa, mu­szę się po­ni­żać i nie dla sie­bie, bo ra­czej umar­ła­bym z gło­du, ale to czwo­ro nie­win­nych dzia­tek!

— Daj pan spo­kój, to nud­ne. W koń­cu, cze­go ona chce?

— Po­życz­ki na za­ło­że­nie skle­pu, w ilo­ści ty­sią­ca ru­bli — rzekł Ka­rol, prze­czy­taw­szy spiesz­nie resz­tę li­stu pi­sa­ne­go wciąż w tym płacz­li­wie sztucz­nym sty­lu.

— W ogień! — za­ko­men­de­ro­wał krót­ko. — Czy­taj pan da­lej.

Te­raz był list mo­zol­nie wy­ka­li­gra­fo­wa­ny ja­kiejś wdo­wy po urzęd­ni­ku, któ­ra mia­ła sze­ścio­ro dzie­ci i sto pięć­dzie­siąt ru­bli eme­ry­tu­ry i pro­si­ła o da­nie jej w ko­mis sprze­da­ży resz­tek fa­brycz­nych, aby mo­gła wy­cho­wać dzie­ci na do­brych oby­wa­te­li kra­ju.

— W ogień! Ja na tym du­żo stra­cę, jak z nich bę­dą zło­dzie­je.

Po­tem na­stę­po­wał list ja­kie­goś szlach­ci­ca, pi­sa­ny nie bar­dzo or­to­gra­ficz­nie, na pa­pie­rze pach­ną­cym śle­dzia­mi i pi­wem, wi­docz­nie pi­sa­ny w ja­kiejś re­stau­ra­cji ma­ło­mia­stecz­ko­wej, w któ­rym ten przy­po­mniał, że przed la­ty miał przy­jem­ność znać Bu­chol­ca i ja­ko mu wte­dy sprze­da­wał pa­rę ko­ni.

— Śle­pych!... Znam go, on pi­su­je co rok, jak się ra­ta kwiet­nio­wa zbli­ża, nie czy­taj go pan da­lej, ja wiem co tam jest, proś­ba o pie­nią­dze i za­kli­na­nie, że szlach­cic szlach­ci­ca bro­nić po­wi­nien! Głu­piec! W ogień.

I tak da­lej szły li­sty: od wdów z dzieć­mi, bez dzie­ci, z mę­ża­mi cho­ry­mi lub mat­ka­mi, od sie­rot, od oka­le­czo­nych w fa­bry­ce, od lu­dzi po­szu­ku­ją­cych po­sad, od tech­ni­ków, in­ży­nie­rów, od roz­ma­itych wy­na­laz­ców, któ­rzy obie­cy­wa­li zro­bić prze­wrót w prze­my­śle ba­weł­nia­nym, a tym­cza­sem żą­da­li po­życz­ki na do­koń­cze­nie stu­diów i mo­de­li; był na­wet je­den list mi­ło­sny, wy­zna­nie ja­kiejś zna­nej daw­niej, któ­ra ni­g­dy za­po­mnieć nie mo­gła w obec­nej nie­do­li szczę­ścia daw­ne­go.

— W ogień! W ogień! — za­krzy­czał, trzę­sąc się ze śmie­chu i nie chciał słu­chać szum­nych, pa­te­tycz­nych ty­rad, za­klęć, bła­gań, za­koń­czo­nych proś­bą o po­życz­kę.

— Uwa­żasz pan, jak lu­dzie mnie ce­nią! jak ko­cha­ją mo­je ru­ble!

By­ły li­sty i wy­my­śla­ją­ce naj­ohyd­niej. Ka­rol się po­wstrzy­mał, nie wie­dząc, czy czy­tać.

— Czy­taj pan, wy­my­śla­ją mi, ja to lu­bię, to przy­naj­mniej szcze­re, a czę­sto za­baw­niej­sze niż tam­te.

Ka­rol czy­tał list, za­czy­na­ją­cy się od słów: „Hersz­cie zło­dzie­jów łódz­kich” — prze­cho­dził ca­łą ska­lę klątw i wy­my­ślań, z któ­rych naj­ła­god­niej­sze brzmia­ły: „Świ­nio nie­miec­ka, ło­trze, zbrod­nia­rzu, pi­jaw­ko, psie pod­ły, kar­to­fla­rzu” — a koń­czył się ta­kim fra­ze­sem: „Je­śli cię po­msta bo­ska mi­nie, to cię ka­ra ludz­ka nie mi­nie, ty pod­ły psie i drę­czy­cie­lu”. List był bez pod­pi­su.

— On ma hu­mor. Ha, ha, ha, we­so­łe by­dlę.

— Wie pan pre­zes, że ja już mam do­syć, już mi obrzy­dło.

— Czy­taj pan, na­pij się pan sza­fli­kiem ca­łym tych zgrzęz ludz­kich, to do­brze ro­bi na otrzeź­wie­nie. To na­le­ży do psy­cho­lo­gii Ło­dzi i wa­sze­go nie­do­łę­stwa.

— Nie wszyst­kie li­sty są od Po­la­ków, są i po nie­miec­ku, na­wet więk­sza część jest w tym ję­zy­ku.

— To wła­śnie do­wo­dzi, że są wszyst­kie od Po­la­ków. Wy ma­cie zdol­ność do ję­zy­ków i do że­bra­ni­ny, wy to do­brze ro­bi­cie — mó­wił z na­ci­skiem.

Ka­rol po­pa­trzył na nie­go ocza­mi, w któ­rych za­czę­ły bły­skać zie­lo­ne skry gnie­wu i nie­na­wi­ści, ale czy­tał da­lej ja­kąś de­nun­cja­cję na głów­ne­go ma­ga­zy­nie­ra, że krad­nie to­wa­ry.

— Daj pan, o tym trze­ba się prze­ko­nać.

Scho­wał list do kie­sze­ni.

By­ły jesz­cze skar­gi na maj­strów, by­ły po­gróż­ki od­pra­wio­nych z ro­bo­ty, by­ły i ta­kie de­nun­cja­cje, że któ­ryś po­wie­dział na Bu­chol­ca: „Świ­nia z wy­pa­lo­ny­mi ocza­mi”, „Sta­ry zło­dziej”, pi­sa­ne ołów­kiem na ka­wał­kach pa­pie­ru opa­kun­ko­we­go.

— Daj pan ten list, to waż­ny, dro­gi do­ku­ment, co o mnie mó­wią moi lu­dzie — i uśmie­chał się po­gar­dli­wie.

— Pan my­ślisz, że ja co­dzien­nie czy­tam ta­kie li­sty? Ha, ha, ha. Au­gust ni­mi pod­pa­la w pie­cu, ca­ła ko­rzyść z te­go na­cią­ga­nia.

— A swo­ją dro­gą pan pre­zes rocz­nie da­je kil­ka ty­się­cy ru­bli na róż­ne ce­le pu­blicz­ne.

— Da­ję, da­ję, bo mi je z gar­dła wy­dzie­ra­ją, bo mu­szę dla świę­te­go spo­ko­ju rzu­cić ja­ką kość dla ho­ło­ty.

— Daw­niej­sza za­sa­da: szla­chec­two obo­wią­zu­je, zmie­ni­ła się dzi­siaj na: mi­lio­ny obo­wią­zu­ją.

— Głu­pia, ni­hi­li­stycz­na za­sa­da. Co mnie ob­cho­dzi, że zdy­cha­ją z gło­du, niech zdy­cha­ją. Za­wsze ja­kaś część lu­dzi mu­si nic nie mieć. Mnie nikt nie dał ani gro­sza, wszyst­ko mu­sia­łem so­bie wy­rwać, wy­ro­bić, więc dla cze­go ja mam da­wać dru­gim, za co? Niech mi kto udo­wod­ni, że po­wi­nie­nem. Ko­mu ja mam da­wać? Pa­nom, któ­rzy prze­hu­la­li ma­jąt­ki, niech ich dia­beł weź­mie. Tu u was wszy­scy chcą brać, a nikt ro­bić nie chce. Mógł któ­ry z was tak, jak ja, przyjść do Ło­dzi, za­brać się do ro­bo­ty, zro­bił­by tak sa­mo, jak ja, ma­ją­tek. A dla­cze­go tak nie by­ło? bo wy­ście w tym cza­sie ro­bi­li u nas re­wo­lu­cję... Ho! ho! Don­ki­szo­ci! — splu­nął z po­gar­dą na wła­sne no­gi i śmiał się dłu­go, roz­ba­wio­ny nie­sły­cha­nie.

Ka­rol cho­dził po po­ko­ju, nie chcąc nic mó­wić i cho­ciaż za­czy­na­ło się w nim wszyst­ko trząść z gnie­wu, mil­czał i uda­wał obo­jęt­ne­go, wie­dział, że Bu­chol­ca nie prze­ko­na, a nie chciał mu się na­ra­żać.

Bu­cholc za­uwa­żył to pew­ne udrę­cze­nie, ja­kie spra­wiał Bo­ro­wiec­kie­mu i dla­te­go wła­śnie ga­dał co­raz bo­le­śniej­sze dla nie­go rze­czy, tor­tu­ro­wał go z roz­my­słem; lu­bił, spra­wia­ło mu to nie­zwy­kłą przy­jem­ność, je­śli mógł mę­czyć ko­goś i pluć w ludz­kie du­sze.

Le­żał nie­omal w fo­te­lu, z no­ga­mi, któ­re się pra­wie przy­pie­ka­ły przy ogniu, usta­wicz­nie pod­sy­ca­nym, a w któ­rym co chwi­la grze­bał ki­jem: z twa­rzą sza­ro-żół­tą, ni­by tru­pa roz­kła­da­ją­ce­go się, w któ­rej świe­ci­ły krwa­wo oczy zło­ścią i urą­ga­niem. Okrą­gła czasz­ka, po­kry­ta reszt­ka­mi si­wych wło­sów, od­rzy­na­ła się ja­śniej od ciem­ne­go tła fo­te­lu.

Nie za­my­kał pra­wie ust, tyl­ko z co­raz więk­szą pa­sją pluł na wszyst­ko i ko­pał wszyst­ko. Wy­glą­dał ni­by bo­żek po­okrę­ca­ny w łach­ma­ny i szma­ty, któ­ry w głę­bi swej świą­ty­ni zło­tej le­ży na mi­lio­nach i ni­mi po­tęż­ny, urą­ga wszyst­kie­mu, drwi ze sła­bo­ści, szy­dzi z uczuć i sa­mo czło­wie­czeń­stwo, nie pod­nie­sio­ne mi­lio­na­mi, ma w po­gar­dzie.

Prze­rwał mu wresz­cie lo­kaj, mel­du­ją­cy obiad.

Dwóch lu­dzi wzię­ło z nim fo­tel i nio­sło do ja­dal­ni, po­ło­żo­nej na dru­gim koń­cu do­mu.

— Pan umiesz słu­chać, pan je­steś mą­dry czło­wiek! — szep­nął do Ka­ro­la, idą­ce­go tuż obok.

— To by­ło wszyst­ko bar­dzo cie­ka­we, co pan mó­wił, zaj­mo­wa­ło mnie to bar­dzo, ja­ko ma­te­ria­ły do pa­to­lo­gii mi­lio­ne­rów — rzekł po­waż­nie, pa­trząc mu się w oczy.

— Pa­nie!... Nie prze­chy­laj! — ryk­nął na lo­ka­ja, nio­są­ce­go z le­wej stro­ny, ude­rza­jąc go ki­jem w gło­wę. — Pa­nie Bo­ro­wiec­ki, ja pa­na sza­nu­ję bar­dzo, daj pan rę­kę. My się ro­zu­mie­my, my mo­że­my do­brze żyć ze so­bą, licz pan za­wsze na mnie.

W ja­dal­ni by­ła już Bu­chol­co­wa i gdy mę­ża usta­wi­li przy sto­le, po­ca­ło­wa­ła go w gło­wę, po­da­jąc w za­mian swo­ją rę­kę do uca­ło­wa­nia, usia­dła na­prze­ciw­ko.

Dok­tor był tak­że, przy­stą­pił pierw­szy do Bo­ro­wiec­kie­go i przed­sta­wił się.

— Ha­mer­ste­in, dr Ju­liusz Gu­staw Ha­mer­ste­in po­wtó­rzył z na­ci­skiem, gła­dząc wiel­ką ko­no­pia­stą bro­dę, spły­wa­ją­cą mu aż do pół pier­si.

— Dok­tor ho­me­opa­tii i we­ge­ta­ria­ni­zmu. Kun­del, kosz­tu­je mnie czte­ry ty­sią­ce ru­bli rocz­nie, wy­pa­la mo­je dro­gie cy­ga­ra i obie­cu­je, że al­bo mnie wy­le­czy, al­bo umrę...

Dok­tor chciał coś opo­no­wać, ale sta­ra bar­dzo ci­chut­kim gło­si­kiem za­pra­sza­ła do obia­du, któ­ry za­raz lo­ka­je za­czę­li roz­no­sić.

Roz­mo­wa to­czy­ła się po nie­miec­ku.

— Pan nie we­ge­ta­ria­nin? — py­tał Ha­mer­ste­in, wy­cią­ga­jąc bro­dę spod ser­we­ty, w ja­ką był ob­wią­za­ny.

— Nie, pa­nie. Je­stem zu­peł­nym pa­nem wszyst­kich swo­ich władz — od­parł dość cierp­ko, bo mu się nie­smacz­ną wy­da­ła ta fi­gu­ra, jak­by roz­la­na, z wiel­kim brzu­chem, z wiel­ką twa­rzą, z ol­brzy­mią ły­są czasz­ką, świe­cą­cą jak ron­del świe­żo wy­czysz­czo­ny.

Ha­mer­ste­in po­ru­szył się nie­cier­pli­wie, rzu­cił po­gar­dli­we spoj­rze­nie spod wy­pu­kłych, nie­bie­skich oku­la­rów i rzekł su­cho.

— Każ­da praw­da by­wa za­wsze z po­cząt­ku wy­śmie­wa­ną.

— Pan ma du­żo zwo­len­ni­ków w Ło­dzi?

— Sie­bie i mo­je psy, cho­re na par­chy, bo im we­te­ry­narz nie ka­zał da­wać mię­sa — drwił Bu­cholc, któ­ry sie­dział przy sto­le, ale nie jadł nic, prócz ka­szy owsia­nej z mle­kiem.

— Co Łódź, co ca­ła Pol­ska, bar­ba­rzyń­stwo!

— Dla­te­go pan przy­je­chał. Do­bre po­le do apo­stol­stwa.

— Ja na­pi­sa­łem książ­kę o we­ge­ta­ria­ni­zmie pod ty­tu­łem: Na­tu­ral­ne po­ży­wie­nie, mo­gę ją pa­nu przy­słać.

— Dzię­ku­ję, prze­czy­tam z cie­ka­wo­ścią, ale wąt­pię, czy pan zy­ska we mnie adep­ta.

— Pan pre­zes to sa­mo mó­wił z po­cząt­ku, a te­raz...

— A te­raz je­steś głu­pi, mój Ha­mer, bo te­go nie ro­zu­miesz, że jak się jest cho­rym, a ca­ła głu­pia me­dy­cy­na nie po­ma­ga, to czło­wiek go­tów jeź­dzić do owcza­rzy, do księ­dza Kne­ip­pa, wresz­cie na­wet do two­jej elek­trycz­no-ho­me­opa­tycz­no-we­ge­ta­riań­sko-ar­sze­ni­ko­wej me­to­dy.

— Bo ona je­dy­nie po­ma­ga, bo za­sa­da ho­me­opa­tii: si­mi­lia si­mi­li­bus cu­ran­tur, jest za­sa­dą, na­tu­rze ludz­kiej naj­bar­dziej od­po­wied­nią, jest je­dy­nie praw­dzi­wa. Pan pre­zes stwier­dza ją na so­bie naj­le­piej.

— Do­tych­czas tak, ale jak się zmie­ni na gor­sze, to mo­żesz być dok­tor pew­nym, że cię obi­ję ki­jem i ka­żę ra­zem z ca­łą two­ją bla­gą zrzu­cić ze scho­dów.

— Kto da­je no­we praw­dy, bie­rze w na­gro­dę mę­czeń­stwo — szep­nął sen­ten­cjo­nal­nie, dmu­cha­jąc w mle­ko.

— Daj spo­kój z mę­czeń­stwem, ty bie­rzesz w na­gro­dę czte­ry ty­sią­ce ru­bli i twarz ci się świe­ci sa­dłem jak la­tar­nia.

Dok­tor pod­niósł w gó­rę oku­la­ry, jak­by po­wo­ły­wał su­fit na świad­ka, ile cier­pi, i jadł da­lej ka­szę z mle­kiem.

Pół­mi­sek sa­ła­ty z oli­wą i dru­gi z kar­to­fla­mi stał przed nim.

Umil­kli.

Lo­ka­je, ni­by cie­nie, prze­my­ka­li się bez sze­le­stu, śle­dząc, co mógł kto po­trze­bo­wać. Je­den stał za Bu­chol­cem i po­da­wał na­tych­miast to, na czym wzrok je­go za­trzy­my­wał się.

— Kun­del! — mru­czał cza­sa­mi Bu­cholc, gdy się opóź­nił lub źle po­dał.

Bu­chol­co­wa z dru­giej stro­ny sto­łu sie­dzia­ła, nie bio­rąc zu­peł­nie udzia­łu w roz­mo­wie.

Ja­dła bar­dzo wol­no, żu­jąc przed­ni­mi zę­ba­mi, uśmie­cha­ła się ni­by ma­ska wo­sko­wa bla­dy­mi usta­mi, spo­glą­da­ła mar­twym wzro­kiem na Bo­ro­wiec­kie­go, po­pra­wia­ła chwi­la­mi ko­ron­ko­wy cze­pe­czek, któ­ry stro­ił jej si­we wło­sy, gład­ko przy­cze­sa­ne nad czo­łem żół­tym i su­chym, o po­za­pa­da­nych skro­niach, gła­ska­ła pa­pu­gę, wi­szą­cą na po­rę­czy krze­sła ni­by pęk barw naj­ja­skraw­szych, ma­łą, po­marsz­czo­ną, żół­tą rę­ką.

Gdy jej by­ło cze­go po­trze­ba, ki­wa­ła na lo­ka­ja i mó­wi­ła mu szep­tem pra­wie nie­do­sły­szal­nym, al­bo po­ka­zy­wa­ła pal­cem. Sie­dzia­ła ni­by mu­mia, ży­ją­ca tyl­ko w po­zo­sta­łych, au­to­ma­tycz­nych, naj­dłu­żej trwa­ją­cych ru­chach.

Obiad był naj­zwy­klej­szy, na spo­sób nie­miec­ki. Ma­ło mię­sa, a wie­le ja­rzyn.

Za­sta­wa bar­dzo zwy­kła: pla­te­ry do­brze już zu­ży­te, por­ce­la­na po­wysz­czer­bia­na, ma­lo­wa­na w go­łąb­ki na brze­gach ta­le­rzy.

Dla Bo­ro­wiec­kie­go tyl­ko po­da­no ko­niak i kil­ka ga­tun­ków win, któ­re mu sam Bu­cholc na­le­wał, za­chę­ca­jąc:

— Pij pan, pa­nie Bo­ro­wiec­ki, to jest do­bre wi­no.

Ko­niec obia­du szedł mil­czą­co i nud­nie.

Ci­sza pa­no­wa­ła przy­tła­cza­ją­ca, cza­sem tyl­ko pa­pu­ga, nic nie mo­gąc ścią­gnąć ze sto­łu, krzy­cza­ła: „Kun­del”! Ale to sa­mo rzu­cał szep­tem Bu­cholc pod ad­re­sem lo­ka­ja. A każ­de sło­wo czy dźwięk roz­le­ga­ło się echem, pra­wie hu­cza­ło w tej wiel­kiej ja­dal­ni, w któ­rej mo­gło się po­mie­ścić dwie­ście osób, ob­sta­wio­nej ciem­ny­mi, dę­bo­wy­mi kre­den­sa­mi, rzeź­bio­ny­mi w sty­lu sta­ro­nie­miec­kim i zy­dla­mi w tym­że sa­mym sty­lu.

Wiel­kie okno we­nec­kie, wy­cho­dzą­ce na mu­ry fa­bryk, da­wa­ło nie­wie­le świa­tła, roz­świe­tla­ło tyl­ko ten ko­niec sto­łu, przy któ­rym sie­dzie­li, resz­ta to­nę­ła w ja­kimś rdza­wym zmro­ku, z któ­re­go wy­nu­rza­li się co chwi­la, jak czar­ne cie­nie, lo­ka­je.

Słoń­ce przedar­ło się z bo­ku okna i roz­la­ło smu­gę czer­wo­na­we­go, przed­za­chod­nie­go słoń­ca na pół sto­łu.

— Za­słoń! — krzyk­nął Bu­cholc, bo nie lu­bił sło­necz­ne­go świa­tła i pa­trzył z lu­bo­ścią w ży­ran­dol, któ­ry roz­bły­snął elek­trycz­no­ścią.

Obiad się wresz­cie skoń­czył na po­cie­chę Ka­ro­la, któ­re­mu się już spać za­chcia­ło w tej ci­szy i nu­dzie.

Sta­ra tak sa­mo po­ca­ło­wa­ła mę­ża w gło­wę, nad­sta­wia­jąc w za­mian rę­kę i wy­cią­gnę­ła ją na­stęp­nie au­to­ma­tycz­nym ru­chem do Bo­ro­wiec­kie­go, któ­ry już nie sie­dział dłu­go, za­mie­nił kil­ka słów po ci­chu z dok­to­rem, bo Bu­cholc drze­mał w fo­te­lu i nie że­gna­jąc się z nim, wy­szedł.

Ja­dal­nia zu­peł­nie opu­sto­sza­ła, zo­stał tyl­ko śpią­cy Bu­cholc w fo­te­lu i lo­kaj, sto­ją­cy o pa­rę kro­ków, nie­ru­cho­my, wpa­trzo­ny, go­to­wy na każ­de ski­nie­nie.

Bo­ro­wiec­ki, wy­do­staw­szy się na uli­cę, na świe­że po­wie­trze i na ja­sny, sło­necz­ny dzień, ode­tchnął z uczu­ciem ulgi ogrom­nej.

Ode­słał ko­nie Bu­chol­ca, cze­ka­ją­ce na nie­go i po­szedł pie­szo, mi­nął park i obok fa­bryk skrę­cił z Piotr­kow­skiej w ma­łą, nie­bru­ko­wa­ną ulicz­kę, bie­gną­cą w po­la i z jed­nej stro­ny ob­sta­wio­ną dłu­gi­mi, po­sęp­ny­mi ko­sza­ra­mi dla ro­bot­ni­ków.

Smut­nie tam by­ło i brzyd­ko.

Wiel­kie, dwu­pię­tro­we szo­py ka­mien­ne bez naj­mniej­szych ozdób, na­gie, czer­wie­nią­ce się bo­le­śnie nędz­ną ce­głą ścian wy­kru­sza­nych przez wia­try, prze­glą­da­ły się w uli­cy, peł­nej cuch­ną­ce­go bło­ta; set­ki ma­łych po­prze­pla­ta­nych okie­nek z rzad­ka bie­le­ją­cych się fi­ran­ka­mi lub ozdo­bio­nych do­nicz­ka­mi kwia­tów, pa­trzy­ło w po­tęż­ne kor­pu­sy fa­bry­ki, roz­kła­da­ją­cej się po dru­giej stro­nie dro­gi, za wy­so­kim par­ka­nem i sze­re­giem ol­brzy­mich to­po­li z uschnię­ty­mi czub­ka­mi, co sta­ły ni­by szkie­le­ty groź­ne, roz­gra­ni­cza­jąc te smut­ne ka­ta­kum­by ludz­kie, do ja­kich mia­ły po­do­bień­stwo do­my ro­bot­ni­cze, od fa­bryk, któ­re w ci­szy nie­dziel­ne­go od­po­czyn­ku, onie­mia­łe, mil­czą­ce, a po­tęż­ne ogro­mem, wy­grze­wa­ły w wio­sen­nym słoń­cu swo­je po­twor­ne ciel­ska i bły­ska­ły po­nu­ro ty­sią­ca­mi okien.

Bo­ro­wiec­ki prze­su­wał się pod do­ma­mi, po wą­skich kład­kach i ka­mie­niach, miej­sca­mi zu­peł­nie za­la­ny­mi przez bło­to, któ­re ni­by wo­dą fa­lo­wa­ło i roz­pry­ski­wa­ło się aż na par­te­ro­we okna i na drzwi, pro­wa­dzą­ce do sień i ku­ry­ta­rzów78, w któ­rych hu­cza­ły krzy­ki dzie­ci.

Za do­ma­mi wszedł do dłu­gie­go ogród­ka, gra­ni­czą­ce­go przez dro­gę z po­la­mi roz­le­gły­mi, na któ­rych w od­da­le­niu czer­wie­ni­ły się mu­ry fa­bryk i po­roz­rzu­ca­ne sa­mot­nie do­my. Wiatr stam­tąd za­wie­wał zim­ny i wil­got­ny i sze­le­ścił li­ść­mi ży­wo­pło­tów gra­bo­wych, co uschnię­te, żół­te, trzę­sły się za każ­dym po­wie­wem i opa­da­ły na czar­ne, roz­mię­kłe ulicz­ki ogród­ka.

W ogro­dzie stał wy­so­ki, jed­no­pię­tro­wy dom, w któ­rym miesz­kał je­go po­moc­nik Mur­ray, by­ło w tym do­mu i je­go miesz­ka­nie, ja­kie mu fa­bry­ka wy­zna­czy­ła, ca­łe pię­tro lub par­ter do wy­bo­ru, ale Bo­ro­wiec­ki miał nie­prze­zwy­cię­żo­ny wstręt do te­go miesz­ka­nia smut­ne­go.

Z jed­nej stro­ny okien wi­dać by­ło po­dwó­rza do­mów ro­bot­ni­czych; od fron­tu szedł ogró­dek i wi­dok na fa­bry­kę, a z le­wej szła tak sa­mo, jak od fron­tu, ostat­nia za­miej­ska uli­ca, nie­bru­ko­wa­na, oto­czo­na ro­wa­mi o kil­ku­łok­cio­wej głę­bo­ko­ści, nad któ­ry­mi ro­sły sta­re, umie­ra­ją­ce drze­wa, chy­lą­ce się co­raz bar­dziej, pod­my­wa­ne ście­ka­mi, spły­wa­ją­cy­mi z są­sied­nich fa­bryk, a za ni­mi oczy le­cia­ły po wiel­kim ka­wa­le zie­mi, peł­nej do­łów, ka­łuż, gni­ją­cej wo­dy, za­far­bo­wa­nej od­pły­wa­mi z bli­chów i apre­tur, sto­sów ru­mo­wisk i śmie­ci, ja­kie tu­taj wy­wo­żo­no z mia­sta, roz­wa­lo­nych pie­ców ce­giel­nia­nych, grup drzew po­schnię­tych, śla­dów za­go­nów, kup gli­ny po­zo­sta­wio­nej od je­sie­ni, dom­ków skle­co­nych z de­sek i ma­łych fa­bry­czek pod sa­mym la­sem szaj­ble­row­skim, co swo­ją zdro­wą czer­wo­no­ścią i mar­twy­mi, twar­dy­mi kon­tu­ra­mi, ra­zi­ły wprost oczy.

Nie cier­piał te­go łódz­kie­go kra­jo­bra­zu, wo­lał miesz­kać w wy­na­ję­tym miesz­ka­niu i nie­zbyt wy­god­nym, ale miesz­kał w mie­ście i z przy­ja­ciół­mi, z któ­ry­mi łą­czy­ła go nie ty­le przy­jaźń, co daw­na za­ży­łość i przy­zwy­cza­je­nie wie­lo­let­nie. Ra­zem miesz­ka­li przez ca­ły czas stu­diów w Ry­dze, ra­zem jeź­dzi­li za gra­ni­cę i ra­zem przed kil­ku la­ty zna­leź­li się w Ło­dzi.

Bo­ro­wiec­ki był che­mi­kiem-ko­lo­ry­stą, Baum tka­czem i przę­dzal­ni­kiem, a Welt skoń­czył kur­sa han­dlo­we.

W Ło­dzi mie­li swo­je na­zwy zło­śli­we: Welt i dwa du­że B., al­bo: Baum i Ska, czy­li trzech bra­ci łódz­kich.

Mur­ray wy­biegł aż do ogród­ka na spo­tka­nie i już z da­le­ka wy­cie­rał rę­ce, któ­re mu się wciąż po­ci­ły, wiel­ką jak prze­ście­ra­dło, żół­tą chust­ką.

— My­śla­łem, że pan już wca­le nie przyj­dzie.

— Prze­cież obie­ca­łem.

— Jest u mnie je­den mło­dy War­sza­wiak, któ­ry nie­daw­no przy­je­chał do Ło­dzi.

— Któż ta­ki? — py­tał obo­jęt­nie, zdej­mu­jąc pal­to w przed­po­ko­ju ob­wie­szo­nym aż po su­fit szty­cha­mi prze­waż­nie na­gich ko­biet.

— Han­dlo­wiec, za­kła­da ja­kąś agen­tu­rę.

— U dia­bła, na dzie­się­ciu spo­tka­nych na uli­cy, sze­ściu jest świe­żo przy­by­łych i za­kła­da­ją­cych agen­tu­ry, a dzie­wię­ciu chcą­cych zro­bić mi­lio­ny.

— To też się w Ło­dzi ro­bi gę­sto.

— Ba, że­by ci no­wi by­li ko­lor, ale to bejc naj­po­dlej­szy.

Ko­złow­ski, ów War­sza­wiak, pod­niósł się nie­dba­le z ka­nap­ki na przy­wi­ta­nie i opadł z po­wro­tem cięż­ko, pił usta­wicz­nie her­ba­tę, któ­rą mu z sa­mo­wa­ra na­le­wał Mur­ray.

Roz­mo­wa za­wią­za­ła się ży­wo, bo Mur­ray był ra­no w mie­ście i opo­wia­dał o skut­kach ban­kructw.

— Ze dwa­dzie­ścia firm dia­bli we­zmą za­raz, a z ilu ta­kie plaj­ty wy­pusz­czą krew, to się po­ka­że. W każ­dym ra­zie Wolk­man się chwie­je. Gro­sman, zięć Grün­spa­na ob­li­cza się; Frysz­man, mó­wią, że on tyl­ko cze­kał ta­kiej oka­zji i za­raz dzi­siaj z wiel­kim po­śpie­chem po­ło­żył się, bał się, że­by mu cza­sem nie prze­szko­dzi­li, po­trze­bu­je za­ro­bić, ma wy­pła­cać po­sag zię­cio­wi. Mó­wią, że i Tra­wiń­ski la­tał dzi­siaj po ban­kie­rach, coś z nim źle, pan go zna, pa­nie Bo­ro­wiec­ki.

— Nasz ko­le­ga z Ry­gi.

— Wi­dzę, że tu­taj ca­ła So­do­ma i Go­mo­ra — wy­krzyk­nął Ko­złow­ski, mie­sza­jąc her­ba­tę.

— A cóż w War­sza­wie sły­chać, wciąż Mi­ka­do79? — za­py­tał Ka­rol drwią­co.

— Mó­wi pan o daw­nej prze­szło­ści, o bar­dzo daw­nej.

— Nie je­stem au co­urant spraw war­szaw­skich, przy­zna­ję się szcze­rze.

— Wi­dzę to, otóż u nas pa­nu­je te­raz Ptasz­nik z Ty­ro­lu80, wspa­nia­ła he­ca.

Jesz­cze raz, jesz­cze raz, jesz­cze raz ptasz­ku mój.

Za­czął nu­cić bez­wied­nie i z lu­bo­ścią.

— Po­wia­dam pa­nu, że Czo­snow­ska jest bo­ska po pro­stu.

— Cóż to za da­ma?

— Pan nie wie? Na­praw­dę pan nie wie? ha, ha, ha, — za­czął się śmiać na ca­łe gar­dło.

— Pa­nie Ro­ber­cie, po­każ­cie mi to no­we urzą­dze­nie — pro­sił Ka­rol.

I wy­szli za­raz na dru­gą stro­nę do­mu.

— Ale to ca­ły ma­ga­zyn pięk­nych me­bli! — wy­krzyk­nął zdzi­wio­ny.

— Co, ład­ne, praw­da? — szep­tał z du­mą i za­do­wo­le­niem i je­go wy­bla­dłe oczy pro­mie­nio­wa­ły, sze­ro­kie usta śmia­ły mu się, gdy po­ka­zy­wał ca­łe urzą­dze­nie do­mu.

Był sa­lo­nik ma­leń­ki, ele­ganc­ki, za­pcha­ny me­bla­mi o żół­tych obi­ciach, sto­ją­cych na bla­do­fioł­ko­wym dy­wa­nie, ob­wie­szo­ny por­tie­ra­mi tak­że żół­ty­mi.

— To jest ład­na kom­bi­na­cja! — za­wo­łał Ka­rol, z przy­jem­no­ścią pa­trząc na har­mo­nię, w ja­ką zle­wa­ły się bar­wy.

— Co, ład­ne, praw­da? — wo­łał uszczę­śli­wio­ny, wy­cie­ra­jąc wciąż rę­ce, że­by do­tknąć je­dwab­nych szne­lo­wych fi­ra­nek. Garb mu drgał i uno­sił co chwi­la sur­dut na ple­cach, któ­ry ob­cią­gał usta­wicz­nie.

— To bę­dzie jej po­kój, jej bu­du­ar — szep­nął ci­cho, z na­masz­cze­niem wpro­wa­dza­jąc do ma­leń­kie­go po­ko­iku, za­sta­wio­ne­go mi­nia­tu­ro­wy­mi sprzę­ta­mi i ma­sa­mi ca­cek por­ce­la­no­wych.

Pod oknem wiel­ka żar­di­nier­ka zło­co­na dźwi­ga­ła ca­ły bu­kiet kwit­ną­cych róż­no­ko­lo­ro­wych hia­cyn­tów.

— Ależ pan o ni­czym, jak wi­dzę, nie za­po­mnia­łeś.

— Jak my­ślę o tym prze­cie — rzekł moc­no, wy­tarł rę­ce, ob­cią­gnął sur­dut i ko­ści­sty dłu­gi nos wsa­dził w kwia­ty, głę­bo­ko od­dy­cha­jąc ich za­pa­chem.

Po­ka­zał mu jesz­cze sy­pial­nię i ma­ły po­ko­ik od ty­łu. Wszyst­kie by­ły rów­nież ele­ganc­ko i z kom­for­tem ume­blo­wa­ne, wszę­dzie znać by­ło rę­kę czło­wie­ka znaw­cy i ko­cha­ją­ce­go bar­dzo przy­szłą swo­ją żo­nę.

Wró­ci­li do sa­lo­ni­ku, Ka­rol usiadł i pa­trzył z uczu­ciem po­dzi­wu na nie­go.

— Znać, że pan ko­chasz głę­bo­ko — szep­nął.

— Ko­cham, ko­cham bar­dzo! Że­byś pan wie­dział, jak wciąż my­ślę o niej.

— A ona?

— Ci­cho!... nie mów­my o tym — prze­rwał pręd­ko, zmie­sza­ny je­go za­py­ta­niem.

Za­czął strze­py­wać z krze­sła ja­kiś pył nie­ist­nie­ją­cy, aby po­kryć wzru­sze­nie.

Ka­rol za­milkł, pa­lił pa­pie­ro­sa i czuł, że go obej­mu­je sen­ność; usa­do­wił się wy­god­niej w fo­te­lu, pa­lił, przy­my­kał oczy lub pa­trzył przez okno w si­ne nie­bo, na któ­rym w da­li ry­so­wa­ły się czar­ne syl­wet­ki ko­mi­nów fa­brycz­nych.

Ci­sza ich ogar­nę­ła sen­na.

Mur­ray wy­cie­rał rę­ce, ob­cią­gał sur­dut, gła­dził ca­łą dło­nią swo­je po­tęż­ne, czy­sto wy­go­lo­ne szczę­ki i za­pa­trzył się w dy­wan, w te bla­de kwiat­ki mar­ge­ry­tek, ja­kie zaj­mo­wa­ły środ­ko­we po­le.

Jesz­cze raz, jesz­cze raz, jesz­cze raz ptasz­ku mój.

Drgał przy­du­szo­ny­mi dźwię­ka­mi śpiew Ko­złow­skie­go i ci­chy głos for­te­pia­nu prze­ci­skał się do sa­lo­ni­ku i ni­by słod­ką ro­są dźwię­ków opa­dał na ich gło­wy.

Bo­ro­wiec­ki wal­czył ze snem, po­cią­gał pa­pie­ro­sa, ale rę­ka mu cię­ży­ła i opa­da­ła na po­ręcz fo­te­lu.

Mur­ray się roz­ma­rzał przy­szłym szczę­ściem, żył tą na­dzie­ją oże­nie­nia się.

Je­go mięk­ka, pra­wie ko­bie­ca du­sza, roz­pły­wa­ła się w ty­sią­cz­nych dro­bia­zgach, któ­ry­mi na­peł­nił miesz­ka­nie i z gó­ry cie­szył się wra­że­niem, ja­kie to mu­si zro­bić na żo­nie.

Chciał mó­wić, ale spo­strzegł, że Bo­ro­wiec­ki śpi w naj­lep­sze, zro­bi­ło mu się tro­chę przy­kro, więc nie bu­dząc go, przy­sło­nił okno sto­rą, wy­jął mu z rę­ki pa­lą­ce­go się pa­pie­ro­sa i wy­szedł na pal­cach.

Ko­złow­ski wciąż śpie­wał i brzdą­kał na for­te­pia­nie.

— Mo­że pan za­śpie­wa ja­kąś mi­ło­sną, tyl­ko bar­dzo ta­ką, no, go­rą­cą piosn­kę! Ja pa­nu tym­cza­sem na­le­ję her­ba­ty — pro­sił An­glik Mur­ray.

— Z ja­kiej ope­ret­ki?

— Ja nie wiem z ja­kiej. Ja tyl­ko bar­dzo lu­bię śpie­wy mi­ło­sne.

Ko­złow­ski bar­dzo chęt­nie za­czął mu wy­śpie­wy­wać roz­ma­ite po­pu­lar­ne w War­sza­wie piosn­ki.

— Wi­dzi pan, to nie to, ja nie umiem na­zwać, bo za ma­ło znam wasz ję­zyk, ale chciał­bym coś słod­kie­go i ład­ne­go, te, co pan śpie­wał, są or­dy­nar­ne bar­dzo.

— Pro­szę pa­na, ja je we wszyst­kich war­szaw­skich sa­lo­nach śpie­wa­łem.

— Ja pa­nu wie­rzę, źle po­wie­dzia­łem, bo one są ład­ne, tyl­ko za­śpie­waj pan jesz­cze.

Ko­złow­ski za­czął nu­cić pół­gło­sem ze swe­go nie­wy­czer­pa­ne­go re­per­tu­aru piosn­ki To­sti’ego; śpie­wał nie­stru­dze­nie i wszyst­kie, ja­kie umiał; je­go te­no­ro­wy, ma­ły, ale me­ta­licz­ny gło­sik, umyśl­nie przy­tłu­mio­ny, dźwię­czał prze­ślicz­nie.

Mur­ray za­słu­chał się ca­ły, za­po­mniał na­le­wać her­ba­ty, nie wy­cie­rał rąk, nie ob­cią­gał sur­du­ta, tyl­ko ca­łą du­szą pił tę słod­ką, na­mięt­ną, pa­lą­cą, to zno­wu me­lan­cho­lij­ną mu­zy­kę, słu­chał ca­łą isto­tą, aż mu oczy pły­wa­ły we łzach za­chwy­tu, a mał­pia dłu­ga twarz drga­ła ze wzru­sze­nia.



VI

Mo­ryc Welt wy­szedł ko­ło je­de­na­stej z do­mu, jak mó­wił Ma­te­usz Bo­ro­wiec­kie­mu i wlókł się ra­czej niż szedł tro­tu­arem wy­sta­wio­nym na słoń­ce, za­to­pio­ny w ja­kiejś kom­bi­na­cji fi­nan­so­wej, bo nie wi­dział zna­jo­mych, ja­cy mu się kła­nia­li. Pa­trzył na lu­dzi i na mia­sto tę­pym wzro­kiem za­my­śle­nia.

— Jak to urzą­dzić? Jak to urzą­dzić? — my­ślał w kół­ko.

Słoń­ce świe­ci­ło ja­skra­wo nad Ło­dzią, nad ty­sią­ca­mi ko­mi­nów, co sta­ły w ci­szy nie­dziel­ne­go od­po­czyn­ku i w czy­stym, przej­rzy­stym po­wie­trzu, nie za­ciem­nio­nym dy­ma­mi, rdza­wi­ły się ni­by po­tęż­ne pnie so­sen, opły­nię­te błę­kit­na­wym, wio­sen­nym po­wie­trzem.

Ma­sy ro­bot­ni­ków, po­ubie­ra­nych świą­tecz­nie w let­nie ja­sne ubra­nia, w krzy­czą­ce ko­lo­ro­we kra­wa­ty, w czap­ki o moc­no błysz­czą­cych dasz­kach lub w wy­so­kie, daw­no wy­szłe z mo­dy ka­pe­lu­sze, z pa­ra­so­la­mi w rę­kach, za­le­wa­ło Piotr­kow­ską, cią­gnę­li sznu­ra­mi z bocz­nych ulic i tło­czy­li się na tro­tu­arach tym cięż­kim ru­chem ma­sy, któ­ra z bier­no­ścią pod­da­je się wszel­kie­mu par­ciu; ro­bot­ni­ce w cu­dacz­nych ja­skra­wych ka­pe­lu­szach, w suk­niach do fi­gu­ry, w ja­snych pe­le­ryn­kach, to zno­wu w chust­kach kra­cia­stych na ra­mio­nach, z wło­sa­mi gład­ko przy­cze­sa­ny­mi i świe­cą­cy­mi po­ma­dą i szpil­ka­mi zło­ty­mi, cza­sem we­tknię­tym sztucz­nym kwiat­kiem, drep­ta­ły wol­no, roz­pie­ra­jąc się łok­cia­mi w tłu­mie, ochra­nia­jąc czę­sto w ten spo­sób sztyw­ne, moc­no wy­kroch­ma­lo­ne suk­nie, al­bo roz­pię­te nad gło­wa­mi pa­ra­sol­ki, któ­re, jak wiel­kie mo­ty­le o ty­sią­cach barw, chwia­ły się nad tą sza­rą, wciąż pły­ną­cą rze­ką ludz­ką, wzbie­ra­ją­cą po dro­dze no­wy­mi przy­pły­wa­mi z bocz­nych, po­przecz­nych ulic.

Pod­no­si­li oczy ku słoń­cu, od­dy­cha­li wio­sną, ja­ką czuć by­ło w po­wie­trzu i szli na­przód ocię­ża­le, krę­po­wa­ni świą­tecz­nym ubra­niem, tą względ­ną ci­szą uli­cy, swo­bo­dą, nie­dziel­nym wy­po­czyn­kiem, z któ­re­go nie umie­li ko­rzy­stać, z utkwio­ny­mi w je­den punkt ocza­mi, ośle­pie­ni bla­ska­mi, w któ­rych te ma­sy twa­rzy kre­do­wo bia­łych, żół­tych, sza­rych, zie­mi­stych, po­za­pa­da­nych, bez krwi, któ­rą po­wy­pi­ja­ły z nich fa­bry­ki, wy­glą­da­ły jesz­cze nędz­niej. Przy­sta­wa­li przed wy­sta­wa­mi skle­pów za­peł­nio­nych tan­de­tą, al­bo od­pły­wa­li drob­ny­mi stru­my­ka­mi do szyn­ków.

Z da­chów, z po­psu­tych ry­nien, z bal­ko­nów la­ła się wo­da stru­mie­nia­mi na gło­wy prze­cho­dzą­cych i na za­bło­co­ne tro­tu­ary; wczo­raj­szy śnieg top­niał i ście­kał po fron­tach pa­ła­ców i do­mów, żło­biąc dłu­gie, czar­ne smu­gi po ścia­nach po­kry­tych py­łem wę­glo­wym i sa­dza­mi.

Bruk ulicz­ny, pe­łen dziur i wy­bo­jów, był po­kry­ty ma­są lep­kie­go bło­ta, któ­re roz­bi­ja­ne prze­jeż­dża­ją­cy­mi do­roż­ka­mi i po­wo­za­mi, opry­ski­wa­ło tro­tu­ary i spa­ce­ru­ją­cych.

A nad tym, po obu stro­nach uli­cy, cią­gną­cej się ol­brzy­mią li­nią aż do Ba­łut, sta­ły zbi­tą ma­są do­my, pa­ła­ce po­dob­ne do zam­ków wło­skich, w któ­rych by­ły skła­dy ba­weł­ny; zwy­kle pu­dła mu­ro­wa­ne o trzech pię­trach, po­ob­dzie­ra­ne z tyn­ków; do­my zu­peł­nie sty­lo­we o zło­co­nych bal­ko­nach że­la­znych ba­roc­co, po­wy­gi­na­ne, wdzię­czą­ce się, peł­ne amor­ków we fry­zach i nad okna­mi, przez któ­re wi­dać by­ło sze­re­gi warsz­ta­tów tkac­kich; ma­lut­kie, drew­nia­ne, po­gię­te dom­ki o zie­lo­nych omszo­nych da­chach, za któ­ry­mi wzno­si­ły się w dzie­dziń­cach po­tęż­ne ko­mi­ny i kor­pu­sy fa­bryk, tu­li­ły się do bo­ku pa­ła­cu, o cięż­kim re­ne­san­so­wo-ber­liń­skim sty­lu, z czer­wo­nej mo­de­lo­wej ce­gły i wszyst­kich odrzwiach i fu­try­nach z ka­mie­nia, z wiel­ką pła­sko­rzeź­bą na fron­to­nie, przed­sta­wia­ją­cą prze­mysł, o dwóch bocz­nych pa­wi­lo­nach za­koń­czo­nych wie­ża­mi, a roz­dzie­lo­nych od głów­ne­go kor­pu­su prze­ślicz­ną że­la­zną kra­tą, za któ­rą w głę­bi wzno­si­ły się ko­lo­sal­ne mu­ry fa­bry­ki; do­my ogro­mem i wspa­nia­ło­ścią po­dob­ne do mu­ze­ów, a któ­re by­ły skła­da­mi go­to­we­go to­wa­ru; do­my prze­ła­do­wa­ne ozdo­ba­mi w róż­nych sty­lach, bo na par­te­rze re­ne­san­so­we ka­ria­ty­dy pod­trzy­my­wa­ły mu­ro­wa­ny ga­nek w sta­ro­nie­miec­kim sty­lu, nad któ­rym dru­gie pię­tro à la Lo­uis XV wdzię­czy­ło się fa­li­sty­mi li­nia­mi w ob­ra­mo­wa­niu okien, a za­koń­cza­ły fa­cjat­ki pę­ka­te, po­dob­ne do peł­nych szpu­lek; do­my, któ­re z po­wa­gą świą­tyń wzno­si­ły mu­ry ogrom­ne, ozdo­bio­ne su­ro­wo, peł­ne ma­je­sta­tu, na któ­rych zło­ci­ły się li­te­ry ry­te w ta­bli­cach mar­mu­ro­wych: Sza­ja Men­del­sohn, Her­man Bu­cholc itd.

By­ła to zbie­ra­ni­na, śmiet­nik wszyst­kich sty­lów, sto­so­wa­nych przez mu­ra­rzy, na­je­żo­na wie­życz­ka­mi, ob­le­pio­na sztu­ka­te­ria­mi, któ­re wciąż ob­la­ty­wa­ły, po­cię­ta ty­sią­ca­mi okien, peł­na ka­mien­nych bal­ko­nów, ka­ria­tyd, fa­cja­tek ni­by ozdob­nych, ba­lu­strad na da­chach, wspa­nia­łych bram, gdzie szwaj­ca­ro­wie w li­be­rii drze­ma­li w ak­sa­mit­nych fo­te­lach i zwy­kłych otwo­rów, któ­ry­mi bło­to ulicz­ne wle­wa­ło się na strasz­ne, po­dob­ne do gno­jo­wisk po­dwó­rza; skle­pów, kan­to­rów, skła­dów, skle­pi­ków nędz­nych, prze­peł­nio­nych bru­dem i tan­de­tą, pierw­szo­rzęd­nych ho­te­li i re­stau­ra­cji, naj­ohyd­niej­szych szyn­ków, przed któ­ry­mi wy­grze­wa­li się na słoń­cu nę­dza­rze, mi­lio­nów, któ­re prze­la­ty­wa­ły uli­cą w prze­pięk­nych po­wo­zach, za­przę­żo­nych w ame­ry­kań­skie ry­sa­ki po dzie­sięć ty­się­cy ru­bli sztu­ka, — nę­dzy, któ­ra się prze­wa­la­ła uli­ca­mi, z si­ny­mi usta­mi roz­pa­czy i ostrym wzro­kiem wiecz­ne­go gło­du.

— Cud­ne mia­sto — szep­nął Mo­ryc, sto­jąc na ro­gu pa­sa­żu Mey­era i przy­mru­żo­ny­mi oczy­ma, pa­trząc po tych nie­skoń­cze­nie dłu­gich gro­blach do­mów, co ści­ska­ły uli­ce. — Cud­ne mia­sto, ale co ja na tym za­ro­bię — my­ślał drwią­co i wszedł do cu­kier­ni na­roż­nej, już za­pcha­nej pra­wie po wierzch.

— Me­lanż! — za­wo­łał na chło­pa­ków, bie­ga­ją­cych we wszyst­kie stro­ny, wci­snął się na ja­kieś miej­sce wol­ne, prze­rzu­cił ma­chi­nal­nie ostat­ni „Ber­li­ner Bör­sen Co­urier” i zno­wu za­padł w roz­my­śla­nia; my­ślał, skąd wy­do­stać pie­nię­dzy, a po­tem, jak urzą­dzić, aby na tym ba­weł­nia­nym in­te­re­sie, o któ­ry zro­bił z przy­ja­ciół­mi układ kil­ka go­dzin te­mu, za­ro­bić jak naj­wię­cej.

Mau­ry­cy Welt za bar­dzo był łódz­kim „Grün­de­rem81”, że­by mógł mieć ja­kie wa­ha­nia su­mie­nia, prze­szka­dza­ją­ce mu zro­bić do­bry in­te­res cho­ciaż­by na skó­rze przy­ja­ciół, je­śli ten in­te­res sam mu szedł w rę­ce.

Żył w świe­cie, w któ­rym oszu­stwa, pod­stęp­ne ban­kruc­twa, plaj­ty, wszel­kie­go ro­dza­ju szwin­dle, wy­zysk — by­ły chle­bem co­dzien­nym, wszy­scy się tym ła­ko­mie kar­mi­li, za­zdrosz­czo­no gło­śno spryt­nie uło­żo­nych łaj­dactw, opo­wia­da­no so­bie po cu­kier­niach, knaj­pach i kan­to­rach co­raz lep­sze ka­wa­ły, ad­mi­ro­wa­no tych pu­blicz­nych oszu­stów, wiel­bio­no i czczo­no mi­lio­ny, nie ba­cząc, skąd po­cho­dzą; co to ko­go ob­cho­dzi­ło, za­ro­bił czy ukradł, by­le te mi­lio­ny miał.

Nie­zręcz­nych lub nie­ma­ją­cych szczę­ścia spo­ty­ka­ły drwi­ny i ostre są­dy, brak kre­dy­tu, od­mo­wa za­ufa­nia — szczę­śli­wy miał wszyst­ko; mógł dzi­siaj zro­bić plaj­tę i pła­cić dwa­dzie­ścia pięć za sto, ju­tro ci sa­mi, któ­rych okradł, da­dzą mu jesz­cze więk­szy kre­dyt, bo swo­je stra­ty od­bi­ją na in­nych, ro­biąc plaj­tę na pięt­na­ście pro­cent za sto.

Mo­ryc my­ślał wła­śnie, jak by za­ro­bić na spół­ce i jak by za­ro­bić bez spół­ki.

— Ku­pić na wspól­ne con­to co bądź tyl­ko dla za­my­dle­nia oczów, a ku­po­wać co się da na swo­je wła­sne con­to — to by­ła idea, ja­ka mu od ra­na prze­wier­ca­ła mózg — rzu­cał ko­lum­ny cyfr na mar­mu­ro­wy blat sto­li­ka, su­mo­wał, prze­kre­ślał, ście­rał i pi­sał na no­wo nie­stru­dze­nie, nie wie­le zwa­ża­jąc, co się oko­ło nie­go dzie­je.

Wy­cią­ga­no do nie­go przez gło­wy obok sie­dzą­cych rę­ce, ści­skał je, nie wie­dząc ko­mu.

— Mor­gen! — rzu­cał na od­po­wiedź i na przy­wi­ta­nie tym, któ­rych spo­strzegł i za­głę­biał się w naj­nie­moż­liw­sze82 kom­bi­na­cje.

Nie mógł zna­leźć ani spo­so­bu, ani pie­nię­dzy. Kre­dyt miał wy­czer­pa­ny i za­an­ga­żo­wa­ny w agen­tu­rze. We­ksli nie mógł już wię­cej wy­sta­wiać, je­śli nie po­de­prze do­brym, so­lid­nym ży­rem.

— Ko­go wziąć na ży­ro? — to mu się te­raz tłu­kło po mó­zgu.

— Me­lanż! — rzu­cił zno­wu kel­ne­rom, któ­rzy w gwa­rze i tło­ku, ja­ki na­peł­nił cu­kier­nię, krę­ci­li się po­mię­dzy sto­li­ka­mi, z ta­ca­mi kaw i her­bat nad gło­wa­mi.

Ze­gar z ku­kuł­ką wy­ku­kał pierw­szą.

Z cu­kier­ni za­czął się wol­ny od­pływ na uli­cę, na spa­cer.

Mo­ryc wciąż sie­dział, na­raz oczy mu roz­bły­sły, roz­cze­sał pal­ca­mi swo­ją wspa­nia­łą, ak­sa­mit­ną bro­dę, wci­snął moc­no bi­no­kle na nos i za­czął pręd­ko mru­gać ocza­mi.

Przy­szedł mu na myśl sta­ry Grün­span, wła­ści­ciel wiel­kiej fa­bry­ki chu­s­tek weł­nia­nych pod fir­mą: „Grün­span et Lans­berg”, je­go bli­ski ku­zyn, bo brat mat­ki.

Po­sta­no­wił iść do nie­go i, je­śli się da, wziąć go na ży­ro, a je­śli nie, to wcią­gnąć go do in­te­re­su na spół­kę.

Roz­pro­mie­nie­nie i ra­dość z od­kry­cia trwa­ła krót­ką chwi­lę, bo przy­po­mniał so­bie, że Grün­span zruj­no­wał wła­sne­go bra­ta i ukła­dał się już pa­rę ra­zy. Z ta­kim nie bar­dzo bez­piecz­nie ro­bić in­te­re­sy.

— Plaj­ciarz, oszust! — mru­czał zi­ry­to­wa­ny, czu­jąc, że go nie weź­mie na żad­ne ży­ro, ale po­mi­mo to iść po­sta­no­wił.

Za­czął się roz­glą­dać po cu­kier­ni, po wą­skim, ciem­nym i dłu­gim po­ko­ju, pra­wie już pu­stym, bo tyl­ko pod okna­mi sie­dzia­ło kil­ku­na­stu mło­dych lu­dzi, za­to­pio­nych w wiel­kich pła­tach ga­zet.

— Pa­nie Ru­bin­roth! — za­wo­łał na mło­de­go chło­pa­ka, sie­dzą­ce­go pod lu­strem, któ­ry ze szklan­ką w jed­nej rę­ce, z ciast­kiem w dru­giej, sie­dział po­chy­lo­ny nad roz­ło­żo­ną na sto­li­ku ga­ze­tą.

— Słu­cham pa­na? — wy­krzyk­nął, zry­wa­jąc się na no­gi.

— Jest co?

— Nic nie ma.

— Po­wi­nie­nem był to wie­dzieć ra­no.

— Nic nie by­ło i dla­te­go nie za­wia­da­mia­łem, bo my­śla­łem...

— Pan słu­chaj, a nie myśl, to do cie­bie nie na­le­ży. Ja pa­nu po­wie­dzia­łem raz na za­wsze, że­by mi ra­no do miesz­ka­nia da­wać znać co­dzien­nie, czy by­ło lub nie by­ło, to nie pań­ska rzecz, pań­ska rzecz jest mi do­no­sić, ja za to pa­nu pła­cę. Na ciast­ko i ga­ze­tę jesz­cze byś pan zdą­żył.

Ru­bin­roth za­czął się uspra­wie­dli­wiać do­syć go­rą­co.

— Nie krzycz pan, tu nie boż­ni­ca! — rzu­cił cierp­ko swo­je­mu urzęd­ni­ko­wi z kan­to­ru i od­wró­cił się od nie­go ple­ca­mi.

— Kel­ner! Zal83! — wo­łał, wyj­mu­jąc port­mo­net­kę.

— Co pan pła­ci?

— Me­lanż!... Praw­da, wy­ście mi nie przy­nie­śli, ja nic nie pła­cę.

— W tej chwi­li bę­dzie. Me­la­anż! — krzyk­nął na ca­łe gar­dło.

— Wlej so­bie w nos ten me­lanż, ja ca­łe dwie go­dzi­ny cze­ka­łem i mu­szę iść bez śnia­da­nia. Bał­wan je­den! — krzyk­nął zi­ry­to­wa­ny i wy­biegł z po­śpie­chem na uli­cę.

Słoń­ce przy­grze­wa­ło co­raz le­piej.

Tłu­my ro­bot­ni­ków roz­pły­nę­ły się, za­czę­ły na­to­miast za­py­chać tro­tu­ary in­ne tłu­my; tłu­my ubra­ne ele­ganc­ko, da­my w mod­nych ka­pe­lu­szach, w bo­ga­tych okryw­kach, męż­czyź­ni w dłu­gich, czar­nych pal­tach, w ha­we­lo­kach84 z pe­le­ry­na­mi, Ży­dzi w dłu­gich sur­du­tach za­bło­co­nych, Ży­dów­ki, prze­waż­nie pięk­ne, w ak­sa­mi­tach, któ­ry­mi za­mia­ta­ły bło­to na tro­tu­arach.

Wrza­wa na­peł­nia­ła uli­ce, prze­py­cha­no się ze śmie­chem, tło­czo­no, spa­ce­ro­wa­no w gó­rę uli­cy aż do Prze­jazd lub Na­wrot i z po­wro­tem.

Przed cu­kier­nią na ro­gu Dziel­nej gru­pa mło­dzie­ży kan­to­ro­wej prze­glą­da­ła prze­pły­wa­ją­ce tłu­my ko­biet i ro­bi­ła gło­śne uwa­gi i po­rów­na­nia, nie ty­le uprzej­me, ile głu­pie, wy­bu­cha­jąc co chwi­la sza­lo­nym śmie­chem, bo Le­on Cohn stał z bo­ku i ro­bił swo­je zwy­kłe wit­ze, z któ­rych się sam śmiał naj­gło­śniej.

Bum-Bum stał na fron­cie gru­py po­chy­lo­ny i wciąż trzy­mał bi­no­kle obu rę­ka­mi, i przy­pa­try­wał się ko­bie­tom, któ­re, prze­cho­dząc przez uli­cę prze­ci­na­ją­cą tro­tu­ar mu­sia­ły uno­sić su­kien.

— Pa­trz­cie, pa­trz­cie, ja­kie nóż­ki! — wo­łał, cmo­ka­jąc usta­mi.

— Ta ma dwa pa­ty­ki w poń­czo­chach!

— Aj! jak się Sal­cia dzi­siaj wy­pcha­ła!

— Uwa­ga! Sza­ja je­dzie — za­wo­łał Le­on Cohn, kła­nia­jąc się uni­że­nie Szai, któ­ry, roz­par­ty nie­dba­le w po­wo­zie, prze­jeż­dżał obok nich.

Kiw­nął im gło­wą.

— On wy­glą­da jak sta­ra „reszt­ka”.

— Pa­nien­ko, bo suk­nia się bło­ci! — wo­łał za ja­kąś dziew­czy­ną Bum-Bum.

— Niech oso­ba po­ka­że, co oso­ba ma! — ga­dał Le­on.

— O co idzie, o tę trosz­kę...

— Mo­ryc, chodź do nas! — za­wo­łał Le­on, zo­ba­czyw­szy nad­cho­dzą­ce­go We­lta.

— Daj spo­kój, nie lu­bię bła­znów na uli­cy — mruk­nął i prze­szedł, i uto­nął za­raz w tłu­mie, ja­ki pły­nął ku No­we­mu Ryn­ko­wi.

Licz­ne rusz­to­wa­nia, sto­ją­ce przed no­wo wzno­szo­ny­mi lub nad­bu­do­wy­wa­ny­mi do­ma­mi, spy­cha­ły wszyst­kich w bło­to uli­cy.

Ni­żej, za No­wym Ryn­kiem, peł­no by­ło Ży­dów i ro­bot­ni­ków, dą­żą­cych na Sta­re Mia­sto. Piotr­kow­ska uli­ca w tym miej­scu zmie­nia­ła po raz trze­ci swój wy­gląd i cha­rak­ter, bo od Ga­je­row­skie­go Ryn­ku aż do Na­wrot jest fa­brycz­ną; od Na­wrot do No­we­go Ryn­ku han­dlo­wą, a od No­we­go, w dół, do Sta­re­go Mia­sta tan­de­ciar­sko-ży­dow­ską.

Bło­to by­ło czar­niej­sze i płyn­niej­sze, tro­tu­ary zmie­nia­ły się przed każ­dym pra­wie do­mem, raz by­ły sze­ro­kie z ka­mie­nia, to bie­gły wąz­kim wy­dep­ta­nym pa­skiem be­to­nu, al­bo szło się wprost po drob­niut­kim, za­bło­co­nym bru­ku, któ­ry kłuł przez po­de­szwy.

Rynsz­to­ka­mi pły­nę­ły ście­ki z fa­bryk i cią­gnę­ły się ni­by wstę­gi brud­no­żół­te, czer­wo­ne i nie­bie­skie; z nie­któ­rych do­mów i fa­bryk, po­ło­żo­nych za ni­mi, przy­pływ był tak ob­fi­ty, że, nie mo­gąc się po­mie­ścić w płyt­kich rynsz­to­kach, wy­stę­po­wał z brze­gów, za­le­wa­jąc chod­ni­ki ko­lo­ro­wy­mi fa­la­mi, aż pod wy­dep­ta­ne pro­gi nie­zli­czo­nych skle­pi­ków, zie­ją­cych z czar­nych, za­bło­co­nych wnę­trzy85 bru­dem i zgni­li­zną, za­pa­chem śle­dzi, ja­rzyn gni­ją­cych lub al­ko­ho­lu.

Do­my sta­re, odar­te, brud­ne, po­ob­tłu­ka­ne86 z tyn­ków, świe­cą­ce ni­by ra­na­mi na­gą ce­głą, miej­sca­mi drew­nia­ne, al­bo ze zwy­kłe­go pru­skie­go mu­ru, któ­ry pę­kał i roz­sy­py­wał się przy drzwiach i oknach, o krzy­wych ob­sa­dach fu­tryn, po­krzy­wio­ne, wy­ssa­ne, za­bło­co­ne, sta­ły ohyd­nym rzę­dem do­mów-tru­pów, po­mię­dzy któ­ry­mi wci­ska­ły się no­we, trzy­pię­tro­we ko­lo­sy o nie­zli­czo­nych oknach, jesz­cze nie tyn­ko­wa­ne, bez bal­ko­nów, z tym­cza­so­wy­mi okna­mi, a peł­ne już ludz­kie­go mro­wia i stu­ku tkac­kich warsz­ta­tów, ja­kie pra­co­wa­ły bez wzglę­du na nie­dzie­lę, tur­ko­tu hu­czą­ce­go ma­szyn, szy­ją­cych tan­de­tę na wy­wóz i prze­ni­kli­we­go zgrzy­tu ko­ło­wrot­ków, na któ­rych zwi­ja­no przę­dzę na szpul­ki do użyt­ku ręcz­nych warsz­ta­tów.

Przed owy­mi nie­skoń­czo­ny­mi do­ma­mi, któ­re wzno­si­ły się czer­wo­ny­mi, po­sęp­ny­mi mu­ra­mi, nad tym mo­rzem umie­ra­ją­cych ru­der i kra­mar­skie­go ży­cia, le­ża­ły ca­łe ster­ty ce­gieł i drze­wa, ście­śnia­jąc i tak wą­ską ulicz­kę, za­pcha­ną wo­za­mi, koń­mi, prze­wo­żo­nym to­wa­rem, zgieł­kiem, na­wo­ły­wa­niem han­dla­rzy i ty­sią­cz­ny­mi gło­sa­mi ro­bot­ni­ków, pły­ną­cych w gro­ma­dach na Sta­re Mia­sto; szli środ­kiem uli­cy lub obok tro­tu­arów; ich róż­no­ko­lo­ro­we sza­li­ki, ja­ki­mi mie­li po­obwią­zy­wa­ne szy­je, roz­ja­śnia­ły nie­co ten ogól­ny, sza­ro­błot­ni­sty ton uli­cy.

Sta­re Mia­sto i wszyst­kie przy­le­ga­ją­ce ulicz­ki trzę­sły się zwy­kłym nie­dziel­nym ru­chem. Na kwa­dra­to­wym pla­cu, ob­sta­wio­nym sta­ry­mi, pię­tro­wy­mi do­ma­mi, ni­g­dy nie od­na­wia­ny­mi, peł­nym skle­pów, szyn­ków i tak zwa­nych Bier-Hall, za­sta­wio­nym set­ka­mi szka­rad­nych bud i kra­mów, tło­czy­ło się kil­ka­na­ście ty­się­cy lu­dzi, set­ki wo­zów i ko­ni, wszyst­ko to krzy­cza­ło, mó­wi­ło, klę­ło, bi­ło się cza­sa­mi.

Wrza­skli­wy cha­os prze­wa­lał się jak fa­lą z jed­nej stro­ny ryn­ku na dru­gi. Nad tym ro­jo­wi­skiem głów, wło­sów roz­wia­nych, rąk wznie­sio­nych, łbów koń­skich, to­po­rów rzeź­nic­kich, po­ły­sku­ją­cych na­gle w słoń­cu, pod­no­szo­nych nad roz­rą­by­wa­nym mię­sem, ol­brzy­mich bo­chen­ków chle­ba, nie­sio­nych, z po­wo­du tło­ku, nad gło­wa­mi, żół­tych, zie­lo­nych, czer­wo­nych, fio­le­to­wych chu­s­tek, po­wie­wa­ją­cych ni­by sztan­da­ry na kra­mach gar­de­ro­by; cza­pek i ka­pe­lu­szy, wi­szą­cych na koł­kach, bu­tów, sza­li­ków ba­weł­nia­nych, co jak wę­że ko­lo­ro­we trze­po­ta­ły się na wie­trze i ude­rza­ły w twa­rze prze­ci­ska­ją­cych się; bla­sza­nych na­czyń, bły­ska­ją­cych w słoń­cu; — sto­sów sło­ni­ny, kup po­ma­rańcz, po­ukła­da­nych na stra­ga­nach w pry­zmy, kul, świe­cą­cych ja­skra­wo na tle czer­ni ludz­kiej i bło­ta, któ­re, gnie­cio­ne, roz­ra­bia­ne, tra­to­wa­ne, mie­sza­ne, rzy­ga­ło stru­mie­nia­mi spod nóg na stra­ga­ny i na twa­rze, i wy­le­wa­ło się z Ryn­ku do rynsz­to­ków i na uli­ce, z czte­rech stron oka­la­ją­ce targ, któ­ry­mi to­czy­ły się wol­no ol­brzy­mie wo­zy pi­wo­war­skie, peł­ne an­tał­ków. Wo­zy z mię­sem, po­okry­wa­ne brud­ny­mi szma­ta­mi, al­bo z da­la świe­cą­ce czer­wo­no-żół­ty­mi że­bra­mi wo­łów ob­dar­tych ze skó­ry, wo­zy na­ła­do­wa­ne wo­ra­mi mą­ki, wo­zy peł­ne dro­biu, krzy­czą­ce­go wrza­skli­wy­mi gło­sa­mi, peł­ne kwa­ka­nia ka­czek i gę­go­tu gę­si, któ­re przez szcze­ble dra­bin wy­su­wa­ły bia­łe gło­wy i sy­cza­ły na prze­chod­niów.

Cza­sem, bo­kiem tych nie­roz­war­tych sznu­rów wo­zów, idą­cych je­den za dru­gim, prze­bie­gał z po­śpie­chem ja­ki ele­ganc­ki po­wo­zik, ochla­pu­jąc bło­tem lu­dzi, wo­zy, tro­tu­ary, na któ­rych w kucz­ki sie­dzia­ły sta­re, wy­nędz­nia­łe Ży­dów­ki z ko­szy­ka­mi peł­ny­mi go­to­wa­ne­go gro­chu, cu­kier­ków, zmar­z­nię­tych ja­błek, za­ba­wek dzie­cin­nych.

Przed skle­pa­mi, któ­re by­ły po­otwie­ra­ne i peł­ne lu­dzi, po­wy­sta­wia­no sto­ły, krze­sła, ław­ki, na któ­rych le­ża­ły gó­ry ga­lan­te­rii, poń­czoch, skar­pe­tek, kwia­tów sztucz­nych, per­ka­li­ków sztyw­nych jak bla­chy, koł­der o ja­skra­wych po­szy­ciach, ko­ro­nek ba­weł­nia­nych. W jed­nym koń­cu Ryn­ku sta­ły żół­te, ma­lo­wa­ne łóż­ka, ko­mo­dy, któ­re się nie do­my­ka­ły i brą­zo­wym bej­cem uda­wa­ły ma­hoń; lu­stra, w któ­rych by się nikt nie zo­ba­czył, po­ły­ski­wa­ły w słoń­cu; ko­ły­ski, sto­sy sprzę­tów ku­chen­nych, za któ­ry­mi na zie­mi, na garst­kach sło­my sie­dzia­ły ko­bie­ty wiej­skie z ma­słem i mle­kiem, ubra­ne w czer­wo­ne weł­nia­ki i za­pa­ski. A po­mię­dzy wo­za­mi i stra­ga­na­mi, prze­py­cha­ły się przez tłu­my ko­bie­ty z ko­sza­mi czep­ków bia­łych, wy­kroch­ma­lo­nych, któ­re przy­mie­rza­no wprost na uli­cy.

Na Po­przecz­nej, za­raz przy Ryn­ku, sta­ły sto­ły z ka­pe­lu­sza­mi, któ­rych nędz­ne kwia­ty, za­rdze­wia­łe spię­cia, ko­lo­ro­we far­bo­wa­ne pió­ra, chwia­ły się smut­nie na tle ścian do­mów.

Gar­de­ro­bę mę­ską sprze­da­wa­no, ku­po­wa­no i przy­mie­rza­no na uli­cy, w sie­niach, wresz­cie pod ścia­ną, za za­sło­ną, któ­ra zwy­kle nic nie za­sła­nia­ła. Tak sa­mo ro­bot­ni­ce przy­mie­rza­ły ka­fta­ny, far­tu­chy i spód­ni­ce.

Wrza­wa ro­sła bez­u­stan­nie, bo wciąż z gó­ry mia­sta na­pły­wa­ły no­we fa­le ku­pu­ją­cych i pod­no­si­ły się no­we krzy­ki, na­wo­ły­wa­nia za­chryp­nię­ty­mi gar­dła­mi, gło­sy trą­bek dzie­cin­nych brzę­ka­ły ze wszyst­kich stron, tur­ko­ty wo­zów, kwi­ki pro­siąt, krzy­ki gę­si, ca­ła sza­lo­na ka­ko­fo­nia zbio­ro­wi­ska ludz­kie­go wrza­ła i bi­ła w to czy­ste, roz­sło­necz­nio­ne nie­bo, co wi­sia­ło nad mia­stem ni­by bla­do­se­le­dy­no­wy bal­da­chim.

W jed­nym z szyn­ków gra­no i tań­czo­no, bo cza­sa­mi przez ten zgiełk i wrza­wę pie­kiel­ną prze­dzie­rał się głos har­mo­nii i skrzy­piec, wy­ci­na­ją­cych obe­rka i moc­ny siar­czy­sty po­krzyk tań­czą­cych, ale ry­chło te gło­sy to­nę­ły w cha­osie bój­ki, ja­ka po­wsta­ła w środ­ku ryn­ku, przy stra­ga­nach z wę­dli­na­mi. Kil­ka­na­ście ciał splą­ta­nych, szcze­pio­nych, sza­mo­ta­ło się z ry­kiem i chwia­ło w róż­ne stro­ny, aż w koń­cu ru­nę­ło pod stra­ga­ny, w bło­to i gry­zło się i ta­rza­ło, jak kłąb ol­brzy­mi, pe­łen rąk, nóg, twa­rzy okrwa­wio­nych, ust wy­ją­cych, oczów za­szłych biel­mem wście­kło­ści.

Wy­so­ko świe­ci­ło słoń­ce i za­le­wa­ło po­to­ka­mi wio­sen­ne­go cie­pła ry­nek ca­ły. Pod­no­si­ło bar­wy, zło­ci­ło nędz­ne, wy­cień­czo­ne twa­rze, ob­na­ża­ło ru­de­ry, za­pa­la­ło zło­te ogni­ska w szy­bach okien i w bło­cie prze­po­jo­nym wo­dą, w oczach lu­dzi, któ­rzy sta­li pod do­ma­mi i grza­li się i po­kry­wa­ło, jak­by zło­ta­wą gla­zu­rą brzy­do­tę, ja­ka tu­taj kró­lo­wa­ła, wszyst­kie te rze­czy i lu­dzi i wszyst­kie te gło­sy, co się zry­wa­ły spo­śród bud, wo­zów, stra­ga­nów, bło­ta i ol­brzy­mim wi­rem krą­ży­ły nad Ryn­kiem, od­bi­ja­ły się o czwo­ro­kąt do­mów i pły­nę­ły w bocz­ne uli­ce, w świat, w po­la, ku fa­bry­kom, któ­re nie­da­le­ko sta­ły, pa­nu­jąc ko­mi­na­mi i ja­kąś ci­chą, mil­czą­cą gro­zą, w ja­kiej by­ły za­to­pio­ne i pa­trząc błysz­czą­cy­mi w słoń­cu, wy­trzesz­czo­ny­mi ocza­mi okien na te ro­je ro­bo­cze.

Mo­ryc prze­pchał się przez Ry­nek z obrzy­dze­niem i za­pu­ścił się w uli­cę Drew­no­ską, jed­ną z naj­star­szych w Ło­dzi i bar­dzo ci­chą, ob­sta­wio­ną ma­ły­mi, ko­na­ją­cy­mi dom­ka­mi pierw­szych w Ło­dzi tka­czów, po­mię­dzy któ­ry­mi tu­li­ły się jesz­cze pro­ste chłop­skie do­my, o moc­no wy­pusz­cza­nych wę­głach, na pół za­pa­dłe w zie­mię, wy­krzy­wio­ne, oto­czo­ne ogród­ka­mi, gdzie do­go­ry­wa­ły sta­re wi­śnie i gru­sze przy­sa­dzi­ste, któ­re kie­dyś kwi­tły i ro­dzi­ły, a te­raz, od lat ca­łych, ści­śnię­te po­mię­dzy mu­ra­mi fa­bryk i od­gro­dzo­ne co­raz gęst­szy­mi za­po­ra­mi od słoń­ca, od pól, od wia­trów, spróch­nia­łe, gry­zio­ne przez od­pły­wy, ja­kie się są­czy­ły z far­biar­ni, gę­sto roz­rzu­co­nych w tej stro­nie, ob­ła­my­wa­ne, za­po­mnia­ne, ko­na­ły z wol­na w tra­gicz­nej me­lan­cho­lii opusz­cze­nia i smut­ku.

Bło­to i w tej uli­cy by­ło wy­żej ko­stek. A da­lej, przy koń­cu uli­cy, któ­ra wy­cho­dzi­ła w po­la, świ­nie ła­zi­ły przed do­ma­mi i pró­bo­wa­ły ryć stward­nia­łą zie­mię po pla­cach, na któ­re wy­wo­żo­no gruz i śmie­cie.

Do­my sta­ły po­roz­rzu­ca­ne bez­ład­nie, ku­pi­ły się w gru­py, to sta­ły sa­mot­nie w po­lach, oto­czo­ne roz­mię­kłym, prze­po­jo­nym wo­dą grun­tem. Na sa­mym koń­cu mia­sta sta­ła fa­bry­ka Grün­spa­na et Lands­ber­ge­ra, od­dzie­lo­na od uli­cy po­tęż­nym par­ka­nem.

Z bo­ku fa­bry­ki był wiel­ki par­te­ro­wy dom z fa­cja­ta­mi, oto­czo­ny ogród­kiem.

— Pan w do­mu? — py­tał Mo­ryc sta­re­go ro­bot­ni­ka, któ­ry mu otwie­rał drzwi.

— A jest.

— Któż tam jest jesz­cze?

— Są wszyst­kie.

— Co za wszyst­kie?

— A no, te Ży­dy fa­mi­lian­ty — mruk­nął po­gar­dli­wie.

— Ma Fran­ci­szek szczę­ście, że ja mam dzi­siaj do­bry hu­mor, bo ina­czej, to ja bym Fran­cisz­ko­wi zbił ład­ny ka­wa­łek py­ska. Ro­zu­mie Fran­ci­szek? Zdjąć ka­lo­sze!

— Ro­zu­miem, do­stał­bym ni­by po mor­dzie, ale że ja­śnie pan ma hu­mor, to już nie do­sta­nę — szep­tał do­bro­dusz­nie, ścią­ga­jąc mu ka­lo­sze.

— No, to niech Fran­ci­szek na­pi­je się wód­ki i niech pa­mię­ta — po­wie­dział za­do­wo­lo­ny, da­jąc mu dzie­siąt­kę i wszedł do po­ko­ju.

— Par­szy­wiec ścier­wo! Bił­by pol­ski na­ród — splu­nął za nim.

Mo­ryc wszedł do wiel­kie­go po­ko­ju, w któ­rym już by­ło z dzie­sięć osób, sie­dzą­cych do­ko­ła wiel­kie­go sto­łu, po­kry­te­go ta­le­rza­mi, po skoń­czo­nym do­pie­ro obie­dzie.

Przy­wi­tał się ze wszyst­ki­mi w mil­cze­niu i usiadł w ro­gu, na czer­wo­nej ka­nap­ce, nad któ­rą roz­ta­cza­ła cień wiel­ka wa­chla­rzo­wa­ta pal­ma.

— Po co się sprze­czać, moż­na wszyst­ko spo­koj­nie ob­ga­dać — mó­wił po­wo­li sam Grün­span, cho­dząc po po­ko­ju w ak­sa­mit­nej jar­muł­ce na szpa­ko­wa­tych wło­sach.

Dłu­ga bro­da bra­mo­wa­ła mu twarz bia­łą, wy­pa­sio­ną, o ma­łych oczkach, któ­re wciąż z bły­ska­wicz­ną szyb­ko­ścią prze­ska­ki­wa­ły z przed­mio­tu na przed­miot.

Cy­ga­ro trzy­mał w ozdo­bio­nej sy­gne­tem rę­ce, po­cią­gał rzad­ko, wy­dy­mał wy­dat­ne, czer­wo­ne usta, po­wą­chał z uwa­gą.

— Fran­ci­szek — za­wo­łał do przed­po­ko­ju. — Niech mi Fran­ci­szek przy­nie­sie z mo­je­go ga­bi­ne­tu pu­deł­ko z cy­ga­ra­mi, to jest zu­peł­nie wil­got­ne. Ja to kła­dę na pie­cu, niech Fran­ci­szek uwa­ża, niech ono nie zgi­nie.

— Jak ma nie zgi­nąć, to nie zgi­nie — mruk­nął Fran­ci­szek.

— Co to za fest87? — za­py­tał Mo­ryc Fe­lik­sa Fisz­bi­na, któ­ry tak­że na­le­żał do ro­dzi­ny, a sie­dział te­raz na bie­gu­no­wym fo­te­lu, pusz­czał kłę­by dy­mu i ko­ły­sał się za­wzię­cie.

— Gross-fa­mi­lien-Ple­iten-fest — rzu­cił.

— Ja przy­szłam do oj­ca, że­by oj­ciec po­ra­dził, pro­si­łam wszyst­kich, że­by tak­że przy­szli, niech zo­ba­czą, niech mo­je­mu mę­żo­wi po­wie­dzą, kie­dy mnie słu­chać nie chce, że jak tak da­lej bę­dzie pro­wa­dzić in­te­res, to my wyj­dziem bez ni­cze­go — za­czę­ła ener­gicz­nie mło­da, przy­stoj­na, ele­ganc­ka bru­net­ka, w czar­nym ka­pe­lu­szu na gło­wie, naj­star­sza cór­ka Grün­spa­na.

— Ile ma­cie na Li­cha­cze­wa? — rzu­cił krót­ko mło­dy stu­dent uni­wer­sy­te­tu, o wy­dat­nym se­mic­kim no­sie i pra­wie czer­wo­nych wło­sach i za­ro­ście — za­czął gryźć ołó­wek.

— Pięt­na­ście ty­się­cy ru­bli.

— Gdzie są we­ksle? — za­py­tał sta­ry, ba­wiąc się zło­tym łań­cu­chem, któ­ry mu spa­dał na wiel­kim brzu­chu, ob­cią­gnię­tym w ak­sa­mit­ną ka­mi­zel­kę, spod któ­rej po­wie­wa­ły dwa bia­łe sznur­ki.

— Gdzie są we­ksle! Wszę­dzie są! Pła­ci­łem ni­mi u Gros­gli­ka, pła­ci­łem za to­war, pła­ci­łem ni­mi Ko­liń­skie­mu za ostat­nią ofi­cy­nę. Co tu du­żo ga­dać, tam­ten zro­bił kla­pę, wró­cą do mnie i za­pła­cić mu­si­my. Ja je ży­ro­wa­łem.

— Niech oj­ciec słu­cha! on tak cią­gle mó­wi. Co to jest? do cze­go to po­dob­ne? To jest han­del! to jest ku­piec! to jest fa­bry­kant po­rząd­ny, co mó­wi: „Wi­nie­nem, to za­pła­cę”. Tak mo­że mó­wić głu­pi chłop, co nie ro­zu­mie żad­nych in­te­re­sów! — krzy­cza­ła i łzy ża­lu, gnie­wu i obu­rze­nia błysz­cza­ły w jej wiel­kich, czar­no-oliw­ko­wych oczach.

— Ja się dzi­wię, Re­gi­no, ja się bar­dzo dzi­wię, że je­steś tak mą­drą, a tych pro­stych rze­czy, na któ­rych się opie­ra nie tyl­ko han­del, ale i ca­łe ży­cie, nie ro­zu­miesz...

— Ja ro­zu­miem, ja dwa ra­zy do­brze ro­zu­miem, tyl­ko nie mo­gę zro­zu­mieć, dla­cze­go ty, Al­bert, chcesz pła­cić te pięt­na­ście ty­się­cy ru­bli.

— Bom wi­nien — szep­nął, po­chy­la­jąc na pier­si bla­dą, zmę­czo­ną twarz i ja­kiś iro­nicz­no-smut­ny uśmiech prze­wi­nął mu się przez wą­skie usta.

— On cią­gle swo­je! Tyś brał to­war su­ro­wy na kre­dyt, to wi­nien, do­brze; ale tyś da­wał to­war tak­że na kre­dyt i to­bie są win­ni, a jak oni ci nie pła­cą, jak oni ro­bią plaj­tę, to co ty masz ro­bić? to ty po­wi­nie­neś pła­cić, co? To ty masz stra­cić dla­te­go, że Frum­kin chce za­ro­bić, co? — krzy­cza­ła roz­czer­wie­nio­na.

— Nie­do­łę­ga!

— Wiel­ki ku­piec, aj! aj!

— Ty po­wi­nie­neś się uło­żyć, ty po­wi­nie­neś za­ro­bić na tym pięć­dzie­siąt pro­cent.

— Re­gi­na ma ra­cję!

— Ty się nie baw w głu­pie uczci­wo­ści, bo tu o gru­by grosz idzie.

Krzy­cze­li wszy­scy, wy­cią­ga­jąc ku nie­mu rę­ce i twa­rze roz­ognio­ne.

— Ci­cho Ży­dy! — rzu­cił nie­dba­le Fe­luś Fisz­bin ko­ły­sząc się na fo­te­lu.

— Pła­cić! pła­cić! to i głu­pi po­tra­fi, każ­dy Po­lak to sa­mo umie, to wiel­ka sztu­ka!

— Ależ po­ro­zu­miej­my się, pań­stwo! — krzy­czał, aby wszyst­kich za­głu­szyć, Zyg­munt Grün­span, syn, stu­dent uni­wer­sy­te­tu, dzwo­nił no­żem w szklan­kę, roz­piął mun­dur na pier­siach i ko­niecz­nie chciał głos za­brać, ale nikt go nie słu­chał, bo wszy­scy ga­da­li ra­zem i krzy­cze­li, tyl­ko sta­ry Grün­span cho­dził w mil­cze­niu i po­gar­dli­wie spo­glą­dał na zię­cia, któ­ry pod­parł się łok­cia­mi rzu­cał po­ro­zu­mie­wa­ją­ce spoj­rze­nia na Mo­ry­ca, ten zaś cze­kał do­syć nie­cier­pli­wie koń­ca roz­praw, przy­glą­dał się sta­re­mu i roz­my­ślał, czy mu za­pro­po­no­wać in­te­res, czy nie.

Miał ogrom­ną chęć, ale w mia­rę ocze­ki­wa­nia chłod­nął, re­flek­to­wał się i coś, jak­by pe­wien wstyd nie­wy­tłu­ma­czo­ny przej­mo­wał go, gdy so­bie przy­po­mi­nał Ka­ro­la i Bau­ma. A zresz­tą, nie miał od­wa­gi za­ufać Grün­spa­no­wi śle­dził je­go okrą­głą, chy­trą twarz i ma­łe oczki, bie­ga­ją­ce usta­wicz­nie; z ja­kimś wy­ra­zem tak­sa­cyj­nym oczy je­go krą­ży­ły po obec­nych, za­trzy­ma­ły się na ja­snych spodniach wy­cią­gnię­te­go w fo­te­lu Fisz­bi­na, zda­wa­ły się wa­żyć cię­żar zło­tej de­wiz­ki Al­ber­ta Gro­sma­na, któ­ry sie­dział te­raz z gło­wą po­chy­lo­ną, wpa­trzo­ny w su­fit, jak­by nie sły­sząc wrza­wy groź­nej, ja­ką pod­no­si­ła żo­na z po­mo­cą naj­bliż­szej fa­mi­lii, ze­bra­nej po to, aby mu nie po­zwo­lić pła­cić we­ksli, a zmu­sić nie­ja­ko do zro­bie­nia plaj­ty, ob­ma­cy­wa­ły gru­by pu­gi­la­res, w któ­rym cze­goś szu­kał go­rącz­ko­wo Lan­dau, sta­ry Żyd z du­żą ru­da­wą bro­dą, w je­dwab­nej czap­ce na gło­wie.

Nie, Mo­ryc miał co­raz mniej za­ufa­nia do nie­go.

— Sza, sza, pań­stwo. Na­pi­je­my się te­raz her­ba­ty — za­wo­łał Grün­span, gdy słu­żą­ca wnio­sła sa­mo­war szu­mią­cy.

— Po­pro­sić ja­śnie pa­nien­kę Me­lę! — rzu­cił wy­nio­śle do Fran­cisz­ka.

Przy­ci­szy­ło się tro­chę.

We­szła Me­la, kiw­nę­ła wszyst­kim gło­wą na przy­wi­ta­nie i za­ję­ła się roz­le­wa­niem her­ba­ty.

— Ja się z te­go wszyst­kie­go roz­cho­ru­ję jesz­cze, mnie już ser­ce bo­li, a tu ani chwi­li spo­ko­ju — szep­ta­ła Re­gi­na, wy­cie­ra­jąc so­bie za­pła­ka­ne oczy.

— I tak co rok jeź­dzisz do Osten­dy, bę­dziesz te­raz mia­ła przy­naj­mniej po co jeź­dzić.

— Gro­sman, ty tak nie ga­daj, to mo­je dziec­ko! — za­wo­łał ener­gicz­nie Grün­span.

— Tyś się ze mną nie wi­ta­ła, Me­la — szep­nął Mo­ryc, sia­da­jąc obok naj­młod­szej cór­ki fir­my Grün­span et Lands­ber­ger.

— Kła­nia­łam się wszyst­kim, nie wi­dzia­łeś? — szep­nę­ła, po­su­wa­jąc her­ba­tę Zyg­mun­to­wi.

— Wo­lał­bym, że­byś się ze mną osob­no przy­wi­ta­ła — mó­wił ci­cho, mie­sza­jąc her­ba­tę.

— Na cóż ci to? — pod­nio­sła na nie­go sza­ro­nie­bie­skie, smut­ne oczy i twarz bar­dzo ład­ną o nie­sły­cha­nie re­gu­lar­nych ry­sach.

— Na co? bo ja bym bar­dzo chciał, że­byś zwra­ca­ła na mnie uwa­gę; mnie zresz­tą ro­bi wiel­ką przy­jem­ność pa­trzeć na cie­bie i mó­wić z to­bą, Me­la.

Uśmiech prze­biegł po jej wy­pu­kłych, bar­dzo ład­nych ustach, po­dob­nych w ko­lo­rze do bla­dych, sy­cy­lij­skich ko­ra­li, nie ode­zwa­ła się jed­nak, roz­le­wa­jąc her­ba­tę na spodek, któ­ry wziął oj­ciec i pił z nie­go, nie prze­sta­jąc cho­dzić po po­ko­ju.

— Czy ja co śmiesz­ne­go po­wie­dzia­łem? — py­tał pod­chwy­ciw­szy ten uśmiech.

— Nie, przy­po­mnia­ło mi się tyl­ko, co mó­wi­ła pa­ni Ste­fa­nia dzi­siaj ra­no, po­dob­no wczo­raj w te­atrze mó­wi­łeś jej, że nie umiesz flir­to­wać z Ży­dów­ka­mi, że to ro­dzaj ko­biet, któ­ry na cie­bie nie dzia­ła. Mó­wi­łeś tak? — utkwi­ła w nim oczy.

— Mó­wi­łem, ale raz, że ja z to­bą nie flir­tu­ję, a po dru­gie, że ty wła­śnie nie masz w so­bie nic a nic ży­dow­skie­go. Sło­wo ho­no­ru da­ję! — do­rzu­cił pręd­ko, bo zno­wu ta­ki sam uśmiech prze­biegł jej po ustach.

— Czy­li, że je­stem w two­im ro­dza­ju. Dzię­ku­ję ci Mo­ryc za szcze­rość.

— Czy cię to gnie­wa, Me­la?

— Nie, jest mi to zu­peł­nie wszyst­ko jed­no — su­ro­wo za­brzmiał jej głos, aż zaj­rzał jej w oczy ze zdzi­wie­nia, ale nie zo­ba­czył w nich wy­tłu­ma­cze­nia, bo trzy­ma­ła utkwio­ne w spodku, do któ­re­go zno­wu do­le­wa­ła her­ba­ty.

— Po­ga­daj­my spo­koj­nie, za­wsze się moż­na po­ro­zu­mieć — za­czął zno­wu Zyg­munt, przy­cze­su­jąc ma­leń­kim grze­by­kiem czer­wo­ną jak miedź bro­dę.

— Co tu ga­dać, niech oj­ciec sam po­wie Al­ber­to­wi, że jak w ta­ki spo­sób po­pro­wa­dzi in­te­re­sy, to my za rok na­praw­dę zban­kru­to­wać mo­że­my. On mnie nie chce słu­chać, bo on ma swo­ją fi­lo­zo­fię, jak po­wia­da, niech mu oj­ciec po­wie, co on jest głu­pi, cho­ciaż on jest dok­tor fi­lo­zo­fii i che­mii, bo rzu­ca pie­nią­dze w bło­to.

— A mo­że jej oj­ciec po­wie, że­by się nie wtrą­ca­ła do in­te­re­sów, bo ich nie ro­zu­mie i że­by mnie swo­im krzy­kiem nie nu­dzi­ła, bo mo­że mi się to w koń­cu sprzy­krzyć.

— Na mo­ją do­broć, na mo­je do­bre ser­ce, to on tak ga­da, co!

— Ci­cho, Re­gi­na.

— Ja nie bę­dę ci­cho, bo tu­taj idzie o pie­nią­dze, o mo­je pie­nią­dze; ja go nu­dzę, ja mu się mo­gę sprzy­krzyć, ja­ki mi hra­bia łódz­ki, o jej! o jej! — wy­krzy­ki­wa­ła ze zło­ścią.

— Niech się uło­ży na pięć­dzie­siąt pro­cent — rzu­cił po­waż­nie Lan­dau.

— Na co się ukła­dać? Nic nie dać, my za swo­je pie­nią­dze nie do­sta­nie­my od Frum­ki­na ani gro­sza.

— Nie ro­zu­miesz, Re­gi­na. Po­każ­cie, Gro­sman, ak­ty­wa i pa­sy­wa — rzekł Zyg­munt, roz­pi­na­jąc mun­dur.

— Dać dwa­dzie­ścia pięć pro­cent naj­wy­żej — szep­nął sta­ry, dmu­cha­jąc w spodek.

— Jest lep­szy spo­sób — mó­wił pół­gło­sem Fisz­bin, roz­dmu­chu­jąc ogień w cy­ga­rze.

Nikt mu nie od­po­wie­dział, bo się wszy­scy dość po­śpiesz­nie po­chy­li­li nad sto­łem, nad kar­ta­mi, po­kry­ty­mi cy­fra­mi, któ­re po­śpiesz­nie su­mo­wał Zyg­munt.

— Pięć­dzie­siąt ty­się­cy ru­bli wi­nien! — za­wo­łał.

— Ile ma? — za­py­tał cie­ka­wie Mo­ryc, wsta­jąc, bo Me­la wy­szła z po­ko­ju.

— To się po­ka­że póź­niej, na ile pro­cen­tów się uło­ży.

— To jest in­te­res do zro­bie­nia.

— Pie­nią­dze jak­by by­ły w kie­sze­ni.

— Re­gi­na, nie po­trze­bu­jesz się mar­twić?

— Więc chce­cie, abym plaj­tę zro­bił? Nie my­ślę oszu­ki­wać lu­dzi! — po­wie­dział Gro­sman sta­now­czo, wsta­jąc od sto­łu.

— Ty mu­sisz się uło­żyć, bo ina­czej ja wy­co­fu­ję swój po­sag z in­te­re­su i bio­rę roz­wód; co ja mam żyć z ta­kim hra­bią, co ja mam się mar­twić.

— Ci­cho, Re­gi­na, Gro­sman się uło­ży na dwa­dzie­ścia pięć pro­cent, bądź spo­koj­ną, ja w tym je­stem, sam prze­pro­wa­dzę ten in­te­res — po­cie­szał ją sta­ry Grün­span.

— Al­bert ma ma­łe ro­bacz­ki w gło­wie, jak się to na­zy­wa, Mo­ryc? — za­py­tał Fisz­bin.

— Kieł­bie we łbie — rzu­cił pręd­ko i znie­cier­pli­wio­ny miał ocho­tę iść do Me­li.

— Chcesz po­sag — weź; chcesz roz­wo­du — dam ci go; chcesz te pie­nią­dze, któ­re ja mam jesz­cze — za­bierz; mnie już ży­cie zbrzy­dło w tym pie­kle łaj­dac­kim. Ja z to­bą, Re­gi­na, ni­g­dy do ła­du nie doj­dę; nie by­ło dzie­ci, to mi wciąż ga­da­ła, że jej wstyd się po­ka­zać na uli­cę, ma ich te­raz czwo­ro, to zno­wu nie­za­do­wo­lo­na.

— Al­bert, nie ga­daj!

— Sza! sza! to są wa­sze in­te­re­sy! — za­krzyk­nął Griin­span, pręd­ko sta­wia­jąc spodek na sto­le.

— Ona ni­g­dy i z ni­cze­go nie by­ła za­do­wo­lo­ną, ona się cią­gle kłó­ci ze mną.

— Ja się nie mam kłó­cić! ja się nie mam o co kłó­cić, jak mi ka­że jeź­dzić ty­mi zde­chły­mi koń­mi, z któ­rych się wszy­scy śmie­ją.

— Do­bre są i ta­kie, bo­gat­sze od cie­bie cho­dzą pie­szo.

— Ale ja chcę jeź­dzić, mnie stać na po­rząd­ne ko­nie.

— To so­bie kup, mnie nie stać na in­ne ko­nie!

— Ci­cho Ży­dy! — za­wo­łał Fe­luś, zno­wu ko­ły­sząc się w fo­te­lu.

— On zgłu­piał do resz­ty, to po­trze­ba mieć pie­nią­dze, że­by ku­po­wać! to po­trze­ba mieć za co, że­by ku­pić, co po­trze­ba? To Wulff pew­nie co ma, kie­dy sta­wia fa­bry­kę, to Bern­ste­in du­żo ma, kie­dy za ca­łe sto ty­się­cy me­blu­je so­bie dom? — wy­krzy­ki­wa­ła, wo­dząc zdu­mio­nym wzro­kiem po ro­dzi­nie.

Al­bert od­wró­cił się do nich ple­ca­mi i pa­trzył w okno.

Kłót­nia za­wrza­ła na no­wo i pod­no­si­ła się do mak­si­mum, krzy­cze­li wszy­scy ra­zem, po­chy­la­li się nad sto­łem, bi­li w nie­go pię­ścia­mi, wy­dzie­ra­li so­bie z rąk pa­pie­ry, kre­śląc na ce­ra­cie co­raz no­we cy­fry, rzu­ca­li co­raz ohyd­niej­sze pro­jek­ty i spo­so­by plaj­ty, wy­my­śla­li so­bie na­wza­jem, zry­wa­li się od sto­łu, sia­da­li zno­wu i krzy­cze­li; a wszyst­kim bro­dy, twa­rze, usta i wą­sy trzę­sły się i drga­ły, po­rwa­ne ty­mi cy­fra­mi, ja­kie moż­na by­ło za­ro­bić, roz­wście­cze­ni na te­go głup­ca, któ­ry stał od­wró­co­ny ple­ca­mi i ani chciał słu­chać o plaj­cie.

Na­wet sta­ry wy­szedł ze swe­go po­ko­ju i gło­śno do­wo­dził; Re­gi­na, zmę­czo­na wzru­sze­niem, sia­dła w fo­te­lu i pła­ka­ła spa­zma­tycz­nie; Lan­dau od­rzu­cił ce­ra­tę i ka­wał­kiem kre­dy pi­sał cy­fry na sto­le, rzu­ca­jąc od cza­su do cza­su ja­kie sło­wo po­waż­ne, a Zyg­munt Grün­span, roz­czer­wie­nio­ny, spo­co­ny, darł się naj­gło­śniej, wo­łał, że­by się po­ro­zu­mie­li i spraw­dzał ko­lum­ny cyfr w wiel­kiej książ­ce fa­brycz­nej, ja­ką mu przy­nio­sła Re­gi­na.

Tyl­ko Mo­ryc nie brał udzia­łu w krzy­kach, sie­dział pod pal­mą obok Fisz­bi­na, któ­ry, wy­cią­gnię­ty na fo­te­lu, bu­jał się, pa­lił cy­ga­ro i od cza­su do cza­su wo­łał:

— Ci­cho, Ży­dy!

— To nie jest wca­le we­so­ła ope­ret­ka — po­wie­dział znu­żo­ny Mo­ryc i za­nie­chaw­szy już zu­peł­nie in­te­re­su z Grün­spa­nem, po­szedł w głąb miesz­ka­nia szu­kać Me­li.

Za­stał ją u bab­ki, któ­rą ca­ła ro­dzi­na ota­cza­ła nad­zwy­czaj­ną czcią i opie­ką.

Bab­ka sie­dzia­ła w fo­te­lu na kół­kach, przy oknie. By­ła to bli­sko stu­let­nia sta­rusz­ka, spa­ra­li­żo­wa­na i zu­peł­nie zdzie­cin­nia­ła; twarz mia­ła tak ze­schnię­tą i po­ścią­ga­ną w fał­dy, że wszel­ki wy­raz znikł zu­peł­nie — wi­siał tyl­ko ka­wał żół­to-sza­rej skó­ry po­fał­do­wa­nej, z któ­rej świe­ci­ły czar­ne, bez po­ły­sku, ni­by szkla­ne pa­cior­ki, oczy. Na gło­wie mia­ła czar­ną pe­ru­kę, ubra­ną w ro­dzaj czep­ka z ak­sa­mi­tów ko­lo­ro­wych i ko­ro­nek, ja­kie no­szą Ży­dów­ki po ma­łych mia­stecz­kach.

Me­la ły­żecz­ką dzie­cin­ną wle­wa­ła w za­pa­dłe usta bu­lion; bab­ka ni­by ry­ba otwie­ra­ła i skła­da­ła usta...

Ukło­nił się jej — prze­sta­ła jeść, po­pa­trzy­ła na nie­go mar­two i za­py­ta­ła gło­sem głu­chym, jak­by po­cho­dził spod zie­mi:

— Kto to, Me­la?

Nie po­zna­wa­ła już ni­ko­go, prócz naj­bliż­szych.

— Mo­ryc Welt, brat mo­jej mat­ki, Welt — po­wtó­rzy­ła z na­ci­skiem.

— Welt, Welt! — meł­ła w bez­zęb­nych szczę­kach i otwo­rzy­ła sze­ro­ko usta do bu­lio­nu, któ­ry zno­wu po­da­wa­ła Me­la.

— Kłó­cą się jesz­cze?

— Sąd­ny dzień się zro­bił.

— Bied­ny ten Al­bert.

— Ża­łu­jesz go?

— Jak­że, nie po­zwa­la mu być czło­wie­kiem wła­sna na­wet żo­na i ro­dzi­na. Re­gi­na mnie wprost prze­ra­ża swo­im han­dlar­stwem — wes­tchnę­ła smut­nie.

— Po­wi­nien być do­brym fa­bry­kan­tem. On tro­chę cho­ry na ide­alizm, ale po pierw­szej plaj­cie, niech tyl­ko na niej do­brze za­ro­bi, to się wy­le­czy.

— Ja nie ro­zu­miem ani oj­ca, ani wu­jów, ani cie­bie, ani Ło­dzi. We mnie się wszyst­ko bu­rzy, pa­trząc na to, co się tu­taj dzie­je.

— Cóż się dzie­je? do­brze się dzie­je, ro­bią się pie­nią­dze i ba­sta.

— Ale jak, ja­ki­mi spo­so­ba­mi!

— To wszyst­ko jed­no; spo­sób do­sta­nia ru­bla nie zmniej­sza je­go war­to­ści.

— Je­steś cy­nik — szep­nę­ła jak­by z wy­rzu­tem.

— Je­stem tyl­ko czło­wiek, któ­ry nie wsty­dzi się na­zy­wać rze­czy po imie­niu.

— Daj­my po­kój, je­stem tak zde­ner­wo­wa­ną, że brak mi sił na­wet do kłót­ni.

Skoń­czy­ła kar­mie­nie bab­ki, po­pra­wi­ła po­dusz­ki, ja­ki­mi by­ła ob­ło­żo­na i po­ca­ło­wa­ła ją w rę­kę.

Sta­ra przy­trzy­ma­ła ją lek­ko, po­gła­ska­ła wy­schnię­ty­mi ni­by u szkie­le­tu pal­ca­mi po twa­rzy i za­py­ta­ła zno­wu tak sa­mo, pa­trząc na Mo­ry­ca.

— Kto to? Me­la.

— Welt, Welt! Chodź Mo­ryc na chwi­lę do mnie, je­śli masz czas.

— Me­la, ja prze­cież dla cie­bie miał­bym za­wsze czas, je­śli­byś tyl­ko ze­chcia­ła.

— Welt, Welt! — po­wta­rza­ła sta­ra głu­cho, otwo­rzy­ła usta i za­pa­trzy­ła się mar­twym wzro­kiem w okno, za któ­rym wid­nia­ły mu­ry fa­bry­ki.

— Mo­ryc, ja cię już pro­si­łam, nie kom­ple­men­tuj mnie.

— Ty mi wierz, Me­la, mó­wię szcze­rze, sło­wo uczci­we­go czło­wie­ka, że jak je­stem z to­bą, jak cię sły­szę, jak pa­trzę na cie­bie, to mu­szę nie tyl­ko mó­wić ina­czej, niż do in­nych ko­biet, ale za­czy­nam czuć i my­śleć ina­czej. Ty masz w so­bie ta­ką dziw­ną mięk­kość, ty je­steś na­praw­dę ko­bie­tą. Me­la, tu ta­kich ma­ło w Ło­dzi — mó­wił po­waż­nie, prze­cho­dząc za nią do jej po­ko­ju.

— Od­pro­wa­dzisz mnie do Ró­ży? — za­py­ta­ła, nic mu nie od­po­wie­dziaw­szy.

— Je­śli­byś nie chcia­ła, pro­sił­bym cię o to.

Opar­ła czo­ło na szy­bie i pa­trza­ła na wró­ble, któ­re roz­sza­la­łe tym pierw­szym pra­wie wio­sen­nym dniem mar­co­wym, go­ni­ły się i bi­ły po ogro­dzie.

— O czym my­ślisz? — za­py­tał po chwi­li ci­cho.

— O Al­ber­cie, czy zro­bi tak, jak po­sta­no­wił, czy też tak, jak oni chcą.

— Tak, z pew­no­ścią ogło­si upa­dłość i uło­ży się z wie­rzy­cie­la­mi.

— Nie, ja go znam i je­stem te­go pew­na, że za­pła­ci.

— Za­ło­żę się z to­bą, że bę­dzie się ukła­dał.

— A ja bym nie wiem, co da­ła, że nie zro­bi.

— Me­la, Gro­sman ma swo­je fi­lo­zo­ficz­ne bzi­ki, ma, ale po­za tym on jest mą­dry czło­wiek, mo­gę po­sta­wić ca­ły swój ma­ją­tek, że wię­cej nie za­pła­ci, jak dwa­dzie­ścia pięć pro­cent.

— A ja bym bar­dzo, bar­dzo pra­gnę­ła, że­by by­ło ina­czej.

— Przy­szło mi na myśl, żeś ty po­win­na by­ła wyjść za nie­go. Me­la, do­bra­li­by­ście się, nie mie­li­by­ście co jeść, ale by­li­by­ście tak uczci­wi, że po­ka­zy­wa­li­by was w pa­nop­ti­kum.

— Lu­bię go, ale za nie­go nie wy­szła­bym, to nie mój typ.

— Któż jest w two­im ty­pie?

— Szu­kaj i zga­duj! — uśmiech­nę­ła się zno­wu tym bla­dym, sub­tel­nym uśmie­chem.

— Bo­ro­wiec­ki, tak, z pew­no­ścią, w nim się wszyst­kie ko­bie­ty łódz­kie ko­cha­ją.

— Nie, nie; wy­dał mi się oschłym, dum­nym i ka­rie­ro­wi­czem, nie, za bar­dzo zresz­tą po­dob­ny do was wszyst­kich.

— Oskar Mey­er, ba­ron, mi­lio­ner i pięk­ny, wpraw­dzie ta­ki ba­ron z me­klem­bur­skiej ra­sy, ale za to mi­lio­ner naj­pra­wo­wit­szy.

— Wi­dzia­łam go raz i wy­dał mi się pa­rob­kiem prze­bra­nym. To mu­si być okrop­ny czło­wiek, sły­sza­łam o nim du­żo!

— To jest dzi­ki i wście­kły czło­wiek, to jest praw­dzi­we pru­skie by­dlę! — mó­wił z nie­na­wi­ścią.

— Aż tak? Za­czy­na być in­te­re­su­ją­cym.

— Daj spo­kój o tym cha­mie. A mo­że Ber­nard En­del­man po­do­ba ci się?

— Ży­dziak! — szep­nę­ła po­gar­dli­wie.

— A, ja­kiż ze mnie nie­do­myśl­ny. Prze­cież tyś się wy­cho­wy­wa­ła w War­sza­wie, ży­łaś tam w pol­skich sfe­rach i prze­szłaś przez wszyst­kie war­szaw­skie kół­ka i sa­lo­ni­ki, to jak­że mo­gą po­do­bać ci się Ży­dzi lub łódz­cy lu­dzie! — wo­łał iro­nicz­nie. — Przy­wy­kłaś do stu­den­tów roz­czo­chra­nych, do tej de­kla­mu­ją­cej ra­dy­ka­lii, ocze­ku­ją­cej na spa­dek i na sy­ne­ku­ry biu­ro­we, do tej wy­kwint­nej at­mos­fe­ry bla­gi i wspól­ne­go obe­łgi­wa­nia się na wznio­sły, szla­chet­ny spo­sób. Ha, ha, ha, ja to prze­cho­dzi­łem i ile ra­zy so­bie wspo­mnę tam­te cza­sy i tam­tych lu­dzi umie­ram ze śmie­chu.

— Daj spo­kój, Mo­ryc. Mó­wisz z go­ry­czą, więc nie bez stron­no­ści, nie chcę słu­chać — wo­ła­ła pręd­ko, do­tknię­ta bar­dzo, bo istot­nie ca­łym ser­cem jesz­cze ży­ła w tam­tej sfe­rze, po­mi­mo że od dwóch lat już miesz­ka­ła przy oj­cu w Ło­dzi.

Wy­szła i uka­za­ła się po chwi­li już ubra­na do wyj­ścia.

Za­raz też wy­szli.

Otwar­ty po­wo­zik bar­dzo ele­ganc­ki, cze­kał przed bra­mą.

— Do­jedź tyl­ko do No­we­go Ryn­ku, tam nie ma ta­kie­go bło­ta, to pój­dę pie­szo.

Ko­nie ru­szy­ły ostro.

— A swo­ją dro­gą, ty mnie dzi­wisz, Me­la.

— Czym?

— Tym wła­śnie, że je­steś ta­ką — nie Ży­dów­ką. Ja znam na­sze ko­bie­ty do­brze, ja je umiem ce­nić i ce­nię, ale je znam, one nie bio­rą ta­kich róż­nych książ­ko­wych rze­czy na se­rio, jak ty je bie­rzesz. Znasz Adę Wa­se­reng? ona tak sa­mo ży­ła w War­sza­wie i w tych sa­mych sfe­rach, co ty, tak sa­mo się za­pa­la­ła do wszyst­kie­go, tak sa­mo by­ła czyn­ną we wszyst­kim, tak sa­mo ze mną kłó­ci­ła się o rów­ność, o wol­ność, o cno­tę, o ide­ały.

— Ja się z to­bą nie kłó­cę o to wszyst­ko — prze­rwa­ła mu pręd­ko.

— Praw­da, ale po­zwól mi skoń­czyć; otóż by­ła naj­ide­al­niej­szą ide­alist­ką, ale jak wy­szła za swo­je­go Ro­sen­blat­ta, to o wszyst­kich głup­stwach za­po­mnia­ła, ide­alizm to nie by­ła jej spe­cjal­ność.

— To­bie się to po­do­ba?

— Mnie się to wła­śnie po­do­ba, bo jak mia­ła czas, to się ba­wi­ła w po­ezje, dla­cze­go nie mia­ła się ba­wić, to do­brze jest wi­dzia­ne w pol­skich do­mach, na­da­je pe­wien mod­ny ton, no i nie jest tak nud­ne, jak cho­dze­nie po te­atrach i ba­lach.

— Więc je­steś prze­ko­na­ny, że to tyl­ko dla za­ba­wy?

— Do Po­lek, ani do cie­bie te­go nie sto­su­ję, to in­ny ga­tu­nek, ale do Ży­dó­wek — tak, wiem z pew­no­ścią. Po­myśl tyl­ko, co je to wszyst­ko mo­że ob­cho­dzić? Me­la, ja je­stem Żyd, ja się te­go ni­g­dy i ni­g­dzie nie wsty­dzi­łem, ani nie wy­pie­ra­łem, co za in­te­res się wy­pie­rać! Mnie tak sa­mo nic nie ob­cho­dzi po­za mo­im wła­snym in­te­re­sem, jak na­szych wszyst­kich, bo ja te­go nie mam wprost we krwi. Masz, ta­ki Bo­ro­wiec­ki, to jest dziw­ny czło­wiek, to jest mój ko­le­ga z gim­na­zjum w War­sza­wie, mój ko­le­ga z Ry­gi, mój przy­ja­ciel, my ra­zem miesz­ka­my ty­le lat, mnie się zda­wa­ło, że go znam, że to nasz czło­wiek. On ma ostre pa­zu­ry, on jest zu­peł­nie czło­wiek łódz­ki, on lep­szy ma­cher niż ja, a on cza­sem zro­bi coś ta­kie­go, cze­go ja nie ro­zu­miem, cze­go ża­den z na­szych nie zro­bi; on jest Lo­dzer­mensch, a on po­mi­mo to ma róż­ne ta­kie bzi­ki ide­owe, uto­pij­ne ma­rze­nia, dla któ­rych go­tów jest dać ru­bla, jak ma dwa przy so­bie, a dla któ­rych ja bym dał dzie­siąt­kę, jak­by się już nie moż­na wy­krę­cić, ja...

— Do cze­go pro­wa­dzisz? — prze­rwa­ła mu zno­wu, do­ty­ka­jąc pa­ra­sol­ką stan­gre­ta, że­by przy­sta­nął.

— Że ty masz wła­śnie w so­bie coś ta­kie­go, co ma­ją oni, Po­la­cy.

— Czy to cza­sem nie na­zy­wa się du­szą — po­wie­dzia­ła we­so­ło, wy­ska­ku­jąc na tro­tu­ar.

— To za du­ży sze­mat.

— Pój­dzie­my Śred­nią, chcę się przejść tro­chę.

— Naj­bli­żej bę­dzie dojść do Wi­dzew­skiej, a stam­tąd do Ce­giel­nia­nej.

— Wy­bie­rasz krót­sze, że­by pręd­ko od­być pańsz­czy­znę.

— Wiesz prze­cie, Me­la, że ja z wiel­ką przy­jem­no­ścią ci to­wa­rzy­szę.

— Czy dla­te­go, że tak cier­pli­wie słu­cham?

— Tak, a i dla­te­go, że je­steś bar­dzo ład­na z tą iro­nią na ustach, bar­dzo ład­na.

— Kom­ple­ment twój jest mniej pięk­ny, bo tak en gros88 po­da­ny.

— Lu­bisz war­szaw­skie en de­ta­ile89, a na krót­kie ter­mi­ny i z do­brem ży­rem.

— Wy­star­czy do­bre wy­cho­wa­nie i uczci­wość.

— Ale po­mi­mo to nie za­szko­dzi się ob­wa­ro­wać in­ter­cy­zą — rzu­cił iro­nicz­nie, wci­ska­jąc bi­no­kle.

— A, tuś do­pro­wa­dził! — szep­nę­ła nie­za­do­wo­lo­na.

— Chcia­łaś!

— Chcia­łam, że­byś mnie po­pro­wa­dził do Ró­ży przede wszyst­kim — pod­kre­śli­ła zda­nie.

— Ja bym cię wszę­dzie do­pro­wa­dził, gdy­byś ze­chcia­ła! — za­wo­łał, po­kry­wa­jąc pew­ne dziw­ne wzru­sze­nie, ja­kie nim owład­nę­ło, ostrym śmie­chem.

— Dzię­ku­ję ci, Mo­ryc, ale tam to mnie już kto in­ny do­pro­wa­dzi — od­po­wie­dzia­ła do­syć ostro, za­mil­kła i pa­trzy­ła smut­nie w uli­cę strasz­nie błot­ni­stą, po brud­nych do­mach i twa­rzach licz­nych prze­chod­niów.

Mo­ryc tak­że mil­czał, bo był zły na sie­bie, a wię­cej jesz­cze na nią. Po­trą­cał z gnie­wu prze­chod­niów, za­ci­skał bi­no­kle i rzu­cał nie­chęt­ne spoj­rze­nia na jej bla­dą twarz, z iro­nią chwy­tał spoj­rze­nia współ­czu­ją­ce, ja­ki­mi ob­rzu­ca­ła gro­ma­dy obe­rwa­nych, wy­nędz­nia­łych dzie­ci, ba­wią­cych się po bra­mach i tro­tu­arach. Ro­zu­miał ją nie­co i dla­te­go wy­da­ła mu się bar­dzo na­iw­ną, bar­dzo.

Iry­to­wa­ła go swo­im głu­pim, pol­skim ide­ali­zmem, jak w my­śli okre­ślał jej cha­rak­ter, a rów­no­cze­śnie po­cią­ga­ła je­go twar­dą, su­chą du­szę tą odro­bi­ną uczu­cia i tą ja­kąś dziw­ną po­ezją wdzię­ku i do­bro­ci, ja­ka wy­dzie­ra­ła się z jej bla­dej twa­rzy, ze spoj­rzeń za­du­ma­nych, z ca­łej po­sta­ci wy­smu­kłej i bar­dzo har­mo­nij­nie roz­wi­nię­tej.

— Znu­dzi­łam cię, żeś za­milkł? — szep­nę­ła po pew­nym cza­sie.

— Ba­łem się prze­ry­wać mil­cze­nie, mo­głaś my­śleć wte­dy o na­der wiel­kich rze­czach.

— Bądź pew­nym, że o da­le­ko więk­szych, niź­li two­ja iro­nia mo­że do­się­gnąć.

— Rów­no­cze­śnie zro­bi­łaś, Me­la, dwa in­te­re­sy, mnie da­łaś szczut­ka90 i sa­ma się po­chwa­li­łaś.

— A chcia­łam tyl­ko jed­no — po­wie­dzia­ła z uśmie­chem.

— Mnie ude­rzyć, praw­da?

— Tak i zro­bi­łam to z przy­jem­no­ścią.

— Ty mnie bar­dzo nie lu­bisz, Me­la? — py­tał tro­chę do­tknię­ty.

— Nie, Mo­ryc — krę­ci­ła gło­wą i uśmie­cha­ła się zło­śli­wie.

— Ale mnie i nie ko­chasz?

— Nie, Mo­ryc.

— My ro­bi­my ład­ny ka­wa­łek flir­tu — po­wie­dział, zi­ry­to­wa­ny to­nem jej od­po­wie­dzi.

— Po­mię­dzy ku­zy­na­mi po­win­no to ucho­dzić, bo do ni­cze­go nie obo­wią­zu­je.

Przy­sta­nę­ła, aby dać kil­ka gro­szy ja­kiejś ko­bie­cie okrę­co­nej w łach­ma­ny, sto­ją­cej pod par­ka­nem z dziec­kiem na rę­ku i gło­śno że­brzą­cej.

Mo­ryc spoj­rzał drwią­co, ale sam pręd­ko wy­do­był ja­kiś pie­niądz i dał.

— I ty da­jesz bied­nym? — zdzi­wi­ła się

— Po­zwo­li­łem so­bie na ta­ką mi­ło­sier­ną ope­ra­cję, bo mia­łem aku­rat fał­szy­wą zło­tów­kę — za­czął się śmiać ser­decz­nie z jej obu­rze­nia.

— Ty się z cy­ni­zmu już nie wy­le­czysz! — szep­nę­ła, przy­śpie­sza­jąc nie­co kro­ku.

— Mam jesz­cze czas i że­bym miał jesz­cze spo­sob­ność i ta­kie­go, jak ty, dok­to­ra...

— Do wi­dze­nia, Mo­ryc.

— Szko­da, że już.

— Ja nie ża­łu­ję zu­peł­nie. Bę­dziesz dzi­siaj w ko­lo­nii?

— Nie wiem, po­nie­waż w no­cy wy­jeż­dżam z Ło­dzi.

— Wstąp, kła­niaj się pa­niom ode mnie i po­wiedz pa­ni Ste­fa­nii, że bę­dę u niej w skle­pie ju­tro przed po­łu­dniem.

— A do­brze, ale za to ty kła­niaj się ode mnie pan­nie Ró­zi i po­wiedz Mül­le­ro­wi tak­że ode mnie, że jest bła­zen.

Uści­snę­li so­bie rę­ce i ro­ze­szli się.

Mo­ryc obej­rzał się za nią, gdy już wcho­dzi­ła do bra­my pa­ła­cu Men­del­soh­nów i szedł do mia­sta.

Słoń­ce już przy­ga­sa­ło i zsu­wa­ło się za mia­sto, roz­kr­wa­wia­jąc ty­sią­ce szyb łu­na­mi za­cho­du. Mia­sto ci­chło i przy­płasz­cza­ło się w mro­kach wie­czo­ru; ty­sią­ce do­mów i da­chów zle­wa­ło się co­raz bar­dziej w jed­ną sza­rą, ol­brzy­mią, za­gma­twa­ną ma­sę, po­cię­tą ka­na­ła­mi ulic, w któ­rych za­czy­na­ły się pa­lić nie­skoń­czo­ne li­nie świa­teł ga­zo­wych, tyl­ko ko­mi­ny fa­bryk, co ni­by las po­tęż­nych pni czer­wo­nych, wzno­si­ły się nad mia­stem i zda­wa­ły się drgać i ko­ły­sać na ja­snym tle nie­ba, pło­nę­ły jesz­cze zo­rza­mi za­cho­du.

— Wa­riat­ka! Ja bym się z nią oże­nił „Grün­span, Lands­ber­ger i Welt”, by­ła­by so­lid­na spół­ka; trze­ba o tym po­my­śleć — szep­nął Mo­ryc, uśmie­cha­jąc się do te­go in­te­re­su.



VII

— Co się sta­ło Mo­ry­co­wi dzi­siaj? — my­śla­ła Me­la, wcho­dząc do wiel­kie­go, dwu­pię­tro­we­go do­mu na­roż­ne­go, na­zwa­ne­go po­spo­li­cie pa­ła­cem Szai. — Praw­da, prze­cież ja mam pięć­dzie­siąt ty­się­cy ru­bli po­sa­gu, mu­si być w złych in­te­re­sach i stąd ta gwał­tow­na czu­łość.

Nie mo­gła już my­śleć wię­cej, bo wy­bie­gła na­prze­ciw niej do przed­po­ko­ju jej naj­ser­decz­niej­sza przy­ja­ciół­ka, Ró­ża Men­del­sohn, nie­znacz­nie uty­ka­jąc na pra­wą no­gę.

— Mia­łam już po­słać po cie­bie po­wóz, bo nie mo­głam się do­cze­kać.

— Od­pro­wa­dził mnie Mo­ryc Welt, szli­śmy wol­no, pra­wił mi kom­ple­men­ta, no i tam da­lej.

— Ży­dziak — rzu­ci­ła po­gar­dli­wie Ró­ża, roz­bie­ra­jąc ją i ci­ska­jąc lo­ka­jo­wi ka­pe­lusz, rę­ka­wicz­ki, wo­al­kę, okry­cie, w mia­rę, jak zdej­mo­wa­ła to z Me­li.

— Prze­sy­ła ci ukło­ny bar­dzo uni­żo­ne.

— Głu­pi! My­śli, że go po­znam na uli­cy, jak mi się bę­dzie kła­niał.

— Nie lu­bisz go? — py­ta­ła, przy­gła­dza­jąc po­wi­chrzo­ne wło­sy przed wiel­kim zwier­cia­dłem, sto­ją­cym po­mię­dzy dwie­ma ol­brzy­mi­mi sztucz­ny­mi pal­ma­mi, w ja­kie ca­ły przed­po­kój był ozdo­bio­ny.

— Nie cier­pię, bo oj­ciec chwa­lił go któ­re­goś dnia przed Fab­ciem, a zresz­tą i Will go nie cier­pi. Pięk­na la­la!

— Wil­helm jest?

— Są wszy­scy i wszy­scy się nu­dzą, ocze­ku­jąc na cie­bie.

— A Wy­soc­ki? — za­py­ta­ła ci­szej i tro­chę nie­pew­nie.

— Jest i przy­się­ga, że mył się ca­ły przed sa­mą wi­zy­tą. Sły­szysz, ca­ły.

— Prze­cież nie bę­dzie­my spraw­dzać...

— Mu­si­my wie­rzyć na sło­wo — przy­gry­zła usta.

Uję­ły się pod rę­ce i szły przez sze­reg po­ko­jów, za­la­nych mro­kiem nad­cho­dzą­ce­go wie­czo­ru, ume­blo­wa­nych z nad­zwy­czaj­nym prze­py­chem.

— Co ro­bisz, Ró­ża?

— Nu­dzę się i uda­ję przed go­ść­mi, że mnie ba­wią, a ty?

— Nic nie uda­ję przed ni­kim i tak­że się nu­dzę.

— Okrop­ne ży­cie! — szep­nę­ła Ró­ża z wes­tchnie­niem. — I do­kąd się to ma cią­gnąć?

— Ty wiesz naj­le­piej do­kąd, do śmier­ci chy­ba.

— Ach, co ja bym da­ła, że­bym się mo­gła za­ko­chać, co ja bym da­ła.

— Sie­bie i mi­lio­ny w do­dat­ku.

— Chcia­łaś po­wie­dzieć: mi­lio­ny i sie­bie w do­dat­ku — po­wie­dzia­ła cierp­ko a drwią­co.

— Ró­ża! — szep­nę­ła Me­la z wy­rzu­tem.

— No, ci­cho, ci­cho! — uca­ło­wa­ła ją ser­decz­nie. We­szły do nie­wiel­kie­go po­ko­ju, zu­peł­nie czar­ne­go, bo me­ble, obi­cia ścian, por­tie­ry, wszyst­ko by­ło po­kry­te czar­nym plu­szem lub czar­ną, ma­to­wą far­bą.

Po­kój ro­bił wra­że­nie ka­pli­cy przed­po­grze­bo­wej.

Dwóch, zu­peł­nie na­gich, prze­gię­tych w tył ol­brzy­mów, z ciem­ne­go brą­zu, uno­si­ło w her­ku­le­so­wych rę­kach, nad gło­wą wiel­kie ga­łę­zie dzi­wacz­nie po­skrę­ca­nych stor­czy­ków, o krysz­ta­ło­wych bia­łych kwiat­kach, z któ­rych mży­ło na po­kój elek­trycz­ne świa­tło.

Na czar­nych ka­nap­kach i fo­te­li­kach ni­skich sie­dzia­ło kil­ka osób w mil­cze­niu i w naj­swo­bod­niej­szych po­zach, a na­wet je­den z męż­czyzn le­żał na dy­wa­nie, po­kry­wa­ją­cym ca­łą po­sadz­kę; dy­wan był tak­że czar­ny, miał tyl­ko w środ­ku wy­ha­fto­wa­ny ol­brzy­mi bu­kiet czer­wo­nych stor­czy­ków, któ­re, ni­by po­twor­ne, dzi­wacz­ne, po­wy­gi­na­ne ro­ba­ki, zda­wa­ły się peł­zać po po­ko­ju.

— Will, na przy­wi­ta­nie Me­li mógł­byś wy­wró­cić ko­zioł­ka — za­wo­ła­ła Ró­ża.

Wil­helm Mül­ler, ol­brzy­mi ja­sno­wło­sy drab, w ob­ci­słym ko­stiu­mie cy­kli­sty, pod­niósł się z fo­te­lu, rzu­cił na dy­wan, prze­krę­cił się trzy ra­zy w po­wie­trzu z wpra­wą gim­na­sty­ka za­wo­do­we­go i sta­nął na środ­ku po­ko­ju, kła­nia­jąc się po cyr­ko­we­mu.

— Bra­wo, Mül­ler! — za­wo­łał le­żą­cy na dy­wa­nie pod oknem, za­pa­la­jąc pa­pie­ro­sa.

— Me­la, chodź mnie po­ca­ło­wać — mó­wi­ła roz­ro­śnię­ta pan­na, le­żą­ca na ni­skim, bie­gu­no­wym krze­śle, le­ni­wie nad­sta­wia­jąc po­li­czek. Me­la ją po­ca­ło­wa­ła i usia­dła na ka­nap­ce obok Wy­soc­kie­go, któ­ry, po­chy­lo­ny nad ma­łą, szczu­płą, ró­żo­wą blon­dyn­ką, trzy­ma­ją­cą no­gi na ta­bu­re­cie, szep­tał po ci­chu i co chwi­la otrze­py­wał kla­py, cho­wał w głąb rę­ka­wów dość brud­ne man­kie­ty, wy­krę­cał ener­gicz­nie wą­si­ki blond i do­wo­dził:

— Z punk­tu wła­śnie fe­mi­ni­stycz­ne­go nie po­win­no być żad­nych róż­nic praw­nych po­mię­dzy ko­bie­tą a męż­czy­zną.

— No tak, ale ty Mie­ciek je­steś nud­ny! — skar­ży­ła się ża­ło­śnie blon­dyn­ka.

— Nie wi­tasz się ze mną, Mie­ciek! — szep­nę­ła Me­la.

— Prze­pra­szam pa­nią, pan­na Fe­la wła­śnie nie da się prze­ko­nać.

— Wy­soc­ki pła­ci po­dwój­ną ka­rę: Me­li po­wie­dział pa­ni, a Fe­li pan­na, płać Mie­ciek! — wo­ła­ła Ró­ża, przy­ska­ku­jąc do nie­go.

— Za­pła­cę, Ró­ża, za­raz za­pła­cę — za­czął się roz­pi­nać i szu­kać po wszyst­kich kie­sze­niach.

— Mie­ciek, nie roz­pi­naj no się zu­peł­nie, to nie jest za­baw­ne — szcze­bio­ta­ła Fe­la.

— Ja za cie­bie za­pła­cę, je­śli nie masz pie­nię­dzy.

— Dzię­ku­ję ci Me­la, pie­nią­dze mam, by­łem dzi­siaj w no­cy wzy­wa­ny do cho­re­go.

— Ró­ża, dla­cze­go ja się po­trze­bu­ję nu­dzić? — jęk­nę­ła To­ni z fo­te­lu bie­gu­no­we­go.

— Will, za­baw To­ni, sły­szysz, próż­nia­ku!

— Nie chcę, mu­szę się prze­cią­gnąć, bo mnie krzyż bo­li.

— Dla­cze­go cie­bie bo­li krzyż?

— To­ni, je­go z tych sa­mych po­wo­dów bo­li krzyż, co cie­bie — śmia­ła się Fe­la.

— Trze­ba go wy­ma­sa­żo­wać.

— Ja bym chcia­ła mieć two­ją fo­to­gra­fię, Will, ty dzi­siaj moc­no wy­glą­dasz — szep­nę­ła Ró­ża, w jej sza­rych wiel­kich oczach za­czę­ły skrzyć się zie­lo­na­we bły­ski, przy­gry­zła usta bar­dzo sze­ro­kie i wą­skie, co ni­by kre­sa czer­wo­na prze­ci­na­ły jej twarz dłu­gą, bia­ło-prze­źro­czy­stą, oko­lo­ną nim­bem naj­czyst­szej mie­dzi, wło­sa­mi roz­dzie­lo­ny­mi na środ­ku gło­wy i za­cze­sa­ny­mi na skro­nie i na uszy, że tyl­ko ich ró­żo­we koń­ce mi­go­ta­ły ol­brzy­mi­mi sza­fi­ra­mi, opraw­ny­mi w bry­lan­ty.

— Fo­to­gra­fuj­cie mnie w ta­kiej po­zie — wo­łał, kła­dąc się w znak na dy­wa­nie i z rę­ka­mi pod­wi­nię­ty­mi pod gło­wę le­żał w ca­łej swo­jej dłu­go­ści, śmie­jąc się dźwięcz­nym, we­so­łym śmie­chem.

— Siądź­cie dziew­czyn­ki obok mnie! Chodź­cie si­kor­ki!

— On jest zu­peł­nie dzi­siaj ład­ny — szep­nę­ła To­ni, po­chy­la­jąc się nad je­go ja­sną, mło­dą, ty­po­wo nie­miec­ką twa­rzą.

— On jest mło­dy — wo­ła­ła Fe­la.

— Wo­lisz Wy­soc­kie­go?

— Kie­dy Wy­soc­ki ma ta­kie cien­kie no­gi.

— Ci­cho, Fe­la, nie ga­daj głupstw.

— Dla­cze­go?

— No, wprost dla­te­go, że nie wy­pa­da.

— Mo­ja Ró­ża, dla­cze­go nie wy­pa­da? Ja wiem, co męż­czyź­ni opo­wia­da­ją o nas, mnie wszyst­ko Ber­nard mó­wi, on mi opo­wia­dał ta­ki je­den za­baw­ny ka­wał, że umie­ra­łam ze śmie­chu.

— Po­wiedz go Fe­la — szep­nę­ła To­ni, zie­wa­jąc z nu­dów.

— Ma­ła, jak opo­wiesz przy mnie, to ci już ni­g­dy nic nie opo­wiem — za­opo­no­wał Ber­nard, le­żą­cy na dy­wa­nie.

— On się wsty­dzi! ha, ha, ha! — ze­rwa­ła się z ka­nap­ki, za­czę­ła bie­gać po po­ko­ju jak wa­riat­ka, prze­wra­ca­ła sprzę­ty, za­ta­cza­ła się na To­nię.

— Fe­la, co ty wy­ra­biasz?

— Ja się nu­dzę. Ró­ża, ja się wście­kam z nu­dów.

Usia­dła na sto­sie plu­szo­wych, czar­nych po­du­szek, ja­kie jej pod­su­nął lo­kaj.

— Skąd ty, Wi­lu, masz tę szra­mę? — py­ta­ła, wo­dząc pal­cem dłu­gim i cien­kim po czer­wo­nej prę­dze prze­ci­na­ją­cej mu twarz od ucha do ma­łych roz­strzę­pio­nych wą­si­ków.

— Od sza­bli — od­po­wie­dział, usi­łu­jąc zła­pać jej pa­lec zę­ba­mi.

— O ko­bie­tę?

— Tak. Niech Ber­nard opo­wie, on mi se­kun­do­wał tak gło­śno, że wszyst­kie bum­sy ber­liń­skie wie­dzia­ły o tej spra­wie.

— Po­wiedz Ber­nard.

— Daj­cie mi spo­kój, nie mam cza­su — mruk­nął Ber­nard, prze­wró­cił się z bo­ku na wznak i pa­trzył w su­fit, po któ­rym le­cia­ły za zło­tym wo­zem Au­ro­ry gro­ma­dy na­gich, skrzy­dla­tych nimf; pa­lił pa­pie­ro­sa za pa­pie­ro­sem, któ­re mu po­da­wał i za­pa­lał sto­ją­cy w drzwiach lo­kaj, ubra­ny w czer­wo­ną fran­cu­ską li­be­rię — zresz­tą to spra­wa za bar­dzo skan­da­licz­na.

— Will, uma­wia­li­śmy się prze­cie, za­wią­zu­jąc na­sze ze­bra­nie, że ma­my mó­wić so­bie wszyst­ko, wszyst­ko — mó­wi­ła To­ni, przy­su­wa­jąc się bli­żej z fo­te­lem.

— Mów, Wil­helm, wyj­dę za cie­bie za mąż w na­gro­dę — roz­śmia­ła się dziw­nie.

— A ja bym cię wziął, Ró­ża, ty masz w so­bie gru­be­go dia­bła.

— I jesz­cze grub­szy po­sag — rzu­ci­ła drwią­co.

— Kie­dy to ta­kie nud­ne! Will, zrób świ­nię, mój dro­gi, zrób świ­nię! — ję­cza­ła To­ni, prze­cią­ga­jąc się w fo­te­lu z ta­ką si­łą, aż wiel­ki gu­zik, imi­tu­ją­cy ka­meę, ode­rwał się jej od sta­ni­ka.

Czu­ła się tak znu­dzo­ną bez­brzeż­nie, że ża­ło­snym gło­sem pro­si­ła wciąż upar­cie, jak dziec­ko:

— Zrób świ­nię, Will, zrób świ­nię!

Wil­helm sta­nął na czwo­ra­kach, wy­giął grzbiet i za­czął w krót­kich, sztyw­nych pod­sko­kach, do­sko­na­le imi­tu­ją­cych ru­chy sta­rej świ­ni, ob­la­ty­wać po­kój, po­kwi­ku­jąc od cza­su do cza­su.

To­nia za­no­si­ła się sza­lo­nym śmie­chem. Ró­ża kla­ska­ła w dło­nie z ca­łych sił, a Fe­la bi­ła pię­ta­mi o dy­wan i trzę­sła się z ra­do­ści. Krót­kie jej wło­sy roz­pla­ta­ły się i ni­by ja­sną wie­chą za­kry­ły jej twarz ró­żo­wą, roz­ba­wio­ną nie­sły­cha­nie.

Me­la rzu­ca­ła po­dusz­ka­mi w Mül­le­ra, rów­nież po­rwa­na ogól­ną we­so­ło­ścią, a Mül­ler po każ­dym ude­rze­niu pod­ska­ki­wał, wy­rzu­cał za­baw­nie tyl­ny­mi no­ga­mi i kwi­czał prze­cią­gle, wresz­cie zmę­czo­ny za­czął się wy­pa­łą­czo­nym grzbie­tem czo­chrać o no­gi Ró­ży, wresz­cie po­ło­żył się na środ­ku dy­wa­nu, wy­cią­gnął no­gi i zu­peł­nie ni­by świ­nia zmę­czo­na chrzą­kał, mru­czał i po­kwi­ki­wał jak przez sen.

— Nie­po­rów­na­ny! Wy­bor­ny! — wo­ła­ły z unie­sie­niem roz­ba­wio­ne pan­ny.

Wy­soc­ki wy­trzesz­czo­ny­mi ocza­mi, zdu­mio­ny przy­pa­try­wał się po raz pierw­szy tej cyr­ko­wej za­ba­wie znu­dzo­nych mi­lio­ne­rek; za­po­mniał strze­py­wać kla­py, nie wci­skał man­kie­tów w rę­ka­wy, nie krę­cił wą­si­ków, tyl­ko wo­dził ocza­mi po twa­rzach ko­biet i mruk­nął z obrzy­dze­niem:

— Bła­zen.

— Z ja­kie­go punk­tu? — za­py­ta­ła Me­la, któ­ra naj­pierw się uspo­ko­iła.

— Ze wszyst­kich ludz­kich punk­tów — od­po­wie­dział twar­do i pod­niósł się, oglą­da­jąc za ka­pe­lu­szem, w któ­ry Fe­la pró­bo­wa­ła wsa­dzić oby­dwie no­gi.

— Ucie­kasz, Mie­ciek? — py­ta­ła zdu­mio­na je­go su­ro­wym spoj­rze­niem.

— Mu­szę iść, bo mu­szę się wsty­dzić te­go, że je­stem czło­wie­kiem.

— Fra­nço­is, otwo­rzyć wszyst­kie drzwi, bo ob­ra­żo­ne czło­wie­czeń­stwo wy­cho­dzi — wo­łał drwią­co Ber­nard, któ­ry przez ca­ły czas po­pi­sów Mül­le­ra le­żał naj­spo­koj­niej i pa­lił pa­pie­ro­sy.

— Ró­ża, Mie­ciek się ob­ra­ził i chce wyjść, nie po­zwól mu.

— Mie­ciek, zo­stań! Co ci się sta­ło? dla­cze­go?

— Dla­te­go, że ja nie mam cza­su, przy­rze­kłem ko­muś, że przyj­dę — tłu­ma­czył się mięk­ko, usi­łu­jąc ścią­gnąć swój bied­ny cy­lin­der z nóg Fe­li.

— Mie­ciek, zo­stań, pro­szę cię bar­dzo, prze­cież obie­ca­łeś mnie od­pro­wa­dzić do do­mu — szep­ta­ła go­rą­co Me­la i bla­dą jej twarz po­krył ru­mie­niec wzru­sze­nia.

Po­zo­stał, ale sie­dział chmur­ny i na­wet nie od­po­wia­dał na drwią­ce uwa­gi Ber­nar­da, ani na bur­szow­skie dow­ci­py Mül­le­ra, któ­ry zno­wu się po­ło­żył u nóg Ró­ży.

Za­pa­no­wa­ła zu­peł­na ci­sza.

Elek­trycz­ność drga­ła w krysz­ta­ło­wych kwia­tach i mży­ła błę­kit­na­wym py­łem świa­tła na po­kój, na ma­to­we czar­ne ścia­ny, z któ­rych, ni­by błę­kit­ne oczy, pa­trzy­ły czte­ry wło­skie akwa­re­le, opraw­ne w ak­sa­mit­ne czar­ne ra­my, za­wie­szo­ne na je­dwab­nych sznu­rach, na te znu­dzo­ne próż­niac­twem gło­wy, co żół­ta­wy­mi pla­ma­mi od­ci­na­ły się od czar­ne­go tła ścian i me­bli, skrzy­ły się na ozdo­bach pia­ni­na z zie­lo­na­we­go brą­zu, sto­ją­ce­go w jed­nym ro­gu, któ­re z od­kry­tą kla­wia­tu­rą by­ło po­dob­ne do ja­kie­goś po­two­ru91, po­ły­sku­ją­ce­go dłu­gi­mi, żół­ta­wy­mi kła­mi.

Przez za­mknię­te okien­ni­ce we­wnętrz­ne i za­pusz­czo­ne cięż­kie czar­ne por­ty­ery, nie do­cho­dzi­ły z mia­sta żad­ne gło­sy, prócz hu­czą­ce­go, sła­be­go szme­ru i drgań bez­dź­więcz­nych, co ni­by le­d­wo wy­czu­te bi­cie pul­su roz­le­wa­ły się po po­ko­ju.

Dym, ja­ki usta­wicz­nie pusz­czał kłę­ba­mi Ber­nard, snuł się si­na­wym, rzad­kim ob­ło­kiem, przy­sła­niał zło­ty wóz Au­ro­ry i nim­fy na­gie, ni­by naj­cień­szą ben­ga­li­ną, opa­dał, cze­piał się ścian i darł się w dłu­gie włók­na o plu­sze i wy­pły­wał do dal­szych po­ko­jów drzwia­mi, w któ­rych, ni­by ostry krzyk w tej czar­nej sym­fo­nii, czer­wie­ni­ła się ja­skra­wo li­be­ria lo­ka­ja, go­to­we­go na każ­de ski­nie­nie.

— Ró­ża, ja się nu­dzę, ja się śmier­tel­nie nu­dzę za­ję­cza­ła To­ni.

— A ja się ba­wię we­so­ło — za­czę­ła wo­łać Fe­la, pod­rzu­ca­jąc no­gą cy­lin­der Mie­cia.

— Ja się ba­wię naj­le­piej, bo wca­le nie po­trze­bu­ję za­ba­wy — po­wie­dział iro­nicz­nie Ber­nard.

— Fra­nço­is, każ da­wać her­ba­tę! — rzu­ci­ła Ró­ża.

— Ró­ża, nie chodź, ja ci do­koń­czę ka­wał.

Uniósł się na łok­ciu i szep­tał, ca­łu­jąc raz po raz ró­żo­wy ko­niec ucha.

— Nie ugryź mi kol­czy­ka! Za moc­no! Masz ta­kie go­rą­ce usta! — szep­ta­ła, prze­chy­la­jąc gło­wę ku nie­mu, za­gry­zła usta, a spod przy­mknię­tych, cięż­kich, si­na­wych po­wiek za­czę­ły się skrzyć zie­lo­na­we bły­ski.

— Ze stra­chu za­czął się że­gnać — szep­tał gło­śniej Will.

— Cóż to — on ka­to­lik?

— Nie, ale co to szko­dzi się za­bez­pie­czyć.

Wy­słu­cha­ła resz­ty ka­wa­łu i nie ro­ze­śmia­ła się znu­dzo­na.

— Wil­helm, ty je­steś do­bry, ko­cha­ny — mó­wi­ła, głasz­cząc go po twa­rzy — ale two­je aneg­do­ty są za bar­dzo ber­liń­skie, nud­ne i głu­pie. Ja za­raz przyj­dę, a tym­cza­sem mo­że Ber­nard co za­grasz.

Ber­nard po­wstał, pchnął no­gą ta­bu­ret do pia­ni­na i za­czął ze wście­kłą bra­wu­rą grać trze­cią fi­gu­rę ka­dry­la.

Ock­nę­li wszy­scy z mil­cze­nia i nu­dy.

Wil­helm pod­niósł się i za­czął tań­czyć trze­cią fi­gu­rę z Fe­lą, tań­czy­li kon­tre­dan­sa z za­cię­ciem kan­ka­na, wło­sy Fe­li trzę­sły się jak pęk sło­my na wi­chu­rze, za­sła­nia­ły jej oczy, opa­da­ły aż na bro­dę, fru­wa­ły za nią, od­gar­nia­ła je rę­ką i tań­czy­ła do upa­dłe­go.

To­ni le­ża­ła w fo­te­lu i znu­dzo­nym wzro­kiem go­ni­ła za ru­cha­mi Wil­la.

Lo­kaj usta­wiał z bo­ku ma­łe, he­ba­no­we sto­licz­ki, in­kru­sto­wa­ne wy­twor­nie per­ło­wą ma­są i kładł za­sta­wę do her­ba­ty.

Ró­ża prze­cią­gnę­ła się le­ni­wie i uty­ka­jąc, i ko­ły­sząc sze­ro­ki­mi bio­dra­mi, szła ku drzwiom i za­trzy­ma­ła się chwi­lę przy Wy­soc­kim, któ­ry pół­gło­sem mó­wił:

— Sło­wo pa­ni da­ję, że to nie de­ka­den­cja, to jest zu­peł­nie co in­ne­go.

— Cóż to jest za­tem? — py­ta­ła Me­la, przy­trzy­mu­jąc Wy­soc­kie­mu rę­ce, że­by nie mógł otrze­py­wać się i wpy­chać man­kie­tów.

— Ja bym chcia­ła być de­ka­dent­ką. Mie­ciek, czy ja mo­gę być de­ka­dent­ką? Mie­ciek, ja chcę być de­ka­dent­ką, bo ja się nu­dzę — wo­ła­ła To­ni.

— To jest tyl­ko próż­niac­two, po­cho­dzą­ce ze zbyt­ku cza­su i zbyt­ku pie­nię­dzy! Nu­da jest cho­ro­bą bo­ga­czów. Ty, Me­la, nu­dzisz się, Ró­ża się nu­dzi, To­ni się nu­dzi, Fe­la się nu­dzi, no i z wa­mi nu­dzą się te dwa bał­wa­ny, a po­za wa­mi po­ło­wa có­rek i żon mi­lio­ne­rów nu­dzi się. Wszyst­ko was nu­dzi, bo wszyst­ko mieć mo­że­cie, co ku­pić moż­na. Was nic nie ob­cho­dzi, chce­cie się tyl­ko ba­wić, a naj­sza­leń­sza za­ba­wa koń­czy się rów­nież nu­dą. Z punk­tu so­cjal­ne­go...

— Mie­ciek, ale ty o mnie źle nie my­ślisz? — prze­rwa­ła, gła­dząc mu rę­ce.

— Nie ro­bię wy­jąt­ków, zresz­tą tak sa­mo na­le­żysz do ra­sy zde­ge­ne­ro­wa­nej, ze wszyst­kich ras naj­bar­dziej od­bie­głej92 od na­tu­ry, a to się mści na was sa­mych.

— Słu­chaj go, Me­la, a on ci ucze­nie bę­dzie do­wo­dził ze wszyst­kich zna­nych so­bie punk­tów, że naj­więk­szą zbrod­nią na świe­cie jest po­sia­dać ma­ją­tek.

— Usiądź, Ró­ża przy nas.

— Za­raz przyj­dę, zaj­rzę do oj­ca.

Wy­szła i z przed­po­ko­ju już oświe­tlo­ne­go elek­trycz­ny­mi ży­ran­do­la­mi po­szła na gó­rę do ga­bi­ne­tu oj­ca, w któ­rym by­ło pra­wie ciem­no.

Sza­ja Men­del­sohn, okry­ty w ry­tu­al­ne sza­ty do mo­dli­twy, z ob­na­żo­ną le­wą rę­ką, okrę­co­ną pa­ska­mi, sie­dział na środ­ku po­ko­ju, mo­dlił się pół­gło­sem i po­chy­lał po­waż­nie.

W dwóch oknach sta­ło dwóch sta­rych, z si­wy­mi bro­da­mi śpie­wa­ków bóż­ni­czych, okry­tych w ta­kie sa­me ry­tu­al­ne za­sło­ny, w bia­łe i czar­ne pa­sy i wpa­trze­ni w ostat­nie ró­żo­we brza­ski dnia, ja­kie się bar­wi­ły na sza­rym tle nie­ba, ki­wa­li się usta­wicz­nie, śpie­wa­jąc ja­kąś dziw­nie na­mięt­ną i dziw­nie smęt­ną psal­mo­dię.

Gło­sy by­ły na­brzmia­łe skar­gą i bó­lem i ni­by gło­sy trąb mie­dzia­nych, brzmia­ły wrza­skli­wą ża­ło­ścią, to hu­cza­ły głu­chą roz­pa­czą, wy­bu­cha­ły ję­kiem bez­na­dziej­nym, wzno­si­ły się krzy­kiem ostrym, przej­mu­ją­cym, któ­ry dłu­go drgał w ci­szy miesz­ka­nia; to zno­wu zni­ża­li gło­sy do szep­tu i pły­nę­ła dłu­ga, słod­ka, me­lo­dia, jak­by fle­tów śpie­wa­ją­cych w wiel­kiej ci­szy ogro­dów kwit­ną­cych, wśród cie­niów, dy­szą­cych aro­ma­ta­mi am­bry, w pół­śnie peł­nym eks­ta­tycz­nych ma­rzeń mi­ło­ści, przez któ­re wi­ły się ak­cen­ty wy­raź­ne tę­sk­not i wes­tchnień, jak­by do pal­mo­wych ogro­dów Je­ru­za­lem, do pu­sty­ni smut­nych i nie­ob­ję­tych, do pa­lą­cych ża­rów słoń­ca, do oj­czy­zny stra­co­nej, a tak ko­cha­nej.

Po­chy­la­li się co­raz ryt­micz­niej, oczy im go­rza­ły eks­ta­zą i dłu­gie, si­we bro­dy trzę­sły się ze wzru­sze­nia. Po­ry­wa­ły ich wła­sne gło­sy i te ryt­my śpie­wów, co się roz­le­wa­ły z ich pier­si na pu­sty, ci­chy, omro­czo­ny po­kój i łka­ły, pro­si­ły, bła­ga­ły, drga­ły skar­gą prze­po­jo­ną nie­do­lą i sła­wi­ły do­broć i moc Pa­na nad Pa­ny.

Po­za okna­mi pa­no­wa­ła ci­sza.

Wiel­kie ko­sza­ry ro­bot­ni­cze po dru­giej stro­nie uli­cy, wprost okien ga­bi­ne­tu, za­czę­ły bły­skać świa­tła­mi na wszyst­kich pię­trach, a z dru­giej stro­ny okien, bo ga­bi­net był w na­roż­ni­ku, czer­nił się park zbi­tą gę­stwą świer­ków, któ­re prze­dzie­la­ły pa­łac od fa­bryk i bie­li­ły się w zmro­ku, po­mię­dzy ni­ski­mi krze­wa­mi ga­zo­nów pła­ty nie­roz­to­pio­ne­go jesz­cze śnie­gu.

Na wprost Szai, sie­dzą­ce­go w po­środ­ku, by­ło wiel­kie na­roż­ne okno, któ­rym le­cia­ły je­go spoj­rze­nia i za­cze­pia­ły się o ol­brzy­mie kon­tu­ry fa­bryk, na­je­żo­ne ko­mi­na­mi i na­roż­ni­ka­mi, po­dob­ny­mi do baszt śre­dnio­wiecz­nych.

Sza­ja mo­dlił się go­rą­co, ale nie mógł ani na chwi­lę ode­rwać wzro­ku od tych mu­rów po­tęż­nych, zle­wa­ją­cych się co­raz bar­dziej z no­cą nad­cho­dzą­cą; wi­dać by­ło w da­li jej ciem­ny płaszcz, otu­la­ją­cy mia­sto i jej po­god­ną, ci­chą twarz, pa­trzą­cą mi­lio­na­mi gwiazd.

Śpiew cią­gnął się do zu­peł­nej no­cy.

Śpie­wa­cy za­pa­ko­wa­li mo­dli­tew­ne sza­ty w ak­sa­mit­ne wor­ki, na któ­rych lśni­ły się wy­szy­te zło­tem ja­kieś he­braj­skie zgło­ski.

— Masz, Men­del, ru­bla!

Dał mu srebr­ny pie­niądz, któ­ry śpie­wak oglą­dać za­czął tro­skli­wie pod oknem.

— Zo­bacz, to jest praw­dzi­wy ru­bel! A to­bie, Abra­am, to ja za­pła­cę dzi­siaj tyl­ko sie­dem­dzie­siąt pięć ko­pie­jek, to­bie się dzi­siaj nie chcia­ło, tyś sy­mu­lo­wał śpie­wa­nie. Chcia­łeś oszu­kać mnie i Pa­na Bo­ga?

Śpie­wak po­pa­trzył peł­ny­mi łez i eks­ta­zy ocza­mi na Sza­ję, wziął ru­lon mie­dzia­ków, rzekł ci­cho po­zdro­wie­nie i wy­szedł bez sze­le­stu.

Ró­ża ca­ły czas sta­ła przy drzwiach i słu­cha­ła tych śpie­wów z ta­kim uczu­ciem, że co chwi­la po­wstrzy­my­wa­ła się, aby nie par­sk­nąć śmie­chem.

Sko­ro tyl­ko wy­szli śpie­wa­cy, na­ci­snę­ła gu­zik i świa­tło elek­trycz­ne za­la­ło po­kój.

— Ró­ża!

— Po­trze­ba ci cze­go? — py­ta­ła, sia­da­jąc na po­rę­czy fo­te­lu, przy oj­cu.

— Nie. Two­je go­ście przy­szły.

— Są wszy­scy.

— Ba­wią cię do­brze?

Za­czął gła­skać ją po wło­sach.

— Nie bar­dzo. Na­wet Mül­ler nud­ny dzi­siaj.

— Cze­mu ich trzy­masz, prze­cież my mo­że­my mieć go­ści we­so­łych. Chcesz, to ja Sta­ni­sła­wo­wi dam no­tę, że­by po­szu­kał; w Ło­dzi nie brak lu­dzi we­so­łych. Po co się masz nu­dzić za wła­sne pie­nią­dze. A Wy­soc­ki, co to za czło­wiek?

— Dok­tor, to ta­ki in­ny, zu­peł­nie nie łódz­ki czło­wiek, on ma ary­sto­kra­tycz­ną ro­dzi­nę, je­go mat­ka jest z hra­biów, on ma her­by.

— Tyl­ko nie ma ich na czym no­sić. Po­do­ba ci się?

— Do­syć, bo jest nie­po­dob­ny do na­szych i bar­dzo uczo­ny.

— Uczo­ny?

Po­gła­dził wspa­nia­łym ru­chem bro­dę i słu­chał uważ­niej.

— On na­pi­sał książ­kę, za któ­rą mu ja­kiś uni­wer­sy­tet w Niem­czech dał zło­ty me­dal.

— Du­ży me­dal?

— Nie wiem.

Zżym­nę­ła po­gar­dli­wie ra­mio­na­mi.

— My do szpi­ta­la bę­dzie­my po­trze­bo­wać dok­to­ra, ja bym go wziął, jak on ta­ki uczo­ny.

— Du­żo pła­cisz?

— Pła­cę. Ale tu nie o to cho­dzi, miał­by du­żą prak­ty­kę i słu­żył­by w mo­jej fir­mie, to sa­mo war­te pie­nią­dze. Po­wiedz mu, niech ju­tro przyj­dzie do kan­to­ru. Ja lu­bię po­ma­gać lu­dziom uczo­nym.

— Ka­za­łeś Sta­ni­sła­wo­wi za­pro­sić do nas Bo­ro­wiec­kie­go?

— Ró­ża, ja ci mó­wi­łem, że Bo­ro­wiec­ki jest czło­wiek Bu­chol­ca, a ja Bu­chol­co­wi i wszyst­kie­mu, co jest je­go, ży­czę wszyst­kich nie­szczęść. Niech on zban­kru­tu­je i pój­dzie słu­żyć. Ja przez te­go zło­dzie­ja, przez te­go Szwa­ba, co on do Pol­ski psa­mi przy­je­chał i na nas zro­bił pie­nią­dze, niech on zmar­nie­je do dzie­sią­te­go po­ko­le­nia, ja przez nie­go cho­ry je­stem cią­gle, mnie ser­ce bo­li, on mnie cią­gle okra­da. A ten Bo­ro­wiec­ki, to je­go jest naj­gor­szy Szwab! — wy­krzyk­nął z nie­na­wi­ścią.

— Ale prze­cież to Po­lak.

— Po­lak, ład­ny Po­lak, co jak za­czął dru­ko­wać swo­je boj­ki, to mi po­ło­wę to­wa­ru zwró­ci­li z Ro­sji, po­wie­dzie­li, że pa­skudz­two, że Bu­chol­ca lep­szy. To Po­lak tak ro­bi! on psu­je han­del, on tym głu­pim cha­mom da­je ta­kie de­se­nie i ko­lo­ry, co­by je wzię­ła każ­da hra­bi­na, po co to? na co? Co ja stra­ci­łem przez nie­go! co stra­ci­łem, co stra­ci­li na­si. Przez nie­go co stra­ci­li te bied­ne tka­cze! on zjadł sta­re­go Fisz­bi­na, on zjadł trzy­dzie­ści in­nych firm. Ty mi nie mów o nim, bo mnie wszyst­ko w środ­ku bo­li, jak so­bie ich przy­po­mnę. On jest gor­szy od naj­gor­sze­go Niem­ca, bo jesz­cze z Niem­cem moż­na po­han­dlo­wać, a on jest pan, on jest wiel­ki dzie­dzic! — plu­nął z po­gar­dą i nie­na­wi­ścią.

— Przy­słać ci her­ba­tę?

— Po­ja­dę do Sta­ni­sła­wa na her­ba­tę, za­wio­zę Jul­ci za­baw­ki, któ­re mi dzi­siaj przy­sła­li z Pa­ry­ża.

Ró­ża po­ca­ło­wa­ła oj­ca w po­li­czek i wy­szła.

Sza­ja się pod­niósł, za­krę­cił świa­tło, bo lu­bił oszczę­dzać na wszyst­kim i cho­dził po ciem­nym zu­peł­nie po­ko­ju.

Cho­dził i my­ślał o wiecz­nej swo­jej zmo­rze — o Bu­chol­cu.

On go nie­na­wi­dził ca­łą po­tę­gą ży­dow­skie­go fa­na­ty­zmu; nie­na­wi­dził, ja­ko fa­bry­kan­ta-współ­za­wod­ni­ka, któ­re­go nie mógł prze­wyż­szyć ni­czym.

Bu­cholc za­wsze i wszę­dzie był pierw­szym i te­go mu wła­śnie nie mógł da­ro­wać Sza­ja, on, któ­ry się czuł pierw­szą fir­mą łódz­ką, któ­ry był prze­wod­ni­kiem tej ma­sy ży­dow­skiej, ja­ka go ota­cza­ła bał­wo­chwal­czym uwiel­bie­niem, mi­ło­ścią i czcią nę­dza­rzy, za­hip­no­ty­zo­wa­nych mi­lio­na­mi, ja­kie ro­sły w je­go rę­kach z szyb­ko­ścią la­wi­ny śnież­nej.

Przed czter­dzie­stu la­ty, pa­mię­tał do­brze te cza­sy, gdy Bu­cholc szedł już do mi­lio­nów, on za­czy­nał ka­rie­rę ja­ko su­biekt ja­kie­goś nędz­ne­go kra­mu na Sta­rym Mie­ście ze spe­cjal­no­ścią na­wo­ły­wa­nia i cią­gnię­cia ku­pu­ją­cych, od­no­sze­nia pa­czek do do­mów, uprzą­ta­nia cza­sa­mi skle­pu i tro­tu­aru przed nim. Wy­sta­wał ca­łe mie­sią­ce na tro­tu­arze, żar­ty przez mro­zy, mo­czo­ny przez desz­cze, pa­lo­ny przez skwa­ry, po­py­cha­ny przez prze­chod­niów, za­wsze pra­wie głod­ny i ob­dar­ty, za­wsze ochryp­nię­ty od na­wo­ły­wań, bez pie­nię­dzy, sy­pia­ją­cy za ru­bla mie­sięcz­nie w ja­kiejś strasz­nej no­rze nę­dzy ży­dow­skiej, ja­kich peł­no po mia­stach.

Po­tem znik­nął na­gle z tro­tu­aru, na któ­rym żył.

Zja­wił się po pa­ru la­tach nie­obec­no­ści na bru­ku łódz­kim i nikt go nie po­znał.

Przy­je­chał z tro­chą pie­nię­dzy i za­czął pro­wa­dzić in­te­res na wła­sną rę­kę.

Uśmiech­nął się w tej chwi­li z po­li­to­wa­niem do tam­tych cza­sów, przy­po­mniał so­bie ten nędz­ny wóz, któ­rym roz­wo­ził to­war po wsiach oko­licz­nych, te­go ko­nia, któ­re­go pa­sał nad dro­ga­mi, al­bo w zbo­żach chłop­skich, tę sta­łą, okrop­ną, nę­dzę, ja­ka go wciąż żar­ła, bo z pięć­dzie­się­ciu ru­bli ka­pi­ta­łu, wli­cza­jąc w to wóz i ko­nia, mu­siał ży­wić sie­bie, ko­nia, żo­nę i dzie­ci.

Po­tem te pierw­sze warsz­ta­ty tkac­kie, ja­kie za­ło­żył, te ty­sią­ce drob­nych oszustw na wa­dze su­ro­we­go ma­te­ria­łu, ja­ki wy­da­wał tka­czom, bio­rą­cym ro­bo­tę do do­mu, na mia­rze, na wła­snym i swej ro­dzi­ny żo­łąd­kach, na wszyst­kim — nim za­ry­zy­ko­wał wy­dzier­ża­wić ja­kąś opusz­czo­ną fa­brycz­kę.

On pierw­szy, gdy mu iść za­czę­ło, po­za­pro­wa­dzał agen­tów po mia­stecz­kach, sam nie spał, nie jadł, nie żył, ro­bił tyl­ko i oszczę­dzał.

On pierw­szy da­wał na kre­dyt każ­de­mu kto tyl­ko chciał i sam za­czął ob­ra­cać kre­dy­tem, bo Bu­cholc i nie­miec­cy fa­bry­kan­ci łódz­cy po­słu­gi­wa­li się na sta­ry spo­sób — go­tów­ką.

On pierw­szy roz­po­czął ro­bić tan­de­tę, ob­ni­żać ja­kość pro­duk­cji łódz­kiej, któ­ra do je­go cza­sów cie­szy­ła się do­brą opi­nią.

On pra­wie pierw­szy wpro­wa­dził, roz­wi­nął i udo­sko­na­lił ca­ły sys­tem wy­zy­sku wszyst­kich i wszyst­kie­go.

Po po­ża­rze, ja­ki go do­tknął, po­sta­wił wła­sną fa­bry­kę na ty­siąc lu­dzi. Sta­nął na fun­da­men­tach.

A szczę­ście szło za nim nie­od­stęp­nie; dzie­siąt­ki ty­się­cy, set­ki, mi­lio­ny za­czę­ły pły­nąć ze wszyst­kich stron do je­go kas; szły z pań­skich dwo­rów, z cha­łup chłop­skich, z prze­żar­tych bru­dem mia­ste­czek, ze sto­lic, ze ste­pów, z gór od­le­głych, pły­nę­ły co­raz szer­szy­mi stru­mie­nia­mi i Sza­ja rósł i po­tęż­niał.

Tra­ci­li in­ni, umie­ra­li, pa­da­li przez nie­szczę­ścia i klę­ski ogól­ne, Sza­ja stał twar­do, cią­gle sta­re pa­wi­lo­ny pa­li­ły się, a no­we i po­tęż­niej­sze po­wsta­wa­ły i ssa­ły co­raz po­tęż­niej zie­mię, ma­te­ria­ły, lu­dzi, mó­zgi, kon­ku­ren­tów i prze­ra­bia­ły to wszyst­ko na mi­lio­ny dla Szai.

Bu­cholc za­wsze był więk­szym, nie mógł go prze­ści­gnąć.

Sza­ja rósł i wsta­wa­ła w nim co­raz sil­niej­sza żą­dza po­ko­na­nia Bu­chol­ca, on każ­de­go ru­bla, ja­kie­go za­ro­bił tam­ten, li­czył za ukra­dzio­ny i wy­dar­ty so­bie, żył tą chi­me­rycz­ną na­dzie­ją, że go prze­ro­śnie, że prze­ro­śnie wszyst­kich, że uj­rzy się tak wiel­kim nad Ło­dzią, jak ten ko­min po­tęż­ny od ma­szyn głów­nych, któ­ry po­twor­ną syl­wet­ką ma­ja­czył te­raz w no­cy, że zo­sta­nie kró­lem tej Ło­dzi.

Bu­cholc wciąż był pierw­szym, z nim się li­czy­ła opi­nia kra­ju, je­go sło­wo rów­na­ło się mo­ne­cie brzę­czą­cej, u nie­go szu­ka­no ra­dy i ini­cja­ty­wy w wie­lu kwe­stiach ogól­niej­szych, je­go to­wa­ry mia­ły naj­lep­szą mar­kę, je­go ota­czał pe­wien sza­cu­nek, gdy tym­cza­sem Sza­ję, na­wet rów­ni mu szwin­dla­mi, ob­rzu­ca­li po­gar­dą i nie­na­wi­ścią.

Sza­ja nie mógł te­go zro­zu­mieć, zda­wa­ło mu się, że Bu­cholc ob­dzie­ra go nie tyl­ko z pie­nię­dzy, ze wszyst­kie­go, cze­go pra­gnął dla sie­bie, ob­dzie­ra go z za­szczy­tu pa­no­wa­nia nad tym mo­rzem ko­mi­nów.

Nie­na­wi­dził go za to jesz­cze wię­cej.

Cho­dził wciąż po ciem­nym po­ko­ju, spo­glą­dał przez szy­by na fa­bry­ki, to na do­my ro­bot­ni­ków, oświe­tlo­ne, jak la­tar­nie, i przy­sta­nął. Za­ło­żył oku­la­ry i za­czął pa­trzeć na trze­cie pię­tro do­mu, sto­ją­ce­go wprost pa­ła­cu, w trzy moc­no oświe­tlo­ne okna, po­za któ­ry­mi mi­go­ta­ły czar­ne syl­wet­ki lu­dzi.

Otwo­rzył luf­cik i słu­chał.

Drżą­cy głos skrzy­piec śpie­wał ja­kie­goś sen­ty­men­tal­ne­go wal­ca, wtó­ro­wa­ła mu ję­kli­wie wio­lon­cze­la, to mu­zy­ka ci­chła, a na­to­miast wy­bu­chał gwar kil­ku­na­stu gło­sów i śmiech roz­le­wał się ka­ska­dą buj­ną na ci­chą uli­cę ra­zem z brzę­kiem szkla­nek i ta­le­rzy.

Ba­wio­no się we­so­ło.

Sza­ja na­ci­snął gu­zik elek­trycz­ny na lo­ka­ja.

— Kto tam miesz­ka? — za­py­tał ostro, wska­zu­jąc na okna.

— Za­raz się do­wiem, ja­śnie pa­nie.

— Ja je­stem cho­ry, a oni się ba­wią! Za co oni się ba­wią? Skąd oni ma­ją na za­ba­wę? — my­ślał zi­ry­to­wa­ny, nie mo­gąc ode­rwać wzro­ku od tych okien.

— Dom E, trze­cie pię­tro, pięć­dzie­sią­ty szó­sty nu­mer, miesz­ka tam Er­nest Ra­misz, maj­ster z pią­tej sa­li tkac­kiej — re­cy­to­wał pręd­ko lo­kaj.

— Do­brze. Pój­dziesz i po­wiesz, że­by prze­sta­li grać, bo ja spać nie mo­gę, że ja so­bie nie ży­czę, co­by oni się ba­wi­li. Każ ko­nie za­ło­żyć. Er­nest Ra­misz, mu­si za du­żo brać, kie­dy go stać na za­ba­wy — po­wta­rzał, wra­ża­jąc so­bie w pa­mięć to na­zwi­sko.



VIII

— Przy­ja­dę w tej chwi­li. Do wi­dze­nia — od­po­wia­dał ze zło­ścią Bo­ro­wiec­ki do te­le­fo­nu, bo Lu­cy go pro­si­ła, aby na­tych­miast przy­je­chał do la­sku Mil­scha, gdyż ma nie­sły­cha­nie waż­ny in­te­res.

— Na ta­ki czas je­chać do la­sku! Wa­riat­ka, jak Bo­ga ko­cham — szep­tał ze zło­ścią.

Od szó­stej bo­wiem sie­dział w kan­to­rze, nie miał ani chwi­li wol­ne­go cza­su, cho­dził do fa­bry­ki pil­no­wać dru­ko­wa­nia no­wych de­se­ni, jeź­dził do cen­tral­ne­go biu­ra w kwe­stii nad­użyć, ja­kie Bu­cholc od­krył w głów­nym ma­ga­zy­nie, la­tał, pi­sał, wy­da­wał ty­sią­ce po­le­ceń, ty­sią­ce spraw ko­tło­wa­ło mu się w mó­zgu, ty­sią­ce lu­dzi cze­ka­ło na je­go dys­po­zy­cje, set­ki ma­szyn ocze­ki­wa­ły roz­ka­zów, kłó­cił się z Bu­chol­cem, był zde­ner­wo­wa­ny do te­go kil­ku­dnio­wym ocze­ki­wa­niem na te­le­gram od Mo­ry­ca, jak stoi ba­weł­na, był zmę­czo­ny pra­cą, tym strasz­nym, co­dzien­nym jarz­mem, ja­kie, wy­rę­cza­jąc Knol­la, wziął na swój kark, ogłu­szo­ny roz­mia­ra­mi i ilo­ścią in­te­re­sów, ja­kie mu­siał pro­wa­dzić, a tu jesz­cze ta wa­riat­ka wo­ła go gdzieś za mia­sto, na schadz­kę.

Iry­to­wał się co­raz bar­dziej.

Nie miał na­wet dzi­siaj cza­su wy­pić her­ba­ty, bo Bu­cholc, cho­ciaż cho­ry, ka­zał się za­nieść do kan­to­ru z fo­te­lem, do wszyst­kie­go się wtrą­cał, krzy­czał na wszyst­kich i roz­sie­wał tyl­ko strach i za­mie­sza­nie po­mię­dzy urzęd­ni­ka­mi.

— Pa­nie Bo­ro­wiec­ki — za­wo­łał, sie­dząc z ob­wi­nię­ty­mi no­ga­mi, w wy­tar­tej, fu­trza­nej czap­ce na gło­wie i z ki­jem na ko­la­nach. — Za­te­le­fo­nuj pan do Mark­sa, że­by nie da­wać ani za ru­bla to­wa­ru Mil­ne­ro­wi w War­sza­wie. On miał u nas kre­dyt i za du­żo już jest wi­nien, a mam wła­śnie no­tę o nim, że bar­dzo pręd­ko idzie do plaj­ty.

Bo­ro­wiec­ki za­te­le­fo­no­wał i prze­glą­dał ja­kieś po­tęż­ne ko­lum­ny cyfr.

— Pa­nie Horn! Sprawdź pan ten fracht, tam jest omył­ka, ko­lej po­bra­ła za du­żo, mu­sie­li z in­ne­go nu­me­ru ta­ry­fy po­li­czyć — za­wo­łał do Hor­na, któ­ry już od kil­ku dni, to jest od nie­dzie­li, zo­stał prze­nie­sio­ny na żą­da­nie Bu­chol­ca z pod­ręcz­ne­go kan­to­ru dru­kar­ni i bli­chu do je­go oso­bi­ste­go. Horn, bar­dzo bla­dy, z ocza­mi za­czer­wie­nio­ny­mi zmę­cze­niem i bez­sen­no­ścią, ra­cho­wał si­ny­mi usta­mi ma­chi­nal­nie, my­lił się, nie mógł sku­pić uwa­gi, ko­lum­ny cyfr tań­czy­ły mu przed ocza­mi ni­by kłęb sa­dzy.

Zie­wał cią­gle i znu­dzo­nym wzro­kiem spo­glą­dał na ze­gar; cze­kał z utę­sk­nie­niem po­łu­dnia.

— Tej ba­bie, któ­rą pan pro­te­gu­jesz, niech da­dzą dwie­ście ru­bli i niech idzie się za­pić. Ona ca­ła ze swo­imi szcze­nia­ka­mi nie war­ta pięć­dzie­się­ciu!

— To wy­dział praw­ny za­ła­twił tę spra­wę?

— Tak, ona mu­si nas po­kwi­to­wać urzę­dow­nie. Bau­er, do­pil­nuj tej spra­wy, niech się to skoń­czy na­resz­cie, bo ba­bę jesz­cze kto na­mó­wi, że­by nas za­skar­ży­ła do są­du.

Horn po­chy­lił ni­żej gło­wę, aby ukryć zło­śli­wy, try­um­fu­ją­cy uśmiech.

— Pan pre­zes ma ko­nie w do­mu?

— Po­trzeb­ne pa­nu, to pan bierz, bierz pan, ile ra­zy po­trze­ba. Za­raz za­te­le­fo­nu­ję do staj­ni. Kun­del, po­pchnij — krzyk­nął na lo­ka­ja, któ­ry po­pchnął fo­tel pod te­le­fon, funk­cjo­nu­ją­cy w ob­rę­bie fa­bryk je­go.

— Staj­nia! — krzyk­nął, dzwo­niąc gwał­tow­nie. — Po­wóz na­tych­miast do pa­ła­cu. Ile ra­zy za­żą­da ko­ni pan Bo­ro­wiec­ki — przy­jeż­dżać! Bu­cholc mó­wi, kun­dlu! — krzyk­nął w od­po­wie­dzi te­le­fo­ni­st­ce, za­py­tu­ją­cej się kto mó­wi.

Lo­kaj z po­wro­tem przy­su­nął go do biur­ka i sta­nął z bo­ku.

— Horn, siądź pan przy mnie, po­dyk­tu­ję. Pan się prę­dzej ru­szaj, kie­dy ja mó­wię do pa­na — krzyk­nął ze zło­ścią.

Horn za­gryzł tyl­ko usta, usiadł i pi­sał po dyk­tan­dzie, któ­re mu szyb­ko rzu­cał Bu­cholc, nie prze­sta­jąc za­ła­twiać rów­no­cze­śnie in­nych in­te­re­sów i krzy­cząc chwi­la­mi:

— Pan nie śpij! Ja pa­nu nie za spa­nie pła­cę — i moc­no stu­kał ki­jem w pod­ło­gę.

Hor­na tak to iry­to­wa­ło, ta­ki był zresz­tą dzi­siaj znie­cier­pli­wio­ny, że z tru­dem ha­mo­wał wy­buch, wrzał ca­ły.

Te­le­fon za­czął dzwo­nić.

— Ba­ron Oskar Mey­er py­ta się, czy za­sta­nie za pół go­dzi­ny pa­na pre­ze­sa?

— Pa­nie Bo­ro­wiec­ki, po­wiedz mu pan, że nie przyj­mu­ję ni­ko­go, le­żę w łóż­ku.

Ka­rol od­te­le­fo­no­wał na­tych­miast i słu­chał zno­wu.

— Cze­go on jesz­cze chce?

— Mó­wi, że ma waż­ny, oso­bi­sty in­te­res.

— Nie przyj­mu­ję! — za­krzy­czał. — Ba­ron Oskar Mey­er mo­że mieć waż­ny in­te­res do mo­je­go psa, a nie do mnie. Kun­del! Cham! — mru­czał w prze­stan­kach dyk­tan­da.

Nie cier­piał bo­wiem Mey­era i kpił naj­gło­śniej w Ło­dzi z ba­roń­stwa, ja­kie so­bie ku­pił w Niem­czech Mey­er, daw­ny je­go tkac­ki ro­bot­nik, a dzi­siaj fa­bry­kant wy­ro­bów weł­nia­nych, roz­po­rzą­dza­ją­cy mi­lio­na­mi.

— Spiesz się pan! — za­wo­łał ze zło­ścią na Hor­na.

— Obu rę­ka­mi pi­sać nie umiem.

— Co to zna­czy?

— Nie mo­gę prę­dzej pi­sać, niż pi­szę.

Bu­cholc dyk­to­wał da­lej i wol­niej nie­co, bo Horn, jak­by na złość, pi­sał nie­sły­cha­nie wol­no i co­raz moc­niej ścią­gał brwi z gnie­wu.

W kan­to­rze zro­bi­ło się ci­cho.

Bo­ro­wiec­ki już w pal­cie stał pod oknem i nie­cier­pli­wie cze­kał na ko­nie.

Urzęd­ni­cy, z przy­ku­ty­mi do pul­pi­tów twa­rza­mi, pra­co­wa­li go­rącz­ko­wo, bo­jąc się gło­śniej od­dy­chać lub sło­wo za­mie­nić ze so­bą, ze wzglę­du na obec­ność Bu­chol­ca, któ­ry wszyst­kich przej­mo­wał stra­chem, prócz jed­ne­go Bau­era, sta­re­go przy­ja­cie­la i po­wier­ni­ka pre­ze­sa, te­go sa­me­go, któ­ry mu­siał za­ko­mu­ni­ko­wać ta­jem­nie ową de­pe­szę Zu­ke­ro­wi, jak kom­bi­no­wał Ka­rol.

Ko­nie wresz­cie przy­szły i za wy­cho­dzą­cym spiesz­nie Bo­ro­wiec­kim za­wo­łał Bu­cholc:

— Zaj­rzyj pan jesz­cze po przy­jeź­dzie.

Nie od­po­wie­dział nic, tyl­ko za­klął po ci­chu, bo był tak zmor­do­wa­ny ro­bo­tą i tym wy­cze­ki­wa­niem de­ner­wu­ją­cym na de­pe­szę od Mo­ry­ca, że upa­dał wprost ze zmę­cze­nia.

Ka­zał stan­gre­to­wi je­chać do la­sku Mil­scha.

Przed sta­rym bro­wa­rem, ol­brzy­mim bu­dyn­kiem, na pół zruj­no­wa­nym, któ­ry, ni­by trup, le­żał już za mia­stem, ka­zał za­trzy­mać ko­nie i za­cze­kać na sie­bie.

Ob­szedł te opusz­czo­ne mu­ry z po­wy­bi­ja­ny­mi okna­mi, bez drzwi, bez bram, z da­cha­mi po­za­pa­da­ny­mi, ze ścia­na­mi po­roz­wa­la­ny­mi, co się ru­dą ce­głą roz­sy­py­wa­ły w grzą­skie bło­to, ob­szedł ja­kieś par­ka­ny, osła­nia­ją­ce skła­dy i po roz­mię­kłym za­go­nie, za­pa­da­jąc po kost­ki w bło­to, wszedł do tak zwa­ne­go la­sku Mil­scha.

— Niech dia­bli we­zmą hi­ste­rycz­ki! — klął co­raz ener­gicz­niej, bo gli­nia­sta, roz­mię­kła zie­mia tak ob­le­pia­ła mu obu­wie, że z tru­dem wy­cią­gał no­gi, — ro­man­tycz­ka je­ro­zo­lim­ska! — do­da­wał ze zło­ścią, bo czuł się śmiesz­nym w tej ro­li ko­chan­ka, zmu­szo­ne­go po bło­cie le­cieć na schadz­kę gdzieś aż na dru­gi ko­niec mia­sta, do la­su, w mar­cu!

Dzień był po­sęp­ny, chmu­ry pły­nę­ły ni­sko nad zie­mią i roz­są­cza­ły się z wol­na w drob­ny, prze­ni­kli­wy deszcz. Łódź to­nę­ła w brud­nych, pra­wie czar­nych opa­rach i dy­mach, któ­re le­ża­ły ni­by opo­na nad mia­stem, jak­by się wspie­ra­jąc na ty­sią­cach ko­mi­nów.

Bo­ro­wiec­ki przy­sta­nął chwi­lę pod ścia­na­mi re­stau­ra­cji let­niej, przy­pie­ra­ją­cej do la­su, któ­ra te­raz by­ła za­mknię­ta, okna mia­ły ka­gań­ce okien­nic, wiel­kie we­ren­dy by­ły za­pcha­ne sto­ła­mi i krze­sła­mi i drzwi po­za­bi­ja­ne de­ska­mi, tyl­ko po­mię­dzy na­gi­mi drze­wa­mi, nad żół­cą­cy­mi się żwi­rem ulicz­ka­mi, bie­li­ły się nie­po­sprzą­ta­ne ław­ki, za­rzu­co­ne gni­ją­cy­mi li­ść­mi.

Ci­szej by­ło za tą za­sło­ną, ale że stąd nic nie mógł doj­rzeć, za­pu­ścił się w la­sek.

La­sek był nędz­ny, świer­ko­wy i ko­nał po­wo­li, za­bi­ja­ło go są­siedz­two fa­bryk, te nie­zli­czo­ne stud­nie, wier­co­ne co­raz głę­biej, któ­re osu­sza­ły oko­licz­ne grun­ta i za­bie­ra­ły drze­wom wszel­ką wil­goć i ta rzecz­ka od­pły­wów ście­ków fa­brycz­nych, co, ni­by róż­no­ko­lo­ro­wa wstę­ga prze­wi­ja­ła się po­mię­dzy po­żół­kły­mi drze­wa­mi, wsą­cza­ła roz­kład w te po­tęż­ne or­ga­ni­zmy i roz­ta­cza­ła do­ko­ła za­bój­cze mia­zma­ty.

Pod osło­ną drzew, na dróż­kach le­żał jesz­cze śnieg, a dro­gą, któ­rą zi­mą nikt nie jeź­dził, a cho­dzi­li tyl­ko ro­bot­ni­cy z po­bli­skich wsi, cią­gnę­ły się głę­bo­kie śla­dy stóp, wy­ci­śnię­te w zie­lo­na­wym, prze­mię­kłym śnie­gu.

Bo­ro­wiec­ki śli­zgał się po bło­cie i po śnie­gu, po­ty­kał się o ko­rze­nie drzew i szedł w głąb, nie mo­gąc ni­g­dzie doj­rzeć Lu­cy.

Zi­ry­to­wa­ny bez­owoc­nym po­szu­ki­wa­niem i zim­nem, i tą wil­go­cią przej­mu­ją­cą, miał już za­wró­cić do po­wo­zu, gdy zza grub­sze­go drze­wa, gdzie sta­ła za­cza­jo­na, rzu­ci­ła mu się na szy­ję Lu­cy z ta­ką gwał­tow­no­ścią, że mu zrzu­ci­ła ka­pe­lusz na zie­mię.

— Ko­cham cię, Karl! — szep­ta­ła, ca­łu­jąc go na­mięt­nie.

Od­po­wie­dział na po­ca­łu­nek, ale nie rzekł nic, bo mu się chcia­ło kląć ze zło­ści.

Uję­ła go pod ra­mię i spa­ce­ro­wa­li tak po­mię­dzy drze­wa­mi, po roz­kwa­szo­nym, ośli­zgłym grun­cie.

Las szu­miał ja­koś smut­nie i głu­cho i trząsł na nich ra­zem z igła­mi schną­cych świer­ków deszcz, co z sze­le­stem co­raz gło­śniej­szym trze­pał w ga­łę­zie.

Lu­cy roz­ma­wia­ła nie­stru­dze­nie, prze­pla­ta­jąc roz­mo­wę po­ca­łun­ka­mi i piesz­czo­tli­wym, ko­cim przy­tu­la­niem się do nie­go. Pa­pla­ła, jak dzie­ciak, o wszyst­kim, prze­ska­ki­wa­ła z przed­mio­tu na przed­miot, nie koń­cząc jed­ne­go zda­nia, za­czy­na­ła dru­gie po­ca­łun­kiem. Wy­bu­cha­ła we­so­łym, szcze­rym śmie­chem za naj­lżej­szym po­wo­dem.

Wy­glą­da­ła przy tym prze­ślicz­nie, w ja­kimś pół­wio­sen­nym an­giel­skim ko­stiu­mie, w wiel­kiej fu­trza­nej pe­le­ry­nie czar­nej, z koł­nie­rzem à la Me­di­cis z piór stru­sich, w ogrom­nym czar­nym ka­pe­lu­szu, spod któ­re­go jej cu­dow­ne oczy świe­ci­ły się jak dwa sza­fi­ry.

Po­ry­wa­ło ją to ro­man­tycz­ne spo­tka­nie z ko­chan­kiem.

Nie chcia­ła się z nim spo­tkać w mie­ście, bo pra­gnę­ła nad­zwy­czaj­no­ści ja­kiej bądź, pra­gnę­ła nie­po­ko­ju, dresz­czu emo­cji. Wy­my­śli­ła więc to spo­tka­nie w le­sie i te­raz się nim roz­ko­szo­wa­ła ca­łą swo­ją du­szą znu­dzo­ną, nie zwra­ca­jąc na­wet uwa­gi na mil­cze­nie Ka­ro­la, któ­ry od­po­wia­dał za­le­d­wie mo­no­sy­la­ba­mi i czę­sto spo­glą­dał na ze­ga­rek.

Co ją to ob­cho­dzi­ło, był przy niej, cza­sem od­da­wał po­ca­łu­nek tak na­mięt­nie, że aż bia­ła­wą mgłą za­cho­dzi­ły jej oczy, mo­gła mu mó­wić o swo­jej mi­ło­ści, mo­gła mu się rzu­cać co chwi­la w ra­mio­na i mo­gła uczu­wać to słod­kie zde­ner­wo­wa­nie, prze­sy­co­ne oba­wą, aby ich kto nie spo­strzegł.

Oglą­da­ła się co chwi­la z prze­stra­chem na wszyst­kie stro­ny, a gdy drze­wa za­szu­mia­ły gło­śniej lub wro­ny z krzy­kiem zry­wa­ły się z drzew i le­cia­ły ku mia­stu, przy­tu­la­ła się do nie­go z krzy­kiem prze­ra­że­nia i trzę­sła się ca­ła, że mu­siał roz­wie­wać jej oba­wy po­ca­łun­ka­mi i za­pew­nie­nia­mi, że są zu­peł­nie bez­piecz­ni.

— Karl, masz re­wol­wer — za­py­ta­ła.

— Mam.

— Wyj­mij, mój zło­ty, mój je­dy­ny. Wi­dzisz bę­dę się czuć bez­piecz­niej­szą. Nie dał­byś mnie, praw­da? — szep­ta­ła, przy­ci­śnię­ta do nie­go.

— O, mo­żesz być pew­ną. Ale cze­go się bo­isz?

— Ja nie wiem cze­go, ale się bar­dzo bo­ję, bar­dzo — i oczy jej bie­ga­ły szyb­ko po le­sie.

— Tu­taj nie ma zbój­ców, da­ję ci sło­wo.

— Gdzież tam, czy­ta­łam nie­daw­no, że w tym le­sie za­bi­li po­wra­ca­ją­ce­go z ro­bo­ty ro­bot­ni­ka, wiem z pew­no­ścią, że tu­taj za­bi­ja­ją — wstrzą­snę­ła się ner­wo­wo.

— Bądź spo­koj­ną, przy mnie nic ci się złe­go nie sta­nie.

— Wiem, ty mu­sisz być bar­dzo od­waż­ny. Ko­cham cię, Karl, po­ca­łuj mnie, tyl­ko moc­no, moc­no.

Za­czął ją ca­ło­wać.

— Ci­cho! — za­wo­ła­ła, od­ry­wa­jąc usta od je­go ust. — Ktoś wo­ła!

Nikt nie wo­łał; las szu­miał i po­chy­lał się wol­no i au­to­ma­tycz­nie, wy­so­kie drze­wa zda­wa­ły się ko­ro­na­mi roz­mia­tać kłę­by mgieł, co pły­nę­ły z pól co­raz chy­żej i co­raz ni­klej­sze, bo deszcz po­czy­nał pa­dać rzę­si­sty i sy­pał się na las ni­by gru­be ziar­no, i bęb­nił z ło­sko­tem w bla­sza­ne da­chy re­stau­ra­cji.

Ka­rol roz­ło­żył pa­ra­sol i sta­nę­li pod drze­wem, któ­re ich nie­co ochra­nia­ło.

— Za­mo­czysz się, bar­dzo mi żal, że na ta­ką po­go­dę je­steś wy­sta­wio­na.

— Karl, ja to bar­dzo lu­bię.

Zdję­ła rę­ka­wicz­kę i wy­sta­wi­ła dłu­gą, bia­łą rę­kę na deszcz.

— Jesz­cze się prze­zię­bisz i roz­cho­ru­jesz.

— To by­ło­by do­brze, le­ża­ła­bym w łóż­ku i mo­gła­bym cią­gle, cią­gle my­śleć o to­bie.

— Tak, ale ja nie mógł­bym cię wte­dy wi­dzieć.

— O, to nie chcę. Już ca­łe trzy dni cię nie wi­dzia­łam i nie mo­głam wy­trzy­mać, mu­sia­łam ko­niecz­nie z to­bą się spo­tkać. A ty, czy my­śla­łeś o mnie?

— Mu­sia­łem, bo nie po­tra­fi­łem my­śleć o czym in­nym.

— Jak to do­brze. Czy ty mnie jesz­cze ko­chasz, Karl?

— Ko­cham, wąt­pisz?

— Wie­rzę ci, że bę­dziesz mnie ko­chał za­wsze.

— Za­wsze.

Usi­ło­wał zmięk­czyć głos i twa­rzy nadać ton szczę­śli­wo­ści, ale nie bar­dzo mu się to uda­wa­ło, bo ka­masz­ki mu prze­mię­kły, miał peł­ne ka­lo­sze wo­dy i bło­ta, a zresz­tą ty­le jesz­cze dzi­siaj ro­bo­ty.

By­li ze so­bą z go­dzi­nę i zde­cy­do­wa­ła się do­pie­ro do po­wro­tu, gdy jej twarz i rę­ce tak zzię­bły, że mu­siał je roz­grze­wać po­ca­łun­ka­mi, a przy roz­sta­niu, kie­dy za­py­tał, czy istot­nie mia­ła tak waż­ny in­te­res, o któ­rym te­le­fo­no­wa­ła, rzu­ci­ła mu się na szy­ję.

— Ko­cham cię, chcia­łam ci to po­wie­dzieć, chcia­łam cię wi­dzieć!

Ode­szła wresz­cie i po­wra­ca­ła po kil­ka ra­zy, że­by się raz jesz­cze po­że­gnać i raz jesz­cze za­pew­nić go o swo­jej mi­ło­ści i pro­sić, że­by się nie wy­chy­lał z la­su, pó­ki nie wsią­dzie do po­wo­zu, cze­ka­ją­ce­go w ulicz­ce, ob­sta­wio­nej par­ka­na­mi.

Świ­staw­ki obia­do­we za­czy­na­ły prze­ci­nać po­wie­trze ze wszyst­kich stron, gdy się wy­do­stał do po­wo­zu i pra­wie ga­lo­pem po­je­chał do kan­to­ru.

Za­stał tyl­ko Bu­chol­ca i Hor­na, bo resz­ta już się roz­pro­szy­ła na obiad.

— Pan za moc­no ak­cen­tu­jesz swo­je sło­wa — szep­tał Bu­cholc, wy­cią­ga­jąc się w fo­te­lu.

— Nie umiem ina­czej mó­wić — war­czał Horn.

— Po­trze­ba, że­byś się pan na­uczył, bo ja te­go nie zno­szę.

— To mi jest Schwam-drüber93, pa­nie pre­ze­sie — mó­wił pra­wie spo­koj­nie, tyl­ko usta mu drga­ły ner­wo­wo, a nie­bie­skie oczy po­ciem­nia­ły na­gle.

— Do ko­go to pan mó­wisz? — pod­niósł nie­co głos.

— Do pa­na pre­ze­sa.

— Pa­nie Horn, ja pa­na ostrze­gam, bo ja za wie­le cier­pli­wo­ści nie mam, ja pa­nu...

— Nie po­trze­bu­ję wie­dzieć, czy pan jest cier­pli­wy, czy nie, to mnie nie ob­cho­dzi.

— Nie prze­ry­waj pan, kie­dy ja mó­wię, kie­dy Bu­cholc mó­wi!

— Nie wi­dzę przy­czy­ny, dla­cze­go nie mo­że być ci­cho Bu­cholc, kie­dy Horn mó­wi.

Bu­cholc ze­rwał się, ale tyl­ko syk­nął z bó­lu, gła­dził przez chwi­lę okrę­co­ne no­gi i od­dy­chał cięż­ko, przy­krył po­wie­ka­mi oczy, złość nim trzę­sła, ale mil­czał, bo chciał pa­no­wać nad so­bą.

Horn, któ­ry z ca­łą świa­do­mo­ścią i na­wet z pew­ną me­to­dą roz­draż­niał go co­raz bar­dziej, zło­żył księ­gi, naj­spo­koj­niej za­brał swo­je ołów­ki, gu­my i ob­sad­ki, owi­nął je w pa­pier i scho­wał do kie­sze­ni.

Ro­bił to wszyst­ko bar­dzo wol­no i spo­glą­dał na Bo­ro­wiec­kie­go, któ­ry zdu­mio­ny je­go za­cho­wa­niem i tą nie­sły­cha­ną kłót­nią, nie wie­dział, co zro­bić ze so­bą. Nie mógł wziąć stro­ny Hor­na, bo nie wie­dział, o co im po­szło, a zresz­tą nie ujął­by się i tak za nim, bo wię­cej go ob­cho­dził Bu­cholc. Pa­trzał więc zgor­szo­ny na Hor­na, któ­ry spo­koj­nie kładł ka­lo­sze i uśmie­chał się si­ny­mi z iry­ta­cji usta­mi.

— Pan u mnie miej­sca nie masz, ja pa­na wy­rzu­cam — szep­nął Bu­cholc.

— Ja so­bie ro­bię gru­bą nie­przy­zwo­itość z pa­na i z pań­skie­go miej­sca.

Wsa­dził dru­gi ka­losz.

— Prócz te­go, ka­żę cię wy­rzu­cić za drzwi.

— Spró­buj cha­mie! — krzyk­nął, ubie­ra­jąc się spiesz­nie w pal­to.

— Kun­del, za drzwi z nim! — szep­nął jesz­cze ci­szej Bu­cholc, ści­ska­jąc ner­wo­wo kij.

— Daj spo­kój, Au­gust, nie pró­buj, bo to­bie ra­zem z two­im pa­nem nad­ła­mię że­ber.

— Ver­flucht94! Za drzwi z nim! — za­krzy­czał.

— Mil­czeć, zło­dzie­ju! — ryk­nął Horn, chwy­ta­jąc za ja­kiś cięż­ki sto­łek i go­tów był bić, gdy­by go był kto­kol­wiek do­tknął. — Mil­czeć, ty szwab­ska mor­do! ty sza­ka­lu! — rzu­cił stoł­kiem pod biur­ko i wy­szedł, trza­snąw­szy tak sil­nie drzwia­mi, aż wszyst­kie szy­by z nich wy­le­cia­ły.

Bo­ro­wiec­ki wy­su­nął się już przed­tem.

Bu­cholc opadł z ję­kiem, nie­przy­tom­ny pra­wie z gnie­wu, miał ty­le tyl­ko sił, że na­ci­snął gu­zik elek­trycz­ny i przy­du­szo­nym, ochry­płym gło­sem szep­nął:

— Po­li­cja.

Dłu­ga ci­sza za­pa­no­wa­ła w pu­stym kan­to­rze. Lo­kaj stał bez ru­chu, prze­stra­szo­ny i nie wie­dział, co ro­bić, pa­trzył na twarz si­ną Bu­chol­ca i na wy­krzy­wio­ne z bó­lu usta, któ­ry oprzy­tom­niał wresz­cie, otwo­rzył oczy, po­pa­trzył na pu­sty kan­tor, po­pra­wił się w fo­te­lu i po dłu­giej chwi­li za­wo­łał ła­god­nie:

— Au­gust!

Lo­kaj pod­szedł ze stra­chem, bo jak tyl­ko wo­łał po imie­niu i uda­wał ła­god­ne­go, wte­dy był naj­strasz­niej­szym.

— Gdzie pan Horn?

— Ja­śnie pan go wy­rzu­cił, to i po­szedł.

— Do­brze. A gdzie pan Bo­ro­wiec­ki?

— Zaj­rzał tyl­ko i za­raz wy­szedł, mu­siał iść na obiad, bo już po dwu­na­stej, fa­bry­ki do­syć daw­no gwiz­da­ły na po­łu­dnie — prze­cią­gał umyśl­nie od­po­wie­dzi.

— Do­brze. Stań z bo­ku.

Lo­kaj drgnął, ale wy­peł­nił roz­kaz.

— Słu­cham! — rzekł bar­dzo po­kor­nym gło­sem.

— Ka­za­łem ci wy­rzu­cić te­go psa, dla­cze­go nie słu­cha­łeś, co?

— Ja­śnie pa­nie, on sam wy­szedł! — za­czął się tłu­ma­czyć ze łza­mi.

— Mil­czeć! — krzyk­nął i ude­rzył go z ca­łej si­ły ki­jem przez twarz.

Au­gust bez­wied­nie cof­nął się w tył.

— Stój, chodź bli­żej!

I gdy lo­kaj pod wpły­wem stra­chu zno­wu się przy­su­nął, przy­trzy­mał go za rę­kę i po­tęż­nie ob­ło­żył ki­ja­mi.

Au­gust nie pró­bo­wał się na­wet wy­dzie­rać, od­wró­cił tyl­ko twarz, że­by ukryć łzy, któ­re mu się stru­mie­niem la­ły po wy­go­lo­nych po­licz­kach, a gdy Bu­cholc prze­stał go bić, śmier­tel­nie zmę­czo­ny, i le­żał w fo­te­lu ję­cząc, za­czął ob­wi­jać mu no­gi we fla­ne­le, któ­re się po­zsu­wa­ły pod­czas gwał­tow­nych po­ru­szeń.

Ka­rol tym­cza­sem, nie chcąc być świad­kiem awan­tu­ry, wy­niósł się i po­je­chał na obiad.

Ja­dał w tak zwa­nej „ko­lo­nii” na Spa­ce­ro­wej.

„Ko­lo­nię” skła­da­ło kil­ka­na­ście ko­biet, Po­lek, wy­rzu­co­nych przez los z róż­nych czę­ści Kra­ju na bruk łódz­ki.

By­ły to prze­waż­nie roz­bit­ki ży­cio­we: wdo­wy, eks-oby­wa­tel­ki ziem­skie, eks-ka­pi­ta­list­ki, eks-pa­nie, sta­re pan­ny i mło­de dziew­czy­ny, któ­re przy­szły tu­taj szu­kać pra­cy. Bie­da je po­łą­czy­ła i bie­da wy­rów­na­ła po­mię­dzy ni­mi róż­ne to­wa­rzy­sko-ka­sto­we nie­rów­no­ści.

Zaj­mo­wa­ły na uli­cy Spa­ce­ro­wej ca­łe pię­tro, urzą­dzo­ne na spo­sób ho­te­lo­wy. Ko­ry­tarz biegł wzdłuż ca­łe­go miesz­ka­nia i koń­czył się przy wiel­kim, na­roż­nym po­ko­ju, słu­żą­cym za wspól­ną dla wszyst­kich ja­dal­nię.

Ka­rol i Mo­ryc ja­da­li tam obia­dy ra­zem z kil­ko­ma ko­le­ga­mi.

Przy­szedł spóź­nio­ny nie­co, bo wiel­ki okrą­gły stół był już ob­sa­dzo­ny sto­łow­ni­ka­mi.

Je­dzo­no po­śpiesz­nie w mil­cze­niu, nikt nie miał cza­su na po­ga­węd­kę, a wszy­scy co chwi­la pod­no­si­li gło­wy i nad­słu­chi­wa­li, czy nie od­zy­wa­ją się już świ­staw­ki.

Ka­rol usiadł obok tej ba­ro­no­wej, któ­ra w so­bo­tę prze­wod­ni­czy­ła w lo­ży, uści­snął kil­ka rąk w mil­cze­niu, kiw­nął kil­ka ra­zy gło­wą da­lej sie­dzą­cym i za­brał się do je­dze­nia.

— Hor­na nie by­ło jesz­cze? — za­py­tał ktoś przez stół pa­ni Ła­piń­skiej.

— Spóź­nia się ja­koś dzi­siaj — szep­nę­ła.

— Przyj­dzie do­pie­ro wie­czo­rem — po­in­for­mo­wa­ła mło­da dziew­czy­na, z ob­cię­ty­mi krót­ko wło­sa­mi, któ­re co chwi­la od­gar­nia­ła z czo­ła.

— Dla­cze­go, Ka­ma?

— Miał dzi­siaj zro­bić awan­tu­rę Bu­chol­co­wi i wy­mó­wić mu miej­sce.

— Mó­wił Ka­mie o tym? — za­py­tał ży­wo Ka­rol.

— Ta­ki plan miał.

— On ni­g­dy, jak wi­dzę, nie ro­bi nic bez pla­nu — cho­dzą­ca me­to­da.

— Za­wzię­ty Niem­czyk!

— O, pan Sier­piń­ski na­zy­wa Hor­na Niem­czy­kiem, cio­ciu! — za­pro­te­sto­wa­ła Ka­ma.

— Nie tyl­ko za­wzię­ty, on ma na­wet w gnie­wie me­to­dę.

— Ba, wi­dzia­łem go raz, jak u nas w kan­to­rze kłó­cił się z Mül­le­rem.

— A ja przed chwi­lą zo­sta­wi­łem go w po­dob­nej sy­tu­acji z Bu­chol­cem.

— Co się sta­ło, pa­nie Ka­ro­lu? — za­wo­ła­ła ży­wo Ka­ma i przy­bie­gła do Bo­ro­wiec­kie­go, za­nu­rzy­ła mu we wło­sy swo­ją drob­ną, dzie­cin­ną jesz­cze rącz­kę i po­cią­ga­jąc go za gło­wę, wo­ła­ła roz­piesz­czo­nym gło­si­kiem: — Cio­ciu, niech pan Ka­rol po­wie!

Kil­ka głów pod­nio­sło się znad ta­le­rzy.

— Przy mnie nic się nie sta­ło jesz­cze, a co po mo­im wyj­ściu — nie wiem. Szło na ostro. Horn z ca­łą ser­decz­no­ścią prze­ko­ny­wał Bu­chol­ca, że jest zło­dzie­jem i szwab­ską mor­dą.

— Ha, ha, bra­wo Horn, dziel­ny chło­pak.

— Szla­chec­ka krew, pa­nie do­bro­dzie­ju, tak czy owak, a za­wsze się po­ka­że — mru­czał Sier­piń­ski ukon­ten­to­wa­ny, ob­cie­ra­jąc po­tęż­ne, wy­czer­nio­ne wą­sy.

— A ja pa­na ko­cham, bo pan jest po­rząd­ny szlach­cic, praw­da cio­ciu?

— A ja Ka­mę pa­nie do­bro­dziej­ki tak­że...

— Ko­cham tak, czy owak — do­koń­czy­ła Ka­ma ze śmie­chem.

— Nie ty­le ma Horn dziel­no­ści, ile zwy­kłe­go, bez­myśl­ne­go za­wa­diac­twa — po­wie­dział Ka­rol nie­chęt­nie.

— Za­bra­nia­my tak mó­wić o Hor­nie — wo­ła­ły ko­bie­ty, spo­glą­da­jąc na Ka­mę, któ­ra pu­ści­ła gło­wę Ka­ro­la, od­su­nę­ła się gwał­tow­nie i roz­czer­wie­nio­na, a pa­ła­ją­cy­mi ocza­mi mie­rzy­ła go gniew­nie.

— Nie od­wo­łam, com po­wie­dział i nie prze­sta­nę te­go da­lej do­wo­dzić. Chciał rzu­cić miej­sce — mógł; miał ja­kie pre­ten­sje do Bu­chol­ca, mógł je wy­łusz­czyć; z Bu­chol­cem ła­twiej się po­ro­zu­mieć, niż z in­ny­mi, bo Bu­cholc ma ro­zum. Ale po co by­ło ro­bić po­dob­ną awan­tu­rę, chy­ba tyl­ko dla po­pi­su, że­by o nim w Ło­dzi mó­wio­no. Tak, chło­pacz­ki bę­dą po­dzi­wiać je­go śmia­łość i od­wa­gę. Wiel­kie bo­ha­ter­stwo — na­wy­my­ślać cho­re­mu czło­wie­ko­wi. Bu­cholc mu te­go ni­g­dy nie da­ru­je, bę­dzie się na nim mścił do śmier­ci, on ma do­brą pa­mięć.

— O, to nie dłu­go, dzię­ki Bo­gu, bo on po­dob­no bar­dzo cho­ry — za­wo­ła­ła z unie­sie­niem Ka­ma.

— Ka­ma, co ty wy­ga­du­jesz?

— A zresz­tą, fi­gę mu zro­bi. Horn po­je­dzie do War­sza­wy, do do­mu i bę­dzie so­bie kpił z Bu­chol­ca. Praw­da, cio­ciu?

— A co na­wy­my­ślał Szwa­bo­wi, to mu nikt te­go nie od­bie­rze.

— Bu­cholc ma dłu­gie rę­ce, do­sta­ną i do War­sza­wy. Znaj­dzie spo­sób zwró­ce­nia na nie­go uwa­gi, zro­bi tak, jak zro­bił Mül­ler z Ob­ręb­skim i Horn mo­że się do­brze prze­chło­dzić, bę­dzie miał czas.

Świ­staw­ka gdzieś nie­da­le­ko roz­le­gła się prze­raź­li­wie.

— Krzecz­kow­ski, to twój sło­wik cię wa­bi — za­śmiał się któ­ryś.

— Nie­chaj stra­ci głos — szep­nął wy­so­ki, chu­dy blon­dyn w oku­la­rach, pod­niósł się i wy­szedł z po­śpie­chem.

— Czy istot­nie szło tak ostro, pa­nie Ka­ro­lu — py­ta­ła pa­ni Ste­fa­nia, przy­sia­da­jąc się do nie­go, rów­nież dzi­siaj li­lio­wa, jak i w so­bo­tę by­ła w te­atrze.

— Wię­cej, jak ostro, bo Horn go­tów był się rzu­cić na Bu­chol­ca.

— Zuch chło­pak, pa­nie do­bro­dziej­ki, trze­ba by­ło Szwa­ba przy­trzy­mać za czu­pry­nę i po­tem tak i owak, z jed­nej i dru­giej stro­ny na­fa­so­no­wać.

— Pa­nie Sier­piń­ski, to nie spra­wa z ra­ta­jem95.

— A cóż to, wia­do­mo, pa­nie do­bro­dziej­ki, że Bu­cholc trak­tu­je wszyst­kich jak psów. Psia­krew — za­tkał gwał­tow­nie usta. — Prze­pra­szam, pa­nie do­bro­dziej­ki, za­po­mnia­łem się, ale mo­je by­dlę już na mnie ry­czy — mó­wił spiesz­nie, ca­ło­wał wszyst­kie ko­bie­ty w rę­ce z po­śpie­chem, bo gru­by, hu­czą­cy świst prze­dzie­rał się przez szy­by i wo­łał go do ro­bo­ty.

I tak pręd­ko po ko­lei od­ry­wa­li się od sto­łu, rzu­ca­li nie­do­koń­czo­ny obiad, ki­wa­li gło­wa­mi, nie ma­jąc cza­su na in­ne po­że­gna­nia i wy­bie­ga­li, ubie­ra­jąc się już w pal­ta na scho­dach i le­cie­li do fa­bryk, po­ry­wa­ni ty­mi świ­sta­mi, co jak ka­no­na­da roz­le­ga­ły się nad mia­stem i zwo­ły­wa­ły do pra­cy. Każ­dy znał głos swo­jej świ­staw­ki i każ­dy, usły­szaw­szy ten nie­na­wist­ny głos, rzu­cał wszyst­ko i biegł, aby się tyl­ko nie spóź­nić.

Bo­ro­wiec­ki tyl­ko nie zwa­żał na to i Ma­li­now­ski, mło­dy tech­nik z biu­ra Szai, któ­ry wciąż mil­czał, jadł i w prze­rwach pi­sał coś szyb­ko w no­te­sie, le­żą­cym obok ta­le­rza, cza­sem po­włó­czył zie­lo­ny­mi ocza­mi po twa­rzy pa­ni Ste­fa­nii, wzdy­chał ci­cho, prze­gar­niał wło­sy i krę­cił gał­ki z chle­ba, któ­rym się na­stęp­nie dłu­go przy­pa­try­wał.

Twarz miał bla­dą jak su­ro­wy per­kal, zu­peł­nie po­pie­la­te wło­sy i wą­sy, no i te dziw­ne oczy zie­lo­ne, któ­re cią­gle zmie­nia­ły ko­lor. Zwra­cał za­wsze ogól­ną uwa­gę, bo był bar­dzo pięk­ny i bar­dzo nie­śmia­ły, i bar­dzo za­mknię­ty w so­bie.

— Cio­ciu, czy pan Ma­li­now­ski mó­wił co dzi­siaj? — za­py­ta­ła Ka­ma, któ­ra ze szcze­gól­ną sym­pa­tią tor­tu­ro­wa­ła go co­dzien­nie.

Ła­piń­ska nic nie od­po­wie­dzia­ła, za­ję­ta roz­mo­wą z Bo­ro­wiec­kim, a Ma­li­now­ski opu­ścił oczy i uśmiech­nął się dziw­nie słod­ko i zno­wu coś pi­sał w no­te­sie.

I ko­bie­ty, sie­dzą­ce przy sto­le, za­czę­ły z wol­na pod­no­sić się i wy­cho­dzić, każ­da z nich bo­wiem pra­co­wa­ła w ja­kimś in­te­re­sie.

Dzwo­nek za­dźwię­czał w przed­po­ko­ju z gwał­tow­no­ścią.

— To mój Ma­te­usz, te­le­gram! — za­wo­łał Ka­rol, zna­ją­cy do­brze spo­sób dzwo­nie­nia fa­mu­lu­sa, któ­ry istot­nie wszedł za­raz, nio­sąc te­le­gram od Mo­ry­ca.

— To przy­szło do­pi­ro i za­raz jez­dem — mel­do­wał.

— A to niech za­wsze wy­cie­ra no­gi w przed­po­ko­ju, je­śli to ma za­bło­co­ne bu­ty! — ko­men­de­ro­wa­ła ener­gicz­nie Ka­ma.

Bo­ro­wiec­ki, nie zwa­ża­jąc na cie­ka­we spoj­rze­nia, usu­nął się pod okno i czy­tał:

Do­brze. Knoll, Zuc­ker, J. Men­del­sohn — ku­pu­ją. Pierw­szą par­tię wy­sła­łem ra­no. Zwoź do mnie. Pięt­na­ście pro­cent dro­żej. Za­pa­sy ma­łe.

Za ty­dzień po­wró­cę.

Ka­rol chci­wie prze­czy­tał ten te­le­gram i nie mógł ukryć za­do­wo­le­nia.

— Do­bre wia­do­mo­ści, pa­nie Ka­ro­lu? — za­py­ta­ła pa­ni Ste­fa­nia, pa­trząc się li­lio­wy­mi ocza­mi w je­go roz­ja­śnio­ną twarz.

— Bar­dzo do­bre!

— Od na­rze­czo­nej! — wy­krzyk­nę­ła Ka­ma.

— Tyl­ko od Mo­ry­ca z Ham­bur­ga. Ład­na na­rze­czo­na. Niech Ka­ma bę­dzie grzecz­na, to wy­swa­tam za Mo­ry­ca.

— Ży­dziak, nie chcę, nie chcę — wo­ła­ła, tu­piąc no­ga­mi.

— No, to za Bau­ma.

Ka­my już nie by­ło w po­ko­ju.

Za­czął się że­gnać z po­zo­sta­ły­mi

— Już prze­cież pa­na gwiz­daw­ki nie wo­ła­ją.

— Po­mi­mo to, dzi­siaj mi pil­niej niż kie­dy­kol­wiek.

— Praw­da, pan dla nas ni­g­dy nie ma cza­su, już trzy nie­dzie­le z rzę­du nie by­ło pa­na wie­czo­rem — lek­ki wy­rzut brzmiał w jej gło­sie.

— Pa­ni Ste­fa­nio, nie śmiem wie­rzyć na­wet, że brak mój za­uwa­żo­no, nie je­stem tak za­ro­zu­mia­łym, ale je­stem pew­ny, że opusz­cza­jąc te wie­czo­ry, stra­ci­łem da­le­ko wię­cej niż pa­ni, da­le­ko wię­cej.

— Kto to wie? — szep­nę­ła ci­cho, po­da­jąc mu rę­kę na po­że­gna­nie, któ­rą on uca­ło­wał bar­dzo moc­no i wy­szedł.

W przed­po­ko­ju za­stą­pi­ła mu dro­gę Ka­ma.

— Pa­nie Ka­ro­lu, ja mam do pa­na bar­dzo wiel­ką proś­bę, bar­dzo wiel­ką, bar­dzo...

— Słu­cham i z gó­ry obie­cu­ję wszyst­ko speł­nić. Niech dziec­ko pro­si.

Ka­ma nie pa­trzy­ła na nie­go; te krót­kie, czar­ne wło­sy, po­skrę­ca­ne w pier­ścion­ki, za­sło­ni­ły jej ca­łe czo­ło; nie od­gar­nia­ła ich wca­le; opar­ta ple­ca­mi o drzwi, z piąst­ka­mi za­ci­śnię­ty­mi, zbie­ra­ła dłu­go ca­łą swo­ją od­wa­gę.

— Niech pan nie prze­śla­du­je Hor­na, niech mu pan po­mo­że. On wart te­go, on ta­ki do­bry, ta­ki szla­chet­ny, a je­mu tak źle w Ło­dzi, tak źle, je­go nikt nie lu­bi i wszy­scy się z nie­go śmie­ją, a ja te­go nie chcę, mnie to tak bar­dzo bo­li, ja bym tak pra­gnę­ła, Je­zus Ma­ria... Ja te­go nie chcę! — wy­krzyk­nę­ła, wy­bu­cha­jąc pła­czem i ucie­kła do sa­lo­ni­ku, gu­biąc je­den pan­to­fel z no­gi.

— Dziec­ko się ko­cha — po­my­ślał, po­stał chwi­lę, pod­niósł pan­to­fe­lek i po­szedł z nim do sa­lo­ni­ku, otwo­rzył drzwi i sta­nął zdu­mio­ny.

Ka­ma, w poń­czo­chach tyl­ko, go­ni­ła na­oko­ło sto­łu ma­łe­go bia­łe­go bo­noń­czy­ka, któ­ry z pan­to­flem w zę­bach bie­gał do­oko­ła.

Śmia­ła się do roz­pu­ku i ko­niecz­nie usi­ło­wa­ła go zła­pać, ale mą­dry pies umiał się jej za­wsze wy­krę­cić w ostat­niej chwi­li i uciec, a gdy zwal­nia­ła po­goń, kładł pan­to­fe­lek i szcze­kał we­so­ło.

— Pi­co­lo, daj Ka­mie, słu­chaj Ka­my Pi­co­lo — wo­ła­ła do nie­go, zdra­dziec­ko się pod­su­wa­jąc, ale pies prze­czu­wał ma­newr, chwy­tał w zę­by pan­to­fel i ucie­kał.

— Za to ja Ka­mie od­da­ję zgu­bę, cho­ciaż mógł­bym śmia­ło za­trzy­mać.

— Cio­ciu! — za­wo­ła­ła prze­stra­szo­na, przy­ku­ca­jąc na środ­ku po­ko­ju, aby ukryć no­gi.

Po­sta­wił pan­to­fe­lek na pod­ło­dze i wy­szedł szcze­rze roz­ba­wio­ny.

Po­biegł do kan­to­ru Mo­ry­ca obej­rzeć skła­dy, gdzie mia­ła być ła­do­wa­na ba­weł­na.

Po­wra­ca­jąc, na­tknął się na Ko­złow­skie­go, te­go ope­ret­ko­we­go War­sza­wia­ka, po­zna­ne­go u Mur­ray’a.

— Bon jo­ur, dy­rek­to­rze — za­wo­łał, wy­cią­ga­jąc rę­kę w ele­ganc­kiej, czer­wo­nej rę­ka­wicz­ce.

— Mor­gen!

— Pój­dę z pa­nem ka­wa­łek.

Zsu­nął gał­ką la­ski cy­lin­der nie­co w tył.

— A i ow­szem, bę­dzie mi przy­jem­niej. Jak­że in­te­re­sa.

— Świet­nie, ma się wie. Po­mysł do­sko­na­ły, już mam, szu­kam tyl­ko pie­nię­dzy. Rze­pa, nie fa­cet­ka, o! — za­wo­łał, wy­krę­ca­jąc się za ja­kąś ko­bie­tą i z ukon­ten­to­wa­niem na­su­nął so­bie la­ską cy­lin­der moc­no na czo­ło.

— Cóż to, w tej bran­ży chcesz pan pra­co­wać?

— Nie zro­bił­bym na tym w Ło­dzi żad­ne­go in­te­re­su. Wczo­raj do­pie­ro spo­tka­łem pierw­szą ład­ną ko­bie­tę w Ło­dzi, ma się wie, że mu­si być nie­tu­tej­sza do te­go.

— Są i w Ło­dzi ład­ne ko­bie­ty.

— Sło­wo ho­no­ru, że te­go nie po­wiem. A prze­cież cią­gle je­stem na mie­ście, cią­gle szu­kam, no, bo ma się wie, bez ko­biet i do te­go pięk­nych, nie ro­zu­miem ży­cia.

— No, a ta wczo­raj­sza? — Wy­wa­biał go Ka­rol, bo go fa­cet za­czął in­te­re­so­wać i ba­wić.

— Aha, za­raz. Idę Piotr­kow­ską, po­wra­ca­łem z Gran­du. Pa­trzę, wa­li wprost na mnie ja­kaś nie­wia­sta. Ko­stium — szyk, bu­zia — ca­ca, fi­gu­ra za­cna, wło­sy smo­ła, oczy — sza­fir przy­kop­co­ny, bio­dra — wal czwór­ką, wzrost — grzecz­ny, a jak­że. No, smok, nie ko­bie­ta! A usta, no, mó­wię dy­rek­to­ro­wi, dwa naj­wspa­nial­sze zra­zi­ki.

— Mu­siał pan jesz­cze nie jeść obia­du? — prze­rwał mu Ka­rol.

— Dla­cze­go? — za­py­tał ostro, zsu­wa­jąc cy­lin­der w tył.

— Że pa­nu przy­szło ta­kie ku­li­nar­ne po­rów­na­nie.

— Z dy­rek­to­ra we­so­ły pa­sa­żer! — za­wo­łał i po przy­ja­ciel­sku klep­nął go w brzuch. — Ma się wie, wy­krę­ci­łem z miej­sca i wa­lę za nią. Ona furt idzie, a ja za nią. Za No­wym Ryn­kiem, tam na do­le, bło­to by­ło na tro­tu­arze, więc mo­ja fa­cet­ka pa­ra­so­lik pod pa­chę, su­kie­necz­kę w obie rącz­ki i jaz­da da­lej! U! fraj­dę mia­łem za­cną, nóż­ki wprost bo­skie, moż­na by bu­cik ca­ło­wać. Obej­rza­łem ją ze wszyst­kich bo­ków, a ta wciąż uda­je, że mnie nie wi­dzi. Wy­prze­dzi­łem i sta­ną­łem przed ja­kąś wy­sta­wą, a kie­dy nad­cho­dzi­ła, pa­trzę się jej w oczy. Uśmiech­nę­ła się cu­dow­nie, buch­nę­ło na mnie jak z pie­ca, spa­li­ła mnie ocza­mi. Idzie­my da­lej, ona na­przód, a ja krok w krok za nią. Kto to mo­że być? Za bar­dzo osten­ta­cyj­nie nie zwra­ca na mnie uwa­gi, to coś po­dej­rza­ne­go. A że ja mam pew­ną me­to­dę, po­dług któ­rej oce­niam ko­bie­ty, więc za­czy­nam ją oglą­dać na fest. Po­zo­ry mia­ła wiel­kiej wy­twor­no­ści, ale zo­ba­czy­łem, że ucze­sa­na by­ła nie­dba­le, to pierw­szy mi­nus; ka­pe­lusz mia­ła z pew­no­ścią pa­ry­ski, to zno­wu plus; ko­stium dro­gi, weł­na w naj­lep­szym ga­tun­ku, so­lid­nie zro­bio­ny i do­brze przy­sto­so­wa­ny do obec­nej po­ry, to plus dru­gi; ale pa­trzę le­piej i nad bu­ci­ka­mi ru­dzie­ją zwy­kłe, or­dy­nar­ne fil de co­sy; to mnie zmie­sza­ło, po­win­na by­ła mieć je­dwab to mi­nus po­dwój­ny!

— Pan pra­co­wał w dam­skim in­te­re­sie? — prze­rwał mu iro­nicz­nie.

— Nie, ale ja się znam na tych rze­czach, ba­da­łem je me­to­dycz­nie, ja, pa­nie, po spo­so­bie ubra­nia, po szcze­gó­łach gar­de­ro­by po­zna­ję: kto? skąd? ile?

— Więc któż by­ła owa pięk­ność?

Nie po­wie­dział mu, że z opi­su po­znał Zuc­ke­ro­wą.

— Otóż nie wiem, pierw­szy raz za­wio­dła mnie me­to­da. Ka­pe­lusz i twarz mia­ła ko­bie­ty z to­wa­rzy­stwa — mi­lio­ner­ki; suk­nia oso­by za­moż­nej — po­wo­zo­wa; fil de co­sy — to zno­wu coś: na­uczy­ciel­ki, żo­ny urzęd­ni­ka, ma­łe­go kup­ca; spód­nicz­ka spodnia, bo to zo­ba­czy­łem, z żół­tej gla­sy je­dwab­nej, w ta­nim ga­tun­ku — uszła­by, ale cóż, kie­dy by­ła ozdo­bio­na ba­weł­nia­ny­mi ko­ron­ka­mi. Uwa­ża dy­rek­tor — ba­weł­nia­ny­mi! — ak­cen­to­wał pra­wie ze zgro­zą.

— Cóż to ozna­cza?

— Tan­de­tę, pa­nie, tro­tu­aro­wą fa­cet­kę, a w naj­lep­szym ra­zie wy­stro­jo­ne­go pa­rzy­gna­ta. To mnie do­bi­ło. Nie przed­sta­wia już dla mnie żad­ne­go in­te­re­su. Obej­rza­łem ją po raz ostat­ni, mu­sia­ła się ob­ra­zić, bo opu­ści­ła suk­nię w bło­to i prze­szła na dru­gą stro­nę uli­cy.

— No i pan za nią zno­wu po­sze­dłeś?

— Nie, pa­nie, nie war­to by­ło. Gdy­bym się my­lił w po­przed­niej oce­nie, to to spusz­cze­nie suk­ni i za­mia­ta­nie nią bło­ta, sa­mo już wy­star­czy­ło, aby mnie prze­ko­nać, że to zwy­kła łódz­ka flą­dra. Żad­na war­szaw­ska szwacz­ka na­wet te­go nie zro­bi, raz, że ma­ją ład­ne no­gi i lu­bią je po­ka­zy­wać, a po dru­gie — bło­cić suk­nie... fe?...

Skrzy­wił się po­gar­dli­wie i przy­sta­nął.

— Do wi­dze­nia. Mu­szę tu­taj wstą­pić — rzu­cił mu Ka­rol i, aby się go po­zbyć, wstą­pił na ro­gu pa­sa­żu Mey­era do cu­kier­ni.

Przy­szło mu za­raz na myśl, że­by „ko­lo­nii” spra­wić ucie­chę.

Ku­pił wiel­ką ta­cę cia­stek, pu­deł­ko cu­kier­ków i do­łą­czył na­stę­pu­ją­cy bi­let pod ad­re­sem Ka­my:

Nie­chaj dziec­ko nie pła­cze i cu­kier­ka­mi po­dzie­li się z Pi­co­lem, mo­że dru­gi raz nie bę­dzie kradł pan­to­fel­ka, i bę­dzie pew­ne, że ten nie­go­dzi­wy Ka­rol zro­bi wszyst­ko, co tyl­ko bę­dzie moż­na dla H.

Wszyst­ko to ka­zał po­słać na Spa­ce­ro­wą.

— Nie­chaj i one za­ro­bią coś na mo­im in­te­re­sie — szep­nął, wy­cho­dząc na uli­cę.

Był tak za­do­wo­lo­ny z sie­bie i ze świa­ta, że kła­niał się na le­wo i na pra­wo licz­nym zna­jo­mym, śpie­szą­cym z obia­dów do fa­bryk i kan­to­rów i z pew­ną po­błaż­li­wo­ścią spo­glą­dał na Ko­złow­skie­go, któ­ry po dru­giej stro­nie uli­cy szedł za ja­ki­miś ko­bie­ta­mi i co chwi­la za­glą­dał im w oczy.

Wy­dał mu się śmiesz­nym, w pal­cie na kształt naj­zwy­klej­sze­go wor­ka, z majt­ka­mi ja­sny­mi, osten­ta­cyj­nie za­wi­nię­ty­mi z ćwierć łok­cia nad la­kier­ka­mi i cy­lin­drem na ty­le gło­wy i z tą ru­chli­wą nie­sły­cha­nie twa­rzą, po­dob­ną do mop­si­ka.

Tro­tu­ary by­ły li­te­ral­nie za­pcha­ne ro­bot­ni­ka­mi, bie­gną­cy­mi z po­śpie­chem do fa­bryk na głos tych nie­zli­czo­nych świ­sta­wek, któ­re prze­dzie­ra­ły po­wie­trze; nie­któ­rzy bie­gnąc, do­ja­da­li jesz­cze obia­du. Stu­kot drew­nia­nych po­de­szew za­peł­nił ca­łą uli­cę kle­ko­tem, któ­ry się roz­pra­szał ra­zem z tą fa­lą za­kop­co­nych, czar­nych, wy­nędz­nia­łych i ob­dar­tych ro­bot­ni­ków, po bra­mach i bocz­nych ulicz­kach.

Bo­kiem uli­cy szedł ja­kiś ubo­gi po­grzeb. Bia­łą tru­mien­kę z nie­bie­skim krzy­żem po środ­ku, nio­sło czte­rech czar­no ubra­nych wy­rost­ków, za ko­ściel­nym, któ­ry w nie­bie­skiej pe­le­ryn­ce, zgar­bio­ny, z prze­krzy­wio­ną ły­są gło­wą, niósł krzyż, czła­piąc się sen­nie, po ol­brzy­mim bło­cie; za tru­mien­ką kil­ko­ro dzie­ci pod pa­ra­so­la­mi szło przy sa­mym tro­tu­arze, bo ich co chwi­la do­roż­ki, po­wo­zy i ol­brzy­mie plat­for­my, na­ła­do­wa­ne to­wa­rem, spę­dza­ły ze środ­ka uli­cy i obry­zgi­wa­ły czar­nym, lep­kim bło­tem tru­mien­kę, któ­rą co chwi­la ob­cie­ra­ła far­tu­chem ja­kaś sta­ra ko­bie­ta.

Nikt nie miał cza­su zwra­cać uwa­gi na po­grzeb, cza­sem tyl­ko ja­ki ro­bot­nik uchy­lił czap­ki, al­bo ro­bot­ni­ca prze­że­gna­ła się po­boż­nie, wes­tchnę­ła — i bie­gli da­lej, po­ry­wa­ni ty­mi świ­sta­mi, co, jak ostrza zim­ne, pru­ły po­wie­trze cięż­kie, sza­re, prze­sy­co­ne dy­ma­mi, któ­re stru­ga­mi brud­ny­mi bu­cha­ły z nie­zli­czo­nych ko­mi­nów, dar­ły się o da­chy i na­peł­nia­ły uli­ce trud­nym do znie­sie­nia za­pa­chem.

Bo­ro­wiec­ki przy­sta­nął, oglą­da­jąc się za do­roż­ką, aby prę­dzej zna­leźć się w kan­to­rze, gdy zo­ba­czył, że mu się kła­nia­ją z prze­jeż­dża­ją­ce­go po­wo­zu. To Ma­da Mül­ler z bra­tem, któ­ry w czer­wo­nej, bur­szow­skiej cza­pecz­ce, z zie­lo­no-czer­wo­ną wstę­gą kor­po­ra­cji przez pier­si i z wiel­kim czar­nym pu­dlem na ko­la­nach, sie­dział roz­wa­lo­ny w po­wo­zie.

O kil­ka­na­ście kro­ków da­lej po­wóz przy­sta­nął przy tro­tu­arze.

Ma­da z uśmie­chem zwró­ci­ła się do Bo­ro­wiec­kie­go.

— Pa­nie, a obie­ca­ne ty­tu­ły ksią­żek! To pan ta­ki słow­ny? — za­czę­ła za­raz po przy­wi­ta­niu się.

Bo­ro­wiec­ki pa­trzył w jej zło­ta­we oczy.

— Przy­zna­ję się szcze­rze do za­po­mnie­nia, ale, że się po­pra­wię i dzi­siaj jesz­cze pa­ni przy­szlę96, przy­rze­kam uro­czy­ście.

— Nie wie­rzę, żą­dam so­lid­niej­sze­go za­pew­nie­nia — szcze­bio­ta­ła we­so­ło.

— Go­tów się je­stem na to pod­pi­sać.

— Ma­ło! Pod­pis nie­wie­le kosz­tu­je — śmia­ła się roz­ba­wio­na hu­mo­rem, z ja­kim kładł rę­kę na pier­siach i obie­cy­wał.

— Więc opa­trzę swój pod­pis ży­rem ja­kiej fir­my wiel­kiej.

— Chy­ba pa­ni Li­kier­to­wej — za­wo­ła­ła pręd­ko i scho­wa­ła szyb­ko twarz w je­dwab­ną muf­kę, prze­stra­szo­na wła­sny­mi sło­wa­mi, któ­re się jej nie­chcą­cy wy­rwa­ły.

— Mó­wię jej ty­le ra­zy, że głu­pia, to mi nie chce wie­rzyć — za­mru­czał Wil­helm.

— Gdzie pan idzie? — za­czę­ła zno­wu, chcąc na­pra­wić złe, ja­kie zro­bi­ła, i pod­nio­sła twarz za­czer­wie­nio­ną jak bu­rak.

— Do ro­bo­ty — od­po­wie­dział swo­bod­nie, cho­ciaż ta wzmian­ka o Li­kier­to­wej za­bo­la­ła go moc­no.

— Pod­wie­zie­my pa­na, do­brze Ma­da?

— O, z przy­jem­no­ścią. Pan się prze­cież zgo­dzi?

— Sia­dam w miej­sce od­po­wie­dzi.

— Wil­helm, siądź ra­zem z psem, a pa­nu ustąp miej­sca — za­wo­ła­ła ener­gicz­nie.

— Dzię­ku­ję, usią­dę so­bie ni­sko, bę­dę mógł wy­god­niej pa­trzyć; ślicz­ny pies.

— Trzy ty­sią­ce ma­rek kosz­tu­je. Był me­da­lo­wa­ny na wy­sta­wie i przed­sta­wio­ny Ca­pri­vie­mu.

— A więc psia zna­ko­mi­tość!

— Zły pies, szcze­ka na mnie i po­darł mi zu­peł­nie no­wy far­tu­szek.

— I pa­ni go nie uka­ra­ła za ta­ką zbrod­nię?

— Dał­by mi Wil­helm go bić.

— A pań­stwo gdzie je­dzie­cie?

— Ma­da coś oglą­da­ła w Sa­lo­nie Ar­ty­stycz­nym, pew­nie zno­wu ku­pu­je ja­ki głu­pi ma­lu­nek. A ja chcia­łem swo­je­go Ce­za­ra prze­wieźć tro­chę, bo się nu­dzi w do­mu, zu­peł­nie jak i ja.

— Kie­dyż pan wra­ca do Ber­li­na?

Ma­da za­czę­ła się śmiać bar­dzo gło­śno i szcze­rze.

— Od mie­sią­ca już wy­jeż­dża i co dzień o to kłó­ci się z pa­pą.

— Ci­cho Ma­da, kie­dy głu­pia je­steś, to nie pod­noś kwe­stii, któ­rych nie ro­zu­miesz — za­czął mó­wić zi­ry­to­wa­ny, aż mu owa kre­sa na twa­rzy po­czer­wie­nia­ła.

Wy­pro­sto­wał swój ol­brzy­mi kor­pus i sie­dział chmur­ny.

— Pro­szę pa­na, czy ja pa­nu tak­że się wy­da­ję głu­pią? Tak mi o tym wszy­scy w do­mu mó­wią i tak cią­gle, że w koń­cu ja sa­ma bę­dę mu­sia­ła uwie­rzyć. A po­mi­mo to, wiem na przy­kład, że Wil­helm na­ro­bił dłu­gów w Ber­li­nie, pa­pa ich pła­cić nie chce i dla­te­go sie­dzi w Ło­dzi — mó­wi­ła zło­śli­wie, pa­trząc na bra­ta. — Ha, ha, ha, ja­ką on ma za­baw­ną mi­nę.

— Ma­da, bo zej­dę i pój­dę pro­sto po­wie­dzieć fa­tro­wi, co ty wy­ga­du­jesz.

— A zejdź, bę­dzie nam wy­god­niej z pa­nem Bo­ro­wiec­kim. Ale pan mi nie od­po­wie­dział.

— Bo ta­kie py­ta­nie mu­si po­zo­stać bez od­po­wie­dzi.

— Nie chce pan po­wie­dzieć mi praw­dy.

— Bo, jak w tym wy­pad­ku, tej praw­dy nie znam.

— Kie­dyż mieć bę­dę ty­tu­ły?

— Przy­ślę pa­ni jesz­cze dzi­siaj.

— Nie wie­rzę. Wo­lę, abyś je pan przy­niósł sam za ka­rę.

— Je­śli to ka­ra, to cóż do­pie­ro bę­dzie za wspa­nia­ła na­gro­da!

— Do­sta­nie pan do­brej ka­wy! — po­wie­dzia­ła na­iw­nie.

Wil­helm par­sk­nął gło­śnym śmie­chem, aż Ce­zar za­czął szcze­kać.

— Czy ja po­wie­dzia­łam ja­kie głup­stwo? — py­ta­ła, czer­wie­niąc się z nie­po­ko­ju.

— Pan Wil­helm śmie­je się z psa, o wi­dzi pa­ni, ja­ki za­baw­ny.

— Pan do­bry chło­pak, to pa­pa na­wet mó­wi i wszy­scy u nas w do­mu, prócz Wil­hel­ma.

— Ma­da!

— Do­brze mi tak z pań­stwem i bar­dzo mi żal, że to już mo­ja fa­bry­ka. Dzię­ku­ję i mó­wię: do wi­dze­nia.

— Cze­ka­my na pa­na w nie­dzie­lę po po­łu­dniu.

— Pa­mię­tam i ża­łu­ję, że ta nie­dzie­la nie jest ju­tro, we czwar­tek.

Ma­da ro­ze­śmia­ła się we­so­ło i rzu­ci­ła na nie­go bar­dzo ser­decz­ne spoj­rze­nie.

Stał chwi­lę na tro­tu­arze i wi­dział, że kil­ka ra­zy od­wra­ca­ła się za nim.

— Cze­mu to An­ka nie ma mi­lio­na! Szko­da... — po­my­ślał, bie­gnąc do fa­bry­ki, któ­ra już po obia­do­wym od­po­czyn­ku by­ła w ca­łym, zwy­kłym sza­lo­nym ru­chu.

Z bocz­nych za­bu­do­wań wy­je­chał od­dział stra­ży ognio­wej ochot­ni­czej. Wo­zy, si­kaw­ki, becz­ki wy­jeż­dża­ły w wiel­kim po­rząd­ku i z po­śpie­chem ogrom­nym le­cia­ły, aż bło­to otwie­ra­ło się do dna pod ude­rze­niem kół i ko­pyt koń­skich; na plat­for­mach ro­bot­ni­cy za­mie­nie­ni w stra­ża­ków mun­du­ro­wa­li się po­śpiesz­nie.

— Gdzie się pa­li, pa­nie Rych­ter? — za­py­tał Ka­rol na­czel­ni­ka stra­ży, jed­ne­go z dy­rek­to­rów przę­dzal­ni, któ­re­go szwaj­car fa­brycz­ny w swo­jej izbie ścią­gał pa­sem i upi­nał.

— Pa­li się Al­bert Gro­sman! Ścią­gaj­że pan le­piej — krzy­czał na szwaj­ca­ra, któ­ry nie mógł zmie­ścić je­go po­tęż­ne­go brzu­cha w mun­dur stra­żac­ki, nie­co za cia­sny, bo aż przy do­pi­na­niu od­la­ty­wa­ły gu­zi­ki.

— Daw­no?

— Od pół go­dzi­ny, ale już po­no wszyst­ko się pa­li. Moc­niej, pa­nie Szmit.

— I dla­te­go ten po­śpiech?

— Gros­glück te­le­fo­no­wał do sta­re­go, pro­sząc na wszyst­ko, aby, na złość Grün­spa­no­wi, nie po­zwo­lić się spa­lić zię­cio­wi.

— Dla­cze­go? Aha, chcą go zruj­no­wać.

— To już trze­ci ogień dzi­siaj.

— Fa­bry­ki?

— A tak.

— Od­bi­ja­ją stra­ty na ban­kruc­twach ostat­nich.

— Niech ich pio­ru­ny spa­lą kaj­da­nia­rzy, psia­krew, oni za­ra­bia­ją, a my jak psy z wy­wie­szo­ny­mi ozo­ra­mi ze zmę­cze­nia la­ta­my od po­ża­ru do po­ża­ru.

— Co pan chcesz, to im po­trzeb­ne do za­mknię­cia bi­lan­su.

— Do wi­dze­nia! Uf, pęk­nę, jak Bo­ga ko­cham! — wy­krzyk­nął, sia­da­jąc do ocze­ku­ją­cej przed bra­mą do­roż­ki i za­raz z miej­sca ru­szył ga­lo­pem za wo­za­mi stra­ży, któ­re, po­kry­te błysz­czą­cy­mi ka­ska­mi stra­ża­ków ni­by sa­mo­wa­ra­mi, wid­ne już by­ły w gó­rze uli­cy.

— Ho, ho! se­zon się za­czy­na go­rą­cy — szep­nął i po­biegł do te­le­fo­nu, aby po­wie­dzieć Mak­so­wi Bau­mo­wi o te­le­gra­mie Mo­ry­ca.

Jesz­cze nie od­szedł, kie­dy go zno­wu przy­wo­łał dzwo­nek.

Mó­wił Tra­wiń­ski, że za­raz przy­je­dzie z bar­dzo pil­nym in­te­re­sem.

— Cze­kam cię w dru­kar­ni — od­po­wie­dział i po­biegł w głąb fa­bry­ki.

Wpadł po­mię­dzy nie­ustan­nie krą­żą­ce wóz­ki, ma­szy­ny w ru­chu, sto­sy ma­te­ria­łów, któ­re się snu­ły we wszyst­kie kie­run­ki sal jak wstę­gi róż­no­ko­lo­ro­we, ni­g­dy się nie koń­czą­ce, w ten las trans­mi­sji, pa­sów, kół, lu­dzi, tur­ko­tu pie­kiel­ne­go, par, co jak ob­ło­ki pod­no­si­ły się znad pral­ni; cha­osu splą­ta­nych szu­mów, drgań, krzy­ków, chrzę­stów, ener­gii roz­dr­ga­nej97 i sza­le­ją­cej, któ­ra po­ry­wa­ła wszyst­ko i wszyst­kich i zda­wa­ła się roz­sa­dzać po­tęż­ne mu­ry fa­bry­ki sza­lo­nym na­tę­że­niem; za­to­pił się zu­peł­nie w tym dzi­kim, po­ry­wa­ją­cym ży­ciu fa­bry­ki.

Prze­bie­gał sa­le, oglą­dał to­wa­ry, wy­da­wał roz­ka­zy i le­ciał da­lej, do in­nych sal, za­po­mniaw­szy zu­peł­nie o wszyst­kim, co nie by­ło w związ­ku z fa­bry­ką.

Po tym ogrom­nym wy­czer­pa­niu ner­wo­wym dni ostat­nich czuł ulgę i z roz­ko­szą dał się po­ry­wać tej strasz­nej ma­sie si­ły na­gro­ma­dzo­nej do­oko­ła.

Wy­czer­pa­nie ustę­po­wa­ło, a na­to­miast czuł się co­raz bar­dziej spo­koj­nym i zrów­no­wa­żo­nym wśród te­go pie­kła fa­bry­ki, jak­by wchła­niał w sie­bie te nie­zli­czo­ne prą­dy ener­gii lu­dzi i ma­szyn, co bi­ły w nie­go ze wszyst­kich stron.

Ob­szedł wszyst­kie sa­le i po­wró­cił do „kuch­ni”.

Mur­ray w ma­łym ga­bi­ne­cie, od­dzie­lo­nym od „kuch­ni” oszklo­nym prze­forsz­to­wa­niem, ro­bił ja­kieś pró­by na ma­łej ma­szy­nie dru­kar­skiej. Pró­ba się nie uda­wa­ła, bo far­ba roz­le­wa­ła się na ma­te­ria­le i za­le­wa­ła de­seń. An­glik był wście­kły, uśmie­chał się słod­ko, ale twarz miał sza­rą ze wzbu­rze­nia i wy­szcze­rzał ni­by bul­dog dłu­gie, żół­te zę­by. Wy­cie­rał rę­ce o far­tuch, ja­kim był opa­sa­ny, i klął co­raz ci­szej.

— Od po­łu­dnia się mor­du­ję i nie mo­gę wy­do­być barw­ni­ka!

Bo­ro­wiec­ki za­jął się pra­cą ener­gicz­nie, ale mu prze­rwał Tra­wiń­ski, któ­ry był tak za­kło­po­ta­ny, że się za­po­mniał przy­wi­tać, pro­sząc za­raz od pro­ga o chwi­lę od­osob­nio­nej roz­mo­wy.

— Chodź­my do ma­ga­zy­nu wal­ców, tam nie ma ni­ko­go.

I po­pro­wa­dził go, idąc przo­dem.

Tra­wiń­ski szedł jak nie­przy­tom­ny. Nie­bie­ski­mi ocza­mi błą­dził po fa­bry­ce, nic nie wi­dząc; wy­chu­dła, pięk­na twarz na­pięt­no­wa­na by­ła tro­ską i jak­by za­sty­głą w wy­ra­zie go­ry­czy, ja­ka wy­zie­ra­ła mu z wpad­nię­tych oczu i z ką­ta ust, nie przy­kry­tych ma­ły­mi blond wą­si­ka­mi. Był daw­nym ko­le­gą i przy­ja­cie­lem Ka­ro­la, a obec­nie wła­ści­cie­lem do­syć du­żej przę­dzal­ni ba­weł­ny.

— Mów­że co? — szep­nął Ka­rol, wpro­wa­dza­jąc go do wiel­kiej, wy­so­kiej sa­li, za­sta­wio­nej rzę­da­mi wy­so­kich pó­łek że­la­znych, błysz­czą­cych sze­re­ga­mi mie­dzia­nych wal­ców dru­kar­skich, po­dob­nych do po­tęż­nych zwo­jów pa­pi­ru­sów, okry­tych ni­by hie­ro­gli­fa­mi wy­pu­kły­mi de­se­nia­mi, któ­ry­mi dru­ko­wa­no ma­te­ria­ły.

— Za­raz ci bę­dę mó­wił — szep­nął, sia­da­jąc na ja­kiejś pa­ce.

Zdjął ka­pe­lusz, oparł gło­wę o ścia­nę i chwi­lę tak sie­dział w mil­cze­niu, zbie­ra­jąc si­ły do mó­wie­nia.

— Cho­ry je­steś? Wy­glą­dasz bar­dzo mi­zer­nie.

— Jak­że ban­krut mo­że wy­glą­dać ina­czej! — mó­wił z go­ry­czą.

— Cóż się sta­ło, zno­wu cię kto za­rwał?

— Go­rzej, bo zno­wu le­żę i te­raz pew­nie bez po­wsta­nia.

— Co ty mó­wisz! — wy­krzyk­nął, uda­jąc zdu­mie­nie, bo już wie­dział o za­chwia­niu się Tra­wiń­skie­go.

— Ten krach, co wziął moc­niej­szych, co w tej chwi­li pa­li Gro­sma­na, nie oszczę­dził i mnie. Mam we­ksle płat­ne w so­bo­tę, a na to mam we­ksle wy­sta­wio­ne przez tych zban­kru­to­wa­nych, czy­li nie mam nic. W so­bo­tę są płat­ne. Nie za­pła­cę — to i po wszyst­kim. Niech dia­bli we­zmą ta­kie szczę­ście. Trze­ci już raz sto­ję na brze­gu ru­iny, ale jak się te­raz już sto­czę, to bez po­wsta­nia.

— Ile masz pła­cić?

— Pięt­na­ście ty­się­cy ru­bli!

— I dla ta­kiej mar­nej su­my pa­dać!

— Su­ma nędz­na, ale ja tej su­my nie mam. Chcia­łem po­ży­czyć — nie mo­gę; nikt te­raz w Ło­dzi go­tów­ki nie ma, zro­bił się ta­ki po­płoch, że wczo­raj Gros­glick od­mó­wił dwu­dzie­stu ty­się­cy Ro­zen­ber­go­wi. To naj­le­piej mó­wi. Nikt, ża­den pra­wie bank nie chce naj­so­lid­niej­szych we­ksli dys­kon­to­wać, wszy­scy się bo­ją, bo Łódź się trzę­sie i co tro­chę, ktoś zwa­la się w dół. Na czym się to skoń­czy! A do te­go se­zon okrop­ny! Ja mam przę­dzy go­to­wej w skła­dzie za dzie­sięć ty­się­cy i pies się o nią nie py­ta, sta­li od­bior­cy zmniej­szy­li do po­ło­wy pro­duk­cję, a ja ro­bić da­lej mu­szę, pła­cić lu­dziom mu­szę, żyć mu­szę i pchać tę ma­szy­nę, bo jak sta­nie na chwi­lę — to już po mnie. Jest źle, a tu przy­cho­dzą te ban­kruc­twa i do­rzy­na­ją mnie do resz­ty. Co za cza­sy! Na ca­łą fa­bry­kę, na ty­le ma­szyn, na mo­ją oso­bi­stą uczci­wość do te­go, nie moż­na po­ży­czyć pięt­na­stu ty­się­cy ru­bli.

— Pró­bo­wa­łeś u Bu­chol­ca, on wczo­raj pod­parł Wolk­ma­na.

— Bo zro­bił to na złość Szai, a zresz­tą nie mo­gę za nic iść i pro­sić te­go Szwa­ba o po­moc. Brzy­dzę się nim, to by mi wprost ubli­ża­ło.

— Cóż z te­go, kie­dy by cię to nie­wąt­pli­wie ura­to­wa­ło.

— A nie, on wie, co ja o nim my­ślę.

— Mógł­bym ci u nie­go po­móc.

— Dzię­ku­ję ci, nie mo­gę, to by­ło­by nie tyl­ko wbrew mo­im za­sa­dom, ale to by­ło­by wprost świń­stwem i po­ni­że­niem iść o po­moc do czło­wie­ka, któ­re­go się nie­na­wi­dzi i któ­re­mu się wprost te­go nie że­nu­je wy­ra­żać.

— Szla­chec­ka lo­gi­ka — rzekł nie­cier­pli­wie Ka­rol, za­pa­la­jąc pa­pie­ro­sa.

— Mam tyl­ko jed­ną, nie jest to lo­gi­ka szla­chec­ka, ale lo­gi­ka zwy­kłej ety­ki uczci­we­go czło­wie­ka.

— Nie za­po­mi­naj, że je­steś w Ło­dzi. A wi­dzę, że wciąż za­po­mi­nasz, że zda­je ci się, iż pro­wa­dzisz in­te­res wpo­śród cy­wi­li­zo­wa­nych lu­dzi środ­ko­wej Eu­ro­py. Łódź to las, to pusz­cza — masz moc­ne pa­zu­ry, to idź śmia­ło i bez­względ­nie duś bliź­nich, bo ina­czej oni cię zdu­szą, wy­ssa­ją98 i wy­plu­ją z sie­bie.

I dłu­go jesz­cze mó­wił, bo był po­ru­szo­ny je­go nie­do­lą, znał go do­brze, oce­niał ja­ko czło­wie­ka, ale rów­no­cze­śnie czuł do nie­go ja­kąś złość po­gar­dli­wą za to pol­skie ma­zgaj­stwo, z ja­kim chciał pro­wa­dzić in­te­re­sy w Ło­dzi, za tę uczci­wość, ja­ką uzna­wał, ja­kiej czuł po­trze­bę w sto­sun­kach z ludź­mi — ale po­za ob­rę­bem te­go mia­sta, gdzie na nią nie by­ło miej­sca pra­wie i gdzie — co waż­niej­sza — ma­ło ko­go stać by­ło na to. W tym wi­rze szal­bierstw i zło­dziejstw, kto nie chciał być po tro­chu tym sa­mym, czym by­li wszy­scy — ten nie mógł ma­rzyć o ist­nie­niu i choć­by się za­pra­co­wał i wło­żył w in­te­res wiel­kie ka­pi­ta­ły, mu­siał w koń­cu być wy­rzu­co­nym, bo nie po­tra­fił wy­trzy­mać kon­ku­ren­cji.

Tra­wiń­ski mil­czał dłu­go, prze­chy­lił gło­wę w tył na ja­kiś dłu­gi wa­lec i go­nił ocza­mi za Ka­ro­lem, któ­ry wzbu­rzo­ny cho­dził pręd­ko po wą­skim przej­ściu, ja­kie by­ło po­mię­dzy pół­ka­mi.

Fa­bry­ka ze wszyst­kich stron szu­mia­ła głu­cho, ni­by mo­rze wiecz­nie pra­cu­ją­ce, ścia­ny się trzę­sły, a bie­gną­ce u su­fi­tu przez sa­lę pa­sy, prze­no­szą­ce si­łę do sal są­sied­nich, świ­sta­ły ostro, a jesz­cze ostrzej­szy zgrzyt to­kar­ni że­la­znych prze­dzie­rał się z mo­de­low­ni obok le­żą­cej i prze­ni­kał je­go roz­tar­ga­ne ner­wy bó­lem głu­chym.

— Co po­czniesz? — prze­rwał mil­cze­nie Bo­ro­wiec­ki.

— Przy­sze­dłem cię pro­sić o po­życz­kę, wiem, że masz pie­nią­dze. Wierz mi, że gdy­by nie ta­ka osta­tecz­ność, nie śmiał­bym.

— Nie mo­gę, ab­so­lut­nie nie mo­gę. Pie­nią­dze mam, ale, o ileś sły­szał, sam za­kła­dam fa­bry­kę, a po­za tym w tej chwi­li je­stem gru­bo za­an­ga­żo­wa­ny gdzie in­dziej.

— Po­życz mi z ter­mi­nem mie­sięcz­nym, ubez­pie­czę ci tę su­mę na fa­bry­ce, na wszyst­kim, co mam. Wy­star­czy z pew­no­ścią na po­kry­cie w naj­gor­szym ra­zie.

— Wie­rzę ci, ale nie po­ży­czę. Ty je­steś czło­wiek, któ­ry nie ma szczę­ścia; ja bym się wprost bał wcho­dzić z to­bą w in­te­res. Mo­że się utrzy­masz, mo­że pad­niesz kto to wie! a ja po­trze­bu­ję żyć i mieć fa­bry­kę. To­bie bym prze­dłu­żył eg­zy­sten­cję na rok, a sam bym zgi­nął.

— Przy­naj­mniej szcze­rym je­steś — szep­nął gorz­ko.

— Mój dro­gi, po cóż mam cię obe­łgi­wać! Nie cier­pię bez­myśl­ne­go kłam­stwa, jak nie cier­pię sen­ty­men­tal­nych roz­tkli­wiań się nad każ­dą nie­do­lą, któ­rej to ty­le po­ma­ga, że mo­że so­bie zdy­chać swo­bod­nie, ob­la­na łza­mi współ­czu­cia. Po­mógł­bym, gdy­bym mógł, a że nie mo­gę, nie po­ma­gam. Nie mo­gę prze­cież od­dać wła­sne­go sur­du­ta na­wet na­gie­mu wte­dy, kie­dy sam zmar­zł­bym bez nie­go.

— Masz słusz­ność. Nie ma co mó­wić wię­cej. Prze­pra­szam, że cię nu­dzi­łem.

— Ty masz do mnie żal? — za­wo­łał, tknię­ty ak­cen­tem je­go gło­su.

— Nie. Po­sta­wi­łeś kwe­stię tak ja­sno, że ro­zu­miem two­ją od­mo­wę, któ­ra mo­że mnie bo­leć, to in­na rzecz, ale któ­rą do­brze ro­zu­miem.

Pod­niósł się do wyj­ścia.

— Nie my­ślisz się ukła­dać?

— Nie, plaj­ty nie zro­bię, mo­gę tyl­ko uczci­wie zban­kru­to­wać.

— Zna­la­zły­by się jesz­cze in­ne spo­so­by ra­tun­ku.

— Daj je, przyj­mę z roz­ko­szą.

— Moc­no ase­ku­ro­wa­ny je­steś?

— Do­syć, bo się prze­ase­ku­ro­wa­łem je­sie­nią, po tym nie­uda­nym pod­pa­le­niu.

— Szko­da jed­nak, żeś się wte­dy nie spa­lił. Ten ro­bot­nik, msz­cząc się, zro­bił­by ci na­praw­dę wiel­ką usłu­gę.

— Mó­wisz se­rio?

— Zu­peł­nie se­rio, jak zu­peł­nie se­rio zwra­cam ci uwa­gę, że w tej chwi­li pa­li się Gro­sman, w no­cy spa­lił się Goldsz­tand, ju­tro spa­li się na pew­no Fe­luś Fisz­bin, A. Rych­ter, B. Fuchs i in­ni. Co na to mó­wisz?

— Że nie je­stem i nie bę­dę pod­pa­la­czem i zło­dzie­jem.

— Nie na­ma­wiam cię prze­cież do te­go, po­ka­zu­ję ci tyl­ko współ­za­wod­ni­ków, ich spo­so­by trzy­ma­nia się na po­wierzch­ni; z ta­ki­mi nie wy­trwasz.

— Ha, to zgi­nę. Jak mi już brak­nie sił do wal­ki, to pal­nę so­bie w łeb.

— A żo­na! — rzu­cił pręd­ko, bo uj­rzał w je­go oczach ja­kiś sta­lo­wy błysk re­zy­gna­cji.

Tra­wiń­ski drgnął.

— Ale, przy­szła mi myśl. Znasz sta­re­go Bau­ma?

— Je­ste­śmy są­sia­da­mi, ży­je­my na­wet bli­żej ze so­bą.

— Idź do nie­go, po­wiedz mu otwar­cie. To jest ta­ki dziw­ny fa­bry­kant, że z pew­no­ścią ci po­mo­że. Dał­bym gło­wę, że je­że­li cię tyl­ko zna, to ci po­mo­że.

— Istot­nie, myśl szczę­śli­wa, a zresz­tą, cóż stra­cę, je­śli mi od­mó­wi!

— Nic rze­czy­wi­ście, a war­to po­pró­bo­wać. To jest uni­kat łódz­kich fa­bry­kan­tów. Czło­wiek, któ­ry mógł mieć mi­lio­ny i nie chciał się schy­lić po nie, czło­wiek, któ­ry set­ki ty­się­cy ru­bli za­pła­cił za dru­gich, nie­przy­ja­ciel wiel­kie­go prze­my­słu, ru­ty­ni­sta, snob, al­bo ar­cy-fioł, jak go na­zy­wa­ją, a w isto­cie nic in­ne­go, tyl­ko wa­riat, sta­ra reszt­ka cza­sów ręcz­nej fa­bry­ka­cji.

Po­że­gna­li się w mil­cze­niu.

Ka­rol od­czuł w nim przy roz­sta­niu ja­kiś chłód. Pa­trzał za nim oknem z dziw­nym uczu­ciem po­li­to­wa­nia.

— Ma­zgaj, szla­chec­ka reszt­ka — my­ślał pra­wie gło­śno, aby za­głu­szyć w so­bie ja­kiś ci­chy jesz­cze wy­rzut, któ­ry się pod­no­sił w nim i roz­ra­stał szyb­ko. Nie chciał mu po­móc i uspra­wie­dli­wił się przed sa­mym so­bą z te­go w zu­peł­no­ści, a po­mi­mo to nie był z sie­bie za­do­wo­lo­ny. Cią­gle sta­ła mu przed ocza­mi ta ja­sna, pięk­na gło­wa, na­pięt­no­wa­na ni­by styg­ma­tem wiecz­ną tro­ską i nie­po­ko­jem. Czuł, że po­wi­nien mu był po­ży­czyć, że nic by na tym nie stra­cił, a zro­bił­by wiel­ką usłu­gę. Gry­zło go to co­raz moc­niej.

— Cóż mnie ob­cho­dzi, że jed­ne­go wię­cej dia­bli we­zmą — my­ślał, prze­bie­ga­jąc po­strzy­gal­nię, za­pcha­ną pod su­fit sto­sa­mi bia­łe­go to­wa­ru, któ­ry szedł na ma­szy­ny po­mię­dzy dwa ostrza, jed­no obie­ga­ją­ce cy­lin­der spi­ral­ną li­nią, a dru­gie pro­ste i rów­ne, któ­re z obu stron ma­te­ria­łów, prze­su­wa­ją­cych się po­mię­dzy ni­mi, ści­na­ły z ma­te­ma­tycz­ną do­kład­no­ścią przy sa­mym włók­nie mech ba­weł­nia­ny, po­wsta­ją­cy przy tka­niu.

Kil­ka­na­ście ko­biet pra­co­wa­ło w tej bia­łej, chłod­nej i pra­wie ci­chej sa­li, na­peł­nio­nej nie­do­strze­gal­nym pra­wie ob­ło­kiem py­łu ba­weł­nia­ne­go, któ­ry po­wsta­wał z te­go strzy­że­nia ma­te­ria­łów, wi­siał nad po­strzy­gal­nia­mi, ob­le­piał bia­łą po­wło­ką lu­dzi i ma­szy­ny i trząsł się sza­ra­wym, gę­stym mchem na trans­mi­sjach ob­ra­ca­ją­cych ma­szy­ny i gi­ną­cych w su­fi­cie.

Bo­ro­wiec­ki obej­rzał się tyl­ko po sa­li i szedł do win­dy, aby zje­chać na dół, gdy roz­legł się krót­ki, strasz­ny ryk ludz­ki.

Jed­no z kół, wpra­wia­ją­cych w ruch ma­szy­ny, schwy­ci­ło nie­ostroż­nie przy­su­nię­te­go ro­bot­ni­ka za ka­ftan, wcią­gnę­ło go w swój ruch, rzu­ci­ło na ma­szy­nę, ob­ró­ci­ło, zgnio­tło, po­ła­ma­ło o ma­szy­nę, zmiaż­dży­ło i wy­rzu­ci­ło mia­zgę, nie prze­sta­jąc iść ani na chwi­lę.

Krew blu­znę­ła aż pod su­fit i czer­wo­nym stru­mie­niem ob­la­ła ma­szy­nę i część to­wa­ru le­żą­ce­go przy niej i naj­bli­żej sto­ją­ce ro­bot­ni­ce.

Krzyk się roz­legł ogrom­ny, ma­szy­nę za­trzy­ma­no, ale by­ło już za póź­no; krwa­wa ma­sa zwie­sza­ła się z osi ko­ła i z róż­nych czę­ści ma­szy­ny, opa­da­jąc na zie­mię, cięż­ka, drga­ją­ca jesz­cze od­ru­cha­mi ży­cia.

Ra­tun­ku nie by­ło żad­ne­go, bo ro­bot­nik był li­te­ral­nie zmiaż­dżo­ny, le­żał ni­by ku­pa mię­sa krwa­wą pla­mą na bia­łym tle per­ka­lów su­ro­wych.

Pod­nio­sły się ci­che pła­cze ko­biet, a na­wet kil­ka star­szych po­klę­ka­ło przy tru­pie i za­czę­ły gło­śno od­ma­wiać li­ta­nię za ko­na­ją­cych, ro­bot­ni­cy po­zdej­mo­wa­li czap­ki, nie­któ­rzy że­gna­li się na­boż­nie i wszy­scy ko­łem sku­pi­li się przy za­bi­tym. W oczach nie bły­skał żal, a tyl­ko świe­ci­ła ja­kaś dzi­ka su­ro­wa apa­tia.

Sa­la ogłu­chła, tyl­ko w tej ci­szy roz­le­ga­ły się pła­cze ko­biet i szum i ło­skot sal są­sied­nich, ro­bią­cych bez ustan­ku.

Sko­ro zja­wił się fel­czer sta­le dy­żu­ru­ją­cy w fa­bry­ce, Bo­ro­wiec­ki się wy­niósł.

Przy­le­ciał i głów­ny maj­ster od­dzia­łu i wi­dząc sa­lę bez­czyn­ną i lu­dzi zbi­tych oko­ło tru­pa, krzyk­nął już od drzwi:

— Do ma­szyn!

Roz­le­cie­li się wszy­scy jak pta­ki spło­szo­ne przez ja­strzę­bia i po chwi­li sa­la zno­wu szła, wszyst­kie ma­szy­ny by­ły w ru­chu, prócz tej jed­nej, okrwa­wio­nej zbrod­nią, ale któ­rą na­tych­miast za­czy­na­no oczysz­czać.

— Ver­flucht99! ty­le ma­te­ria­łu na nic! — klął maj­ster, oglą­da­jąc po­pla­mio­ny krwią per­kal i za­czął wy­my­ślać ro­bot­ni­kom za nie­ostroż­ność i gro­ził, że ca­łej sa­li ka­że wy­trą­cić za ten ma­te­riał.

Bo­ro­wiec­ki już nie sły­szał te­go, bo win­da pio­ru­no­wo za­pa­dła się z nim i wy­rzu­ci­ła go do far­biar­ni.

Nie zro­bił ten wy­pa­dek na nim żad­ne­go wra­że­nia, był przy­zwy­cza­jo­nym do te­go.

— So­cha! — za­wo­łał na pro­te­go­wa­ne­go swo­jej na­rze­czo­nej, któ­ry dzi­siaj pierw­szy dzień ro­bił w fa­bry­ce, wo­żąc wóz­ka­mi ma­te­ria­ły.

Chłop pu­ścił wó­zek i sta­nął przed nim wy­pro­sto­wa­ny.

— Jak­że wam idzie?

— A dyć ro­bię, wiel­moż­ny dzie­dzi­cu!

— No, to rób­cie, tyl­ko pil­nuj­cie się ma­szyn.

— A te ścier­wy! — za­czął i chciał ka­zać żo­nie, aby resz­tę do­po­wie­dzia­ła, ja­ko mu już te ścier­wy obe­rwa­ły dzi­siaj ka­wał ka­po­ty, ale żo­ny nie by­ło, a Bo­ro­wiec­ki od­szedł, bo da­no mu znać, że go Bu­cholc wzy­wa do kan­to­ru, więc So­cha po­pa­trzył mar­kot­no na swój spen­ce­rek, ja­ki mu z ka­po­ty zro­bi­ła ma­szy­na, po­dra­pał się w gło­wę, plu­nął w gar­ście i pchał wó­zek do win­dy, bo ze wszyst­kich stron za­czę­to wy­my­ślać, że za­ta­mo­wy­wa100 dro­gę.



IX

Tra­wiń­ski wy­szedł zgnę­bio­ny.

Idąc do Bo­ro­wiec­kie­go, był pra­wie pew­nym do­bre­go re­zul­ta­tu proś­by, bo, jak każ­dy czło­wiek w po­ło­że­niu bez wyj­ścia, pra­gnie­nia brał za rze­czy­wi­stość, za fakt, któ­ry po­wi­nien się był stać.

Siadł w do­roż­kę i ka­zał je­chać pro­sto w Piotr­kow­ską. Nie mógł nic my­śleć, czuł się roz­bi­tym i nie­zdol­nym już do żad­nej ak­cji, do żad­ne­go ru­chu. Pod­da­wał się z bier­no­ścią wy­czer­pa­nia tej ostrej, prze­ni­kli­wej fa­li go­ry­czy, ja­ka mu za­le­wa­ła ser­ce. Pa­trzył na mia­sto brud­ne, za­desz­czo­ne, na tro­tu­ary błot­ni­ste, za­pcha­ne ludź­mi, na nie­zli­czo­ne ko­mi­ny, co ni­by to­po­le wzno­si­ły się nad płasz­czy­zna­mi da­chów i gi­nę­ły w za­pa­da­ją­cym zmro­ku, zna­cząc tyl­ko swo­je ist­nie­nie kłę­ba­mi bia­łych dy­mów, tłu­ką­cych się po da­chach, na set­ki wo­zów z wę­glem, któ­re ol­brzy­mim łań­cu­chem cią­gnę­ły do fa­bryk na plat­for­my wy­ła­do­wa­ne to­wa­ra­mi, na do­roż­ki i po­wo­zy z po­śpie­chem mi­ja­ją­ce się w róż­nych kie­run­kach, na te nie­zli­czo­ne kan­to­ry i skła­dy za­pcha­ne to­wa­ra­mi, ludź­mi, na ten sza­lo­ny ruch, ja­ki był na uli­cach, na to wy­si­lo­ne ży­cie, wrzą­ce do­oko­ła.

Pa­trzył z roz­pa­czą pra­wie, bo czuł swo­ją nie­moc, czuł, że chwi­la jesz­cze, a z te­go ol­brzy­mie­go wi­ru, z tej ma­szy­ny, na­zy­wa­nej Ło­dzią, wy­le­ci za chwi­lę, jak od­pa­dek, jak mia­zga wy­ssa­na i zu­ży­ta na nic, nie­po­trzeb­na te­mu po­two­ro­wi — mia­stu. Pa­trzył z ja­kąś bez­sil­ną nie­na­wi­ścią na fa­bry­ki bły­ska­ją­ce w mro­ku ty­sią­ca­mi okien, na tę ol­brzy­mią uli­cę, któ­ra ni­by ka­nał na­kry­ty dy­ma­mi i brud­nym nie­bem hu­cza­ła ener­gią, roz­le­wa­ła po­to­ki świa­teł i tęt­ni­ła ogrom­ną si­łą ży­cia. Śli­zgał się ocza­mi po ostrych kon­tu­rach fa­bryk, ra­zi­ły go bo­le­śnie elek­trycz­ne słoń­ca za­pa­lo­ne nad dzie­dziń­ca­mi, bo­lał go ten szum głu­chy, a po­tęż­ny swo­ją bez­u­stan­no­ścią, co się roz­le­wał po uli­cach z fa­bryk i warsz­ta­tów, bo­la­ło go to ży­cie tak sil­nie tęt­nią­ce, bo­la­ła go ta strasz­na świa­do­mość ko­na­nia, któ­re spo­strze­ga ostat­nim bły­skiem oczów, że ty­le po­zo­sta­je jesz­cze ży­wych! I ta świa­do­mość prze­gry­za­ła mu du­szę nie­opo­wie­dzia­ną za­wi­ścią.

Nie umiał żyć w tym świe­cie.

Nie umiał się przy­sto­so­wać do oto­cze­nia.

Ty­le sił zu­żył, ty­le mó­zgu, ty­le za­cho­dów, ty­le ka­pi­ta­łów swo­ich i cu­dzych, ty­le lat peł­nych udrę­czeń prze­żył i po co?... że­by zno­wu za­czy­nać to sa­mo od po­cząt­ku! zno­wu sta­wiać gmach, któ­ry w koń­cu spad­nie mu na gło­wę.

Mę­czył się ogrom­nie, nie mógł usie­dzieć w do­roż­ce, więc po­szedł pie­szo Piotr­kow­ską. Miał iść do sta­re­go Bau­ma, we­dług ra­dy Bo­ro­wiec­kie­go, ale wo­lał tę chwi­lę ostat­nie­go za­wo­du od­da­lić jesz­cze, a zresz­tą nie mógł się ode­rwać od tej uli­cy.

Uto­pił się w tłu­mie, co pły­nął tro­tu­arem i po­zwa­lał mu się pchać i nieść. Przy­glą­dał się bez­myśl­nie wy­sta­wom skle­pów, ku­pił na­wet cu­kier­ki dla żo­ny w ja­kiejś cu­kier­ni, gdzie za­wsze ku­po­wał, przy­wi­tał się tam z kil­ku zna­jo­my­mi i zno­wu szedł za­pa­trzo­ny w fa­bry­ki, w okna oświe­tlo­ne, po­za któ­ry­mi mi­go­ta­ły syl­wet­ki ma­szyn i lu­dzi; ogłu­szał się po­wo­li wrza­wą i obo­jęt­niał.

Nie zwa­żał na deszcz, mżą­cy bez­u­stan­nie, za­po­mniał na­wet otwo­rzyć pa­ra­so­la. Nie wi­dział nic, prócz kan­to­rów peł­nych lu­dzi i to­wa­rów i fa­bryk pra­cu­ją­cych z po­śpie­chem.

— Do­bry wie­czór, pa­nie Tra­wiń­ski!

— Do­bry wie­czór, pa­nie Hal­pern!

Uści­snął wy­cią­gnię­tą dłoń wy­so­kie­go, dość za­nie­dba­nie ubra­ne­go Hal­per­na.

— Pan wy­szedł spa­ce­ro­wać po mie­ście?

— Tak, tro­chę chcia­łem się przejść.

— Łódź o zmro­ku bar­dzo ład­na. Ja co dzień wy­cho­dzę z kan­to­ru, aby się przejść i aby się przy­pa­trzyć mia­stu.

— Pan je­steś ama­tor, pa­nie Hal­pern.

— Co pan chcesz, jak się pięć­dzie­siąt sześć lat prze­ży­je w mie­ście, jak się wi­dzi je cią­gle, jak się zna wszyst­kich, to moż­na zo­stać ama­to­rem.

— Co sły­chać w mie­ście no­we­go?

— Co sły­chać? Sły­chać źle, zro­bił się ład­ny deszcz z pro­te­sto­wa­nych we­ksli, moż­na je bę­dzie ku­po­wać na fun­ty. Ale to wca­le nic nie szko­dzi.

— Jak to?

— Gał­ga­nów dia­bli we­zmą, a Łódź i tak zo­sta­nie. Pa­nie Tra­wiń­ski, ja już w Ło­dzi wi­dzia­łem gor­sze cza­sy. A że po złych na­sta­ją lep­sze, to i te­raz tak bę­dzie, po co to z te­go ro­bić gwałt. Dla mą­drych jest za­wsze do­bry czas.

— A kie­dyż bę­dzie dla uczci­wych? — za­py­tał iro­nicz­nie.

— Sza, pa­nie Tra­wiń­ski, oni ma­ją nie­bo, po co im do­bre cza­sy.

— Gro­sman się po­dob­no spa­lił.

— Bar­dzo po­rząd­nie, bar­dzo po­rząd­nie; dwie­ście pięć­dzie­siąt ty­się­cy ase­ku­ra­cji, jak­by miał w ka­sie. Ale Gold­stand, co się spa­lił w no­cy, ma ma­łe nie­po­ro­zu­mie­nie z po­li­cją. Do­brze mu tak, jak kto nie umie ro­bić do­brze in­te­re­sów, to nie­chaj się do nich wca­le nie bie­rze.

— Któż te­raz na brze­gu?

— Z grub­szych A. Rych­ter i F. Fisz­bin.

— Mó­wił mi to sa­mo Bo­ro­wiec­ki.

— Pan Bo­ro­wiec­ki, ho, ho, ho! On zna Łódź, on wie, kto cze­go po­trze­bu­je.

— No, ale i pan tak­że zna Łódź do­brze.

— Ja? Ja ją mam ca­łą w gło­wie. Ja od pięć­dzie­się­ciu lat pa­trzę na każ­dą fir­mę, co się za­kła­da­ła. Ja mo­gę dzi­siaj pra­wie na pew­no po­wie­dzieć o wszyst­kich co otwie­ra­ją in­te­re­sy, czy one bę­dą żyć. Niech mi pan wie­rzy, pa­nie Tra­wiń­ski, mo­je sło­wo to nie jest ten wiatr, mo­je sło­wo to do­ku­ment, to we­ksel z naj­lep­szym ży­rem.

Tra­wiń­ski nic nie od­rzekł, szli obok sie­bie w mil­cze­niu.

Hal­pern za­sta­wiał się pa­ra­so­lem od desz­czu i pa­trzał z mi­ło­ścią na do­my i fa­bry­ki; je­go wiel­kie czar­ne oczy świe­ci­ły fos­fo­rycz­nym bla­skiem, w bla­dej, chu­dej twa­rzy, oko­lo­nej si­wą bro­dą. Miał gło­wę i twarz pa­triar­chy, osa­dzo­ną na chu­dym, skrzy­wio­nym szkie­le­cie ob­le­czo­nym w dłu­gie, za­szar­ga­ne pal­to, któ­re wi­sia­ło na nim jak na ki­ju.

— Ja tu znam każ­dy dom, każ­dą fir­mę — za­czął mó­wić go­rą­co. — Pa­mię­tam Łódź, jak mia­ła dwa­dzie­ścia ty­się­cy, a dzi­siaj ma trzy­sta! A ja się do­cze­kam, jak ona mieć bę­dzie pół mi­lio­na, ja nie umrę prę­dzej! Ja to mu­szę wi­dzieć na wła­sne oczy, mu­szę się ucie­szyć.

— Je­że­li jej przed­tem li­cho nie weź­mie — szep­nął nie­na­wist­nie.

— Ha, ha, ha, pa­nie Tra­wiń­ski, pan nie mów ta­kich śmiesz­nych rze­czy! Łódź jest, Łódź bę­dzie! Pan jej nie znasz! Pan wiesz, ile ona w prze­szłym ro­ku zro­bi­ła ob­ro­tu? Dwie­ście trzy­dzie­ści mi­lio­nów ru­bli — wo­łał z en­tu­zja­zmem, przy­sta­jąc aż na chod­ni­ku, — To jest ład­ny grosz. Pan mi po­każ ta­kie dru­gie mia­sto!

— Nie ma się zno­wu tak czym chwa­lić, a zresz­tą, masz pan ra­cję, że ta­kie­go zło­dziej­skie­go mia­sta nie ma dru­gie­go w Eu­ro­pie — mó­wił ze zło­ścią.

— Zło­dziej­skie, czy nie zło­dziej­skie, to dla mnie jest pa­pier. Mnie cho­dzi o co in­ne­go, ja chcę, że­by sta­wia­li do­my, że­by bu­do­wa­li fa­bry­ki, ro­bi­li uli­ce, urzą­dza­li ko­mu­ni­ka­cje, prze­pro­wa­dza­li dro­gi! Ja chcę, że­by mo­ja Łódź ro­sła, że­by mia­ła pa­ła­ce wspa­nia­łe, ogro­dy pięk­ne, że­by był wiel­ki ruch, wiel­ki han­del i wiel­ki pie­niądz.

— Na po­czą­tek już są wiel­kie szwin­dle i wiel­ka tan­de­ta.

— To nie ża­den fe­ler, bo z te­go uro­śnie wiel­ka Łódź.

— Tym­cza­sem niech ją pio­run spa­li. Do­bra­noc pa­nie Da­wi­dzie.

— Do­bra­noc, pa­nie Tra­wiń­ski. To nie jest dla Ło­dzi ostat­nie pań­skie sło­wo.

— Ostat­nie i zu­peł­nie szcze­re. Do­roż­ka — krzyk­nął.

— Kap­can! — szep­nął za nim po­gar­dli­wie Hal­pern i za­wró­cił, wlo­kąc się wol­no z po­wro­tem i zno­wu przy­pa­try­wał się do­mom, fa­bry­kom, skle­pom, skła­dom, lu­dziom, ocza­mi ocza­ro­wa­ny­mi po­tę­gą te­go mia­sta.

Nie zwa­żał na deszcz, któ­ry go mo­czył po­mi­mo pa­ra­so­la, na tłok ludz­ki, ja­ki go rzu­cał na do­my lub do rynsz­to­ków, na do­roż­ki i wo­zy, któ­re go bło­tem ochla­py­wa­ły na przej­ściach po­przecz­nych ulic, szedł jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny.

Tra­wiń­ski po­je­chał do do­mu.

Miesz­kał do­syć da­le­ko, bo przed koń­cem Kon­stan­ty­now­skiej uli­cy ka­zał skrę­cić w ja­kąś ciem­ną i tak błot­ni­stą ulicz­kę, że do­roż­karz nie chciał się tam za­pusz­czać.

Pod­szedł w nią pie­szo, ja­kimś śla­dem tro­tu­aru, któ­ry się nie­co wzno­sił nad po­ziom nie­bru­ko­wa­nej uli­cy, two­rzą­cej czar­ną, błot­ni­stą rze­kę, po­prę­go­wa­ną zło­ty­mi smu­ga­mi świa­teł, bi­ją­cych z okien ni­skich dom­ków, co cią­gnę­ły się sznu­rem z obu stron uli­cy.

Do­my by­ły za­miesz­ka­ne przez tka­czów ręcz­nych, w każ­dym oknie trzę­sły się syl­wet­ki warsz­ta­tów i lu­dzi, a uli­cę ca­łą za­peł­niał mo­no­ton­ny kle­kot i stuk. Na­wet ni­skie, krzy­we pię­ter­ka, ja­kie się gdzie­nie­gdzie wzno­si­ły i sze­re­gi fa­cja­tek roz­brzmie­wa­ły i trzę­sły się od­gło­sa­mi ro­bo­ty.

Po­przecz­ne ulicz­ki, ja­kie wy­bie­ga­ły z jed­nej stro­ny, cią­gnę­ły się do pól sa­mych i by­ły rów­nież czar­ne i błot­ni­ste, peł­ne stu­ku warsz­ta­tów, do­mów po­za­pa­da­nych, krzy­wych fa­cja­tek, po­roz­wa­la­nych par­ka­nów, nę­dzy i opusz­cze­nia i owio­nę­ły Tra­wiń­skie­go zim­nym, przej­mu­ją­cym wil­go­cią wia­trem, ja­ki się z pól wdzie­rał do mia­sta.

Nad ca­łą dziel­ni­cą pły­wa­ją­cą w bło­cie i opusz­cze­niu, zu­peł­nie nie­po­dob­ną do resz­ty Ło­dzi, pa­no­wa­ła fa­bry­ka Mül­le­ra swo­imi czte­ro­pię­tro­wy­mi gma­cha­mi, któ­re wy­ra­sta­ły nad mo­rzem ni­skich dom­ków i ogro­dów i świe­ci­ły try­um­fal­nie ty­sią­ca­mi okien i słoń­ca­mi elek­trycz­ny­mi.

Fa­bry­ka wzno­si­ła się jak po­tęż­ny zbior­nik si­ły, któ­rej tchnie­nie zda­wa­ło się przy­płasz­czać do zie­mi te sze­re­gi nędz­nych, po­krzy­wio­nych do­mów. Czuć by­ło, że te wiel­kie gma­chy hu­czą­ce set­ka­mi ma­szyn, z wol­na wy­sy­sa­ją ca­łą ży­wot­ność tej sta­rej dziel­ni­cy, za­miesz­ka­łej przez rój tka­czów ręcz­nych, że zja­dły i do­gry­za­ją do resz­ty ten drob­ny ręcz­ny prze­mysł, któ­ry tu­taj kwit­nął kie­dyś, a któ­ry się jesz­cze bro­nił roz­pacz­li­wie, bo bez na­dziei zwy­cię­stwa.

Fa­bry­ka Tra­wiń­skie­go sta­ła skrom­nie obok Mül­le­row­skiej, prze­dzie­lo­na tyl­ko wą­skim ogro­dem.

Tra­wiń­ski wszedł w bra­mę, któ­rej pil­no­wał ja­kiś sta­ry we­te­ran bez no­gi i z po­ce­ro­wa­ną ni­by sta­ra szma­ta twa­rzą, któ­ry po woj­sko­we­mu się wy­cią­gnął na je­go wi­dok i cze­kał roz­ka­zów, ale Tra­wiń­ski bla­do się uśmiech­nął tyl­ko do tej ar­che­olo­gicz­nej spu­ści­zny po swo­ich oj­cach i po­szedł do kan­to­ru, gdzie kil­ku lu­dzi drze­ma­ło nad księ­ga­mi, po­pa­trzył chwi­lę do przę­dzal­ni po­przez las trans­mi­sji i pa­sów trze­po­cą­cych się w sza­lo­nym pę­dzie, na cięż­kie sko­śne ru­chy sal­fak­to­rów, co ni­by po­two­ry cza­iły się, wy­gi­na­ły bia­łe od ba­weł­ny grzbie­ty, od­bie­ga­ły od pil­nu­ją­cych je ro­bot­ni­ków i co­fa­ły się rów­nież cięż­ko i bez­u­stan­nie wlo­kąc za so­bą ni­by pa­sma śli­ny, set­ki ba­weł­nia­nych włó­kien, na­wi­ja­ją­cych się na war­czą­ce w ru­chu szpul­ki pa­pie­ro­we.

Cof­nął się i po­szedł przez dłu­gie po­dwó­rze roz­świe­tlo­ne sze­re­giem żół­tych ga­zo­wych pło­mie­ni, co przy elek­trycz­nych bla­skach Mül­le­row­skiej fa­bry­ki wy­glą­da­ły na grom­nicz­ne świa­tła.

Dom stał w głę­bi ogród­ka, fron­tem do dzie­dziń­ca fa­brycz­ne­go, a bo­kiem wy­cho­dził na ja­kąś pu­stą ulicz­kę; dom miał jed­no pię­tro, a wy­glą­dał na trzy, z po­wo­du go­tyc­kie­go sty­lu w ja­kim był po­sta­wio­ny.

W kil­ku oknach par­te­ro­wych, przy­sło­nię­tych sto­ra­mi, świe­ci­ło się ja­sno.

Tra­wiń­ski prze­szedł kil­ka po­ko­jów prze­ślicz­nie ume­blo­wa­nych, cie­płych i bar­dzo za­cisz­nych, peł­nych de­li­kat­ne­go za­pa­chu kwit­ną­cych w żar­di­nier­kach hia­cyn­tów i wszedł do ma­łe­go bu­du­aru.

Dy­wa­ny tak szczel­nie okry­wa­ły po­sadz­ki i szedł tak ci­cho, że Ni­na go nie usły­sza­ła, sie­dzia­ła przy lam­pie, czy­ta­jąc.

Cof­nął się i za­wo­łał przed por­tie­rą:

— Ni­na!

— Sa­ma tak sie­dzisz? — py­tał, sia­da­jąc obok niej.

— A któż by mógł być u mnie? — szep­nę­ła smut­nie.

— Pła­ka­łaś?

— Nie, nie — za­prze­cza­ła, od­wra­ca­jąc gło­wę od świa­tła.

— Wi­dzia­łem łzy.

— By­ło mi tak smut­no sa­mej! — szep­nę­ła, przy­su­wa­jąc się do nie­go i mięk­kim cu­dow­nym ru­chem po­ło­ży­ła mu gło­wę na pier­si i łzy zno­wu za­peł­ni­ły jej oczy. — Cze­ka­łam na cie­bie, a ten deszcz tak pa­dał, tak dzwo­nił w szy­by, tak bęb­nił w da­chy, tak dziw­nie beł­ko­tał w ryn­nach, że ba­łam się; ba­łam o cie­bie.

— Dla­cze­góż o mnie?

— Nie wiem prze­cież dla­cze­go, ale mnie ja­kieś złe prze­czu­cia prze­peł­ni­ły. Ale to­bie nic nie jest, praw­da? Je­steś zdro­wy i spo­koj­ny, praw­da? — szep­ta­ła, opla­ta­jąc mu ra­mio­na­mi szy­ję.

Gła­dzi­ła go rę­ką po wło­sach, ca­ło­wa­ła je­go de­li­kat­ne, po­cię­te siat­ką nie­bie­skich ży­łek czo­ło; zie­lo­na­we, po­cęt­ko­wa­ne zło­ty­mi skra­mi źre­ni­ce bie­ga­ły nie­spo­koj­nie po je­go chu­dej, zmę­czo­nej twa­rzy.

— Cze­muś smut­ny?

— Ta­ka strasz­na po­go­da to i skąd wziąć hu­mo­ru.

Wy­su­nął się z jej ob­jęć i za­czął cho­dzić po bu­du­arze. Bu­rza za­czę­ła ko­tło­wać strasz­nie je­go ser­cem. Czuł, że gdy­by mógł po­wie­dzieć jej wszyst­ko, że gdy­by mógł wta­jem­ni­czyć ją w swo­je po­ło­że­nie, to spra­wi­ła­by mu wiel­ką ulgę ta spo­wiedź, ale rów­no­cze­śnie czuł, spo­glą­da­jąc na jej twarz prze­pięk­ną, po­chy­lo­ną pod lam­pą, któ­ra ła­god­ne świa­tło roz­py­la­ła na jej pysz­ne kasz­ta­no­wa­te wło­sy, skrzą­ce się na skro­niach zło­tem, że za nic w świe­cie nie po­wie.

Cho­dził co­raz wol­niej, od­dy­chał tą czy­stą, wy­kwint­ną at­mos­fe­rą miesz­ka­nia z ja­kąś gry­zą­cą ulgą; przy­glą­dał się dziw­nym wzro­kiem me­blom wy­twor­nym i tym nie­zli­czo­nym gra­ci­kom, bę­dą­cym istot­ny­mi dzie­ła­mi sztu­ki wiel­kiej war­to­ści, któ­re przez lat pa­rę zwo­zi­li ze wszyst­kich stron świa­ta, nie ba­cząc na kosz­ta, bo Ni­na ze swo­ją na­tu­rą ary­sto­kra­tycz­ną, z wraż­li­wo­ścią ar­ty­sty na wszyst­ko co pięk­ne, z du­szą mi­mo­zy, czu­ła się do­pie­ro do­brze w oto­cze­niu pięk­na.

Nie sprze­ci­wiał się te­mu, tym bar­dziej, że sam lu­bił sztu­kę i czuł po­trze­bę ota­cza­nia się jej dzie­ła­mi. Ale te­raz, wo­bec ru­iny, ja­ka go cze­ka­ła, szar­pał go strasz­ny ból, ból stra­chu przed ju­trem, któ­re mia­ło przyjść i za­brać mu i te wszyst­kie skar­by i ten spo­kój i szczę­ście ja­kim od­dy­chał.

— Co po­cząć? — my­ślał cięż­ko i na od­po­wiedź przy­cho­dzi­ła mu jed­na tyl­ko myśl, udać się zno­wu do oj­ca o po­moc i tak go ta myśl po­ry­wa­ła na mgnie­nie, że ra­do­śnie i try­um­fu­ją­co spo­glą­dał, ale spoj­rze­nie ga­sło szyb­ko i już mrocz­ny­mi, peł­ny­mi trwo­gi oczy­ma pa­trzył się w Ni­nę, któ­ra po­wsta­ła i szła am­fi­la­dą po­ko­jów.

Go­nił ocza­mi jej wy­smu­kłą, bar­dzo pięk­ną po­stać, od­wró­ci­ła się, po­sy­ła­jąc ja­kiś ta­jem­ni­czy uśmiech.

Wró­ci­ła na­tych­miast przy­no­sząc dość dłu­gie, pła­skie, drew­nia­ne pu­dło, bar­dzo cięż­kie.

Ode­brał jej i po­ło­żył na sto­le z py­ta­ją­cym spoj­rze­niem.

— Zgad­nij co? Chcia­łam ci zro­bić nie­spo­dzian­kę.

— Nie, nie bę­dę na­wet pró­bo­wać — szep­nął bled­nąc, czuł bo­wiem zo­ba­czyw­szy na pu­deł­ku pie­cząt­ki pocz­to­we, że to zno­wu ja­kiś kosz­tow­ny za­kup.

— Ban­di­ni nasz flo­renc­ki przy­sy­ła ten mo­zai­ko­wy blat, któ­ry la­tem oglą­da­li­śmy, pa­mię­tasz?

— Żą­da­łaś te­go? — za­py­tał do­syć ostro.

— Tak, chcia­łam mo­je­mu pa­nu zro­bić nie­spo­dzian­kę, bo prze­cież się nie gnie­wasz, co?

— Nie, Ni­na, nie, dzię­ku­ję ci z ca­łej du­szy, dzię­ku­ję... — szep­tał, ca­łu­jąc ją w rę­kę.

— Otwórz, to zo­ba­czy­my za­raz. Ka­za­łam przy­słać ten ma­ły, tań­szy, a ta­ki jest ta­ni, że nie do uwie­rze­nia.

— Przy­słał ra­chu­nek?

— Masz. Dwa ty­sią­ce dwie­ście li­rów, to za bez­cen,

— Tak... istot­nie... za bez­cen... — od­po­wia­dał, drżą­cy­mi rę­ka­mi od­pa­ko­wu­jąc pu­dło.

Mo­zai­ka by­ła prze­ślicz­na.

Na pły­cie kwa­dra­to­wej czar­ne­go mar­mu­ru o bar­dzo rzad­kim błę­kit­na­wym od­cie­niu, rzu­co­no wią­zan­kę fioł­ków, róż ja­sno­żół­tych i li­lio­wych, ob­sy­pa­nych zło­tor­dza­wym py­łem stor­czy­ków; je­den mo­tyl o ru­bi­no­wo-zie­lo­nych skrzy­dłach chwiał się ra­zem ze stor­czy­kiem, na któ­ry opadł, a dwa in­ne uno­si­ły się w po­wie­trzu. I tak to by­ło cu­dow­nie wy­koń­czo­ne i do złu­dze­nia praw­dzi­wie, że chcia­ło się pod­nieść te kwia­ty lub uchwy­cić za skrzy­deł­ka mo­ty­le.

Ni­na, po­mi­mo, że to już wi­dzia­ła, krzyk­nę­ła z po­dzi­wu i przy­pa­try­wa­ła się dłu­go w nie­mym za­chwy­cie.

— Nie pa­trzysz, Ka­ziu?

— Wi­dzia­łem, istot­nie jest pięk­ne, w swo­im ro­dza­ju ar­cy­dzie­ło — od­po­wie­dział ci­cho.

— Wiesz, ten blat trze­ba bę­dzie opra­wić w sze­ro­ką ra­mę z brą­zu ma­to­we­go i po­wie­si się na ścia­nie, szko­da wpra­wiać w sto­lik — mó­wi­ła wol­no i dłu­gim, cien­kim pal­cem bar­dzo de­li­kat­nie wo­dzi­ła po kon­tu­rach list­ków i kwiat­ków, wy­snu­wa­jąc sub­tel­ną roz­kosz do­ty­ka­nia się barw.

— Mu­szę iść, Ni­na! — szep­nął, przy­po­mi­na­jąc so­bie sta­re­go Bau­ma.

— Na dłu­go? Przyjdź pręd­ko, mój zło­ty, mój je­dy­ny! — pro­si­ła, przy­tu­la­jąc się do nie­go i przy­trzy­maw­szy mu wą­sy rę­ka­mi, ca­ło­wa­ła go w usta.

— Naj­da­lej za go­dzi­nę. Pój­dę na­prze­ciw­ko, do Bau­ma.

— Cze­kam na cie­bie z her­ba­tą.

— Do­brze.

Po­ca­ło­wał ją i szedł, ale już przy pro­gu się za­trzy­mał i szep­nął:

— Ni­na, po­ca­łuj mnie i życz mi szczę­ścia.

Po­ca­ło­wa­ła go ser­decz­nie i ocza­mi py­ta­ła, nie ro­zu­mie­jąc te­go, co po­wie­dział.

— Przy her­ba­cie ci po­wiem.

Od­pro­wa­dzi­ła go aż do przed­po­ko­ju i pa­trza­ła jesz­cze za nim oszklo­ny­mi drzwia­mi, aż jej znik­nął w no­cy i w od­da­le­niu.

Po­wró­ci­ła do bu­du­ar­ku, oglą­da­ła mo­zai­kę.

Drzwi wcho­do­we za­dźwię­cza­ły sil­nie.

— Za­po­mnia­łem ci po­wie­dzieć, że ten mój daw­ny ko­le­ga uni­wer­sy­tec­ki, któ­re­go w prze­szłym ro­ku po­zna­łaś w Szwaj­ca­rii, Gro­sman, spa­lił się dzi­siaj.

— Jak to?

— Ano, spa­li­ła mu się fa­bry­ka zu­peł­nie, nic nie ura­to­wa­no.

— Bied­ny czło­wiek! — za­wo­ła­ła ze współ­czu­ciem.

— Nie ma go co ża­ło­wać, bo ten po­żar go wła­śnie po­sta­wi na no­gi.

— Nic nie ro­zu­miem.

— Stał źle w in­te­re­sach, był za­chwia­ny, jak się u nas mó­wi, więc że­by się po­pra­wić, urzą­dził po­żar fa­bry­ki i skła­dów, któ­re by­ły wy­so­ko za­ase­ku­ro­wa­ne w kil­ku To­wa­rzy­stwach. Od­bie­rze ase­ku­ra­cję, któ­ra mu w czwór­na­sób po­kry­je stra­ty i bę­dzie kpił so­bie ze wszyst­kie­go.

— Umyśl­nie pod­pa­lił?! Ależ to zbrod­nia! — wy­krzyk­nę­ła z obu­rze­niem.

— Ko­deks tak to na­zy­wa i od­po­wied­nio ka­rze, ale w ję­zy­ku zwy­czaj­nym na­zy­wa się to do­brym in­te­re­sem — mó­wił pręd­ko, nie pa­trzył jej w oczy i w twa­rzy miał ja­kiś nie­spo­koj­ny, go­rącz­ko­wy wy­raz.

— I to zro­bił on, któ­ry mi się wy­dał czło­wie­kiem tak nad­zwy­czaj­nie szla­chet­nym, nie mo­gę wprost w to uwie­rzyć. Przy­po­mi­nam so­bie, je­go roz­mo­wy tchnę­ły naj­wyż­szą ety­ką i spra­wie­dli­wo­ścią.

— Cóż chcesz, jak mu ru­ina zaj­rza­ła w oczy, to dał spo­kój ety­ce, zo­sta­wił ją na póź­niej. Bez ety­ki żyć moż­na, a bez pie­nię­dzy nie — mó­wił twar­do.

— A nie, ni­g­dy, ra­czej umrzeć — wy­krzyk­nę­ła na­mięt­ne i ca­ła jej na­tu­ra wzdry­gnę­ła się na myśl po­peł­nie­nia wy­stęp­ku. — Jak to do­brze, że ty tak nie my­ślisz, że ty ni­g­dy, ni­g­dy nie po­peł­ni­łeś nic złe­go! Wiesz, gdy­bym cię nie ko­cha­ła na­wet, to i tak mu­sia­ła­bym cię uwiel­biać za do­broć i za tę szla­chet­ność two­ją.

Ka­zi­mierz nic nie od­rzekł, uca­ło­wał tyl­ko jej oczy roz­go­rza­łe obu­rze­niem i te pur­pu­ro­we peł­ne usta, co te­raz wy­kli­na­ły i rzu­ca­ły po­tę­pie­nia na lu­dzi nie­mo­ral­nych, lu­dzi bez ety­ki, na złość i brzy­do­tę ży­cia, uca­ło­wał ją tak na­mięt­nie, jak­by ty­mi po­ca­łun­ka­mi chciał po­kryć wła­sne, głę­bo­kie upo­ko­rze­nie, ja­kie po­czuł po jej sło­wach, jak­by chciał za­głu­szyć ni­mi ja­kąś myśl, któ­ra za­świe­ci­ła mu w mó­zgu i olśni­ła.

Wy­szedł za­raz i po­szedł wprost do fa­bry­ki Bau­ma, któ­ra sta­ła na­prze­ciw­ko, po dru­giej stro­nie uli­cy, w głę­bi roz­le­głych ogro­dów.

W kan­to­rze za­stał tyl­ko Mak­sa, któ­ry bez sur­du­ta sie­dział przy pul­pi­cie.

— Oj­ciec w fa­bry­ce, mo­gę go za­wo­łać.

— Pój­dę tam. Ni­g­dy nie wi­dzia­łem wa­szej fa­bry­ki.

— Nie ma co oglą­dać, nę­dza — szep­nął lek­ce­wa­żą­co, sia­da­jąc z po­wro­tem do ro­bo­ty.

Oszklo­ny ko­ry­tarz pro­wa­dził z kan­to­ru do pierw­sze­go fa­brycz­ne­go pa­wi­lo­nu.

Mrok i ci­sza za­le­wa­ły wiel­ki dzie­dzi­niec ob­sta­wio­ny z trzech stron trze­ma dwu­pię­tro­wy­mi pa­wi­lo­na­mi fa­bry­ki, przez rzę­dy okien mży­ło sła­be świa­tło, a nie­któ­re pię­tra zu­peł­nie by­ły ciem­ne, nie oświe­tlo­ne, tyl­ko z do­łu u drzwi wcho­do­wych kop­ci­ły się smut­nie naf­to­we la­tar­nie i oświe­tla­ły czer­wo­ne, ośli­zgłe wil­go­cią mu­ry.

Su­chy trzask warsz­ta­tów ręcz­nych roz­le­ga­ją­cy się mo­no­ton­nie, roz­le­wał po ko­ry­ta­rzach mrocz­nych, za­śmie­co­nych od­pad­ka­mi ba­weł­ny i reszt­ka­mi sta­rych warsz­ta­tów, usy­pia­ją­cy na­strój nu­dy i smut­ku.

Na scho­dach i ko­ry­ta­rzach by­ło pu­sto, cza­sem tyl­ko roz­legł się kle­kot drew­nia­nych po­de­szew, za­ma­ja­czył w mro­ku ja­ki ro­bot­nik i ci­cho gi­nął w wiel­kich sa­lach na koń­cu ko­ry­ta­rzy roz­ło­żo­nych; tyl­ko su­chy trzask warsz­ta­tów i echa kro­ków mą­ci­ły tę sen­ną ci­szę.

W sa­lach fa­brycz­nych rów­nież by­ło pu­sto, mrocz­no i sen­nie.

By­ły to wiel­kie pro­sto­ką­ty, pod­par­te w środ­ku sze­re­giem że­la­znych słu­pów, za­pcha­ne ręcz­ny­mi tkac­ki­mi warsz­ta­ta­mi Ja­cqu­ar­da, któ­re sta­ły w dwa rzę­dy, pod gę­sto roz­ło­żo­ny­mi okna­mi. Po­ło­wa warsz­ta­tów sta­ła nie­czyn­na, ob­ro­śnię­ta ni­by mchem si­wym, py­łem ba­weł­nia­nym.

Kil­ka lam­pek przy­cze­pio­nych do słu­pów oświe­tla­ło środ­ko­we przej­ście i ro­bot­ni­ce na­wi­ja­ją­ce na ręcz­nych ko­ło­wrot­kach przę­dze na szpul­ki. Ko­ło­wrot­ki war­cza­ły sen­nie i sen­nie po­chy­la­ły się nad ni­mi ro­bot­ni­ce i sen­nie trza­ska­ło kil­ka­na­ście czyn­nych warsz­ta­tów, któ­re w żół­ta­wym, sła­bym świe­tle lam­pek pa­lą­cych się nad ni­mi, po­dob­ne by­ły do ol­brzy­mich ko­ko­nów fan­ta­stycz­nie opla­ta­nych w ty­sią­cz­ne włók­na róż­no­ko­lo­ro­we, w nie­prze­li­czo­ne war­stwy przę­dzy roz­pię­tej w róż­nych kie­run­kach; w środ­ku tych ko­ko­nów ni­by je­dwab­ni­ki po­ru­sza­li się ro­bot­ni­cy, tka­jąc wzo­rzy­ste ma­te­ria­ły, po­chy­la­li się au­to­ma­tycz­nie jed­ną rę­ką przy­bi­ja­jąc pło­chę, a dru­gą, ru­chem ho­ry­zon­tal­nym, po­cią­ga­jąc od gó­ry sznur i prze­bie­ra­jąc rów­no­cze­śnie no­ga­mi po pe­da­łach; czó­łen­ka ze świ­stem prze­la­ty­wa­ły wskroś pa­sem przę­dzy, ni­by żół­te, dłu­gie żu­ki i po­wra­ca­ły tą sa­mą dro­gą z nu­żą­cą jed­no­staj­no­ścią.

Ro­bot­ni­cy by­li sta­rzy, spo­glą­da­li za­ga­sły­mi ocza­mi apa­tycz­nie na prze­cho­dzą­ce­go i tka­li da­lej rów­nież sen­nie i au­to­ma­tycz­nie.

Tra­wiń­ski z przy­kro­ścią prze­cho­dził przez te na pół ży­we sa­le, z przy­kro­ścią pa­trzył na ago­nię ręcz­ne­go prze­my­słu, któ­ry z upo­rem sza­leń­ców chciał wal­czyć z ty­mi po­two­ra­mi, któ­rych ol­brzy­mie ciel­ska roz­dr­ga­ne ener­gią, hu­czą­ce si­łą nie­po­ko­na­ną, wi­dać by­ło z okien tych sal.

Py­tał o Bau­ma; po­ka­zy­wa­li mu ru­chem rę­ki lub gło­wy nie od­ry­wa­jąc się od ro­bo­ty, nie pod­no­sząc na­wet gło­su je­śli mó­wi­li; wszy­scy po­ru­sza­li się jak sen­ni, pół mar­twi, obo­jęt­ni i smut­ni — smut­kiem tych sal ośle­płych, ci­chych, umie­ra­ją­cych, przez któ­re prze­cho­dził, po­ty­ka­jąc się w ciem­no­ści o fi­la­ry, o nie­czyn­ne warsz­ta­ty, o lu­dzi.

Prze­szedł przez ca­łe pię­tro dwóch pa­wi­lo­nów i wszę­dzie by­ła ta sa­ma pust­ka, nu­da i sen­ność.

Tra­wiń­skie­go ze wzglę­du i na wła­sne po­ło­że­nie, ogar­niał co­raz więk­szy smu­tek, tra­cił zu­peł­nie wia­rę w po­moc Bau­ma i szedł z tym uczu­ciem, z ja­kim się idzie do ko­na­ją­cych, — bo fa­bry­ka, któ­ra kie­dyś pra­co­wa­ła w 500 lu­dzi, po­ru­sza­ła się te­raz tyl­ko sto­ma i wy­da­wa­ła mu się cho­rym, ko­na­ją­cym or­ga­ni­zmem, któ­re­mu na­wet ol­brzy­mie drze­wa szu­mią­ce za okna­mi, zda­wa­ły się śpie­wać hymn śmier­ci.

Sta­re­go Bau­ma zna­lazł w trze­cim pa­wi­lo­nie, wy­cho­dzą­cym na uli­cę.

Baum sie­dział w ma­łym po­ko­iku przed biur­kiem, za­rzu­co­nym sto­sem pró­bek to­wa­rów, po­cię­tych w dłu­gie pa­sy.

Przy­wi­ta­li się w mil­cze­niu.

Sta­ry ści­snął mu moc­no rę­kę i pod­su­nął krze­sło.

— Daw­no pa­na nie wi­dzia­łem — za­czął Baum.

Uspra­wie­dli­wiał się kło­po­ta­mi i za­ję­cia­mi, mó­wił dłu­go, a nie śmiał przy­stą­pić do ce­lu swo­ich od­wie­dzin, po­wstrzy­my­wał go smu­tek fa­bry­ki i ta­ki sam smu­tek wy­ry­ty na twa­rzy fa­bry­kan­ta, któ­ry bla­de oczy zwra­cał bez­wied­nie na okno, przez któ­re do­sko­na­le wi­dać by­ło fa­bry­kę Mül­le­ra błysz­czą­cą wszyst­ki­mi okna­mi.

Od­po­wia­dał krót­ko i cze­kał na wy­ja­śnie­nie wi­zy­ty.

Tra­wiń­ski to od­czuł, bo prze­ry­wa­jąc ja­kąś opo­wieść, rzekł krót­ko:

— Przy­sze­dłem do pa­na z proś­bą — za­wo­łał i ode­tchnął nie­co.

— Pro­szę pa­na bar­dzo... słu­cham...

Tra­wiń­ski szyb­ko opo­wie­dział mu ca­łe swo­je po­ło­że­nie, ale o po­moc za­wa­hał się pro­sić, uj­rzaw­szy su­ro­we ścią­gnię­cie brwi i ja­kiś nie­chęt­ny wy­raz oczów.

— My wszy­scy jeź­dzi­my na tym wóz­ku, oni nas je­dzą!... — mó­wił wol­no, wska­zu­jąc na wiel­kie fa­bry­ki przez okno. — Czym pa­nu mo­gę po­móc? — do­dał.

— Po­życz­ką al­bo ży­rem na we­kslach.

— Ile?

— Osta­tecz­nie bez dzie­się­ciu ty­się­cy ru­bli paść mu­szę — rzekł ci­cho i wy­mi­ja­ją­co, jak­by oba­wia­jąc się gło­śniej­szym dźwię­kiem spło­szyć życz­li­wość, ja­ką spo­strzegł w oczach Bau­ma.

— Ja go­tów­ki nie mam, ale co bę­dę mógł zro­bić, zro­bię pa­nu. Daj mi pan we­ksle na tę su­mę, a ja po­kry­ję do tej sa­mej wy­so­ko­ści pań­skie zo­bo­wią­za­nie.

Tra­wiń­ski ze­rwał się z krze­sła i za­czął mu z unie­sie­niem dzię­ko­wać.

— Nie ma za co, pa­nie Tra­wiń­ski, ja nic nie ry­zy­ku­ję na­wet, bo znam pa­na i pań­ski in­te­res do­brze. Masz pan blan­kie­ty i wy­peł­nij pan za­raz.

Tra­wiń­ski był oszo­ło­mio­ny, ten pra­wie nie­prze­wi­dzia­ny ra­tu­nek wy­wró­cił go z rów­no­wa­gi, wy­peł­niał blan­kie­ty we­kslo­we go­rącz­ko­wo, ale co chwi­la pod­no­sił gło­wę znad pa­pie­ru i pa­trzył na Bau­ma, któ­ry cho­dził po kan­to­rze, przy­sta­wał przy oknie i spo­glą­dał na Łódź ja­kimś tę­pym, sro­gim spoj­rze­niem.

Miał przed ocza­mi ca­łą część mia­sta; do­my, fa­bry­ki, ma­ga­zy­ny, dzie­siąt­ka­mi ty­się­cy okien pa­trzy­ły w noc, a po­za ni­mi po­ru­sza­ły się cie­nie ro­bot­ni­ków i ma­szyn, elek­trycz­ne świa­tła wi­sia­ły w ciem­nym, mgli­stym po­wie­trzu, set­ki ko­mi­nów ma­ja­czy­ło w no­cy i wy­rzu­ca­ło nie­ustan­nie smu­gi bia­łych dy­mów, któ­re jak ob­łok przy­sła­nia­ły świa­tła i kon­tu­ry fa­bryk.

Baum przy­glą­dał się mia­stu i spa­ce­ro­wał na prze­mian z po­chy­lo­ną na­przód su­chą, ko­ści­stą twa­rzą. Był rów­nież wy­so­ki jak syn, tyl­ko znacz­nie chud­szy i żyw­szy w ru­chach. Nie lu­bił wie­le mó­wić i zwy­kle naj­waż­niej­sze in­te­re­sy za­ła­twiał w kil­ku sło­wach. Był spo­koj­ny, ci­chy na­wet, ule­gły żo­nie i dzie­ciom aż do sła­bo­ści nie­raz, ale po­mi­mo to miał swo­je punk­ty, na któ­rych był nie­ugię­tym; je­go uczyn­ność by­ła w Ło­dzi przy­sło­wio­wa i nie­wy­czer­pa­na, a rów­no­cze­śnie był ską­pym w do­mu do dzi­wac­twa.

— Ja­ki ter­min pan chce?

— Ja­ki jest dla pa­na naj­wy­god­niej­szy — po­wie­dział, uchy­la­jąc drzwi do sa­li są­sied­niej, w któ­rej wszyst­kie warsz­ta­ty by­ły czyn­ne.

Za­mknął drzwi, wsa­dził rę­ce w kie­sze­nie sza­re­go, pod­bi­te­go kut­ne­rem ka­fta­na i zno­wu przy­glą­dał się mia­stu.

Te­le­fon za­dzwo­nił, by­ło to je­dy­ne współ­cze­sne urzą­dze­nie w je­go fa­bry­ce.

— To do pa­na. Wo­ła pan Bo­ro­wiec­ki — rzekł Baum.

Tra­wiń­ski ze zdzi­wie­niem słu­chał.

— Mój dro­gi, od żo­ny do­wie­dzia­łem się, gdzie je­steś. Oto, roz­li­czy­łem się, mo­gę ci po­ży­czyć pięć ty­się­cy ru­bli, ale tyl­ko z dwu­mie­sięcz­nym ter­mi­nem. Więc je­śli chcesz? — mó­wił Bo­ro­wiec­ki.

— Przyj­mu­ję z ra­do­ścią! — wy­krzyk­nął go­rą­co. — Skąd te­le­fo­nu­jesz.

— Z twe­go ga­bi­ne­tu pod stra­żą żo­ny — brzmia­ła od­po­wiedź.

— Za­cze­kaj na mnie, za­raz przyj­dę

— Cze­kam.

— To Bo­ro­wiec­ki chce się ze mną wi­dzieć, pan go zna?

— Z wi­dze­nia tyl­ko, bo prze­cież ja nie by­wam w tym wiel­kim świe­cie łódz­kim, u tych roz­ma­itych Bu­chol­ców, Men­del­soh­nów, Salc­ma­nów, Mey­erów i in­ne­go ro­bac­twa. Znam ich wszyst­kich z wi­dze­nia tych mło­dych, a star­szych od Mi­chla, gdzie się cza­sa­mi scho­dzi­my; zna­li­śmy się wszy­scy co praw­da le­piej, ale to by­ło daw­no, kie­dy w Ło­dzi pa­no­wa­ła jesz­cze uczci­wość i nie by­ło mi­lio­ne­rów. To by­ły ta­kie cza­sy, o któ­rych wy mło­dzi nie ma­cie po­ję­cia. Ja wte­dy by­łem z Gey­erem sta­rym naj­więk­szą łódz­ką fir­mą. Pa­ry, ma­szyn, elek­trycz­no­ści, we­ksli, tan­de­ty, plajt, pod­stęp­nych po­ża­rów, nikt nie znał na­wet ze sły­sze­nia.

— A jed­nak to, co jest obec­nie, przyjść mu­sia­ło.

— Ja wiem, że mu­sia­ło, że sta­ry po­rzą­dek za­wsze mu­si ustą­pić no­we­mu miej­sca, zresz­tą, po co to mó­wić o tym — mach­nął rę­ką i za­czął prze­glą­dać we­ksle.

Złość bez­sil­na za­trzę­sła je­go ser­cem tak gwał­tow­nie, że bra­kło mu gło­su, mil­czał do­syć dłu­go, pod­pi­saw­szy we­ksle.

— Pa­nu się śpie­szy?

— Istot­nie, po­zo­sta­je mi tyl­ko raz jesz­cze z ca­łej du­szy po­dzię­ko­wać pa­nu za po­moc.

— Szko­da cza­su! Mnie tyl­ko żal jed­ne­go, żeś pan nie był przed pięć­dzie­się­ciu la­ty w Ło­dzi, pan wte­dy po­wi­nien był mieć fa­bry­kę. Pan tak­że nie pa­su­je do dzi­siej­szej Ło­dzi, tu­taj uczci­wi fa­bry­kan­ci nie ma­ją co ro­bić, pa­nie Tra­wiń­ski.

Nie od­po­wie­dział mu na to py­ta­nie, bo się śpie­szył do do­mu, ob­ga­da­li tyl­ko nie­któ­re kwe­stie do­ty­czą­ce ter­mi­nów we­ksli i ro­ze­szli się.

Za­raz też za­czę­ły roz­dzie­rać po­wie­trze gwiz­daw­ki na skoń­cze­nie ro­bo­ty i fa­bry­ki ga­sły jed­na po dru­giej i gi­nę­ły w no­cy.

Baum po wyj­ściu ro­bot­ni­ków po­szedł do do­mu, któ­ry stał w ogro­dzie, przed pa­wi­lo­na­mi fa­brycz­ny­mi z fron­tem od uli­cy.

Prze­brał się w swo­im po­ko­ju w ja­kąś lek­ką ma­ry­nar­kę, wło­żył ha­fto­wa­ne pan­to­fle na no­gi, przy­krył swo­je buj­ne jesz­cze si­we wło­sy ma­łą cza­pecz­ką, wy­szy­wa­ną bia­ły­mi pa­cio­recz­ka­mi, i po­szedł do sto­ło­we­go po­ko­ju, w któ­rym już na­kry­wa­no do ko­la­cji.

Maks sie­dział przy sto­le i po­ma­gał sio­strze­ni­com, któ­re mu wi­sia­ły u szyi, ukła­dać dom­ki z drew­nia­nych kwa­dra­tów.

Dziew­czyn­ki śmia­ły się usta­wicz­nie i jak pta­ki świer­go­ta­ły we­so­ło.

Mat­ka sie­dzia­ła w głę­bo­kim fo­te­lu i ro­bi­ła poń­czo­chę, mia­ła lat ze sześć­dzie­siąt, twarz bar­dzo mi­łą i scho­ro­wa­ną, oku­la­ry srebr­ne na dłu­gim no­sie, si­we, gład­ko przy­cze­sa­ne wło­sy nad ni­skim, wy­pu­kłym czo­łem, ma­ślan­ko­wa­te oczy, bla­de usta, kłę­bek ba­weł­ny w kie­sze­ni nie­bie­skie­go far­tu­cha, z któ­re­go ro­bi­ła poń­czo­chy, i wiel­ką sło­dycz w gło­sie i w uśmie­chu; li­czy­ła cią­gle oczka, bły­ska­ła dru­ta­mi i uśmie­cha­ła się do sy­na i wnu­czek, cór­ki, któ­ra za­ję­ta by­ła czy­ta­niem, do frau101 Au­gu­sty, ku­zyn­ki od nie­pa­mięt­nych lat zaj­mu­ją­cej się ca­łym ich go­spo­dar­stwem, do dwóch kre­den­sów sto­ją­cych obok sie­bie, do pie­ca, do sta­rej ser­want­ki, wy­peł­nio­nej por­ce­la­no­wy­mi pie­ska­mi, fi­gur­ka­mi i ta­le­rzy­ka­mi, do dwóch ko­tów bu­rych frau Au­gu­sty, któ­re cho­dzi­ły za nią i, mru­cząc, ob­cie­ra­ły się cią­gle grzbie­ta­mi o suk­nie — uśmie­cha­ła się za­wsze i do wszyst­kie­go, ta­kim przy­kle­jo­nym do ust, ośli­zgłym uśmie­chem tru­pów.

Cie­pły spo­kój sta­re­go miesz­czań­skie­go do­mu pa­no­wał w miesz­ka­niu. Tak wszy­scy by­li zży­ci ze so­bą i do­pa­so­wa­ni, że po­ro­zu­mie­wa­li się spoj­rze­nia­mi, prze­ni­ka­li się na­wza­jem.

Sta­ry tro­ski swo­je zo­sta­wiał w kan­to­rze, a do miesz­ka­nia za­wsze przy­no­sił spo­koj­ną, uśmiech­nię­tą twarz, opo­wia­dał żo­nie o spra­wach nie­któ­rych, cza­sem się kłó­cił z Mak­sem, po­kpi­wał re­gu­lar­nie co wie­czór od lat dwu­dzie­stu z frau Au­gu­sty, ba­wił się wnucz­ka­mi, któ­rych za­wsze miał pod do­stat­kiem, bo wszyst­kie czte­ry cór­ki daw­no już by­ły za­męż­ne, czy­tał sta­le „Köl­ni­sche Ze­itung” i jed­ną z ga­zet pol­skich. Słu­chał rów­nież sta­le co wie­czór ja­kie­go sen­ty­men­tal­ne­go ro­man­su z roz­ma­itych „Fa­mi­lien­bla­tów”, któ­ry­mi ży­ła żo­na i cór­ki, i tak spę­dzał wie­czór.

Dzi­siaj za­czy­na­ło się tak sa­mo; usiadł przy sto­le i za­czął ki­wać na wnu­ka, któ­ry na wiel­kim bie­gu­no­wym ko­niu bu­jał się pod pie­cem.

— Ja­siu, chodź do dzia­dzi, chodź!

— Za­raz przy­ja­dę — wo­łał chło­pak, po­ga­niał ko­nia szpi­cru­tą, okła­dał mu bo­ki pię­ta­mi, ale że i tak koń nie po­śpie­szał, scho­dził z nie­go, gła­skał go po gło­wie, okle­py­wał mu pier­si i wo­łał — cieś­ka, cieś­ka słu­cha Ja­sia, Ja­sio je­dzie do dzia­dzi, dzia­dzio da nam cu­kier­ków.

Obie­cy­wał mu słod­ko, po­py­chał go gwał­tow­nie na­przód i bo­ha­ter­sko wska­ki­wał na sio­dło.

W ten spo­sób ob­je­chał ca­ły po­kój i przy­je­chał do dziad­ka.

— Prrr! Her­man, ko­nia do staj­ni — wo­łał, ale dzia­dek zdjął go z ko­nia i po­sa­dził so­bie na ko­la­na.

Chło­pak za­czął krzy­czeć i wy­dzie­rać się do ko­nia, któ­re­go zdra­dli­wie za­raz upro­wa­dzi­ły dziew­czyn­ki, cią­gnąc za ru­dy ogon na dru­gą stro­nę sto­łu, do wu­ja Mak­sa, przy któ­rym się czu­ły wię­cej za­bez­pie­czo­ne od ba­to­że­nia bra­ta.

— Ja­siu, co to jest? — wo­łał Baum, wyj­mu­jąc z kie­sze­ni dzie­cin­ną trąb­kę i uka­zu­jąc mu nad gło­wą.

— Trlomb­ka! Dzia­dziu, dać Ja­sio­wi trlomb­kę — pro­sił, wy­cią­ga­jąc rącz­ki.

— Nie chcesz sie­dzieć u dzia­dzi, nie ko­chasz dzia­dzi, to nie dam, dam Wan­dzi.

— Daj Ja­sio­wi trlomb­kę, dzia­dziu, Ja­sio dzia­dzia ko­cha, Wan­dzia jest głu­pia, nie ko­cha dzia­dzi. Dzia­dziu, daj Ja­sio­wi trlomb­kę! — pro­sił ze łza­mi, uklęk­nął na ko­la­nach dziad­ka, a nie mo­gąc i tak do­stać, za­czął mu wcho­dzić na ra­mio­na, obej­mo­wał go za szy­ję, ca­ło­wał po twa­rzy, bła­gał co­raz go­rę­cej, a nie spusz­czał nie­bie­skich roz­pło­mie­nio­nych oczek z trąb­ki.

Dzia­dek dał mu wresz­cie.

Chło­pak nie miał już cza­su dzię­ko­wać, ze­sko­czył na zie­mię, po­le­ciał ode­brać ko­nia, przy czym po­bił dziew­czyn­ki, za­pro­wa­dził go pod piec, okrył ścią­gnię­tą z mat­ki żół­tą je­dwab­ną chust­ką i bie­gał po po­ko­ju, trą­biąc co miał tyl­ko sił.

Dziew­czyn­ki z pła­czem przy­bie­gły do ko­lan dziad­ka.

— Wan­dzia ce dzia­dziu.

— Ja­nu­si dać!

Pro­si­ły roz­pła­ka­ny­mi gło­si­ka­mi i za­czę­ły się wdra­py­wać na dziad­ko­we no­gi.

Oswo­bo­dził się od nich pręd­ko i za­czął ucie­kać przed ni­mi.

Dziew­czyn­ki już wie­dzia­ły co to zna­czy, więc za­czę­ły go­nić ze wszyst­kich sił i krzy­czeć na dziad­ka, któ­ry za­sta­wiał się krze­sła­mi, cho­wał za kre­den­sy i wciąż wy­my­kał się im z rąk, aż wresz­cie po­zwo­lił się im zła­pać w ja­kimś ką­cie, wziął je pod obie pa­chy i przy­niósł z po­wro­tem do sto­łu, a po­tem po­zwo­lił się zre­wi­do­wać i po­wy­cią­gać z kie­sze­ni lal­ki, ja­kie przy­niósł dla nich.

Ra­dość za­pa­no­wa­ła nie­zmier­na w gro­mad­ce, któ­ra sku­pi­ła się przy ma­łym sto­licz­ku pod oknem i oglą­da­ła szcze­gó­ło­wo lal­ki, wy­dzie­ra­jąc je so­bie z rąk.

Dziad­ko­wie ba­wi­li się wy­bor­nie, tyl­ko Ber­ta za­tka­ła uszy i uto­nę­ła w książ­ce, a Maks gło­śno gwiz­dał, że­by nie sły­szeć tych dzi­kich wrza­sków, był zresz­tą zły na oj­ca, czuł bo­wiem po je­go roz­mo­wie, że mu­siał zno­wu po­ży­czyć ko­mu pie­nię­dzy lub za­rę­czyć za kim, bo ile­kroć to się sta­ło, sta­ry za­wsze przy­no­sił dzie­ciom lub wnucz­kom jak te­raz za­baw­ki, uni­kał Mak­sa i był bar­dzo słod­kim i ser­decz­nym w obej­ściu ze wszyst­ki­mi, bio­rąc go­rą­cy udział w roz­mo­wie każ­dej; tym spo­so­bem uni­kał in­ter­pe­la­cji sy­now­skiej.

Dzi­siaj by­ło tak sa­mo.

Przy ko­la­cji roz­ma­wiał bez­u­stan­nie, po­usa­dzał sam dzie­ci i naj­tro­skli­wiej ich pil­no­wał, wciąż żar­tu­jąc z frau Au­gu­sty, któ­ra za­wsze jed­na­ko­wo od­po­wia­da­ła:

— Ja, ja, Herr Baum — uśmie­cha­jąc się bez­myśl­nie dłu­gi­mi, żół­ty­mi i krzy­wy­mi zę­ba­mi.

— Gdzież pan Jó­zef? scho­wa­ła go so­bie pa­ni do ogry­za­nia na póź­niej?

— Pan Jó­ze­fa za­raz przyj­dzie, — i nim swo­je dwa nie­od­stęp­ne ko­ty zdą­ży­ła utu­lić na ob­szer­nym ło­nie, pan Jó­zef Ja­skól­ski wszedł.

Był to ro­dzaj prak­ty­kan­ta kan­to­ro­we­go, chło­pak zu­peł­nie bied­ny, któ­rym się Baum od lat pa­ru opie­ko­wał. Miał lat osiem­na­ście, wzrost ogrom­ny, za du­że no­gi, za dłu­gie rę­ce, gło­wę wiel­ką i cią­gle roz­czo­chra­ną, twarz okrą­głą, wiecz­nie spo­co­ną i w do­dat­ku był bar­dzo nie­śmia­łym i nie­zgrab­nym, wciąż za­wa­dzał so­bą o wszyst­kie drzwi i sprzę­ty.

Wszedł te­raz do­syć od­waż­nie, ale po­czuw­szy wszyst­kich oczy na so­bie, za­plą­tał się za­raz przy ukło­nie w chod­nik, ude­rzył bio­drem o róg kre­den­su, po­trą­cił krze­sło Mak­sa i czer­wo­ny jak bu­rak, prze­ra­żo­ny swy­mi nie­szczę­ścia­mi usiadł do ko­la­cji.

Po­mi­mo lat osiem­na­stu i skoń­cze­nia szko­ły rze­mieśl­ni­czej, był na­iw­nym jak dziec­ko. Był tak po­kor­nym, ule­ga­ją­cym, do­brym, że zda­wał się nie­raz ocza­mi prze­pra­szać wszyst­kich, że ośmie­la się żyć po­śród nich. Mak­sa się lę­kał bar­dzo, bo Maks kpił z nie­go usta­wicz­nie, a te­raz wi­dząc, że Jó­zio­wi przy je­dze­niu wszyst­ko z rąk wy­la­tu­je, za­czął się śmiać i po­wie­dział:

— Mu­szę ja pa­na ode­brać pa­ni Au­gu­ście i wziąć pod swo­ją opie­kę.

— Daj po­kój Maks, już on le­piej wyj­dzie na na­szej opie­ce.

— Ro­bi­cie z nie­go ma­zga­ja.

— A ty co byś z nie­go chciał zro­bić?

— Czło­wie­ka, męż­czy­znę.

— Pro­wa­dził­byś go do knajp, na hu­lan­ki, no i tak da­lej. Fryc mi nie­raz z obrzy­dze­niem opo­wia­dał o wa­szym ka­wa­ler­skim ży­ciu.

— Ha, ha, ha, wiesz Ber­ta, że to jest pysz­ny witz. Fryc i obrzy­dze­nie we­so­łe­go ży­cia! Ty je­steś zna­ko­mi­ta, to ty nie­wie­le znasz swo­je­go mę­ża

— Maks, po co masz psuć jej złu­dze­nia — szep­nął sta­ry.

— Ma oj­ciec ra­cję, ale to mnie iry­tu­je, że by­le bał­wan na­bla­gu­je przed nią, to ona tak za­raz wie­rzy, że go­to­wa dać się za­bić za tę praw­dę.

— Maks nie za­po­mi­naj, że mó­wisz o mo­im mę­żu.

— Nie­ste­ty, my to z oj­cem za bar­dzo czę­sto mu­si­my brać pod uwa­gę, że Fryc jest two­im mę­żem, że na­le­ży do na­szej ro­dzi­ny, bo ina­czej...

— To co? — za­wo­ła­ła ze łza­mi w oczach, go­to­wa rzu­cić się w obro­nie mę­ża.

— To by­śmy go wy­rzu­ci­li za drzwi — mruk­nął gniew­nie. — Chcia­łaś, to ci po­wie­dzia­łem, mo­żesz te­raz pła­kać do wo­li, tyl­ko pa­mię­taj, że za­wsze po pła­czu bar­dzo brzyd­ko wy­glą­dasz, oczy ci puch­ną i nos się czer­wie­ni.

Ber­ta istot­nie roz­pła­ka­ła się gło­śno i wy­szła z po­ko­ju.

Mat­ka za­czę­ła mu wy­rzu­cać de­li­kat­nie je­go bru­tal­ność.

— Niech ma­ma da po­kój, wiem co ro­bię. Fryc jest zwy­kłym by­dlę­ciem, któ­re nie pil­nu­je fa­bry­ki, tyl­ko cią­gle knaj­pu­je, a przed Ber­tą gra ro­lę nie­szczę­śli­we­go, któ­re­mu się nic nie wie­dzie, któ­ry się za­pra­co­wy­wa102 dla żo­ny i dzie­ci, jak­by ca­łe­go ich do­mu od pierw­sze­go dnia ślu­bu nie utrzy­my­wał oj­ciec swo­im kosz­tem.

— Ci­cho Maks, po co to wy­włó­czyć!

— Po to, że te­mu trze­ba raz ko­niec po­ło­żyć, że to jest zwy­kłe kry­mi­nal­ne łaj­dac­two, to wiecz­ne na­cią­ga­nie oj­ca. My wszy­scy ro­bi­my na to, że­by na­si szwa­gro­wie mo­gli się ba­wić.

Prze­rwa­ła, bo dzwo­nek za­dźwię­czał w przed­po­ko­ju, po­szedł otwo­rzyć i za­raz wpro­wa­dził Bo­ro­wiec­kie­go.

Baum był nie­co za­kło­po­ta­ny i sztyw­ny, ale sta­ra przy­ję­ła go z ca­łą ser­decz­no­ścią i za­raz przed­sta­wi­ła Ber­cie, któ­ra przy­szła na od­głos dzwon­ka i cie­ka­wie się przy­glą­da­ła te­mu je­dy­ne­mu oka­zo­wi łódz­kie­go don­żu­ana, o któ­rym tak wie­le mó­wio­no w mie­ście.

Za­pra­sza­no go ser­decz­nie do her­ba­ty, ale od­mó­wił.

— By­łem u pań­stwa Tra­wiń­skich na ko­la­cji, po dro­dze wpa­dłem do Mak­sa na chwi­lę tyl­ko z ja­kimś in­te­re­sem i mu­szę zno­wu iść — tłu­ma­czył się, ale usiąść przy sto­le mu­siał, bo frau Au­gu­sta z naj­pięk­niej­szym uśmie­chem po­da­wa­ła mu her­ba­tę, Ber­ta roz­ł­za­wio­nym jesz­cze gło­sem pro­si­ła, aby pił, sta­ra z uśmie­chem pod­su­wa­ła ja­kieś ciast­ka.

Przy­jął to wszyst­ko, a że był w do­sko­na­łym hu­mo­rze, więc wkrót­ce za­pa­no­wał nad wszyst­ki­mi; roz­ma­wiał z mat­ką o wnucz­kach, uno­sił się przed Ber­tą nad pięk­no­ścią jej dzie­ci, któ­re mu przed­sta­wio­no, wy­sła­wiał przez pięć mi­nut ostat­nią no­we­lę Hay­se­go, ja­ką uj­rzał le­żą­cą na sto­le, frau Au­gu­sty po­rwał ser­ce, ba­wiąc się jej fa­wo­ry­ta­mi, któ­re, mru­cząc, ła­zi­ły mu po ra­mio­nach i ob­cie­ra­ły się o twarz, co go tak roz­draż­nia­ło, że miał ocho­tę uchwy­cić któ­re­go za ogon i roz­bić o piec, o Jó­ziu na­wet nie za­po­mniał. Był tak mi­łym, uprzej­mym, ele­ganc­kim, że w dwa­dzie­ścia mi­nut już wszy­scy nim by­li ocza­ro­wa­ni, na­wet sta­ry, któ­ry go do­brze znał i nie bar­dzo lu­bił, za­czął brać udział w roz­mo­wie.

Frau Au­gu­sta by­ła tak nim za­chwy­co­na, że wciąż przy­no­si­ła świe­że szklan­ki her­ba­ty i co­raz no­we wyj­mo­wa­ła z kre­den­su przy­sma­ki i co­raz in­ny ząb po­ka­zy­wa­ła w uśmie­chu. Maks tyl­ko mil­czał, ze zło­śli­wym uśmie­chem przy­pa­tru­jąc się tej sce­nie. Wresz­cie znu­dzo­ny i wi­dząc, że i Ka­rol ma rów­nież do­syć, po­wstał i za­brał go w głąb miesz­ka­nia.

Przy sto­le za­pa­no­wa­ła ci­sza.

Dzie­ci sie­dzia­ły przy dziad­ku i za­czy­na­ły stu­dio­wać za­baw­ki. Jó­zio za­czął czy­tać gło­śno, zwy­kłym co­dzien­nym zwy­cza­jem. Mat­ka ro­bi­ła poń­czo­chę. Ber­ta słu­cha­ła i wy­bie­ga­ła co chwi­la wzro­kiem do te­go po­ko­ju, w któ­rym był Maks z Ka­ro­lem, bo przez po­otwie­ra­ne drzwi wi­dać ich by­ło. Frau Au­gu­sta sprzą­ta­ła ci­cho ze sto­łu, gła­dzi­ła swo­je kot­ki, cza­sem przy­sta­wa­ła i pod­no­sząc do gó­ry ma­łe czar­ne oczy, któ­re pły­wa­ły w jej twa­rzy jak ziarn­ka pie­przu w pa­tel­ni przy­ru­mie­nio­ne­go ma­sła, wzdy­cha­ła głę­bo­ko.

— Dzia­dziu, lal­kę no­ga nie bo­li? — py­ta­ły dziew­czyn­ki, roz­ry­wa­jąc przy tych stu­diach lal­ki.

— Nie bo­li — od­po­wia­dał, głasz­cząc ja­sne, kę­dzie­rza­we głów­ki.

— Dzia­dziu, co trlom­bi w tej trlom­bie — py­tał chło­pak od cza­su do cza­su, a nie do­staw­szy od­po­wie­dzi, wier­cił z wiel­ką wpra­wą i za­mi­ło­wa­niem pa­ty­kiem w trąb­ce.

— Dzia­dziu, głów­ka lal­kę nie bo­li? — py­ta­ły roz­bi­ja­jąc o pod­ło­gę.

— Lal­ka nie­ży­wa. Wan­da głu­pia.

Dzie­ci umil­kły, tyl­ko głos Jó­zia roz­le­gał się po po­ko­ju, prze­ry­wa­ny wes­tchnie­nia­mi frau Au­gu­sty i wy­krzyk­ni­ka­mi Ber­ty, któ­ra roz­czu­lo­na po­wie­ścią, za­czę­ła ci­cho pła­kać i wzdy­chać prze­cią­gle.

— Dziw­nie mi­ła at­mos­fe­ra pa­nu­je, do­brze tu u was — szep­nął Ka­rol.

Wy­cią­gnął się w fo­te­lu i pa­trzył z przy­jem­no­ścią na ca­łą ro­dzi­nę, sie­dzą­cą w sto­ło­wym po­ko­ju.

— Raz na rok to sma­ku­je, ale nie czę­ściej.

— I to wie­le, mieć je­den dzień w ro­ku, w któ­rym moż­na za­po­mnieć o in­te­re­sach ca­łe­go świa­ta, o wszyst­kich kło­po­tach ży­cia i czuć się oto­czo­nym przez ro­dzin­ne szczę­ście.

— Że­nisz się prze­cież, to te­go szczę­ścia bę­dziesz mógł uży­wać aż do obrzy­dze­nia.

— Wiesz, po­ja­dę na kil­ka dni na wieś, do do­mu.

— Do na­rze­czo­nej?

— To wszyst­ko jed­no, bo An­ka miesz­ka u mo­je­go oj­ca.

— Chciał­bym ją po­znać.

— Za­wio­zę cię tam kie­dy na pa­rę go­dzin choć­by.

— Dla­cze­go na pa­rę go­dzin?

— Bo tam dłu­żej nie wy­trzy­mał­byś, umarł­byś z nu­dów. Ach, jak tam nud­nie, sza­ro, pu­sto, to nie masz po­ję­cia. Gdy­by nie An­ka, to dwóch go­dzin nie wy­trzy­mał­bym pod tym da­chem oj­ców mo­ich.

— A sam oj­ciec.

— Oj­ciec mój, to zmu­mi­fi­ko­wa­na szla­chet­czy­zna z cza­sów de­mo­kra­cji, to na­wet de­mo­kra­ta za­ja­dły, ale de­mo­kra­ta szla­chec­ki, jak zresz­tą ca­ła na­sza de­mo­kra­cja. Bar­dzo cie­ka­wy typ — za­milkł i uśmie­chał się drwią­co, ale w oczach miał wil­got­ne bla­ski roz­rzew­nie­nia, ko­chał bo­wiem oj­ca ca­łą du­szą.

— Kie­dyż po­je­dziesz?

— Jak tyl­ko Mo­ryc przy­je­dzie, a na­wet jak tyl­ko Knoll po­wró­ci, bo dzi­siaj te­le­gra­fo­wa­no po nie­go. Bu­cholc bar­dzo cho­ry, daw­na cho­ro­ba ser­ca ode­zwa­ła się, miał przy mnie tak strasz­ny atak, że le­d­wie go ura­to­wa­no, co mu zresz­tą nie prze­szko­dzi­ło, po­wró­ciw­szy do przy­tom­no­ści, na­wy­my­ślać mi w ta­ki mi­ły spo­sób, że mu­sia­łem wy­mó­wić miej­sce.

— Tak spo­koj­nie mó­wisz o tym? — wy­krzyk­nął Maks, wi­dząc, że Ka­rol pod­niósł się i oglą­dał włócz­ko­we, czer­wo­no-żół­te pa­ta­raf­ki103, na ja­kich sta­ły lich­ta­rze i lam­py.

— Prę­dzej czy póź­niej mu­siał­bym to zro­bić. Sko­rzy­sta­łem tyl­ko z do­sko­na­łej oka­zji, bo mój kon­trakt koń­czy się do­pie­ro w paź­dzier­ni­ku.

— Czy­li mia­łeś spo­sob­ność na bru­tal­stwa od­po­wie­dzieć obu­rze­niem z do­dat­kiem swo­jej dy­mi­sji.

Ka­rol za­czął się śmiać, cho­dził po po­ko­ju i oglą­dał sze­re­gi kred­ko­wych por­tre­tów wi­szą­cych na ścia­nach.

— Ca­ła mą­drość ży­cia po­le­ga wła­śnie na tym, aby w po­rę się obu­rzać, śmiać ba­wić, gnie­wać, pra­co­wać, ba! aby na­wet w po­rę wy­co­fać się z in­te­re­sów. Czy­je to por­tre­ty?

— To na­sza me­na­że­ria fa­mi­lij­na. Ro­zu­miem war­tość te­go, co mó­wisz, ale ni­g­dy nie po­tra­fi­łem się uchwy­cić ta­kiej chwi­li, ni­g­dy nie mo­głem się przy­sto­so­wać, za­wsze mnie po­no­si.

— „Sąd bez mi­ło­sier­dzia czyń­cie te­mu, kto nie czy­nił mi­ło­sier­dzia”.

Czy­tał Ka­rol gło­śno bi­blij­ny wer­set, wy­szy­ty czer­wo­nym je­dwa­biem na kan­wie, opraw­nej w dę­bo­we ra­my i po­wie­szo­nej po­mię­dzy okna­mi.

— Ach, czy­tasz świę­te pro­te­stanc­kie mak­sy­my. To sta­rym nie­miec­kim oby­cza­jem wy­szy­to i po­wie­szo­no.

— A wiesz, to mi się po­do­ba, te bi­blij­ne wer­se­ty na­da­ją ory­gi­nal­ny ton do­mo­wi.

— Masz ra­cję. Był u nas Tra­wiń­ski.

— Wiem, bo wła­śnie od nie­go idę, sta­ry twój mu po­mógł.

— Do­my­śli­łem się te­go, bo nic ze mną nie mó­wił i uni­kał mo­je­go wzro­ku. Nie wiesz jak wy­so­ko?

— Dzie­sięć ty­się­cy.

— Sia­krew! te nie­miec­kie sen­ty­men­ta­li­zmy — za­klął ci­cho.

— Pie­niądz pew­ny — uspo­ka­jał go Ka­rol, oglą­da­jąc ak­sa­mit­ne me­ble, po­kry­te gi­piu­ro­wy­mi po­krow­ca­mi.

— Ja wiem, bo ten idio­ta Tra­wiń­ski nie umiał­by za­ro­bić dzie­się­ciu gro­szy nie­uczci­wie, ale idzie mi o to, że sta­ry po­ma­ga wszyst­kim, w któ­rych tyl­ko wie­rzy i wszy­scy ma się ro­zu­mieć go na­cią­ga­ją. Fa­bry­ka le­d­wie dy­szy, to­wa­rem go­to­wym tak za­wa­lo­ne wszyst­kie skła­dy, że nie ma gdzie kłaść, se­zon nie wia­do­mo jak pój­dzie, a ten ba­wi się w przy­ja­ciel­ską fi­lan­tro­pię, ra­tu­je in­nych.

— Praw­da, bo Tra­wiń­skie­go ura­to­wał.

— Ale sie­bie gu­bi, mnie gu­bi.

— Po­ciesz się, że masz za oj­ca naj­uczciw­sze­go w Ło­dzi czło­wie­ka.

— Nie drwij, już ja bym wo­lał, że­by on był tro­chę mą­drzej­szy.

— Za­czy­nasz mó­wić na spo­sób We­lta.

— Ty my­ślisz le­piej?

— Ina­czej tyl­ko; le­piej — go­rzej, uczci­wiej — nie­uczci­wiej, dia­lek­ty­ka i nic wię­cej.

— Jak­że ci się wy­da­ła ta le­gen­do­wa Tra­wiń­ska?

— Krót­ko, po sien­kie­wi­czow­sku ją okre­ślę: ba­jecz­na!

— Prze­sa­dzasz chy­ba, skąd by Tra­wiń­ski wziął ta­ką!

— Nic nie prze­sa­dzam, je­śli do­dam jesz­cze, że pięk­na i dys­tyn­go­wa­na; a skąd Tra­wiń­skie­go stać na ta­ką żo­nę, to nie za­po­mi­naj Maks, że Tra­wiń­ski jest zu­peł­nie przy­stoj­ny i bar­dzo wy­kształ­co­ny czło­wiek. Nie patrz na nie­go ja­ko na fa­bry­kan­ta, któ­re­mu się nic nie wie­dzie, ale ja­ko na czło­wie­ka. Otóż on ja­ko czło­wiek jest wy­jąt­ko­wym oka­zem, wy­sub­tel­nio­nym przez daw­ną w ro­dzi­nie kul­tu­rę. Opo­wia­dał mi, że oj­ciec je­go, bar­dzo bo­ga­ty oby­wa­tel z Wo­ły­nia, zmu­sił go nie­ja­ko do za­ło­że­nia fa­bry­ki. Sta­re­mu prze­wró­cił w gło­wie wiel­ki prze­mysł i wy­da­je mu się to obo­wiąz­kiem na­ro­do­wym, aby szlach­ta szła współ­za­wod­ni­czyć z pod­lej­szą na­cją w pra­cy oko­ło po­dźwi­gnię­cia te­go prze­my­słu. Wi­dzi na­wet od­ro­dze­nie tej ka­sty w prze­my­śle. Tra­wiń­ski zaś tak się do te­go na­da­je, jak ty na przy­kład do za­tań­cze­nia ma­zu­ra, ale oj­ca usłu­chał, no i po­wo­li sta­pia w swo­jej przę­dzal­ni oj­cow­skie ka­pi­ta­ły, wy­przę­dza mu la­sy i zie­mię. Wi­dzi sam i czu­je to do­sko­na­le, że ta na­sza łódz­ka „zie­mia obie­ca­na”, mu­si się stać dla nie­go zie­mią prze­klę­tą, ale po­mi­mo to wal­czy upar­cie z nie­po­wo­dze­niem i bra­kiem szczę­ścia. Uparł się i chce prze­móc.

— Cza­sem ta­cy wy­cho­dzą do­brze na swo­im upo­rze. Ona wie o je­go po­ło­że­niu.

— Chy­ba nie, bo on z te­go ga­tun­ku lu­dzi, co to go­to­wi umrzeć w ofie­rze, by­le się do ich naj­droż­szych nie przedar­ła żad­na wieść przy­kra, żad­na tro­ska.

— Zna­czy, że ko­cha tę swo­ją ba­jecz­ną.

— Tam jest coś wię­cej niż mi­łość, bo cześć pra­wie i wspól­ne uwiel­bie­nie, do­syć wy­raź­nie czy­ta­łem to z ich spoj­rzeń.

— Dla­cze­góż ona ni­g­dzie się nie po­ka­zu­je?

— Nie wiem. Nie masz po­ję­cia co ta ko­bie­ta ma wdzię­ku w roz­mo­wie, w ru­chach jak cu­dow­nie mięk­ko pod­no­si gło­wę.

— Go­rą­co mó­wisz o niej.

— Do­myśl­nie-głu­pio się uśmie­chasz i na nic, bo ja się w niej nie ko­cham, ani na­wet mógł­bym ko­chać. Po­do­ba mi się tyl­ko ja­ko typ pięk­nej ko­bie­ty o bar­dzo udu­cho­wio­nym wy­ra­zie, ale to nie mój typ, cho­ciaż przy niej wszyst­kie na­sze łódz­kie pięk­no­ści to zwy­kły per­kal przy czy­stym je­dwa­biu.

— Ufar­buj go na swój ko­lor.

— Daj spo­kój z far­biar­ski­mi dow­ci­pa­mi.

— Już idziesz? to ra­zem pój­dzie­my.

— Ba, mam jesz­cze in­te­res na mie­ście.

— Czy­li mam cię nie krę­po­wać so­bą.

— Cu­dow­nieś po­jął. Kła­nia ci się Ku­row­ski, w so­bo­tę bę­dzie i za­pra­sza na zwy­kłą ko­la­cję, a tym­cza­sem za­py­tu­je li­stow­nie, czy gru­by Szwab, to ni­by ty, nie schudł, a cien­ki Żyd nie utył — to do Mo­ry­ca.

— On za­wsze ba­wi się w dow­ci­py. Bu­cholc wziął je­go che­mi­ka­lia?

— Już od mie­sią­ca uży­wa­my.

— To on do­brze sta­nie, bo sły­sza­łem, że Kes­sler et En­del­man za­war­li z nim rów­nież umo­wę.

— Tak, pi­sał mi o tym. On już jest na naj­lep­szej dro­dze do ma­jąt­ku, już go ro­bi na­wet.

— Nie­chaj ro­bi i my go mieć bę­dzie­my.

— Wie­rzysz w to Maks?

— Po co ja mam wie­rzyć, ja wiem, że mieć go bę­dzie­my, prze­cież jest do zro­bie­nia, co?

— O jest, masz ra­cję i zro­bi­my go. Ale, je­śli w do­mu za­sta­niesz Hor­na, bo miał przyjść do mnie, to mu po­wiedz, że­by za­cze­kał ko­niecz­nie, bo naj­da­lej za dwie go­dzi­ny bę­dę.

Ob­ga­da­li jesz­cze de­pe­sze Mo­ry­ca i Ka­rol po­że­gnaw­szy wszyst­kich, wy­szedł ra­zem z Jó­ziem, któ­ry ukło­niw­szy mu się za­raz przed do­mem, znik­nął w ciem­nych ulicz­kach.



X

Jó­zio szedł od­wie­dzić ro­dzi­ców, bo sta­le miesz­kał u Bau­mów.

Ja­skól­scy miesz­ka­li da­le­ko, za sta­rym ko­ścio­łem, w ja­kiejś ulicz­ce bez na­zwy, któ­ra ty­ła­mi do­ty­ka­ła tej słyn­nej miej­sco­wej rzecz­ki, słu­żą­cej za rynsz­tok, od­pro­wa­dza­ją­cy wszel­kie od­pły­wy fa­bryk.

Ulicz­ka po­dob­na by­ła do śmiet­ni­ka, peł­ne­go od­pad­ków wiel­kie­go mia­sta.

Jó­zio prze­su­nął się spiesz­nie i wszedł do nie­tyn­ko­wa­ne­go do­mu, któ­ry świe­cił wszyst­ki­mi okna­mi od su­te­ryn aż po stry­chy ni­by la­tar­nia i wrzał ca­ły ludz­kim ro­jem, ja­ki się w nim za­gnieź­dził.

W ciem­nej sie­ni, prze­peł­nio­nej strasz­ny­mi za­pa­cha­mi i za­nie­sio­nej bło­tem, na­ma­cał brud­ne aż do lep­ko­ści po­rę­cze i zbiegł szyb­ko do su­te­ryn; dłu­gi ko­ry­tarz bez pod­ło­gi, za­rzu­co­ny śmie­cia­mi i sprzę­ta­mi go­spo­dar­ski­mi, pe­łen rów­nież bło­ta i wrza­wy ludz­kiej i smro­dów, oświe­tlał ma­ły ka­ga­nek kop­cą­cy się pod su­fi­tem.

Przedarł się przez po­roz­sta­wia­ne na dro­dze za­wa­dy i do­tarł do koń­ca ko­ry­ta­rza.

Buch­nę­ło na nie­go go­rą­ce, piw­nicz­ne po­wie­trze prze­sy­co­ne zgni­li­zną i wil­go­cią ście­ka­ją­cą ru­dy­mi pa­sa­mi po wy­bie­lo­nych ścia­nach.

Gro­ma­da dzie­ci rzu­ci­ła się na je­go przy­wi­ta­nie.

— My­śla­łam, że dzi­siaj już nie przyj­dziesz? — szep­nę­ła wy­so­ka, chu­da, przy­gar­bio­na ko­bie­ta, o zie­lon­ko­wa­tej104 za­pa­dłej twa­rzy i wiel­kich czar­nych oczach.

— Spóź­ni­łem się ma­mu­siu, bo był u nas pan Bo­ro­wiec­ki, dy­rek­tor od Bu­chol­ca i przez to nie śmia­łem wyjść prę­dzej. Oj­ciec nie był jesz­cze?

— Nie — od­po­wie­dzia­ła głu­cho i po­szła na­le­wać her­ba­tę do ko­min­ka, od­gro­dzo­ne­go od izby ka­wa­łem ma­te­ria­łu za­wie­szo­ne­go na dru­tach.

Jó­zio po­szedł za nią za za­sło­nę i po­ło­żył przy­nie­sio­ne ze so­bą pro­wian­ty.

— Wzią­łem dzi­siaj od sta­re­go pie­nią­dze za ty­dzień, mo­że ma­ma scho­wa.

Po­ło­żył czte­ry ru­ble z ko­piej­ka­mi; brał pięć ty­go­dnio­wo.

— Nic so­bie nie zo­sta­wiasz?

— Ma­mu­siu, mnie nie po­trze­ba na nic. Żal mi tyl­ko, że nie mo­gę jesz­cze za­ro­bić ty­le, ile ma­mie po­trze­ba — mó­wił z pro­sto­tą; je­go nie­śmia­łość gdzieś znik­nę­ła zu­peł­nie.

Po­kra­jał chleb na ka­wał­ki i chciał wró­cić do izby.

— Jó­ziu, mój sy­nu dro­gi, mo­je dziec­ko ko­cha­ne — szep­nę­ła mat­ka łza­wym gło­sem i łzy jak groch po­sy­pa­ły się po jej wy­nędz­nia­łych po­licz­kach i spa­da­ły na gło­wę sy­na, któ­rą przy­ci­ska­ła do pier­si.

Chło­pak uca­ło­wał jej rę­ce i z roz­we­se­lo­ną twa­rzą po­wró­cił do resz­ty ro­dzeń­stwa, któ­re sie­dzia­ło na zie­mi, pod ma­łym okra­to­wa­nym okien­kiem, wy­cho­dzą­cym na tro­tu­ar; by­ło te­go czwo­ro, w wie­ku od lat dwóch do dzie­się­ciu, ba­wi­ły się bar­dzo ci­cho, bo star­szy od nich trzy­na­sto­let­ni chło­piec le­żał na łóż­ku, cho­ry na su­cho­ty; łóż­ko by­ło nie­co od­su­nię­te od ścia­ny z po­wo­du wil­go­ci, ja­ka się zsą­cza­ła na po­ściel.

— An­toś! — po­chy­lił się nad po­dusz­ką ku bla­dej, zie­lo­na­wej twa­rzy, któ­ra z głę­bi ko­lo­ro­wej po­ście­li pa­trzy­ła szkli­sty­mi nie­ru­cho­my­mi ocza­mi z ja­kimś tra­gicz­nym spo­ko­jem za­mie­ra­nia.

Cho­ry nie ode­zwał się, po­ru­szał tyl­ko usta­mi i utkwił w nim sza­re, błysz­czą­ce oczy, a po­tem do­tknął się wy­chu­dły­mi pal­ca­mi je­go twa­rzy, z piesz­czo­tli­wo­ścią dzie­cin­ną i uśmiech bla­dy, po­dob­ny do uśmie­chu kwia­tów więd­ną­cych, prze­śli­zgnął mu się po si­na­wych ustach i oży­wił mar­twe spoj­rze­nia.

Jó­zio usiadł przy nim, po­po­pra­wiał mu po­dusz­ki, ucze­sał swo­im grze­by­kiem roz­rzu­co­ne, po­zle­pia­ne i mięk­kie jak je­dwab ja­sne wło­sy i zno­wu za­py­tał:

— An­toś, do­brze ci dzi­siaj?

— Do­brze — wy­szep­tał ci­cho i za­czął mru­żyć oczy po­ta­ku­ją­co i uśmie­chać się.

— Nie­dłu­go wy­zdro­wie­jesz!

Trza­snął z za­do­wo­le­niem w pal­ce. On swo­im zdro­wym, sil­nym or­ga­ni­zmem nie od­czu­wał zu­peł­nie gro­zy tej cho­ro­by bra­ta.

An­toś bo­wiem umie­rał po­wo­li na su­cho­ty, ja­kie się wy­wią­za­ły z sil­nej in­flu­en­zy105, a cho­ro­bie do­po­ma­ga­ła nę­dza, ja­ka żar­ła ca­łą ro­dzi­nę od lat dwóch, to jest od cza­su spro­wa­dze­nia się na bruk łódz­ki ze wsi; do­bi­ja­ła go twarz mat­ki, któ­ra co­dzien­nie by­ła smut­niej­sza, do­bi­ja­ło go młod­sze ro­dzeń­stwo, któ­re by­ło co­raz cich­sze i te wiecz­ne kle­ko­ta­nia warsz­ta­tów, co pra­wie bez ustan­ku, dzień i noc wstrzą­sa­ły nad je­go gło­wa­mi su­fi­tem, ta wil­goć ja­ka ście­ka­ła po ścia­nach, te wrza­ski są­sia­dów i bi­ja­ty­ki, ja­kie się czę­sto zry­wa­ły w są­sied­nich su­te­ry­nach i na gó­rze; a naj­wię­cej ta świa­do­mość, po­więk­sza­ją­ca się z dniem każ­dym, nę­dzy ich wszyst­kich.

Chło­piec był bar­dzo roz­wi­nię­tym, nie­szczę­ścia, ja­kie ich spo­tka­ły i ta cho­ro­ba prze­wle­kła roz­wi­nę­ły go jesz­cze wię­cej. A przy tem by­ła to na­tu­ra ci­cha i ma­rzą­ca.

— Jó­ziu, jesz­cze nie zie­lo­no na po­lach? — za­py­tał ci­cho.

— Nie, do­pie­ro pięt­na­sty ma­rzec dzi­siaj.

— Szko­da — i oczy mu po­ciem­nia­ły ża­lem.

— Za mie­siąc bę­dzie zie­lo­no i ty już bę­dziesz zdro­wy wte­dy, to zbie­rze­my so­bie ko­le­gów i pój­dzie­my na ma­jów­kę.

— Wy pój­dzie­cie tyl­ko sa­mi i ma­ma pój­dzie, i oj­ciec, i Zoś­ka pój­dzie, i Adaś pój­dzie, wszy­scy pój­dą, wszy­scy, a ja nie pój­dę, nie — za­czął trząść gło­wą.

— Jak wszy­scy to prze­cież i ty z na­mi.

— Nie, Jó­ziu, bo mnie już nie bę­dzie z wa­mi — mó­wił wol­no i za­czę­ły mu pier­si wzno­sić się łza­mi, ja­kie chciał po­wstrzy­mać, ale nie mógł, bo się po­la­ły jak wiel­kie per­ły, a on pa­trzał po­przez te łzy w ja­kąś głąb prze­ra­ża­ją­cą, usta za­czę­ły mu drgać i wiel­ki strach śmier­ci tak nim za­trząsł, że ze­rwał się jak­by do uciecz­ki. Jó­ziu, ja nie chcę umie­rać, nie chcę, Jó­ziu! — szep­tał i ja­kiś strasz­ny żal roz­dzie­rał mu ser­ce.

Jó­zio go ogar­nął rę­ka­mi i za­sło­nił so­bą, bo­jąc się, że­by mat­ka te­go nie spo­strze­gła i za­czął go po­cie­szać.

— Nie umrzesz, dok­tor wczo­raj mó­wił ma­mie, że naj­da­lej w ma­ju bę­dziesz zdro­wy zu­peł­nie. Nie płacz, bo ma­ma usły­szy — szep­nął mu ci­szej.

An­toś uspo­ko­ił się nie­co, otarł szyb­ko łzy i dłu­go pa­trzał na za­sło­nę, po­za któ­rą by­ła mat­ka.

— Jak wy­zdro­wie­ję, to po­ja­dę do wu­ja Ka­zia na ca­łe la­to, praw­da?

— Ma­ma już o tym na­wet pi­sa­ła do wu­ja.

— W czerw­cu, to aku­rat bę­dą mło­de dzi­kie kacz­ki już w kno­tach. Wiesz, mnie się wczo­raj śni­ło, że je­cha­łem czół­nem po na­szym sta­wie, a ty i pan Wa­lic­ki strze­la­li­ście do ka­czek wod­nych. Tak by­ło ład­nie na wo­dzie! Po­tem by­łem tyl­ko sam i sły­sza­łem naj­wy­raź­niej jak na łą­kach kle­pa­li ko­sy. Chciał­bym wi­dzieć na­sze łą­ki.

— Zo­ba­czysz je jesz­cze.

— Ale kie­dy one już nie na­sze. Wiesz, dla­cze­go ja z te­go bu­łan­ka zle­cia­łem, co to mnie oj­ciec tak wy­bił za to? Nie chcia­łem wten­czas mó­wić, bo Ma­ciek był­by do­stał po łbie, ale to on wi­nien, tak po­prę­gi spiął luź­no, że sio­dło się ze mną prze­krę­ci­ło i dla­te­go mu­sia­łem zle­cieć. A na ta­tu­sio­wym ogier­ku to już bym się nie bał jeź­dzić. Uwa­żasz, za­ło­żył­bym mu kan­tar ze ścią­ga­cza­mi, wziął­bym go krót­ko, że­by nie mógł się ze­drzeć do gó­ry i nie sta­nął dę­bem i do­pie­ro go lek­ko szpi­cru­tą pod brzuch, po­szedł­by, co?

— O, po­szedł­by, ale go nie ścią­gniesz, on twar­dy w py­sku.

— Ścią­gnę, Jó­ziu! O, wziął­bym go tak — za­czął po­ka­zy­wać rę­ka­mi, jak on to weź­mie za lej­ce; ścią­gnął brwi w tym wy­sił­ku, cmo­kał usta­mi i po­chy­lał gło­wę, jak­by pod­da­jąc się ru­cho­wi ko­nia.

Czer­wo­ne pla­my za­bar­wi­ły mu po­licz­ki.

— Jó­ziu, i my po­je­dzie­my! — wo­ła­ły dzie­ci, sku­pia­jąc się ko­ło łóż­ka.

— Po­je­dzie­cie, ale po­wo­zem — od­po­wia­dał se­rio.

— Po­wo­zem w ćte­ly kaś­ta­ny — szcze­bio­ta­ła dziew­czyn­ka, przy­ci­ska­jąc do ko­lan Jó­zia ja­sną jak len głów­kę i nie­bie­ski­mi oczka­mi peł­ny­mi ra­do­ści wo­dzi­ła po bra­ciach.

— He­ta! wio! — wy­krzy­ki­wał gru­by chło­pak, pcha­jąc przed so­bą krze­seł­ko i okła­da­jąc je ja­kimś ba­tem, zro­bio­nym z tro­ków far­tu­cha mat­ki.

— Po­je­dziesz He­la, wszy­scy po­ja­dą i Ignaś, i Bo­leś, i Ka­zio.

— Ma­ma nas ubie­rze i po­je­dzie­my do ko­ścio­ła, praw­da Jó­ziu?

— Jó­ziu, a ja wiem, co to ko­ściół! To ten dom, co­śmy je­cha­li do nie­go tak dłu­go za mły­nem i tam grla­ją or­ga­ny bu­uum... bu­uum... a lu­dzie no­szą ta­kie chust­ki z ob­raz­ka­mi na ki­jach i tak śpie­wa­ją: A! a! a! a! — za­czął śpie­wać, na­śla­du­jąc te sły­sza­ne ko­ściel­ne śpie­wy; wziął mio­tłę z ką­ta, po­wie­sił na nią An­to­sio­wą, za­pla­mio­ną krwią chust­kę i cho­dził do­oko­ła sto­łu z wiel­ką po­wa­gą.

— Za­cze­kaj Bol­ciu, zro­bi­my ko­ściół — wo­ła­ła star­sza dziew­czyn­ka i za­raz wszyst­kie po­okry­wa­ły so­bie gło­wy czym kto miał, po­bra­ły z ko­mo­dy książ­ki.

— A ja bę­dę księ­dzem — wy­krzyk­nął naj­star­szy z nich dzie­wię­cio­let­ni Ignaś.

Okrył się far­tu­chem, wło­żył na nos oku­la­ry mat­ki, roz­ło­żył książ­kę i za­czął śpie­wać cien­kim gło­si­kiem.

— In sa­ecu­la sa­ecu­lo­rum106... um...

— Amen!... — od­po­wia­da­ły dzie­ci chó­rem i śpie­wa­ły wciąż, ob­cho­dząc z wiel­ką po­wa­gą stół do­oko­ła.

Za­trzy­my­wa­li się na każ­dym ro­gu, bo ksiądz przy­klę­kał, że­gnał ich; śpie­wał kil­ka dźwię­ków i szli da­lej, wy­do­by­wa­jąc z du­szy te dźwię­ki pie­śni, ja­ki­mi na wsi kar­mi­li się od dzie­ciń­stwa.

Ja­skól­ska pa­trzy­ła na nich w mil­cze­niu.

I An­toś nu­cił pół­gło­sem, Jó­zio spo­glą­dał na mat­kę, któ­ra ukrad­kiem ob­cie­ra­ła oczy, wspar­ła się na sto­li­ku i uto­nę­ła na chwi­lę w tej nie­daw­nej prze­szło­ści, któ­ra tak bar­dzo ży­ła w ich ser­cach.

A An­toś kładł ca­łą du­szę w te przy­po­mnie­nia.

Prze­stał śpie­wać, bo stra­cił po­czu­cie rze­czy­wi­sto­ści, prze­niósł się du­szą do tej wsi uko­cha­nej, za któ­rą umie­rał z tę­sk­no­ty, jak ro­śli­na prze­sa­dzo­na na zły grunt.

— Dzie­ci, do her­ba­ty! — za­wo­ła­ła po chwi­li mat­ka.

An­toś się obu­dził na­tych­miast i nie wie­dział gdzie jest, oglą­dał się pra­wie ze zdu­mie­niem po izbie, po tych ścia­nach zie­lo­nych od wil­go­ci, na któ­rych gni­ły ra­zem z ca­łą ro­dzi­ną por­tre­ty przod­ków w po­czer­nia­łych ra­mach, ura­to­wa­ne z roz­bi­cia po tej strasz­nej rze­czy­wi­sto­ści, i łzy za­świe­ci­ły mu w oczach, le­żał nie­my i pa­trzył mar­two na sza­ro-ru­da­we kro­ple wil­go­ci błysz­czą­ce na ścia­nie.

Jó­zio wy­su­nął stół na śro­dek i wkrót­ce ca­ła ro­dzi­na go ob­sia­dła, dzie­ci rzu­ci­ły się chci­wie na chleb i her­ba­tę, tyl­ko Jó­zio nie jadł, spo­glą­dał po­waż­nym oj­cow­skim wzro­kiem na te ja­sne gło­wy i na oczy, z nie­spo­koj­no­ścią śle­dząc zni­ka­nie chle­ba i na mat­kę, któ­ra z twa­rzą mę­czen­ni­cy, po­chy­lo­na, wy­nędz­nia­ła, prze­su­wa­ła się po izbie ni­by cień de­li­kat­ny i obej­mo­wa­ła wszyst­kich moc­nym spoj­rze­niem mi­ło­ści bez­gra­nicz­nej. Jej ary­sto­kra­tycz­na twarz o ry­sach bar­dzo de­li­kat­nych i wy­twor­nych, na­pięt­no­wa­na jak­by styg­ma­tem bó­lu za­krze­płe­go, naj­czę­ściej zwra­ca­ła się do cho­re­go.

Nikt nic nie mó­wił przy her­ba­cie.

Nad gło­wa­mi bez­u­stan­nie trza­ska­ły warsz­ta­ty tkac­kie i war­cza­ły głu­cho ko­ło­wrot­ki, od cze­go ca­ły dom drżał usta­wicz­nie, a chwi­la­mi wrza­wa głu­cha prze­dzie­ra­ła się z uli­cy okien­kiem i za­le­wa­ła izbę, al­bo od­gło­sy czła­pią­cych po bło­cie kro­ków, lub chla­pa­nie prze­jeż­dża­ją­cych wo­zów i szczęk uprzę­ży.

Lam­pa, oto­czo­na zie­lo­ną um­brel­ką107, przy­ćmio­ne świa­tło roz­le­wa­ła na izbę i oświe­tla­ła tyl­ko gło­wy dzie­ci.

Drzwi się gwał­tow­nie otwo­rzy­ły i wbie­gła mło­da dziew­czy­na, z ha­ła­sem otu­pu­jąc no­gi z bło­ta o próg.

Ja­skól­ską uca­ło­wa­ła za­ma­szy­ście, wy­ści­ska­ła się z dzieć­mi, któ­re się do niej rzu­ci­ły z okrzy­kiem, po­da­ła rę­kę Jó­zio­wi i po­chy­li­ła się nad cho­rym.

— Do­bry wie­czór An­toś, masz fioł­ki! — za­wo­ła­ła i od­piąw­szy od wy­dat­ne­go gor­su bu­kie­cik, rzu­ci­ła mu na pier­si.

— Dzię­ku­ję. Do­brze żeś przy­szła, Zoś­ka, dzię­ku­ję!

Chci­wie wcią­gał w sie­bie de­li­kat­ny za­pach kwia­tów.

— Pro­sto idziesz z do­mu?

— Nie, by­łam u Szul­co­wej, grał na har­mo­nii Fe­lek, po­słu­cha­łam tro­chę i po­le­cia­łam do Ma­ni, a od niej wstą­pi­łam do pań­stwa po dro­dze.

— Ma­ma zdro­wa?

— Dzię­ku­ję pa­ni, bar­dzo zdro­wa, bo się wy­kłó­ci­ła tak z na­mi, że oj­ciec po­szedł na pi­wo, a ja ucie­kłam na ca­ły wie­czór. Wiesz Jó­ziu, ten twój mło­dy Baum, to bar­dzo przy­stoj­ny fa­cet.

— Po­zna­łaś go?

— Po­ka­zy­wa­ła mi go dzi­siaj w po­łu­dnie jed­na grę­plar­ka.

— Bar­dzo do­bry czło­wiek — od­po­wie­dział go­rą­co i pa­trzył za Zoś­ką, któ­ra nie mo­gła usie­dzieć na miej­scu, wy­rę­czy­ła Ja­skól­ską w na­le­wa­niu her­ba­ty, po­oglą­da­ła książ­ki le­żą­ce na sta­rej ko­mo­dzie, pod­krę­ci­ła lam­py, obej­rza­ła szy­deł­ko­wą ser­we­tę, ja­ką by­ła na­kry­ta ma­szy­na do szy­cia, przy­gła­dzi­ła dzie­ciom wło­sy i krę­ci­ła się po izbie jak fry­ga.

Smut­ne i po­nu­re jak grób miesz­ka­nie na­peł­ni­ła we­se­lem mło­do­ści buj­nej i zdro­wia, ja­kie try­ska­ło z jej śnia­dej, bar­dzo ład­nej twa­rzycz­ki i czar­nych by­strych oczów.

Mia­ła w ru­chach i w sta­now­czo­ści z ja­ką mó­wi­ła, wie­le mę­skie­go, był to wy­nik pra­cy w fa­bry­ce i prze­by­wa­nia sta­łe­go z męż­czy­zna­mi.

— Nie po­win­na pa­ni no­sić tej chust­ki na gło­wie, to pa­nią szpe­ci.

— Za­baw­na je­steś Zo­siu z tą uwa­gą.

— Ale, o! — trza­snę­ła się w bio­dro, po­cią­gnę­ła za nos bar­dzo zgrab­ny o ma­leń­kich prze­ślicz­nie wy­kro­jo­nych noz­drzach i za­czę­ła prze­pi­nać wło­sy przed ma­łym zwier­cia­deł­kiem wi­szą­cym na ścia­nie.

— Ale ty je­steś co­raz ład­niej­sza, mo­ja Zo­siu!

— Ba! Po­wie­dział mi to sa­mo wczo­raj mło­dy Kes­sler, ten, co jest u nas w przę­dzal­ni dy­rek­to­rem.

Ro­ze­śmia­ła się swo­bod­nie.

— Cie­bie to cie­szy?

— Mnie to wszyst­ko jed­no. Wszyst­kie fa­ce­ty mi to mó­wią, ale ja się z te­go śmie­ję — wy­dę­ła po­gar­dli­wie moc­no czer­wo­ne usta, ale znać by­ło po ja­śnie­ją­cej za­do­wo­le­niem twa­rzy, że te uzna­nia ją ra­du­ją.

Ga­da­ła bez­u­stan­nie, opo­wia­da­jąc róż­ne szcze­gó­ły O ro­bot­ni­cach z ich fa­bry­ki, o maj­strach, o dy­rek­to­rach; po­ma­ga­ła póź­niej Ja­skól­skiej po­roz­bie­rać do snu dzie­ci, któ­re się moc­no te­mu opie­ra­ły, bo wszyst­kie prze­pa­da­ły za nią, tak je umia­ła za­jąć i za­ba­wić.

— Wie pa­ni, sprze­da­łam i te ka­py szy­deł­ko­we, i dwa ka­fta­ni­ki. Pie­nią­dze bę­dą w so­bo­tę, po wy­pła­cie.

— Bóg ci za­płać, Zo­siu!

— Co tam! Niech pa­ni ta­kich ka­fta­nów zro­bi wię­cej, tyl­ko tro­chę ozdob­niej­szych, to już ja je wtry­nię na­szym.

— Któż ku­pił ka­py?

— Mło­dy Kes­sler. Zo­ba­czył, że w pod­wie­czo­rek po­ka­zy­wa­łam w kan­to­rze, za­brał je do do­mu i po­wie­dział, że mat­ka ku­pi­ła; na­wet się nie tar­go­wał, to fe­iny108 fa­cet! An­toś, a pa­mię­tasz jak­że­śmy w prze­szłym ro­ku tań­co­wa­li na Ma­ni?

— Pa­mię­tam — od­po­wie­dział ży­wo.

— W tym ro­ku ma fa­bry­ka wy­pra­wić wszyst­kim ma­jów­kę, po­je­dzie­my do Ru­dy. Ja tam, że­by ma­ma na­wet na gło­wie sta­wa­ła, to mu­szę z oj­cem po­je­chać. Jó­ziu, gra­li­ście w nie­dzie­lę?

— Gra­li­śmy, ale Ada­sia nie by­ło, w do­mu był?

— Co tam Adaś, on już nie był w do­mu z mie­siąc, po­dob­no cią­gle prze­sia­du­je u tych pań na Spa­ce­ro­wej, a to po­dob­no są ja­kieś la­fi­ryn­dy.

— Nie mów tak Jó­ziu, ja znam do­brze pa­nią Ła­piń­ską i pa­nią Stec­ką, to bar­dzo po­rząd­ne ko­bie­ty, stra­ci­ły jak i my ma­ją­tek, a te­raz cięż­ko pra­cu­ją jak wszy­scy.

— Ja tam nie wiem, ma­ma mó­wi­ła, ale ma­ma tak łże cza­sa­mi, aż się ku­rzy, a na te pa­nie wciąż wy­ga­du­je, mo­że dla­te­go, że Adam tam wciąż prze­sia­du­je.

Adam, był to Ma­li­now­ski, ten po­pie­la­ty blon­dyn, z zie­lo­ny­mi ocza­mi, a Zoś­ki brat ro­dzo­ny.

— Oj­ciec cho­dzi na noc­ną ro­bo­tę?

— A jak­że, dy­ma od dzie­sią­tej do szó­stej ra­no.

— Wie ma­ma — prze­rwał mil­cze­nie Jó­zio. — Spo­tka­łem dzi­siaj w po­łu­dnie na Piotr­kow­skiej Sta­cha Wilcz­ka, te­go co mi da­wał ko­re­pe­ty­cje w szó­stej kla­sie, sy­na or­ga­ni­sty z Ku­ro­wa. Pa­mię­ta go ma­ma? Był u nas raz na wa­ka­cjach.

— Cóż on w Ło­dzi ro­bi?

— Nie wiem, mó­wił, że ro­bi wszyst­ko, słu­ży w eks­pe­dy­cji ko­le­jo­wej, ale pro­wa­dzi przy tym róż­ne przed­się­bior­stwa: trzy­ma ko­nie, któ­ry­mi wo­zi wę­gle ze sta­cji do fa­bryk, ma skład drze­wa na Mi­ko­ła­jew­skiej i po­dob­no otwie­ra w War­sza­wie sklep z reszt­ka­mi z fa­bryk zgier­skich. Na­ma­wiał mnie, że­bym przy­jął miej­sce w je­go skła­dzie.

— Có­żeś mu po­wie­dział?

— Od­mó­wi­łem sta­now­czo, bo cho­ciaż pła­cił­by wię­cej, ale kto wie, jak on dłu­go mo­że po­trwać.

— Do­brześ zro­bił, a przy tym być w za­leż­no­ści od ja­kie­goś or­ga­ni­ścia­ka. Pa­mię­tam go do­brze jesz­cze z tych cza­sów, kie­dy do nas przy­no­sił opłat­ki na Bo­że Na­ro­dze­nie.

— Przy­stoj­ny fa­cet? — za­py­ta­ła Zo­sia.

— O przy­stoj­ny i tak się ele­ganc­ko ubie­ra, jak­by był co naj­mniej wła­ści­cie­lem fa­bry­ki.

— Kła­niał się ma­mie i po­wie­dział, że przyj­dzie nas od­wie­dzić.

— Mój Jó­ziu, nie­chaj nie przy­cho­dzi le­piej, po co ma wi­dzieć jak i gdzie miesz­ka­my, nie, nie, nie, spra­wi­ła­by mi przy­krość wiel­ką ta wi­zy­ta. Niech mu tam Pan Bóg do­po­ma­ga w in­te­re­sach, ale po co ma znać na­sze po­ło­że­nie.

— Ale, bo wi­dzi pa­ni, ta­ki to mo­że się cza­sem przy­dać.

— Mo­ja Zo­siu, już my od ta­kich nie bę­dzie­my żą­dać po­mo­cy — prze­rwa­ła jej do­syć cierp­ko, bo ca­ła jej du­ma się obu­rzy­ła, aby brać coś­kol­wiek od ja­kie­goś chło­pa­ka, któ­re­mu w lep­szych cza­sach sa­ma po­ma­ga­ła do­stać się do gim­na­zjum, od sy­na ja­kie­goś or­ga­ni­sty, któ­re­go się przyj­mo­wa­ło w przed­po­ko­ju i ob­da­ro­wy­wa­ło róż­ny­mi pro­duk­ta­mi.

Ta moż­li­wość wy­da­ła się po­twor­ną dla jej du­my ro­do­wej.

— Oj­ciec idzie z dok­to­rem — szep­nął An­toś, usły­szaw­szy gło­sy w ko­ry­ta­rzu.

Wszedł istot­nie Ja­skól­ski, po­prze­dza­ny przez Wy­soc­kie­go, o któ­rym mó­wio­no, że ma klien­te­lę naj­licz­niej­szą w Ło­dzi, ale za to jest na utrzy­ma­niu u wła­snej mat­ki, bo le­czył tyl­ko sa­mą nę­dzę.

Po­zdro­wił wszyst­kich przy­jaź­nie, za­trzy­mu­jąc dłu­żej oczy na Zo­ś­ce, któ­ra wy­su­nę­ła się na­przód, aby być le­piej wi­dzia­ną, a po­tem wziął się do eg­za­mi­no­wa­nia109 cho­re­go.

Zoś­ka po­ma­ga­ła mu tak gor­li­wie uno­sić An­to­sia, tak się wciąż krę­ci­ła ko­ło łóż­ka, że znie­cier­pli­wio­ny po­wie­dział:

— Pro­szę nas sa­mych zo­sta­wić.

Zi­ry­to­wa­na po­szła za za­sło­nę, gdzie Ja­skól­ski sie­dział na pa­ce od wę­gli i pra­wie z pła­czem uspra­wie­dli­wiał się przed żo­ną.

— Jak ho­nor ko­cham, pi­ja­ny nie je­stem. Spo­tka­łem się ze Staw­skim, pa­mię­tasz go? Przy­je­chał do Ło­dzi sie­ro­ta, bo i je­go tak sa­mo jak nas Szwa­by wy­łu­ska­ły z ma­jąt­ku. Po­szli­śmy do Pol­skie­go Ho­te­lu, spła­ka­li­śmy się nad na­szą do­lą, wy­pi­li­śmy po kie­lisz­ku i masz ca­łą bi­bę na­szą, a póź­niej na­strę­czy­łem jed­ne­mu Ży­do­wi ko­nie do kup­na i zno­wu­śmy pi­li lit­kup110 i wię­cej już nic. By­łem u Szwar­ca, miej­sce już za­ję­te, ale po­dob­no otwie­ra się ja­kieś miej­sce w ma­ga­zy­nach ko­le­jo­wych, ju­tro pój­dę do dy­rek­to­ra, mo­że mi się uda do­stać.

— Jak za­wsze ci się uda­je — szep­nę­ła ci­cho i z go­ry­czą i pa­trzy­ła z nie­po­ko­jem na An­to­sia i dok­to­ra. Ja­skól­ski utkwił za­czer­wie­nio­ne oczy w lamp­ce i mil­czał. W je­go obrzę­kłej twa­rzy o su­mia­stych wą­sach ja­snych, tkwi­ła roz­pacz­li­wa bez­rad­ność i ja­kieś tra­gicz­ne pra­wie nie­do­łę­stwo.

Był istot­nie ty­pem nie­do­łę­gi.

Przez nie­do­łę­stwo stra­cił swój i żo­ny ma­ją­tek, przez nie­do­łę­stwo nie mógł od dwóch lat zna­leźć miej­sca, bo je­śli do­stał ja­kie za sta­ra­niem przy­ja­ciół, tra­cił rów­nież przez nie­do­łę­stwo.

Miał wiel­ką roz­mięk­czo­ną czu­łość, sła­bą nad­zwy­czaj gło­wę, wy­trwa­ło­ści ani za grosz, pła­kał z naj­mniej­sze­go po­wo­du, żył na­dzie­ją spad­ków i zmia­ny na lep­sze, a tym­cza­sem szu­kał miej­sca, strę­czył ko­nie i roz­pi­jał się po­wo­li tak­że z nie­do­łę­stwa, nie ma­jąc si­ły oprzeć się spo­sob­no­ściom i po­zwa­lał ro­dzi­nie gi­nąć z nę­dzy, bo sam nie po­tra­fił te­mu za­ra­dzić, a zresz­tą nic nie umiał i do ni­cze­go nie był zdol­nym.

Ona, Ja­skól­ska, za­czę­ła szyć ka­fta­ni­ki, far­tu­chy, czep­ki i cho­dzi­ła w nie­dzie­lę sprze­da­wać na Sta­re Mia­sto; za­czę­ła przyj­mo­wać pra­nie od ro­bot­ni­ków, miesz­ka­ją­cych w tym do­mu, ale zbra­kło jej sił; za­czę­ła sto­ło­wać tych­że ro­bot­ni­ków, ale i to nie wy­star­cza­ło; więc choć wie­dząc, że nic nie umie, za­czę­ła da­wać lek­cje dziew­czyn­kom róż­nych maj­strów i ofi­cja­li­stów fa­brycz­nych, lek­cje ję­zy­ków pol­skie­go i fran­cu­skie­go i gry na for­te­pia­nie.

Te wszyst­kie spo­so­by za­rob­ko­wa­nia, ta pra­ca wy­tę­żo­na, po osiem­na­ście go­dzin dzien­nie, da­wa­ła jej ra­zem ru­bli dzie­sięć mie­sięcz­nie. Bro­ni­ła jed­nak wszyst­kich od gło­do­wej śmier­ci i obro­ni­ła.

Za­czę­ło się ich po­ło­że­nie po­pra­wiać od pew­ne­go cza­su, gdy Jó­zio za­ra­biać po­czął po dwa­dzie­ścia ru­bli mie­sięcz­nie i od­da­wał mat­ce co do gro­sza.

— Cóż, pa­nie dok­to­rze? — za­py­ta­ła, pod­cho­dząc do nie­go, gdy skoń­czył kon­sul­ta­cję.

— Bez zmia­ny. Le­kar­stwa da­wać te sa­me, a do mle­ka moż­na do­le­wać ko­nia­ku.

Wy­jął z pal­ta bu­tel­kę i pu­deł­ko z prosz­ka­mi.

— Więc jak­że? — za­py­ta­ła tak ci­cho, że ra­czej się do­my­ślił niż usły­szał.

— Nic nie wia­do­mo. Tyl­ko po­trze­ba go wy­słać na wieś, jak tyl­ko zro­bi się cie­pło. My­śla­łem o ko­lo­niach let­nich, ale to nie dla nie­go. W każ­dym ra­zie dwo­je star­szych, mo­gę się po­sta­rać, aby wy­sła­no z in­ny­mi, kil­ka ty­go­dni na wsi zro­bi im do­sko­na­le.

— Dzię­ku­ję pa­nu — szep­ta­ła.

— No, zu­chu, po­je­dzie­my w le­cie na tra­wę, co?

— Do­brze, pa­nie dok­to­rze.

— A lu­bisz czy­tać?

— Bar­dzo, tyl­ko, że już wszyst­kie książ­ki, na­wet sta­re ka­len­da­rze prze­czy­ta­łem.

— Przy­ślę ci ju­tro no­we książ­ki, ale co prze­czy­tasz, mu­sisz mi opo­wie­dzieć.

An­toś ści­skał mu moc­no rę­kę, nie mo­gąc sło­wa prze­mó­wić z ra­do­ści.

— No, bądź zdrów, za pa­rę dni zno­wu zaj­rzę do cie­bie.

Po­gła­skał go do­bro­tli­wie po spo­co­nym i zim­nym czo­le i za­czął kłaść pal­to.

— Pa­nie dok­to­rze — szep­nął nie­śmia­ło. — One tak pach­ną, te fioł­ki. Mój zło­ty dok­to­rze, niech je pan weź­mie. Pan ta­ki do­bry dla mnie jak ma­ma, jak Jó­zio, niech pan weź­mie, mnie da­ła Zoś­ka, niech pan weź­mie — pro­sił ci­chut­ko i tak ser­decz­nie, że Wy­soc­ki z uśmie­chem roz­rzew­nie­nia fioł­ki przy­piął do kla­py pal­ta.

Kie­dy się że­gnał, Ja­skól­ska chcia­ła mu wsu­nąć w rę­kę ru­bla.

Od­sko­czył jak opa­rzo­ny.

— Bez głupstw, pro­szę pa­ni — wy­krzyk­nął zi­ry­to­wa­ny.

— Ależ nie mo­gę wy­ma­gać, aby dok­tór po­świę­cał ty­le cza­su i tru­dów... nie.

— Zresz­tą już mi ma­ły za­pła­cił. Do­bra­noc pa­ni.

Znik­nął w ko­ry­ta­rzu z Ja­skól­skim, któ­ry go od­pro­wa­dzał przez za­uł­ki do Piotr­kow­skiej.

— Głu­pie fa­na­be­rie szla­chec­kie — mru­czał Wy­soc­ki, bie­gnąc tak szyb­ko, że Ja­skól­ski nie mógł na­dą­żyć.

— Nie ma dok­tor nic dla mnie? — za­py­tał nie­śmia­ło, rów­na­jąc się z nim wresz­cie.

— Miej­sca są, tyl­ko tam po­trze­ba ro­bić.

— Więc ja pra­co­wać nie chcę?

— Mo­że pan i chcesz, tyl­ko to nie wy­star­cza w Ło­dzi, tu trze­ba umieć pra­co­wać. Dla­cze­goś pan nie sie­dział u We­is­bla­ta? Miej­sce by­ło nie­złe.

— Sło­wo ho­no­ru, nie wi­nie­nem nic. Dy­rek­tor mnie prze­śla­do­wał tak, że nie mo­głem wy­trzy­mać, ob­ra­ża­no mnie cią­gle...

— Tych, co ob­ra­ża­ją, bi­je się po zę­bach, a przede wszyst­kim nie da­je się po­wo­dów ani do żar­tów, ani do ob­raz. Mu­sia­łem się wsty­dzić za pa­na.

— Dla­cze­go, prze­cież pra­co­wa­łem uczci­wie.

— Wiem, ale mu­sia­łem wsty­dzić się pań­skie­go nie­do­łę­stwa.

— Tak ro­bi­łem, jak umia­łem i mo­głem — szep­nął ze łza­mi w gło­sie.

— Nie płacz no pan u dia­bła, nie fa­cjen­du­je mi pan śle­pe­go ko­nia, więc wie­rzę na zwy­kłe sło­wo.

— Sło­wo ho­no­ru da­ję, ale pan mnie ob­ra­ża...

— Więc wra­caj pan z Bo­giem do do­mu, sam tra­fię na Piotr­kow­ską.

— Że­gnam — rzu­cił krót­ko Ja­skól­ski i za­wró­cił do po­wro­tu.

Wy­soc­kie­mu wstyd by­ło wła­snej bru­tal­no­ści wzglę­dem te­go nie­do­łę­gi, ale bo go tak iry­to­wał, że nie mógł się po­wstrzy­mać.

— Pa­nie Ja­skól­ski — za­wo­łał za od­cho­dzą­cym.

— Słu­cham pa­na.

— Mo­że pa­nu po­trze­ba pie­nię­dzy, kil­ka ru­bli mo­gę po­ży­czyć.

— A nie, sło­wo ho­no­ru da­ję, że dzię­ku­ję — bro­nił się sła­bo i już miękł i za­po­mniał o ob­ra­zie.

— Weź pan, od­dasz mi pan ra­zem, jak ten spa­dek po ciot­ce od­bie­rzesz.

Wsa­dził mu w rę­kę trzy ru­ble i po­szedł.

Ja­skól­ski ze łza­mi oglą­dał pie­nią­dze pod la­tar­nią, wzdy­chał i po­wlókł się do do­mu.

Wy­soc­ki prze­do­stał się na Piotr­kow­ską i szedł wol­no w gó­rę, pe­łen głę­bo­kie­go znę­ka­nia tą nę­dzą, ja­ką co­dzien­nie wi­dy­wał.

Wlókł zmę­czo­nym, smut­nym wzro­kiem po mie­ście przy­ci­chłym, po fa­bry­kach, któ­re ma­ja­czy­ły w głę­bi dzie­dziń­ców, jak czar­ne, śpią­ce po­two­ry, po nie­licz­nych oświe­tlo­nych oknach, ja­kie pa­trzy­ły w czar­ną wil­got­ną noc. Czuł się dziw­nie zde­ner­wo­wa­nym i nie­spo­koj­nym, miał du­szę peł­ną lę­ku nie­wy­tłu­ma­czo­ne­go i tych nie­po­ko­jów dziw­nych, któ­re bez przy­czyn ze­wnętrz­nych przy­la­tu­ją, ob­sia­da­ją du­szę i tak ją stra­szą, że wte­dy czło­wiek zde­ner­wo­wa­ny pa­trzy z oba­wą na do­my, czy się nie wa­lą na nie­go, cze­ka i spo­dzie­wa się ja­kich strasz­nych wie­ści, my­śli o wszyst­kich nie­szczę­ściach, ja­kie lu­dzi spo­ty­ka­ją.

Wy­soc­ki był w po­dob­nym na­stro­ju.

Nie chcia­ło mu się iść do do­mu, nie chcia­ło mu się na­wet wstą­pić na ga­ze­ty do cu­kier­ni, obok któ­rej prze­cho­dził, obo­jęt­nym mu by­ło w tej chwi­li wszyst­ko, bo za­czę­ła mu się w du­szę wże­rać co­raz sil­niej zmo­ra nie­po­ko­ju.

— Głu­pie ży­cie pro­wa­dzę — my­ślał. — Zu­peł­nie głu­pie!

Przed te­atrem spo­tkał się oko w oko z Me­lą, szła z Ró­żą z przed­sta­wie­nia, po­wóz je­chał za ni­mi.

Przy­wi­ta­li się do­syć obo­jęt­nie i chciał że­gnać za­ra­zem.

— Nie od­pro­wa­dzisz nas?

— Nie chcia­łem wam prze­szka­dzać.

— Chodź na her­ba­tę, w do­mu mu­si już cze­kać Ber­nard.

Po­szedł w mil­cze­niu nie od­zy­wał się, bo nie chcia­ło mu się mó­wić na­wet.

— Co to­bie, Wy­soc­ki?

— Nic, prócz zwy­kłe­go zde­ner­wo­wa­nia i ja­kiejś ostrej apa­tii.

— Spo­tka­ło cię co złe­go?

— Nie, ale ocze­ku­ję na złą wieść, a ni­g­dy mnie jesz­cze prze­czu­cie nie za­wio­dło.

— Mnie tak sa­mo, ale wsty­dzi­łam się przy­zna­wać — szep­nę­ła Me­la.

— A przy tym by­łem u nę­dza­rzy dzi­siaj, na­ły­ka­łem się ty­le wi­do­ków nie­do­li ludz­kiej, że się upi­łem.

Wstrzą­snął się ner­wo­wo.

— Je­steś cho­ry na li­tość, jak mó­wi o to­bie Ber­nard.

— Ber­nard! — za­wo­łał moc­niej — on ma sta­łe de­li­rium tre­mens oplu­wa­nia wszyst­kie­go, on jest jak śle­py, któ­ry chce wma­wiać we wszyst­kich, że nic nie ma, po­nie­waż sam nie wi­dzi.

— Co to za nę­dza­rze? mo­że by im po­móc? — za­py­ta­ła Me­la.

Opo­wie­dział im po­ło­że­nie Ja­skól­skich i kil­ku in­nych ro­dzin ro­bot­ni­czych. Słu­cha­ła ze współ­czu­ciem, no­tu­jąc w pa­mię­ci ad­re­sy.

— Dla­cze­go lu­dzie mu­szą się tak mę­czyć? za co? — szep­nę­ła.

— Te­raz ja się py­tam, co to­bie Me­la? Masz łzy w gło­sie?

— Nie py­taj, nie chciej wie­dzieć na­wet.

Po­chy­li­ła gło­wę na pier­si.

Nie py­tał się, po­pa­trzył się na jej twarz i za­padł zno­wu w za­du­mę.

Pa­trzył w pu­ste, umil­kłe uli­ce, upunk­to­wa­ne sze­re­ga­mi la­tarń, na sze­re­gi do­mów po­dob­nych do ska­mie­nia­łych głów po­two­rów, le­żą­cych obok sie­bie, któ­re zda­wa­ły drgać szy­ba­mi okien w świe­tle żół­ta­wym uli­cy, jak­by przez cięż­ki i nie­spo­koj­ny sen.

— Co jej jest? — my­ślał, ogar­nia­jąc roz­pa­lo­nym spoj­rze­niem jej gło­wę i czuł, że ten jej smu­tek za­czy­na go bo­leć i nę­kać.

— Nie bar­dzo mu­sia­ły­ście się ba­wić w te­atrze?

— Prze­ciw­nie! Ale strasz­na jest po­tę­ga mi­ło­ści! — mó­wi­ła Ró­ża, jak­by wy­po­wia­da­jąc dal­szy ciąg my­śli. — Jak ta Sa­fo cier­pia­ła. Wszyst­kie jej krzy­ki, bła­ga­nia, wszyst­kie jej bo­le­ści pa­mię­tam, mam je w so­bie jesz­cze. Prze­ra­zi­ła mnie ta­ka mi­łość, nie ro­zu­miem jej, wąt­pię na­wet, czy moż­na tak bar­dzo czuć, tak zu­peł­nie od­dać się mi­ło­ści, tak prze­paść w niej.

— Moż­na... moż­na... — szep­ta­ła ci­cho Me­la, pod­no­sząc oczy.

— Przejdź na mo­ją stro­nę, Wy­soc­ki! Daj mi rę­kę.

I gdy to zro­bił, wzię­ła je­go chu­dą rę­kę i przy­ło­ży­ła do czo­ła i twa­rzy roz­pa­lo­nej.

— Czu­jesz, jak je­stem zgo­rącz­ko­wa­na?

— Strasz­nie. Po cóż cho­dzić na ta­kie de­ner­wu­ją­ce sztu­ki?

— Więc cóż ja w koń­cu ro­bić bę­dę! — wy­krzyk­nę­ła bo­le­śnie i roz­sze­rzo­ny­mi ocza­mi za­wi­sła na je­go twa­rzy. — Ty mi nie dasz ra­dy żad­nej na nu­dę, a mnie się już znu­dzi­ły wszyst­kie fik­sy111, nu­dzą mnie prze­jażdż­ki po mie­ście, nu­dzą mnie wy­jaz­dy za gra­ni­cę, bo nie cier­pię ho­te­lo­we­go ży­cia, a te­atr jesz­cze mnie zaj­mu­je cza­sem, bo za­tar­ga ner­wa­mi, zde­ner­wu­je, a lu­bię, gdy mną coś za­tar­ga do głę­bi.

— Co jest Me­li? — prze­rwał, nie sły­sząc, co mó­wi­ła.

— Za­raz się do­wiesz.

— Nie, nie, nie — za­prze­czy­ła Me­la, do­sły­szaw­szy za­py­ta­nie i od­po­wiedź.

We­szli do oświe­tlo­ne­go przed­po­ko­ju pa­ła­cu Men­del­soh­na.

— Pan En­del­man jest? — rzu­ci­ła Ró­ża za­py­ta­nie lo­ka­jo­wi, ra­zem z ka­pe­lu­szem i dłu­gą pe­le­ry­ną.

— W my­śliw­skim po­ko­ju i pro­si, że­by tam ja­śnie pań­stwo przy­szli.

— Chodź­my do my­śliw­skie­go, tam bę­dzie cie­plej niż w mo­im bu­du­arze, cie­plej niż tu­taj — mó­wi­ła pro­wa­dząc ich przez sze­reg po­ko­jów, sła­bo roz­świe­tla­nych przez kan­de­labr sze­ścio­ra­mien­ny, ja­kim oświe­tlał dro­gę lo­kaj.

Po­kój był Sta­ni­sła­wa Men­del­soh­na młod­sze­go sy­na Szai, a na­zwa je­go po­cho­dzi­ła od dy­wa­nu ze skór ty­gry­sich i ta­kich­że por­tier u drzwi i od me­bli z ro­gów ba­wo­lich, obi­tych skó­rą o dłu­gim, po­pie­la­tym wło­siu; ma­sy bro­ni wi­sia­ły na ścia­nie do­ko­ła ol­brzy­mie­go łba ło­sia z po­tęż­ny­mi ło­pat­ko­wa­ty­mi ro­ga­mi.

— Cze­kam ca­łą go­dzi­nę — ode­zwał się Ber­nard, nie wsta­jąc na­wet na po­wi­ta­nie; sie­dział pod ło­siem i pił her­ba­tę.

— Dla­cze­go nie przy­sze­dłeś po nas do te­atru?

— Bo ni­g­dy nie cho­dzę na szop­ki te­atral­ne, prze­cież o tym wiesz, to do­bre dla was!

Skrzy­wił się po­gar­dli­wie.

— Po­zer! — szep­nę­ła Ró­ża lek­ce­wa­żą­co.

Sku­pi­li się przy sto­li­ku, ale nikt nie miał ocho­ty mó­wić.

Lo­kaj po­roz­sta­wiał her­ba­tę.

Ci­sza cięż­ka i nud­na roz­la­ła się po ga­bi­ne­cie, trzesz­cza­ły tyl­ko za­pał­ki, bo Ber­nard co chwi­la za­pa­lał pa­pie­ro­sa, lub do­cho­dził głu­chy stuk bil bi­lar­do­wych ude­rza­ją­cych o sie­bie.

— Kto gra?

— Sta­ni­sław z Kes­sle­rem.

— Wi­dzia­łeś się z ni­mi?

— Znu­dzi­li mnie pręd­ko, a jesz­cze prę­dzej ogra­li. Mo­że na­resz­cie za­cznie­cie mó­wić!

Nikt jed­nak nie za­czy­nał.

Me­lę nur­to­wa­ły ja­kieś przy­kre my­śli, pa­trzy­ła smut­nie na Ró­żę i ob­cie­ra­ła co chwi­la za­łza­wio­ne oczy.

— Me­la, je­steś brzyd­ka dzi­siaj! Ko­bie­ty płak­si­we są po­dob­ne do zmo­czo­nych pa­ra­so­li, za­mknąć je czy roz­piąć — za­wsze ka­pią. Nie cier­pię łez bab­skich, bo są al­bo fał­szy­we, al­bo głu­pie. Tu­ma­nią lub pły­ną z po­wo­dów naj­błah­szych.

— Daj spo­kój Ber­nard, bo dzi­siaj na­wet two­je po­rów­na­nia prze­cho­dzą bez żad­ne­go wra­że­nia.

— Nie­chaj mó­wi, to je­go spe­cjal­ność.

— No i ty Ró­ża nie wy­glą­dasz świet­nie. Masz ta­ką mi­nę, jak­by cię kto w przed­po­ko­ju moc­no wy­ści­skał i wy­ca­ło­wał, jak­by ten słod­ki akt prze­rwa­no gwał­tow­nie w naj­lep­szym miej­scu...

— Wca­le nie je­steś wy­twor­ny dzi­siaj.

— Nie idzie mi o to zu­peł­nie.

— Więc po cóż mó­wisz głup­stwa!

— Po to mó­wię, że usy­pia­cie wszy­scy, że ty Wy­soc­ki wy­glą­dasz jak ło­jów­ka, któ­ra kop­ci na sza­ba­so­wym sto­le i oka­pu­je smęt­kiem na uro­cze Su­la­mi­ty.

— Nie czu­ję się tak do­brze na świe­cie jak ty.

— Masz ra­cję, mnie jest bar­dzo do­brze — za­czął się śmiać ner­wo­wo i za­pa­lał pa­pie­ro­sa rów­no­cze­śnie.

— Zno­wu po­za! — za­wo­ła­ła, bo ją nie­cier­pli­wił.

— Ró­ża! — wy­krzyk­nął, pod­ry­wa­jąc się jak­by pod­cię­ty bi­czem. — Al­bo przyj­muj wszyst­ko co mó­wię, al­bo mnie wię­cej nie zo­ba­czysz u sie­bie.

— Iry­tu­jesz się, a ja nie chcia­łam cię ob­ra­żać.

— Iry­tu­ją mnie two­je de­fi­ni­cje. Na­zy­wasz mnie po­ze­rem, a nie znasz mnie zu­peł­nie. Co mo­żesz o mnie wie­dzieć, o mo­im ży­ciu; cóż mo­gą wie­dzieć pan­ny, któ­re jesz­cze nie wy­szły z za­kre­su gał­ga­nów i nu­dy pa­nień­skiej — o męż­czyź­nie! nic, ab­so­lut­nie nic prócz te­go: jak ubra­ny, ja­kie ma wło­sy i oczy, w kim się ko­cha, czy do­brze tań­czy itp. Znasz mo­ją ze­wnętrz­ną gar­de­ro­bę, a chcesz de­fi­nio­wać mnie ca­łe­go. Wo­łasz na mnie: Po­zer! Dla­cze­go? Że rzu­cam cza­sem pa­ra­doks o mar­no­ści ży­cia, pra­cy i pie­nię­dzy. Gdy­by to mó­wił Wy­soc­ki, uwie­rzy­ła­byś, bo on nic nie ma i mu­si cięż­ko pra­co­wać; ja zaś po­zu­ję, gdy na to wszyst­ko plu­ję, bo jak­że­by pan­na mo­gła zro­zu­mieć, że mó­wię to na se­rio, ja czło­wiek bo­ga­ty, ak­cjo­na­riusz fa­bry­ki Kes­sler et En­del­man! Zu­peł­nie tak sa­mo na Mül­le­ra mó­wisz: bła­zen! bo wi­dzisz go tyl­ko, jak u cie­bie wy­wra­ca ko­zioł­ki, opo­wia­da ka­wa­ły i przy­go­dy mi­ło­sne, jest za­baw­nym, ale po­za tym Mül­le­rem bła­znu­ją­cym, jest jesz­cze in­ny Mül­ler, Mül­ler, któ­ry my­śli, uczy się, spo­strze­ga, ro­zu­mu­je, — ju­ści ani on, ani ja nie przy­cho­dzi­my do cie­bie z na­szy­mi ro­zu­mo­wa­nia­mi, z na­szym we­wnętrz­nym ja, nie mó­wi­my ci, co nas gnę­bi, gry­zie lub za­chwy­ca, bo ty te­go nie po­trze­bu­jesz; nu­dzisz się i po­trze­bu­jesz się na­mi ba­wić, więc istot­nie sta­je­my się bła­zna­mi dla was, bo się nam po­do­ba być czas ja­kiś bła­zna­mi i ko­zioł­ko­wać w róż­ny spo­sób przed znu­dzo­ny­mi gą­ska­mi łódz­ki­mi! Oglą­da­cie nas jak to­war na kon­tu­arze, tak­su­je­cie po­dług te­go, o ile wam bę­dzie w nim do twa­rzy. A zresz­tą mó­wić do ko­biet ro­zum­nie, to lać wo­dę w si­to.

— Mo­że je­ste­śmy głu­pie, ale ty je­steś za­ro­zu­mia­ły.

— A je­śli nie spo­strze­ga­my te­go, o co mnie ob­wi­niasz, to two­ja wi­na, to wa­sza wi­na, że nas trak­tu­je­cie jak dzie­ci — za­czę­ła Me­la.

— Bo je­ste­ście i zo­sta­nie­cie dzieć­mi — rzu­cił ostro i po­wstał.

— Więc cze­mu masz pre­ten­sje, że nie po­stę­pu­ją jak do­ro­śli.

— Je­że­li się gnie­wa­cie na mnie, to wy­cho­dzę, do­bra­noc! — Szedł ku drzwiom.

— Zo­stań Ber­nard, pro­szę cię! — za­wo­ła­ła Ró­ża, za­gra­dza­jąc mu so­bą wyj­ście.

Po­zo­stał, ale po­szedł do jed­ne­go z po­ko­jów i siadł przy for­te­pia­nie.

Ró­ża cho­dzi­ła po po­ko­ju wzbu­rzo­na je­go sło­wa­mi, Wy­soc­ki mil­czał, sło­wa Ber­nar­da obi­ja­ły mu się jak brzę­cze­nie, któ­re­go nie sta­rał się ro­ze­znać, pa­trzył na Me­lę, któ­ra po­ło­ży­ła gło­wę na sto­le i za­pa­trzy­ła się tę­po przed sie­bie.

— Usiądź przy mnie — szep­nę­ła, czu­jąc je­go go­rą­ce spoj­rze­nie.

— Co ci jest? — za­py­tał, po­chy­lo­ny nad jej twa­rzą.

Głos przy­tłu­mio­ny za­drgał ta­kim mięk­kim ak­cen­tem, że za­pa­lił w jej du­szy ja­kąś dziw­nie słod­ką ra­dość i ob­lał jej twarz i dło­nie pło­mie­niem.

Nie ode­zwa­ła się jed­nak, bo za­bra­kło jej gło­su, a po tym chwi­lo­wym, roz­kosz­nym wzru­sze­niu ta­ka wiel­ka ża­łość nią za­trzę­sła, że łzy bły­ska­ły w jej sza­rych oczach, po­ło­ży­ła twarz na je­go dło­ni, trzy­ma­nej na sto­le, i łzy dłu­go po­wstrzy­my­wa­ne po­sy­pa­ły się jak gru­be ziar­na i spły­wa­ły na je­go rę­kę roz­pa­lo­nym po­to­kiem.

Tak go te łzy roz­rzew­ni­ły, że za­czął bez­wied­nym pra­wie ru­chem gła­dzić jej wło­sy pu­szy­ste i szep­tał ci­chym, prze­ję­tym tkli­wo­ścią i wzru­szo­nym gło­sem, ja­kieś sło­wa pra­wie bez związ­ku.

Pod­su­wa­ła gło­wę co­raz bli­żej, bo każ­de do­tknię­cie je­go rę­ki elek­try­zo­wa­ło i prze­sy­ca­ło dziw­ną, nie­opo­wie­dzia­nie słod­ką roz­ko­szą. Mia­ła sza­lo­ną ocho­tę po­ło­żyć gło­wę na je­go pier­siach, za­rzu­cić mu rę­ce na szy­ję, przy­ci­snąć się do nie­go i po­wie­dzieć wszyst­ko, wszyst­ko, co ją drę­czy­ło.

Jej peł­na tkli­wo­ści du­sza łak­nę­ła ta­kiej piesz­czo­ty, jak łak­nę­ła mi­ło­ści, z któ­rą się ba­ła zdra­dzać przed nim w tej chwi­li, po­wstrzy­my­wa­na je­dy­nie ja­kimś od­ru­chem ko­bie­cej wsty­dli­wej bier­no­ści. Pła­ka­ła tak ci­cho, że tyl­ko pły­ną­ce łzy i drże­nie ner­wo­we bla­dych ust mó­wi­ło o jej sta­nie.

Pa­trzy­ła na nie­go przez te łzy, któ­re mu roz­mięk­cza­ły du­szę, a ta­kim dziw­nym przej­mo­wa­ły go wzru­sze­niem, że bał się ulec po­ku­sie uca­ło­wa­nia jej ust roz­pa­lo­nych pła­czem. Nie ko­chał jej bo­wiem, to co czuł na­wet w tej chwi­li, by­ło tyl­ko wiel­kim współ­czu­ciem dla cier­pie­nia. Nie spo­strze­gał na­wet jej mi­ło­ści do sie­bie, wi­dział przy­jaźń, bo pra­gnął przy­jaź­ni.

Ber­nard grał z co­raz więk­szą pa­sją, tłukł for­te­pian, roz­bi­te, ha­ła­śli­we dźwię­ki ja­kie­goś sza­lo­ne­go sche­rza hu­cza­ły w pu­stych po­ko­jach i drga­ły sza­lo­nym, drwią­cym śmie­chem, któ­ry zda­wał się ta­rzać po dy­wa­nach.

Ró­ża cho­dzi­ła po am­fi­la­dzie po­ko­jów, nie zwra­ca­jąc na nic uwa­gi, co chwi­la wy­nu­rza­ła się z cie­niów prze­cho­dzi­ła my­śliw­ski po­kój i gi­nę­ła w dal­szych, po­wra­ca­jąc wkrót­ce tym swo­im cięż­kim, ko­ły­szą­cym ru­chem bio­der.

Uda­wa­ła za­my­śle­nie, a w isto­cie chcia­ła dać czas do po­ro­zu­mie­nia się Me­li z Wy­soc­kim i nie­cier­pli­wi­ło ją to, że sie­dzie­li przy so­bie nie­ru­cho­mie i w mil­cze­niu. Chcia­ła zo­ba­czyć, jak bę­dą so­bie pa­dać w ra­mio­na z beł­ko­tem mi­ło­ści na ustach, jak się bę­dą zja­dać po­ca­łun­ka­mi; tak so­bie wszyst­ko do­brze na­przód wy­obra­ża­ła i tak chci­wie pra­gnę­ła wi­dzieć po­dob­ną sce­nę, że co chwi­la od­wra­ca­ła się spa­ce­ru­jąc, aby ich zła­pać na tym ca­ło­wa­niu.

— Nie­do­łę­ga! — my­śla­ła ze zło­ścią i przy­sta­nąw­szy przed drzwia­mi, z ciem­no­ści przy­pa­try­wa­ła się je­go gło­wie i twa­rzy.

— Ostry­ga! — mruk­nę­ła nie­chęt­nie i zwró­ci­ła się do Ber­nar­da, któ­ry skoń­czył grać.

— Pierw­sza! Do­bra­noc, Ró­ża, idę do do­mu.

— Idzie­my ra­zem — za­wo­ła­ła Me­la. — Je­śli chcesz to cię pod­wio­zę, mo­je ko­nie cze­ka­ją przed bra­mą.

Zwró­ci­ła się do Wy­soc­kie­go, któ­ry jak sen­ny za­pi­nał wciąż roz­pi­na­ją­ce się gu­zi­ki sur­du­ta.

— A do­brze.

— Me­la nie za­po­mnij, że w so­bo­tę uro­dzi­ny En­del­ma­no­wej — za­czę­ła Ró­ża na po­że­gna­nie.

— Bra­to­wa mnie dzi­siaj pro­si­ła, aby wam przy­po­mnieć, że je­ste­ście z upra­gnie­niem ocze­ki­wa­ne.

— Wczo­raj do­sta­łam za­pro­sze­nie, ale czy bę­dę, nie wiem!

— Przyjdź­cie ko­niecz­nie, zo­ba­czy­cie ma­sę oso­bli­wo­ści, bę­dzie­my wspól­nie kpić z bra­to­wej. Szy­ku­je się nie­spo­dzian­ka dla ła­ska­wych go­ści: kon­cert, no­wy ob­raz i ta ta­jem­ni­cza Tra­wiń­ska.

— Bę­dzie­my, war­to ją obej­rzeć.

Wy­soc­ki spro­wa­dził Me­lę do po­wo­zu.

— Nie wsią­dziesz? — za­py­ta­ła zdu­mio­na, bo po­da­wał rę­kę na po­że­gna­nie.

— Nie, da­ru­je mi pa­ni... Po­trze­bu­ję się przejść... Je­stem tak zde­ner­wo­wa­ny — tłu­ma­czył się do­syć nie­wpraw­nie.

— A... to do­bra­noc pa­nu! — po­wie­dzia­ła z na­ci­skiem, do­tknię­ta je­go od­mo­wą, ale nie zwa­ża­jąc na to, po­ca­ło­wał ją w rę­kę. Ża­ło­wa­ła bar­dzo swej ostro­ści i jesz­cze z po­wo­zu od­wró­ci­ła się do nie­go.

— Pójdź­my gdzie do knaj­py — rzekł Ber­nard.

— Nie, dzię­ku­ję, nie je­stem dzi­siaj uspo­so­bio­ny.

— Pój­dzie­my do Cha­te­au.

— Mu­szę za­raz iść do do­mu, mat­ka na mnie cze­ka.

— Nie po­do­ba mi się ta­kie ga­da­nie, ty ca­ły je­steś dziw­ny od pew­ne­go cza­su, wy­glą­dasz, jak­byś po­łknął bak­cy­la mi­ło­ści.

— Nie, da­ję ci sło­wo ho­no­ru, że się nie ko­cham.

— Ko­chasz się, tyl­ko nie zda­jesz so­bie jesz­cze z te­go spra­wy.

— To wiesz wię­cej niż ja sam, a w kim­że, je­śliś ła­skaw?

— W Me­li.

Wy­soc­ki po­czął się śmiać do­syć nie­szcze­rze.

— Spu­dło­wa­łeś rze­tel­nie.

— Nie, ja się w tych spra­wach nie my­lę ni­g­dy.

— Przy­pu­ść­my, ale po co mi to mó­wisz? — za­gad­nął do­syć nie­chęt­nie.

— Bo mi cię żal, że się ko­chasz w Ży­dów­ce.

— Dla­cze­go? — za­py­tał.

— Bo Ży­dów­ki są do­bre do flir­tu, Po­lki do ko­cha­nia, a Niem­ki do za­kła­da­nia obo­ry za­ro­do­wej. Ale Ży­dów­ka na żo­nę dla cie­bie — ni­g­dy, le­piej się utop.

— A mo­że ja ci prze­szka­dzam? Bądź­my szcze­rzy ze so­bą — za­wo­łał po­ryw­czo Wy­soc­ki, przy­sta­jąc.

— Nie, sło­wo ho­no­ru, że nie. Co za myśl? — ro­ze­śmiał się su­cho. — Ostrze­głem cię tyl­ko z przy­jaź­ni, bo po­mię­dzy wa­mi są za wiel­kie róż­ni­ce ra­so­we, aby je mo­gła wy­rów­nać na­wet naj­sza­leń­sza mi­łość. Nie psuj so­bie ra­sy, nie żeń się z Ży­dów­ką i bądź zdrów.

Wsiadł w do­roż­kę i po­je­chał do do­mu, a Wy­soc­ki szedł zno­wu jak przed dwo­ma go­dzi­na­mi Piotr­kow­ską, ale szedł szyb­ko i w zu­peł­nie in­nym uspo­so­bie­niu.

Sło­wa Ber­nar­da da­ły mu wie­le do my­śle­nia, za­czął się sam eg­za­mi­no­wać z uczuć, ja­kie w nim bu­dzi­ła Me­la.



XI

Me­la za­mknę­ła się w swo­im po­ko­ju i roz­my­śla­ła nad so­bą.

Le­ża­ła z otwar­ty­mi ocza­mi i wsłu­chi­wa­ła się w ci­szę no­cy i w te gło­sy, ja­kie się w niej od­zy­wać za­czy­na­ły, gło­sy sta­now­cze­go pro­te­stu prze­ciw za­mia­rom oj­ca, bo wczo­raj ra­no przed­sta­wił jej do­syć sta­now­czo pro­po­zy­cję mał­żeń­ską, zwy­kłą han­dlo­wą ofer­tę od wiel­kiej so­sno­wic­kiej fir­my Wol­fisz et Lan­dau, któ­ra mia­ła sy­na i pra­gnę­ła go oże­nić z cór­ką fir­my Grün­span et Lands­ber­ger.

Afe­ra dla obu stron przed­sta­wia­ła się ko­rzyst­nie.

Mło­dy Le­opold Lan­dau zga­dzał się, je­mu by­ło wszyst­ko jed­no z kim się oże­ni, by­le żo­na mia­ła po­sag w go­tów­ce i w po­żą­da­nej wy­so­ko­ści, pie­nią­dze by­ły mu po­trzeb­ne do za­ło­że­nia in­te­re­su na wła­sną rę­kę, a że Me­la mia­ła ta­ki po­sag i że mu się do te­go bar­dzo po­do­ba­ła z fo­to­gra­fii, ja­ką mu w ta­jem­ni­cy do­star­czy­li swa­to­wie, to go­tów był się że­nić.

Czy go ko­cha­ła, czy by­ła mą­dra, czy głu­pia, zdro­wa lub cho­ra, do­bra al­bo zło­śni­ca — to mu by­ło ganz fik­sa­tu­ar! Jak po­wie­dział po­śred­ni­kom.

Wczo­raj przy­je­chał do Ło­dzi, że­by się przyj­rzeć tej swo­jej przy­szłej.

Pa­pa po­do­bał mu się bar­dzo, Me­la go olśni­ła, a fa­bry­ka zro­bi­ła na nim wra­że­nie świet­ne­go in­te­re­su, ale z tym ostat­nim się nie wy­ga­dy­wał przed sta­rym, ale prze­ciw­nie, oglą­da­jąc, ro­bił bar­dzo obo­jęt­ną twarz i do­syć po­gar­dli­wie przy­glą­dał się go­to­wym już chust­kom.

— Łódz­kie! — szep­tał, przy­mru­ża­jąc oczy.

— Nie bądź pan głu­pi, to ku­rant­ny112 in­te­res! po­wie­dział po­ryw­czo Grün­span.

Le­opold się nie ob­ra­żał o zbyt­nią szcze­rość, w in­te­re­sie nie ma gnie­wu, kle­pał pa­pę po ło­pat­ce i w naj­więk­szej zgo­dzie po­wró­ci­li na obiad.

Me­la prze­mę­czy­ła się przy sto­le i z nie­na­wi­ścią w ser­cu słu­cha­ła so­sno­wic­kich kom­ple­men­tów Lan­daua i za­raz jak tyl­ko mo­gła ucie­kła do Ró­ży.

— Pół dnia zy­ska­łam, a co ju­tro, co póź­niej? — my­śla­ła te­raz, le­żąc w ciem­no­ści i pa­trząc na sto­rę, przez któ­rą księ­życ siał na po­kój zie­lo­na­we świa­tło, ja­kie drżą­cym py­łem lśni­ło na ja­snym dy­wa­nie i na ciem­nym, ma­jo­li­ko­wym pie­cu. — Nie zmu­szą mnie prze­cież, nie — do­da­wa­ła moc­niej i ze wstrę­tem my­śla­ła o Le­opol­dzie, o je­go wie­wiór­czej twa­rzy: przej­mo­wał ją wprost fi­zycz­nym obrzy­dze­niem je­go głos chra­pli­wy i wy­wi­nię­te za­śli­nio­ne mu­rzyń­skie usta.

Przy­my­ka­ła oczy, ukry­wa­jąc gło­wę w po­dusz­kach, aby się po­zbyć te­go przy­po­mnie­nia. Wzdry­ga­ła się ner­wo­wo, jak­by pod obrzy­dli­wym do­tknię­ciem je­go rąk zim­nych i spo­co­nych, któ­re czu­ła jesz­cze; wy­tar­ła, od­ru­cho­wo rę­ce o koł­drę i przy­glą­da­ła im się dłu­go pod ten księ­ży­co­wy brzask jak­by z oba­wą, czy te do­tknię­cia nie po­zo­sta­wi­ły plu­ga­we­go śla­du.

Czu­ła, że ko­cha Wy­soc­kie­go ca­łą mo­cą du­szy, że w nim ko­cha ca­ły ten świat, w ja­kim się wy­cho­wy­wa­ła w War­sza­wie, świat tak zu­peł­nie od­mien­ny od ota­cza­ją­ce­go.

Wie­dzia­ła, że nie pój­dzie za Le­opol­da, że po­tra­fi się oprzeć wszel­kim na­le­ga­niom oj­ca i ro­dzi­ny i na tym po­sta­no­wie­niu wy­czer­py­wa­ła się ca­ła jej ener­gia, a póź­niej już my­śla­ła tyl­ko o Wy­soc­kim, nie py­ta­ła się na­wet, czy on ją ko­cha, za bar­dzo go sa­ma ko­cha­ła, że­by to spo­strzec lub prze­ko­nać się o je­go obo­jęt­no­ści.

Nie po­wie­dzia­ła mu dzi­siaj o swo­ich cier­pie­niach, bo był ta­ki zde­ner­wo­wa­ny i smut­ny, a zresz­tą czu­ła się dziw­nie onie­śmie­lo­ną wo­bec nie­go, jak dziec­ko, któ­re oba­wia się skar­żyć przed star­szy­mi. Do­tknę­ło ją bo­le­śnie, że nie chciał z nią je­chać, ale ten je­go moc­ny uścisk i po­ca­ło­wa­nie rę­ki, przej­mo­wa­ły ją roz­kosz­nym dresz­czem.

Le­ża­ła dłu­gie go­dzi­ny nie­ru­cho­mo i roz­pa­mię­ty­wa­ła ca­ły okres ich zna­jo­mo­ści i wie­czór dzi­siej­szy, wy­prę­ża­ła się i wci­ska­ła sil­niej gło­wę w po­dusz­kę, bo przy­po­mnie­nie do­tknię­cia je­go rąk, to po­gła­ska­nie po wło­sach przej­mo­wa­ły ją de­ner­wu­ją­cym, słod­kim dresz­czem.

A póź­niej, gdy już sza­ry świt roz­bie­lał co­raz sil­niej wnę­trze po­ko­ju, wy­do­by­wa­jąc na ja­wę dnia kon­tu­ry me­bli i sprzę­tów, my­śla­ła o zna­jo­mych dok­to­rach, o ich po­wo­dze­niu.

Mia­ła dwie ko­le­żan­ki, któ­re wy­szły za dok­to­rów pro­wa­dzi­ły dom otwar­ty wca­le nie na niż­szą sto­pę, niż nie­któ­re z żon fa­bry­kan­tów. To ją uspo­ko­iło zu­peł­nie i prze­peł­nio­na my­śla­mi, jak­by to ona pro­wa­dzi­ła ta­ki dom, w któ­rym zbie­ra­ła­by się ca­ła in­te­li­gen­cja łódz­ka — za­snę­ła.

Obu­dzi­ła się dość póź­no i z wiel­kim bó­lem gło­wy.

Ro­dzi­na ca­ła by­ła ze­bra­na przy dru­gim śnia­da­niu, gdy we­szła do ja­dal­ne­go.

Na­kar­mi­ła naj­pierw bab­kę i nie zwra­ca­jąc uwa­gi na pod­nie­sio­ny głos Zyg­mun­ta, któ­ry coś wy­krzy­ki­wał, sia­dła do sto­łu.

Grün­span, jak zwy­kle, cho­dził po po­ko­ju ze spodkiem peł­nym her­ba­ty, któ­ry pod­no­sił do ust obu rę­ka­mi; był wy­stro­jo­ny w ak­sa­mit­ny wi­śnio­wy szla­frok, ha­fto­wa­ny zło­tem na koł­nie­rzu i rę­ka­wach, wy­szy­wa­na rów­nież ak­sa­mit­na cza­pecz­ka tkwi­ła mu na czub­ku gło­wy, twarz miał bar­dzo roz­ja­śnio­ną, her­ba­tę chli­pał gło­śno i w prze­rwach pręd­ko od­po­wia­dał Zyg­mun­to­wi, któ­ry się śpie­szył z je­dze­niem, bo od­jeż­dżał do War­sza­wy.

Sta­ra ciot­ka, pro­wa­dzą­ca go­spo­dar­stwo do­mo­we, pa­ko­wa­ła mu wa­liz­kę.

— Zyg­munt, ja ci kła­dę czy­stą bie­li­znę, ty po­trze­bu­jesz czy­stą bie­li­znę?

— Do­brze. Mó­wię oj­cu — rzekł Zyg­munt — że nie ma co cze­kać, niech Gro­smann za­raz wy­je­dzie, on jest cho­ry na­praw­dę. Oj­ciec się z Re­gi­ną zaj­mie in­te­re­sa­mi.

— Co jest Al­ber­to­wi? — za­py­ta­ła Me­la, któ­ra od po­ża­ru fa­bry­ki stra­ci­ła doń daw­ną życz­li­wość.

— Ma fe­ler w ser­cu, on się bar­dzo zmar­twił tym ogniem.

— To był du­ży fa­jer, ja się sam ba­łem — wy­cią­gnął spodek, aby Me­la na­la­ła mu her­ba­ty i do­pie­ro zo­ba­czył jej pod­krą­żo­ne oczy i sza­rą, jak­by obrzę­kłą twarz.

— Coś ta­ka bla­da dzi­siaj, mo­żeś cho­ra? Nasz dok­tór za­raz bę­dzie w do­mu fa­mi­lij­nym u jed­ne­go ro­bot­ni­ka, to mógł­by cię obej­rzeć.

— Zdro­wa je­stem, nie mo­głam tyl­ko wca­le spać.

— Ko­cha­na Me­la, ja wiem, dla­cze­goś nie mo­gła spać — wy­krzyk­nął ura­do­wa­ny i po­gła­dził ją po twa­rzy piesz­czo­tli­wie. — Po­trze­bo­wa­łaś tro­chę my­śleć o nim, ja to ro­zu­miem.

— O kim? — za­py­ta­ła ostro.

— O swo­im przy­szłym. Ale przy­sy­ła prze­ze mnie ukło­ny, bę­dzie tu­taj po po­łu­dniu.

— Nie mam żad­ne­go przy­szłe­go, a jak przyj­dzie, to mo­żesz go so­bie Zyg­munt przy­jąć.

— Sły­szy oj­ciec, co ta głu­pia mó­wi? — wy­krzyk­nął ze zło­ścią.

— Sza, Zyg­munt, przed ślu­bem wszyst­kie pan­ny tak mó­wią.

— Jak się na­zy­wa ten... pan? — za­py­ta­ła pod wpły­wem ja­kiejś no­wej my­śli.

— Ona nie pa­mię­ta! co to za no­wy ka­wał?

— Zyg­munt, ja do cie­bie się nie od­zy­wam, to mo­żesz dać mi zu­peł­ny spo­kój.

— Ale ja do cie­bie mó­wię, to mnie słu­chać po­win­naś! — wy­krzyk­nął roz­pi­na­jąc szyb­ko mun­dur, co ro­bił za­wsze w iry­ta­cji lub wzru­sze­niu.

— Sza... sza... dzie­ci. Ja ci po­wiem Me­la, on się na­zy­wa Le­opold Lan­dau, on jest z Czę­sto­cho­wy, to jak chcesz, że­by się na­zy­wał? W So­sno­wi­cach ma­ją fa­bry­kę. Wol­fisz et Lan­dau, to so­lid­na fir­ma, sa­mo na­zwi­sko ma wa­gę!

— Ale nie dla mnie! — od­po­wie­dzia­ła do­bit­nie.

— Zyg­muś! ja to­bie kła­dę let­ni mun­dur, ty po­trze­bu­jesz let­ni mun­dur, co?

— Niech ciot­ka wło­ży! — za­wo­łał pręd­ko i sam za­czął po­ma­gać jej w pa­ko­wa­niu i wkrót­ce po­że­gnaw­szy się z oj­cem już od drzwi za­wo­łał:

— Me­la, przy­ja­dę do­pie­ro na two­je we­se­le. — Uśmiech­nął się zło­śli­wie i wy­szedł.

Grün­span bez ce­re­mo­nii za­czął się przy po­mo­cy Fran­cisz­ka ubie­rać, bo cho­ciaż miał swój po­kój wspa­nia­le urzą­dzo­ny, ale nie mógł się do nie­go przy­zwy­cza­ić, wo­lał za­wsze po­kój brud­niej­szy i cho­ciaż­by tłok niź­li sa­mot­ność. Me­la mil­cza­ła, a ciot­ka, żół­ta, chu­da, zgar­bio­na Ży­dów­ka w ru­dej pe­ru­ce, roz­dzie­lo­nej na środ­ku gło­wy bia­łym sznur­kiem, z twa­rzą za­pa­dłą i jak­by za­ku­rzo­ną o cięż­kich, bez­wied­nie opa­da­ją­cych po­wie­kach, spod któ­rych tli­ły się za­ro­pia­łe oczy, cho­dzi­ła po po­ko­ju usta­wia­jąc w kre­den­sie szklan­ki i ta­le­rze od śnia­da­nia, któ­re za­raz my­ła w wiel­kiej mied­ni­cy.

— Niech to so­bie Fran­ci­szek weź­mie dla dzie­ci! mru­cza­ła, zgar­nia­jąc z ta­le­rzy na ce­ra­tę ka­wał­ki chle­ba i ogry­zio­ne ko­ści.

— Dla psów je­dze­nie ta­kie, a nie dla mo­ich dzie­ci! — od­po­wie­dział har­do nie krę­pu­jąc się zu­peł­nie.

— Ty głu­pi cham je­steś, jesz­cze moż­na z te­go ugo­to­wać zu­pę.

— A niech pa­ni da ku­char­ce, to ugo­tu­je.

— Ci­cho, nie pi­skuj Fra­nek! Daj mi wo­dy do umy­cia.

I już pra­wie ubra­ny za­czął się myć, z wiel­ką de­li­kat­no­ścią ob­le­wa­jąc swo­je ob­li­cze wo­dą, ale na­to­miast par­ska­jąc bar­dzo do­no­śnie.

— Co ty masz Me­lu prze­ciw­ko Le­opol­do­wi Lan­dau?

— Nic, bo go nie znam zu­peł­nie, prze­cież wi­dzia­łam go po raz pierw­szy.

— Po co wię­cej? Jak się in­te­res zro­bi to bę­dzie­cie mie­li czas po­znać się le­piej.

— Po­wiem jesz­cze raz oj­cu sta­now­czo, że nie pój­dę za nie­go!

— Co ty pa­trzysz jak mu­cha w mli­ku! — krzyk­nął na Fran­cisz­ka, któ­ry się za­raz wy­niósł ra­zem z ciot­ką. Wy­tarł się sta­ran­nie, ucze­sał, przy­piął wy­kła­da­ny koł­nie­rzyk do do­syć brud­nej ko­szu­li, za­ło­żył kra­wat, któ­ry mu ją przy­krył w zu­peł­no­ści, po­wkła­dał do kie­sze­ni ze­ga­rek i szczo­tecz­kę z grze­bie­niem, wy­gła­skał przed lu­strem bro­dę, scho­wał pod ka­mi­zel­kę dłu­gie bia­łe sznur­ki, wło­żył ka­pe­lusz, na­dział pal­to, wziął pa­ra­sol pod pa­chę i wcią­ga­jąc cie­płe rę­ka­wicz­ki, za­py­tał:

— Dla­cze­go nie chcesz iść za nie­go?

— Nie ko­cham go i jest mi wstręt­nym, a po dru­gie...

— Ha! ha! Ko­cha­na mo­ja Me­la ma ma­łe ryb­ki w gło­wie.

— Być mo­że, ale po­mi­mo to, nie pój­dę za nie­go — za­wo­ła­ła z wiel­ką sta­now­czo­ścią.

— Me­la! ja nic nie po­wiem, bo ja je­stem bar­dzo li­be­ral­ny oj­ciec. Ja mógł­bym ci ka­zać, ja mógł­bym wszyst­ko za­ła­twić bez cie­bie, a ja te­go nie ro­bie, dla­cze­go? bo ja cię ko­cham Me­lu, i da­je ci czas do na­my­słu. Ty się na­my­ślisz, ty je­steś mą­drą dziew­czy­ną i nie po­psu­jesz ta­kie­go ku­rant­ne­go in­te­re­su, ty bę­dziesz Me­la pierw­szą oso­bą na ca­łe So­sno­wi­ce. Ja ci krót­ko wy­tłu­ma­cze.

Ale Me­la nie chcia­ła słu­chać, od­su­nę­ła gwał­tow­nie krze­sło i wy­szła z po­ko­ju.

— Te ko­bie­ty to za­wsze ma­ją swo­ją fa­na­be­rię! – mruk­nął nie­zra­żo­ny jej od­mo­wą ani wyj­ściem, do­pił zim­ną her­ba­tę i wy­szedł na mia­sto.

Przez kil­ka dni nie by­ło zu­peł­nie mo­wy o mał­żeń­stwie. Lan­dau wy­je­chał, a Me­la ca­łe pra­wie dnie prze­sia­dy­wa­ła u Ró­ży, aby jak naj­rza­dziej wi­dy­wać się z oj­cem, któ­ry spo­tkaw­szy ją wy­jąt­ko­wo, uśmie­chał się po­błaż­li­wie, gła­skał po twa­rzy i py­tał.

— Me­la nie chcesz jesz­cze Le­opol­da Lan­dau?

Zwy­kle nie od­po­wia­da­ła, ale by­ła zroz­pa­czo­na i zde­ner­wo­wa­na tym sta­nem. Nie wie­dzia­ła, co ro­bić, na czym się to wszyst­ko skoń­czy. Za­czę­ło ją do te­go tra­pić nie­po­ko­ją­ce py­ta­nie, czy Wy­soc­ki ją ko­cha? Py­ta­nie to tkwi­ło w jej mó­zgu jak igła i co­raz bar­dziej kłu­ło ciem­ny­mi, bo­le­sny­mi wąt­pli­wo­ścia­mi. By­ły chwi­le w któ­rych po­mi­mo do­syć roz­wi­nię­tej du­my, by­ła­by mu otwar­cie wy­zna­ła swo­ją mi­łość, aby tyl­ko usły­szeć to upra­gnio­ne sło­wo: ko­cham! Ale Wy­soc­ki nie po­ka­zy­wał się u Ró­ży, spo­tka­ła go raz tyl­ko na uli­cy, pro­wa­dzą­ce­go pod ra­mię mat­kę, ukło­nił się jej i mu­siał ob­ja­śniać mat­ce ko­mu się kła­nia, bo Me­la po­czu­ła na so­bie jej wzrok ba­daw­czy. Wy­bra­ła się z Ró­żą do En­del­ma­nów tyl­ko dla­te­go, że mia­ła na­dzie­ję spo­tkać tam Wy­soc­kie­go. Tyl­ko na­dzie­ję, bo nie wie­dzia­ła, czy tam by­wa.

Je­cha­ły przez mia­sto wol­no, bo dzień był pięk­ny, uli­ce nie­co obe­schły i ro­iły się tłu­mem spa­ce­ru­ją­cych, wy­świą­tecz­nio­nych ro­bot­ni­ków, bo wy­pa­da­ło w so­bo­tę ja­kieś uro­czy­ście ob­cho­dzo­ne świę­to. Sza­ja je­chał z ni­mi na przed­nim sie­dze­niu i bar­dzo tro­skli­wie okry­wał im no­gi ple­dem.

— Ró­ża, ja mam ocho­tę się prze­je­chać, zgad­nij gdzie? a jak zgad­niesz to cię za­bio­rę.

Spoj­rza­ła bez­wied­nie w błę­kit­ne nie­bo wi­szą­ce nad mia­stem i za­wo­ła­ła bez na­my­słu.

— Do Włoch!

— Zga­dłaś, mo­że­my za pa­rę dni je­chać.

— Po­ja­dę z to­bą, ale pod wa­run­kiem, że Me­la z na­mi po­je­dzie.

— Niech je­dzie, bę­dzie nam we­so­ło w dro­dze.

— Dzię­ku­ję ci Ró­ża, ale sa­ma wiesz, że nie mo­gę, oj­ciec na to się nie zgo­dzi.

— Jak to się nie zgo­dzi? Jak ja chce to Grün­span się nie zgo­dzi? Ju­tro bę­dę u nie­go w tym in­te­re­sie i na dru­gą so­bo­tę bę­dzie­my so­bie już wą­cha­li kwiat po­ma­rań­czo­wy.

Ró­ża już zna­ła Wło­chy, by­ła tam z bra­tem i z bra­to­wą, ale te­raz chcia­ła je­chać, aby je po­ka­zać przy­ja­ciół­ce. Sta­ry Men­del­sohn znał je rów­nież, ale bar­dzo po­bież­nie, bo miał ma­nię, że gdy mro­zy ści­snę­ły zie­mię i śnie­gi za­sy­pa­ły ca­ły kraj, bu­dzi­ła się w nim głu­cha nie­zmo­żo­na tę­sk­no­ta za słoń­cem i cie­płem i do­tąd go nur­to­wa­ła, aż ka­zał pa­ko­wać wa­li­zy, brał któ­re­goś z sy­nów i je­chał po­śpiesz­nie, bez od­po­czyn­ku do Włoch, do Niz­zy al­bo do Hisz­pa­nii. Ale naj­da­lej po dwóch ty­go­dniach był już z po­wro­tem. Nie mógł i nie umiał żyć bez te­go mia­sta; bra­ko­wa­ło mu tych go­dzin sze­ściu, ja­kie mu­siał prze­sie­dzieć w kan­to­rze co­dzien­nie, bra­ko­wa­ło mu tur­ko­tu ma­szyn, sza­lo­ne­go ru­chu, wy­tę­żo­ne­go ży­cia fa­bry­ki, bra­ko­wa­ło mu Ło­dzi, więc za­le­d­wie stra­cił ją z oczów, po­wra­cał stę­sk­nio­ny. Przy­cią­ga­ła go, jak wiel­ki ma­gnes przy­cią­ga opił­ki że­la­zne.

— Pa­po! ale ja za­raz nie wró­cę z to­bą?

— Do­brze, ja tak­że chce dłu­żej tam po­sie­dzieć, mnie już Łódź mę­czy.

Za­je­cha­li przed dwu­pię­tro­wy dom, do­syć szczę­śli­wie uda­ją­cy cięż­ki pa­łac w sty­lu flo­renc­kim, sto­ją­cy w ogro­dzie przy jed­nej z bocz­nych ulic i od­gro­dzo­ny od niej że­la­zną kra­tą po­kry­tą blusz­czem, z któ­re­go świe­ci­ły zło­co­ne ostrza szta­chet i nie­bie­skie ma­jo­li­ko­we wa­zo­ny usta­wio­ne na słu­pach, ró­żo­wiąc się krze­wa­mi aza­lii kwit­ną­cych, po­usta­wia­nych tam spe­cjal­nie na dzi­siej­szą uro­czy­stość u En­del­ma­nów.

Fa­bry­ki To­wa­rzy­stwa ak­cyj­ne­go Kes­sler et En­del­man za­my­ka­ły ogród czer­wo­ną ol­brzy­mią ścia­ną, błysz­czą­cą w słoń­cu nie­zli­czo­ny­mi okna­mi.

Stan­gret ob­je­chał klomb uło­żo­ny z oran­że­ryj­nych kwia­tów i krze­wów i wje­chał pod ko­lum­no­wy pod­jazd, któ­re­go słu­py ob­ję­te blusz­czem dźwi­ga­ły na so­bie te­ra­sę, ob­wie­dzio­ną drew­nia­ną ba­lu­stra­dą, ma­lo­wa­ną na mar­mur.

Z dłu­gie­go przed­sion­ka, wy­ło­żo­ne­go czer­wo­nym dy­wa­nem, na środ­ku któ­re­go stał wiel­ki klomb kwit­ną­cych ro­do­den­dro­nów, pro­wa­dzi­ły na pierw­sze pię­tro sze­ro­kie scho­dy, wy­ło­żo­ne rów­nież czer­wo­nym dy­wa­nem i ubra­ne po­dwój­nym rzę­dem ob­sy­pa­nych kwia­ta­mi aza­lii, któ­re jak smu­gi śnie­gu od­ci­na­ły się od ścian obi­tych ada­masz­kiem ciem­no­czer­wo­nym.

Elek­trycz­ność za­le­wa­ła przed­po­kój i scho­dy, skrząc się w ogrom­nych zwier­cia­dłach przed­po­ko­ju.

Kil­ku lo­ka­jów czar­no ubra­nych ze zło­ty­mi ga­lo­na­mi na koł­nier­zach kur­tek, roz­dzie­wa­ło wcho­dzą­cych.

— Ale tu bar­dzo ład­nie! — szep­nę­ła Me­la, idąc po scho­dach z Ró­żą.

— Ład­nie — od­po­wie­dział po­gar­dli­wie Sza­ja i sku­bał nie­dba­le kwia­ty i rzu­cał je na dy­wan, dep­cząc skrzy­pią­cy­mi bu­ta­mi.

En­del­man wy­szedł aż przed drzwi, wi­tał ich z unie­sie­niem i osten­ta­cyj­nie wpro­wa­dził do sa­lo­nu.

— Pan pre­zes jest bar­dzo ła­skaw, pan pre­zes, co? — koń­czył za­py­ta­niem, nad­sta­wia­jąc ucha, bo był głu­chym nie­co.

— Chcia­łem cię zo­ba­czyć En­del­man, no, jak się masz?

Po­kle­pał go przy­ja­ciel­sko po ło­pat­kach.

— Bar­dzo dzię­ku­ję, ja się mam do­brze i mo­ja żo­na też, co?

Gwar, ja­ki wrzał w sa­lo­nie, przy­cichł z ich wej­ściem, kil­ka­dzie­siąt osób po­wsta­ło na przy­wi­ta­nie ba­weł­nia­ne­go kró­la, któ­ry w dłu­giej czar­nej ka­po­cie, w dłu­gich la­kie­ro­wa­nych bu­tach, od­rzy­nał się moc­no od fra­ko­wych ko­stiu­mów ze­bra­nych.

Szedł przez sa­lon z bar­dzo ła­ska­wym uśmie­chem, nie­któ­rym po­da­wał rę­kę, nie­któ­rych kle­pał po ra­mio­nach, ko­bie­tom ki­wał gło­wą i przy­mru­żo­ny­mi ocza­mi wo­dził po sa­lo­nie.

Mło­dy Kes­sler pod­su­nął mu fo­tel; opadł na nie­go cięż­ko i za­raz oto­czy­ła go ciż­ba lu­dzi.

— Pan pre­zes zmę­czo­ny? Mo­że kie­li­szek szam­pań­skie­go, wy­bor­nej mar­ki, co?

— Na­pi­ję się — wy­rzekł uro­czy­ście, prze­cie­ra­jąc ko­lo­ro­wą chust­ką oku­la­ry i gdy je za­ło­żył, za­czął do­pie­ro od­po­wia­dać na licz­ne za­py­ta­nia.

— Jak­że zdro­wie pa­na pre­ze­sa?

— Wró­cił pan pre­zes do daw­ne­go ape­ty­tu?

— Kie­dy pre­zes wy­jeż­dża do wód?

— Do­sko­na­le pan pre­zes wy­glą­da!

— Dla­cze­go miał­bym źle wy­glą­dać — od­po­wie­dział z uśmie­chem i z pew­nym lek­ce­wa­żą­cym znu­że­niem słu­chał da­lej chó­ru gło­sów, a go­nił ocza­mi za Ró­żą, któ­rą oto­czy­ło kil­ka mło­dych ko­biet ja­sno ubra­nych.

Zgiełk tro­chę za ha­ła­śli­wy za­czął się zry­wać z bu­du­arów są­sia­du­ją­cych z sa­lo­nem i z sa­li bu­fe­to­wej i z wiel­kiej gru­py pań i pa­nien sie­dzą­cych w środ­ku sa­lo­nu.

Pa­no­wa­ły dwa ję­zy­ki: fran­cu­skim mó­wi­ły pra­wie wszyst­kie Ży­dów­ki mło­de i sta­re z nie­licz­ną gar­ścią Po­lek; nie­miec­kim po­słu­gi­wa­li się Ży­dzi, Niem­cy i Po­la­cy.

Gdzie­nie­gdzie tyl­ko i po ci­chu brzmia­ła pol­ska mo­wa, któ­rą się ko­mu­ni­ko­wa­ła gru­pa in­ży­nie­rów, dok­to­rów i in­nych spe­cja­li­stów, dość wy­bit­nych na to, aby być za­pro­szo­ny­mi do En­del­ma­nów i dość nie­wiel­ką gra­ją­cych ro­lę wo­bec mi­lio­ne­rów, aby zaj­mo­wać na­czel­ne miej­sce w sa­lo­nie.

En­del­man po­wró­cił wkrót­ce, przed nim szedł lo­kaj i na srebr­nej ta­cy niósł kie­li­szek, srebr­ną wa­nien­kę i za­mro­żo­ną bu­tel­kę szam­pań­skie­go.

En­del­man pod­ci­nał dru­ty kap­sla i gdy ko­rek wy­sko­czył, sam na­le­wał per­lą­cy na­pój i po­da­wał.

Men­del­sohn pił wol­no i sma­ko­wał ze znaw­stwem.

— Nie­złe, dzię­ku­ję ci, En­del­man.

— My­ślę, je­de­na­ście ru­bli bu­tel­ka.

Kil­ka­na­ście krze­seł, ta­bu­re­tów i ni­skich fo­te­li­ków utwo­rzy­ło pół­ko­le, w środ­ku któ­re­go sie­dział Sza­ja, jak król wśród dwo­rzan i wa­sa­lów; sur­dut roz­piął, że po­ły opa­dły na zie­mię i od­sło­ni­ły je­dwab­ną atła­so­wą ka­mi­zel­kę, spod któ­rej zwie­sza­ły się dwa bia­łe sznur­ki, no­gę za­ło­żył na no­gę tak wy­so­ko, że szpic je­go bu­ta był na wy­so­ko­ści głów sie­dzą­cych, któ­re za każ­dym je­go sło­wem po­chy­la­ły się po­kor­nie, usta mil­kły w pół wy­ra­zu gdy on mó­wił, a wszy­scy śle­dzi­li każ­dy błysk je­go czar­nych wiel­kich źre­nic ob­wie­dzio­nych za­czer­wie­nio­ny­mi po­wie­ka­mi, każ­de po­ru­sze­nie chu­dej, żół­tej rę­ki o po­ob­gry­za­nych pa­znok­ciach i pał­ko­wa­tych pal­cach; gła­dził dłu­gą si­wą bro­dę i krót­ko ostrzy­żo­ne si­we wło­sy, przez któ­re ró­żo­wi­ła się skó­ra gło­wy.

Twarz miał ko­lo­ru sza­fra­nu, bar­dzo chu­dą i nie­sły­cha­nie ru­chli­wą, nos gar­ba­ty i tak wy­dłu­żo­ny z po­wo­du bra­ku przed­nich zę­bów, że wi­siał mu nad usta­mi.

Mó­wił wol­no, ak­cen­tu­jąc każ­dy wy­raz i marsz­cząc bia­łe czo­ło, za­pad­nię­te na skro­niach, bar­dzo wy­pu­kłe i bar­dzo po­marsz­czo­ne w gru­be za­sty­gnię­te fał­dy.

Je­go dwu­dzie­stu mi­lio­nom skła­da­ły hołd i czo­ło­bit­ność nędz­ne po­je­dyn­cze mi­lio­ny i nik­czem­ne set­ki ty­się­cy ru­bli; ota­cza­li go zgod­nym har­mo­nij­nym ko­łem Ży­dzi, Niem­cy i Po­la­cy; wo­bec je­go po­tę­gi cią­żą­cej na wszyst­kich i hip­no­ty­zu­ją­cej naj­trzeź­wiej­szych, zni­ka­ły ra­so­we an­ta­go­ni­zmy, kon­ku­ren­cyj­ne nie­na­wi­ści, oso­bi­ste nie­przy­jaź­nie — bo wo­bec te­go szczu­pa­ka wszy­scy czu­li się kieł­bia­mi i cze­ka­li z nie­po­ko­jem, ry­chło ze­chce ich po­łknąć, jak okre­ślał Da­wid Hal­pern sto­su­nek ma­łych fa­bry­kan­tów do Szai, ale Sza­ja był dzi­siaj w do­brym hu­mo­rze, nie chciał roz­ma­wiać o in­te­re­sach, a za­czął żar­to­wać z nie­któ­rych.

— Kip­man, ty masz brzuch jak­byś tam scho­wał sztu­kę per­ka­lu.

— Dla­cze­go ja miał­bym scho­wać sztu­kę per­ka­lu w brzuch, ja je­stem cho­ry, ja za­raz mu­szę je­chać do Karls­ba­du.

I tak so­bie roz­ma­wia­li da­lej mi­lio­ne­rzy łódz­cy, a sa­lon wrzał co­raz sil­niej­szym ży­ciem, bo co chwi­la ktoś przy­by­wał.

En­del­ma­no­wa ro­bi­ła ho­no­ry do­mu z wiel­ką wpra­wą i god­no­ścią, mąż jej po­ma­gał ener­gicz­nie, bo co chwi­la sły­chać by­ło je­go prze­ni­kli­we: co?

Szum je­dwab­nych su­kien, szept roz­mów i za­pa­chy per­fum i kwia­tów za­peł­nia­ły z wol­na ten ol­brzy­mi sa­lon, je­den z naj­wspa­nial­szych w Ło­dzi.

To­wa­rzy­stwo dzie­li­ło się wciąż na gru­py, któ­re nik­nę­ły pra­wie w ogro­mie sa­lo­nu, w ma­sie me­bli po­roz­sta­wia­nych i w kil­ku bocz­nych bu­du­arach.

Sa­lon był na­roż­ni­ko­wy z okna­mi na ogro­dy, po­za któ­ry­mi ni­by ki­je ster­cza­ły ko­mi­ny fa­bryk.

Żół­te je­dwab­ne sto­ry nie prze­pusz­cza­ły słoń­ca do wnę­trza, roz­sie­wa­ły zło­ta­wy pół­mrok, w któ­rym nie­wy­raź­ny­mi za­ry­sa­mi błysz­cza­ły ze ścian ra­my ob­ra­zów, brą­zo­we ozdo­by me­bli i lśnią­ca je­dwab­na ma­te­ria, ob­cią­ga­ją­ca ścia­ny, po­ha­fto­wa­na w bla­do­zie­lo­ne ga­łąz­ki i kwiat­ki, o bar­dzo de­li­kat­nym ry­sun­ku; bla­do­zie­lo­ne lam­pe­rie za­rzu­co­ne zło­ty­mi ha­fta­mi kwia­tów trzy­ma­ły ni­by w ra­mie ścia­ny i sta­no­wi­ły otocz­kę dla su­fi­tu, na któ­rym był roz­pię­ty ro­dzaj pla­fo­nu, prze­ślicz­ne ma­lo­wi­dło, przed­sta­wia­ją­ce sce­nę à la Wat­te­au: łą­ka, strzę­pia­ste drze­wa, stru­myk wi­ją­cy się srebr­ną wstę­gą przez mu­ra­wy peł­ne kwia­tów, wśród któ­rych pa­sły się ba­ran­ki z nie­bie­ski­mi wstą­żecz­ka­mi na bia­łych ru­nach kar­ków, a gro­ma­da pa­ste­rzy i pa­ste­rek w pe­ru­kach, w krót­kich ko­stiu­mach tań­czy­ła ka­dry­la przy dźwię­kach for­min­gi, na któ­rej wy­gry­wał ry­ży faun.

W na­roż­ni­ku sa­lo­nu wzno­si­ła swo­je brą­zo­we kształ­ty wdzięcz­na Dia­na z Fon­ta­ine­ble­au, wśród róż bia­łych i pur­pu­ro­wych, któ­re de­li­kat­ny­mi pę­da­mi pię­ły się na mar­mu­ro­wy po­stu­ment i pla­mi­ły bar­wa­mi po­pie­la­to zie­lo­na­wy ton brą­zu. Na tym tle sie­dział Men­del­sohn i gro­ma­da fa­bry­kan­tów.

Kil­ka gar­ni­tu­rów w naj­czyst­szym sty­lu Lu­dwi­ka XIV, bia­łych ze zło­tem, z po­kry­cia­mi ma­lo­wa­ny­mi lub ha­fto­wa­ny­mi w bla­do­zie­lo­ne bar­wy sta­ło pod ścia­na­mi, pod sze­re­giem ob­ra­zów prze­waż­nie bar­dzo cen­nych, bo En­del­ma­no­wie mie­li ca­łą ga­le­rię zbie­ra­ną nie ty­le ze znaw­stwem, ile z na­mięt­no­ścią; prócz tych me­bli sta­ło jesz­cze do­syć w in­nych sty­lach, by­ło peł­no sto­li­ków in­kru­sto­wa­nych, obi­ja­nych ma­te­ria­mi, chiń­skich fo­te­li­ków ze zło­co­ne­go bam­bu­su z wy­bi­cia­mi z ja­skra­wych je­dwa­biów, żar­di­nie­rek zło­co­nych, peł­nych kwia­tów; na mar­mu­ro­wym sty­lo­wym ko­min­ku pło­nął wiel­ki ogień i rzu­cał krwa­wo zło­ty blask na kil­ka mło­dych pa­nien, po­mię­dzy któ­ry­mi sie­dzia­ły Ró­ża i Me­la.

En­del­ma­no­wa wspa­nia­ła w swej to­a­le­cie z ciem­no­wi­śnio­we­go ak­sa­mi­tu, ubra­nej po­dług pa­nu­ją­cej mo­dy imi­ta­cja­mi dro­gich ka­mie­ni przy gor­sie bar­dzo wy­dat­nym, zbli­ży­ła się do Ró­ży.

— Je­śli się nie ba­wi­cie, to wam przy­ślę Ber­nar­da.

— Mo­że ma pa­ni ko­go za­baw­niej­sze­go.

— Znu­dził już pa­nią?

— Na co dzień do­bry, ale przy dzi­siej­szej uro­czy­sto­ści wo­la­ła­bym ja­ką zmia­nę.

— Przy­pro­wa­dzę wam Kes­sle­ra al­bo Bo­ro­wiec­kie­go.

— Jest i pan Bo­ro­wiec­ki? — za­gad­nę­ła cie­ka­wie, bo wi­dzia­ła przed chwi­lą Li­kier­to­wą.

— Ca­ła Łódź jest u nas! — po­wie­dzia­ła z za­do­wo­le­niem i na jej od­wi­nię­tych ustach po­dob­nych do wy­dep­ta­nych moc­no stop­ni, wy­kwitł uśmiech, z któ­rym ode­szła wspa­nia­łym, ma­je­sta­tycz­nym kro­kiem, w au­re­oli ufry­zo­wa­nych szpa­ko­wa­tych wło­sów, spię­tych bry­lan­to­wy­mi szpil­ka­mi; du­ża roz­la­na twarz o cien­kim zgrab­nym no­sie i ma­łych czar­nych oczkach moc­no pod­kre­ślo­nych, ja­śnia­ła du­mą.

Roz­ma­wia­ła ze wszyst­ki­mi, by­ła wszę­dzie, ale co pe­wien czas spo­glą­da­ła na wiel­kie szta­lu­gi po­kry­te za­sło­ną i oto­czo­ne wień­cem lau­ro­wym, któ­re sta­ły pod jed­nym z okien i na wszyst­kie za­py­ta­nia, co się tam kry­je, od­po­wia­da­ła ta­jem­ni­czo.

— Nie­spo­dzian­ka! cud! Pa­nie En­del­man — wo­ła­ła pod­nie­sio­nym gło­sem na mę­ża, któ­ry spiesz­nie przy­bie­gał na to we­zwa­nie i z rę­ką przy uchu słu­chał roz­ka­zów żo­ny i śpie­szył je na­tych­miast wy­ko­ny­wać.

W bu­fe­cie urzą­dzo­nym w jed­nym z bocz­nych po­ko­jów, by­ło kil­ku­na­stu wy­fra­czo­nych męż­czyzn, po­mię­dzy któ­ry­mi stał Bo­ro­wiec­ki z Tra­wiń­skim i ze sta­rym Mül­le­rem, któ­ry wię­cej czer­wo­ny niż zwy­kle, ga­dał gło­śno i po­gar­dli­wie pluł na po­sadz­kę, wy­my­ślał na Ży­dów, bo go po­draż­nił prze­pych miesz­ka­nia En­del­ma­nów i ich wiel­ko­pań­skie ma­nie­ry. Bo­ro­wiec­ki krę­cił wą­sy i uśmie­chał się tę­po, a Tra­wiń­ski pa­trzył na żo­nę, któ­ra pierw­szy raz dzi­siaj wy­stę­po­wa­ła w Ło­dzi na tak wiel­kim ze­bra­niu, sie­dzia­ła wpo­śród gro­ma­dy ko­biet i ga­si­ła wszyst­kie swo­ją ary­sto­kra­tycz­ną uro­dą i wy­kwint­ną pro­sto­tą stro­ju.

Mu­sia­ła się nu­dzić wśród te­go ba­nal­ne­go szcze­bio­tu ko­biet, bo od­po­wia­da­ła krót­ko i wo­dzi­ła ocza­mi po ob­ra­zach i dzie­łach sztu­ki roz­rzu­co­nych po sa­lo­nie; wał je­dwa­biów, ko­ro­nek, ak­sa­mi­tów, ob­rzu­co­ny ma­są dro­gich ka­mie­ni, błysz­czą­cy wszyst­ki­mi ko­lo­ra­mi tę­czy, po­nad któ­ry­mi wzno­si­ły się jak­by na­sa­dzo­ne głów­ki ko­biet, two­rzył dla niej wspa­nia­łą ra­mę, z któ­rej jej bia­ła suk­nia za­pię­ta pod szy­ję i ści­śnię­ta w sta­nie zło­tym pa­skiem, moc­no wy­stę­po­wa­ła.

— Kto to ta ślicz­na ko­bie­ta? — za­py­tał Gros­glick.

— Mo­ja żo­na, pa­nie.

— A, to pa­nu win­szu­ję, to anioł, to czte­ry ra­zy anioł nie ko­bie­ta! — wy­krzyk­nął ban­kier i zmu­sił Tra­wiń­skie­go, że mu­siał iść go przed­sta­wić.

— Pa­nie Bo­ro­wiec­ki, pan wie­lu pań nie zna? — py­tał Ber­nard.

— A do­syć, mo­że pan mnie przed­sta­wi?

— To mo­ja dzi­siej­sza funk­cja.

Wziął Bo­ro­wiec­kie­go pod ra­mię i we­szli do sa­lo­nu, gdzie już ja­kiś dłu­go­wło­sy mistrz pró­bo­wał for­te­pia­nu, przed chwi­lą wto­czo­ne­go z jed­ne­go z bu­du­arów.

— Bę­dzie i mu­zy­ka?

— Spy­taj się pan cze­go nie bę­dzie, na to ła­twiej od­po­wiem. Pan po raz pierw­szy na przy­ję­ciu bra­to­wej?

— Tak, ja­koś ni­g­dy przed­tem nie mo­głem się wy­brać.

— A, to pa­na ża­łu­ję.

— Dla­cze­go, że wcze­śniej nie by­łem?

— Tak, bo miał­byś pan te nu­dy już za so­bą — drwił lek­ko Ber­nard.

— O, prze­ciw­nie...

— Uwa­ga, za­czy­na­my! Mi­lion okrą­gły! — szep­nął, przed­sta­wia­jąc go Mül­le­rów­nie.

— O, my się zna­my do­brze! — za­wo­ła­ła Ma­da z ra­do­ścią, wy­cią­ga­jąc rę­kę.

— Po­wiedz­cie so­bie pań­stwo co przy­jem­ne­go, a ja wró­cę za chwi­lę do pa­na.

— Ja już usły­sza­łem przed chwi­lą — szep­nął Bo­ro­wiec­ki, sta­jąc przed nią.

— To się li­czy — za­wo­ła­ła na­iw­nie.

— I li­czy, i do­brze pa­mię­ta.

— Ach, ja­ki pan do­bry! — wy­krzyk­nę­ła i szyb­ko urwa­ła, przy­sła­nia­jąc twarz wa­chla­rzem.

Ob­rzu­cił ją spoj­rze­niem, pod któ­rym roz­czer­wie­ni­ła się ca­ła. Wy­glą­da­ła dzi­siaj bar­dzo ład­nie w ró­żo­wej je­dwab­nej suk­ni, upię­tej bia­ły­mi kon­wa­lia­mi; żół­te jak mar­chew wło­sy, spię­te w grec­ki wę­zeł, od­sła­nia­ły bia­ły kark, po­kry­ty ni­by pusz­kiem zło­ta­wym cęt­ka­mi pie­gów, któ­re, gdy się ru­mie­ni­ła, za­bie­ga­ły krwią; zło­te ob­rącz­ki rzęs ota­cza­ją­ce jej błę­kit­ne por­ce­la­no­we oczy opa­dły na źre­ni­ce i nie śmia­ły się pod­nieść na nie­go.

— Ba­wi się pa­ni do­brze? — za­py­tał po­waż­nie, aby ją wy­pro­wa­dzić z za­kło­po­ta­nia.

— Nie... tak... pro­szę, niech pan usią­dzie przy mnie.

— Ma­ma jest tu­taj?

— A, nie; ma­ma nie lu­bi ta­kich ze­brań, bo, wi­dzi pan, ma­ma się mu­si krę­po­wać, a głów­nie to ma­ma nie chce z Ży­dów­ka­mi ra­zem by­wać — skoń­czy­ła ci­cho, uśmie­cha­jąc się za wa­chla­rzem ze stru­sich piór.

— A pa­ni?

— Mnie wszyst­ko jed­no, tyl­ko że się ogrom­nie nu­dzi­łam z po­cząt­ku.

— A te­raz?

— A te­raz już nie. Jak tyl­ko pa­na zo­ba­czy­łam po­czu­łam się swo­bod­niej­szą.

— Dzię­ku­ję pa­ni.

Uśmiech­nął się.

— Czy po­wie­dzia­łam co nie­wła­ści­we­go? To już nic nie bę­dę mó­wić, ani ust nie otwo­rzę.

— Prze­ciw­ko te­mu pro­te­stu­ję bar­dzo go­rą­co i ener­gicz­nie.

— A nie, nie bę­dę mó­wić, bo co po­wiem, to al­bo głup­stwo, al­bo śmiesz­ność.

— Ani jed­no, ani dru­gie, słu­cham pa­nią nie tyl­ko uważ­nie, ale i z przy­jem­no­ścią praw­dzi­wą.

— Chodź­my do­koń­czyć pańsz­czy­znę! — za­wo­łał Ber­nard, po­wra­ca­jąc.

Bo­ro­wiec­ki skło­nił się i ode­szli, prze­pro­wa­dza­ni wzro­kiem Ma­dy, któ­ra nie śmia­ła go pro­sić, aby po­wró­cił do niej.

— Dwie­ście ty­się­cy w wy­sor­to­wa­nych113 to­wa­rach, al­bo w nie­pew­nych we­kslach — szep­tał zno­wu Ber­nard, przed­sta­wia­jąc go brzyd­kiej, czar­nej pra­wie od pie­gów pan­nie, któ­rej gło­wa, twarz i chu­dy biust za­sy­pa­ne by­ły pu­drem i bry­lan­ta­mi.

— Czy ma zę­by wła­sne — nie rę­czę, ale za bry­lan­ty od­po­wia­dam.

— Pan je­steś nie­po­rów­na­nym ci­ce­ro­nem114.

— Zna­na rzecz w Ło­dzi. Za­raz pa­na do ru­in do­pro­wa­dzę. Pięć­dzie­siąt ty­się­cy ba­res geld115 na stół — ale pa­pa mo­że się jesz­cze raz spa­lić, to po­sag się skwa­dra­tu­je116!

Nie­mło­da, bla­da pan­na, o ane­micz­nym spoj­rze­niu, zie­lo­na­wej twa­rzy i suk­ni, uśmiech­nę­ła się ja­kimś bo­le­sna­wym uśmie­chem, od­sła­nia­jąc dłu­gie, rzad­kie zę­by i si­ne dzią­sła.

Bo­ro­wiec­ki się skło­nił i spiesz­nie od­szedł, bo nie­mi­łe, wprost przy­kre wra­że­nie zro­bi­ła na nim ta zga­szo­na twarz, po­dob­na do za­trzy­ma­ne­go ze­ga­ru117 ze sta­rej, za­ku­rzo­nej i otłu­czo­nej por­ce­la­ny sa­skiej.

— Sto ty­się­cy, ka­pry­sów za dwie­ście, a ro­zu­mu za trzy gro­sze — szep­tał, przed­sta­wia­jąc go Fe­li, przy­ja­ciół­ce Ró­ży, któ­ra ca­ła by­ła w ru­chu, bo wło­sy się jej trzę­sły, oczy bie­ga­ły, po­ru­sza­ła no­ga­mi, ra­mio­na­mi, usta­mi, brwia­mi i wy­bu­cha­ła co chwi­la we­so­łym dzie­cin­nym śmie­chem i by­ła ta­ka wdzięcz­na, uśmiech­nię­ta, roz­ba­wio­na, tak prze­ślicz­nie skła­da­ła rącz­ki, ta­kim na­iw­nym gło­si­kiem szcze­bio­ta­ła, tak się słod­ko wdzię­czy­ła, że Bo­ro­wiec­ki szep­nął:

— Ślicz­ne dziec­ko!

— Tak, tyl­ko w tym ślicz­nym dziew­cząt­ku sie­dzi przy­szła Mes­sa­li­na!

Bo­ro­wiec­ki nie mógł pro­te­sto­wać, bo się zbli­ża­li do Ró­ży.

— Ró­ża Men­del­sohn! Na­zwi­sko sa­mo mó­wi: ile! ta dru­ga, po­pie­la­ta, to Me­la Grün­span, po­sa­gu nie wy­mie­nię w cy­frach, ale mo­gę pa­na ob­ja­śnić, że to naj­lep­sza i naj­ro­zum­niej­sza pan­na w Ło­dzi — szep­nął i przed­sta­wił go przy­ja­ciół­kom, któ­re cie­ka­wie mu się przy­glą­da­ły.

— Za chu­dy! — szep­nę­ła Ró­ża z ta­ką mi­ną, że Me­la nie mo­gła się po­wstrzy­mać od śmie­chu.

A Ber­nard przed­sta­wił go jesz­cze kil­ku­na­stu ko­bie­tom sta­rym i mło­dym i wszę­dzie go od­po­wied­nio in­for­mo­wał, a skoń­czyw­szy pra­cę pu­ścił wol­no na środ­ku sa­lo­nu.

Bo­ro­wiec­ki sta­nął przy ścia­nie i cie­ka­wie się przy­glą­dał ze­bra­nym. Na wprost nie­go by­ły drzwi osło­nię­te zie­lo­no-zło­ty­mi por­tie­ra­mi, pro­wa­dzą­ce do bu­du­aru, w któ­rym sie­dzia­ła sa­mot­nie Li­kier­to­wa i pa­trzy­ła na nie­go, nie za­uwa­żył na ra­zie te­go wzro­ku, bo go zaj­mo­wa­ły ko­lo­ro­we gru­py ko­biet, wśród me­bli, kwia­tów i zie­lo­no­ści, skrzą­ce się dro­gi­mi ka­mie­nia­mi jak wy­sta­wy skle­po­we złot­ni­ków i gru­py czar­nych fra­ków po­roz­rzu­ca­ne na tle ścian i na tle te­go prze­py­chu barw stro­jów ko­bie­cych, jak czar­ne brzyd­kie kra­by na tle go­be­li­nu. Kil­ka star­szych pań, ugi­na­ją­cych się pra­wie pod ma­są ko­ro­nek, zło­ta i bry­lan­tów, sie­dzia­ło obok nie­go i roz­ma­wia­ło tak gło­śno, że się od­su­nął nie­co.

— Praw­da, że to wspa­nia­łe, moż­na­by z te­go ob­raz na­ma­lo­wać — za­gad­nę­ła prze­cho­dzą­ca En­del­ma­no­wa, po­cią­ga­jąc go za so­bą.

— Nie­po­rów­na­ne!

— Za­bie­ram pa­na, bo ktoś chce pa­na po­znać, tyl­ko uprze­dzam, że ten ktoś bar­dzo pięk­ny i bar­dzo nie­bez­piecz­ny.

— Tym go­rzej dla mnie — szep­nął tak skrom­nie, że En­del­ma­no­wa ro­ze­śmia­ła się i ude­rza­jąc go wa­chla­rzem po rę­ku, szep­nę­ła słod­ko:

— Z pa­na jest czło­wiek nie­bez­piecz­ny.

— Dla sa­me­go sie­bie naj­bar­dziej — od­po­wie­dział zu­peł­nie se­rio i wszedł za nią do ma­leń­kie­go, po chiń­sku urzą­dzo­ne­go bu­du­aru.

Przed­sta­wi­ła go słyn­nej pięk­no­ści łódz­kiej, sie­dzą­cej nie­dba­le na żół­tej chiń­skiej so­fie, z fi­li­żan­ką her­ba­ty w rę­ku.

— Mu­si mi pan wy­ba­czyć śmia­łość cho­ciaż­by dla od­wa­gi przy­zna­nia się, że daw­no pra­gnę­łam po­znać pa­na.

— Do­praw­dy, ale nie go­dzien je­stem te­go za­szczy­tu — mó­wił znu­żo­ny i znu­dzo­ny, oglą­da­jąc się na sa­lon, czy nie nad­cho­dzi ja­ki wy­baw­ca.

— Mam jed­nak do pa­na pe­wien żal!

— Czy nie do za­po­mnie­nia? — za­py­tał z uśmie­chem, śle­dząc jej ży­we ru­chy.

— Z pew­no­ścią za­po­mnę, je­śli pan oka­że skru­chę od­po­wied­nią.

— Cho­ciaż nie wiem za co, ża­łu­ję jed­nak szcze­rze.

— Żal mój po­cho­dzi stąd, że mi pan mę­ża ocza­ro­wał.

— Czy na­rze­kał, że ba­wił się wte­dy źle z na­mi.

— Prze­ciw­nie, do­wo­dził bo­wiem, że pierw­szy raz w ży­ciu ba­wił się tak do­brze.

— Więc za­miast ża­lu po­win­na pa­ni za­pła­cić mi wdzięcz­no­ścią i to po­dwój­ną.

— Dla­cze­go po­dwój­ną?

— Że się ba­wił do­brze i swo­ją obec­no­ścią nie po­psuł pa­ni prze­jażdż­ki do Pa­bia­nic — do­dał z na­ci­skiem i by­stro pa­trzył jej w oczy i brwi na­pię­te nie­po­ko­jem.

Ro­ze­śmia­ła się su­cho i za­czę­ła po­pra­wiać wspa­nia­ły na­szyj­nik z pe­reł, osa­dzo­nych w bry­lan­ty, któ­ry ota­czał jej mar­mu­ro­wą, prze­ślicz­nie ufor­mo­wa­ną szy­ję. W tym ru­chu rę­ka­wicz­ki, do­cho­dząc aż do ra­mion, zsu­nę­ły się nie­co i od­sło­ni­ły kla­sycz­nie pięk­ne rę­ce; od­dy­cha­ła tak szyb­ko, że do po­ło­wy tyl­ko przy­sło­nię­te pier­si wzno­si­ły się i opa­da­ły.

By­ła istot­nie bar­dzo pięk­ną, ale tą su­chą, kla­sycz­ną, zim­ną pięk­no­ścią; sza­ro-sta­lo­we bez po­ły­sku oczy pa­trzy­ły jak za­mar­z­nię­ta szy­ba pod przy­czer­nio­ny­mi moc­no brwia­mi, pa­trzy­ła dłu­go na Ka­ro­la i w koń­cu szep­nę­ła:

— Dla­cze­go Lu­cy nie przy­szła?

I lek­ka iro­nia za­mi­go­ta­ła w jej oczach.

— Nie wiem, bo nie wiem ko­go pa­ni ma na my­śli — rzekł spo­koj­nie na po­zór.

— Pa­ni Zu­kie­ro­wa.

— Nie wie­dzia­łem, że pa­ni Zu­kier ma ta­kie imię.

— Daw­no się pan z nią wi­dział?

— Mu­szę ro­zu­mieć py­ta­nie, abym mógł na nie od­po­wie­dzieć.

— Ach, pan nie ro­zu­mie! — po­wie­dzia­ła prze­cią­gle z uśmie­chem i bły­snę­ła rzę­dem wspa­nia­łych zę­bów spo­za ma­łych bar­dzo i wy­cię­tych w łuk amo­ra ust.

— Pa­ni mnie in­da­gu­je118? — za­py­tał dość po­ryw­czo, bo go iry­to­wa­ło jej spoj­rze­nie i ta chęt­ka udrę­cza­nia, ja­ka się prze­wi­ja­ła w jej twa­rzy. Ścią­gnę­ła brwi lek­ko i pa­trzy­ła się w nie­go spoj­rze­niem Ju­no­ny, do któ­rej by­ła bar­dzo po­dob­ną.

— Nie, pa­nie, ja py­tam tyl­ko o Lu­cy, o na­szą ser­decz­ną przy­ja­ciół­kę, bo i ja ją ko­cham nie mniej, mo­że tyl­ko tro­chę ina­czej — do­da­ła ła­god­nie.

— Mu­szę pa­ni wie­rzyć, że pa­ni Z. jest god­ną ko­cha­nia.

— I jest god­ną nie­za­pie­ra­nia się tej mi­ło­ści, pa­nie Bo­ro­wiec­ki. Ży­je­my ze so­bą jak dwie sio­stry i nie ukry­wa­my przed so­bą nic — po­wie­dzia­ła z na­ci­skiem.

— Więc? — za­py­tał stłu­mio­nym przez gniew gło­sem, bo za­la­ła go złość, że Lu­cy wy­pa­pla­ła przed tą kla­sycz­ną lal­ką ich ta­jem­ni­ce.

— Więc trze­ba mi ufać i sta­rać się za­słu­żyć na mo­ją przy­jaźń, któ­ra nie­raz mo­że być bar­dzo po­moc­na.

— Do­brze. Za­czy­nam od tej chwi­li.

Prze­siadł się na so­fę i po­ca­ło­wał ją w ob­na­żo­ne ra­mię, bo by­ła wy­gor­so­wa­ną pod pa­chy i tyl­ko pa­ski na­szy­wa­ne dro­gi­mi ka­mie­nia­mi trzy­ma­ły suk­nię na ra­mio­nach.

— Tą dro­gą nie idzie się do wier­nej, sio­strza­nej przy­jaź­ni! — szep­nę­ła, od­su­wa­jąc się nie­co, z uśmie­chem.

— Ale przy­jaźń nie po­win­na mieć tak cu­dow­nych ra­mion, ani być tak pięk­ną.

— Ani nie po­win­na zdra­dzać ta­kich gwał­tow­nych, lu­do­żer­czych in­stynk­tów — po­wie­dzia­ła, wsta­jąc i roz­pro­sto­wu­jąc swo­je roz­wi­nię­te do­sko­na­le kształ­ty, po­pra­wi­ła tro­skli­wie kunsz­tow­nie ufry­zo­wa­ne w wał­ki na skro­niach blond wło­sy i rze­kła, wi­dząc, że i on pod­niósł się:

— Pan zo­sta­nie na chwi­lę, by­li­śmy ze so­bą aku­rat tak dłu­go, że mo­gą pa­na po­są­dzić o mi­łość do mnie.

— Czyż­by się pa­ni gnie­wa­ła na ta­ką mi­łość?

— A Lu­cy, pa­nie Ka­ro­lu! Do­brzem po­wie­dzia­ła, że pan jest lu­do­żer­cą.

— A ra­czej pięk­no­żer­cą.

— Przyj­mu­ję w czwart­ki, pro­szę przyjść tro­chę wcze­śniej!...

— Zo­ba­czy­my się jesz­cze dzi­siaj?

— Nie, bo ja za­raz wy­cho­dzę, opu­ści­łam cho­re dziec­ko dla pa­na...

— Szko­da, że nie mo­gę wy­ra­zić swo­jej wdzięcz­no­ści tak, jak chciał­bym! — za­wo­łał z uśmie­chem, ogar­nia­jąc spoj­rze­niem jej gors wspa­nia­ły i szy­ję.

Za­kry­ła się wa­chla­rzem, ski­nę­ła mu gło­wą i po­szła, po­kry­wa­jąc uśmie­chem pew­ne za­kło­po­ta­nie.

— Pa­nie Bo­ro­wiec­ki, pa­ni Tra­wiń­ska o pa­na się do­po­mi­na! — za­wo­łał Ber­nard. — Gdzież pięk­na dy­rek­to­ro­wa?

— Po­szła siać ocza­mi śmierć i znisz­cze­nie — od­rzekł.

— Nud­na ba­ba!

— Czy pan by­wa na jej czwart­kach?

— Cóż bym tam ro­bił! By­wa­ją tyl­ko jej wiel­bi­cie­le i ko­chan­ko­wie: prze­szli, obec­ni i przy­szli... Cze­ka­my na pa­na!

Bo­ro­wiec­ki czuł się tak znu­dzo­nym, że za­miast iść do Tra­wiń­skiej, chciał bo­kiem nie­znacz­nie, prze­su­nąć się do drzwi głów­nych i wyjść, ale, prze­cho­dząc obok por­tier są­sied­nie­go bu­du­aru spo­tkał się oko w oko z Li­kier­to­wą, swo­ją daw­ną mi­ło­ścią.

Cof­nę­ła się z po­wro­tem, a on, cią­gnię­ty nie­prze­par­cie jej spoj­rze­niem, po­szedł w ślad za nią.

Nie mó­wi­li ze so­bą już od ro­ku, ro­ze­szli się na­gle, bez jed­ne­go sło­wa wy­ja­śnień; spo­ty­ka­li się cza­sa­mi na uli­cy, w te­atrze, wi­ta­li się z da­le­ka, jak ob­cy so­bie zu­peł­nie, a jed­nak czę­sto sta­wa­ła przed nim jej twarz dum­na i smut­na, jak wy­rzut ci­chy i bo­le­sny.

Kil­ka­krot­nie chciał mó­wić z nią, ale za­wsze bra­kło mu od­wa­gi, bo go tra­pi­ło, że nie miał jej co po­wie­dzieć, nie ko­chał jej. A te­raz to nie­spo­dzie­wa­ne spo­tka­nie oszo­ło­mi­ło i prze­nik­nę­ło bo­le­sną mę­ką.

— Daw­no pa­na nie wi­dzia­łam — po­wie­dzia­ła spo­koj­nie.

— Em­ma! Em­ma! — wy­szep­tał bez­wied­nie, wpa­tru­jąc się w jej bla­dą twarz.

— Pro­szę pań­stwa, w tej chwi­li roz­po­czy­na się kon­cert! — za­wo­ła­ła En­del­ma­no­wa, ob­rzu­ca­jąc ich spoj­rze­niem.

Ja­koż za­raz roz­legł się akom­pa­nia­ment for­te­pia­nu i czy­sty, dźwięcz­ny so­pran za­lał me­lo­dią pio­sen­ki sa­lon.

Wrza­wa umil­kła i wszyst­kich oczy uto­nę­ły w śpie­wacz­ce.

Ale oni nic nie sły­sze­li prócz nie­spo­koj­ne­go, trwoż­li­we­go bi­cia serc wła­snych. Em­ma usia­dła na ni­skim, wspar­tym na smo­kach fo­te­li­ku, osło­nię­tym od ko­min­ka ekra­nem, przez któ­ry zło­ty brzask ognia prze­cie­kał i za­bar­wiał ró­żem jej bla­dą, o li­lio­wym to­nie twarz, bar­dzo smut­ną twarz sta­rze­ją­cej się pięk­no­ści.

Bo­ro­wiec­ki sta­nął z bo­ku i pa­trzył się spod spusz­czo­nych nie­co po­wiek na jej twarz jesz­cze bar­dzo pięk­ną, ale już po­zna­czo­ną pa­zu­ra­mi cza­su; na skro­niach za­pad­nię­tych roz­wi­ja­ła się ca­ła sieć drob­nych zmarsz­czek zbie­ga­ła pod ocza­mi, pod kró­lew­ski­mi ocza­mi, któ­rych czar­ne źre­ni­ce, oto­czo­ne błę­kit­na­wy­mi biał­ka­mi, jak u dziec­ka, świe­ci­ły ostrym bla­skiem spod cięż­kich, dłu­gich po­wiek, po­ry­so­wa­nych siat­ką si­nych i cien­kich jak wło­sy ży­łek.

Oczy by­ły pod­kre­ślo­ne rów­nież si­ny­mi pla­ma­mi, któ­re prze­bi­ja­ły się spod de­li­kat­nej war­stwy bie­li­dła.

Czo­ło wy­so­kie i bar­dzo pięk­ne by­ło od­sło­nię­te, bo mia­ła czar­ne wło­sy, prze­świe­ca­ją­ce srebr­ny­mi nit­ka­mi, za­cze­sa­ne na uszy, w któ­rych wi­sia­ły ogrom­ne dwa bry­lan­ty.

Moc­no pur­pu­ro­we usta, bar­dzo wy­dat­ne, mia­ły wy­raz cier­pie­nia, opusz­cza­ły się ką­ta­mi ku sil­nie za­ry­so­wa­nym szczę­kom. A w ca­łej twa­rzy i gło­wie lek­ko po­chy­lo­nej czuć by­ło znę­ka­nie, ja­kie by­wa po dłu­giej i bo­le­snej cho­ro­bie, bo na­wet te je­dy­nie mło­de usta wy­glą­da­ły jak więd­ną­cy kwiat gra­na­tu — i mia­ła w swej twa­rzy ja­kąś cierp­ką, me­lan­cho­lij­ną sło­dycz ko­biet wy­czer­pa­nych mi­ło­ścią.

Jej de­li­kat­ne ry­sy, od­bi­ja­ją­ce na­tych­miast każ­de uczu­cie, ja­kie prze­wi­ja­ło się przez ser­ce i mózg, ścią­ga­ły się ner­wo­wo i drga­ły sa­my­mi od­ru­cha­mi wra­żeń.

By­ła ubra­na w ciem­no­fio­le­to­wą suk­nię, przy­bra­ną przy od­sło­nię­tym biu­ście moc­no żół­ty­mi ko­ron­ka­mi, na­szy­wa­ny­mi ru­bi­na­mi i ame­ty­sta­mi; fi­gu­rę mia­ła tak zgrab­ną i wy­smu­kłą, że moż­na ją by­ło wziąć za mło­dą dziew­czy­nę, gdy­by nie pew­na sztyw­ność ple­ców i opad­nię­cie ra­mion.

Sie­dzia­ła, wa­chlu­jąc się lek­ko, nie pa­trzy­ła na nie­go, nie pa­trzy­ła na ni­ko­go, cho­ciaż jej pro­mien­ne spoj­rze­nia obej­mo­wa­ły ca­ły sa­lon, bo czu­ła je­go oczy na swej twa­rzy i to spoj­rze­nie, któ­re pa­li­ło, prze­ni­ka­ło jej roz­go­ry­czo­ne i smut­ne ser­ce za­rze­wiem dziw­nie pa­lą­ce­go bó­lu.

Stał przy niej tak bli­sko, że sły­sza­ła je­go od­dech i skrzyp gor­su, gdy się po­chy­lał, wi­dzia­ła je­go rę­kę, któ­rą się pod­pie­rał o żar­di­nier­kę, mo­gła pod­nieść oczy i na­sy­cić się tym tak bar­dzo ko­cha­nym, tak bar­dzo wy­cze­ki­wa­nym, ale nie zro­bi­ła te­go, sie­dzia­ła nie­po­ru­sze­nie.

Wie­dział, że ona jest z tych ko­biet, któ­re raz tyl­ko ko­cha­ją, że to jed­na z tych ma­rzy­ciel­skich blusz­czo­wych dusz, spra­gnio­nych ide­al­ne­go ży­cia, głu­chych i śle­pych na zwy­kłą co­dzien­ność, a peł­nych na­mięt­nych żądz ko­cha­nia i od­da­wa­nia się na wiecz­ność ca­łą uko­cha­ne­mu, a rów­no­cze­śnie peł­nych du­my i po­czu­cia wła­snej god­no­ści.

To go wła­śnie iry­to­wa­ło naj­wię­cej, bo wo­lał sto­su­nek z ko­bie­ta­mi po­spo­li­ty­mi, któ­rym pod wy­kwint­ną ze­wnętrz­no­ścią bi­ją zwy­kłe ser­ca sa­mic lub sprzę­tów go­spo­dar­skich. Ta­kie nie ro­bią tra­ge­dii z mi­łost­ki prze­lot­nej, koń­czą ją na łzach, na bez­sen­no­ści, na dru­gim wresz­cie ko­chan­ku, al­bo po­wra­ca­ją do prze­rwa­nych chwi­lo­wo funk­cji go­spo­dar­skich i zo­sta­ją zno­wu tym, czym by­ły przed­tem, tj. ni­czym.

— Co ja jej po­wiem? — my­ślał zno­wu.

— Bar­dzo ład­nie śpie­wa, praw­da?

Prze­rwa­ła mil­cze­nie, nie pa­trząc na nie­go.

— Tak, tak! — od­po­wie­dział pręd­ko, go­niąc wzro­kiem śpie­wacz­kę, któ­rą po skoń­cze­niu piosn­ki, oto­czył tłum męż­czyzn i od­pro­wa­dzał do bu­fe­tu.

For­te­pian za­milkł i gwar z więk­szą si­łą niż przed­tem wio­nął po sa­lo­nie.

Lo­ka­je roz­no­si­li lo­dy, kon­fi­tu­ry, ciast­ka, cu­kier­ki i szam­pań­skie, któ­re co chwi­la hu­ka­ło kor­ka­mi.

— Czy pan już pu­ścił w ruch swo­ją fa­bry­kę?

— Nie jesz­cze, do­pie­ro ko­ło je­sie­ni to zro­bię — od­po­wie­dział zdu­mio­ny, bo był przy­go­to­wa­ny na in­ne zu­peł­nie za­py­ta­nie.

Spoj­rze­li so­bie w oczy, zaj­rze­li aż do głę­bi dusz.

Em­ma opu­ści­ła pierw­sza, bo źre­ni­ce jej za­szkli­ły się łza­mi i rze­kła ci­cho:

— Z ca­łej du­szy ży­czę pa­nu szczę­ścia we... wszyst­kim... a chy­ba... pan... wie­rzy... że mu szcze­rze... ży­czę...

— Jak ni­ko­mu.

— I za­wsze jed­na­ko­wo... bez zmia­ny...

Głę­bo­ki żal za­drgał w jej gło­sie.

— Dzię­ku­ję...

Po­chy­lił gło­wę.

— Że­gnam pa­na — po­wie­dzia­ła, po­wsta­jąc, ale ta­kim to­nem, że za­drgał i pod wpły­wem ja­kiejś na­głej oba­wy czy stra­chu za­czął szep­tać go­rącz­ko­wo:

— Em­ma, nie od­chodź tak! Mu­szę się z to­bą wi­dzieć, je­śli nie za­po­mnia­łaś o mnie zu­peł­nie, je­śli mnie nie masz za ostat­nie­go nędz­ni­ka, to po­zwól mi przyjść do sie­bie, mu­szę z to­bą mó­wić, chcę ci po­wie­dzieć... od­po­wiedz mi cho­ciaż słów­ko, bła­gam cię.

— Pa­trzą na nas! Że­gnam pa­na. Nie mam pa­nu nic do po­wie­dze­nia, prze­szłość tak za­mar­ła w mo­im ser­cu, że jej już nie pa­mię­tam, a je­śli chwi­la­mi wspo­mi­nam, to ze wsty­dem.

Po­wle­kła przy­ćmio­nym łza­mi spoj­rze­niem po je­go po­bla­dłej twa­rzy i ode­szła.

Te ostat­nie sło­wa by­ły nie­praw­dą, ale wło­ży­ła w nie ca­łą swo­ją ze­mstę, któ­rej te­raz idąc wol­no przez sa­lon tak bar­dzo ża­ło­wa­ła, że mia­ła nie­prze­par­tą chęć po­wro­tu do nie­go i rzu­ce­nia mu się do nóg, bła­ga­nia o prze­ba­cze­nie — ale nie po­wró­ci­ła, szła wol­no, uśmie­cha­jąc się do zna­jo­mych i za­mie­nia­jąc sło­wa i spoj­rze­nia z ni­mi, a nie wi­dząc pra­wie ni­ko­go.

Przy­je­cha­ła do En­del­ma­nów umyśl­nie dla Ka­ro­la, zde­cy­do­wa­ła się na ten krok po dłu­gich mie­sią­cach cier­pień, po strasz­nych sza­mo­ta­niach z tę­sk­no­tą i z mi­ło­ścią, któ­re ją ca­łą prze­pa­la­ły.

Chcia­ła go wi­dzieć i mó­wić z nim, bo na dnie jej dum­ne­go ser­ca, pod ru­mo­wi­ska­mi cier­pień i za­wo­dów, tlił się ostat­ni pło­myk na­dziei, że on ją ko­cha jesz­cze, że tyl­ko ja­kieś nie­wy­tłu­ma­czo­ne przy­czy­ny roz­dzie­li­ły ich chwi­lo­wo, po któ­rych wy­ja­śnie­niu i usu­nię­ciu...

A te­raz wra­ca­ła jak grób, w któ­rym ostat­nie śla­dy ży­cia zgni­ły i roz­pa­dły się w strzę­py po­kry­te wiel­ką, mar­twą ci­cho­ścią no­cy wiecz­nej.

Bo­ro­wiec­ki po­szedł po­mię­dzy lu­dzi do bu­fe­tu, aby się orzeź­wić, bo po­łknął jej sło­wa ostat­nie, jak wilk po­ły­ka­jąc za­mro­żo­ną w tłusz­czu sprę­ży­nę, któ­ra te­raz roz­prę­ża­ła się z wol­na i dar­ła mu wnętrz­no­ści ostrym, prze­ni­kli­wym bó­lem.

Był­by wszyst­ko zniósł i łzy, i roz­pacz, i wy­rzu­ty, ale tej po­gar­dy, ja­ką go spo­licz­ko­wa­ła, znieść nie mógł, a znieść mu­siał, bo En­del­ma­no­wa go za­bra­ła, aby mu po­ka­zy­wać ob­ra­zy i zbio­ry dzieł sztu­ki, na­gro­ma­dzo­ne w kil­ku po­ko­jach do­syć bez­ład­nie, ale mu­sia­ła go za­raz od­stą­pić Gros­gli­ko­wi, któ­ry miał do nie­go ja­kiś in­te­res.

Po śpie­wach to­wa­rzy­stwo zno­wu się roz­sy­pa­ło.

Sza­ja oto­czo­ny swo­im dwo­rem, prze­niósł się do bu­fe­tu, a w sa­lo­nie pa­no­wa­ła te­raz Tra­wiń­ska, oto­czo­na gro­nem mło­dych ko­biet, po­mię­dzy któ­ry­mi by­ły Me­la i Ró­ża.

En­del­ma­no­wa co chwi­la pod­cho­dzi­ła do ko­goś i szep­ta­ła try­um­fu­ją­co.

— Ca­ła Łódź jest u nas dzi­siaj! Praw­da, że się do­brze ba­wią?

— Cu­dow­nie! — od­po­wia­da­no, zie­wa­jąc ukrad­kiem, bo się istot­nie nikt do­brze nie ba­wił.

— Pa­nie En­del­man! — wo­ła­ła na mę­ża, spiesz­nie pod­bie­ga­jąc kro­kiem ba­le­to­wym, co przy je­go cien­kich nóż­kach i du­żym brzu­chu, ro­bi­ło śmiesz­ne wra­że­nie. — Pa­nie En­del­man, do bu­du­aru chiń­skie­go każ pan za­nieść lo­dów!

— Za­raz ka­żę za­nieść lo­dów, co? — od­po­wia­dał, osła­nia­jąc dło­nią ucho.

— I szam­pań­skie­go dla pa­nów.

— Za­raz i szam­pań­skie­go dla pa­nów.

— Praw­da, że się do­brze ba­wią? — za­py­ta­ła go po ci­chu.

— Co? Ślicz­nie, bar­dzo ślicz­nie, wy­pi­li pra­wie wszyst­ko szam­pań­skie.

Ro­ze­szli się, bo En­del­man za­glą­dał co chwi­la do bu­fe­tu, aby tam go­spo­da­rzyć i z pew­ną wy­nio­słą przy­kro­ścią stwier­dzać, że go­ście po­mi­ja­li in­ne wi­na, a pi­li tyl­ko szam­pań­skie.

— Te cha­my pi­ją szam­pań­skie, jak­by to by­ło Mün­chen­bier119, co? — szep­nął do Ber­nar­da.

— Masz prze­cież jesz­cze do­syć za­pa­sów.

— Mam wi­no, ale oni nie ma­ją wy­cho­wa­nia, że­by tak pić, pić, jak­by to nic nie kosz­to­wa­ło.

— Pa­rad­ny je­steś, mu­szę to w Ło­dzi opo­wie­dzieć.

— Co? no, nie bądź tak głu­pi Ber­nard.

Ale Ber­nard nie słu­chał i ze śmie­chem opo­wia­dał Ró­ży, przy któ­rej usiadł.

— Pa­no­wie, da­my się nu­dzą sa­me! — wo­łał En­del­man do mło­dzie­ży, zgro­ma­dzo­nej w bu­fe­cie, aby ją od­cią­gnąć od pi­cia, nikt się jed­nak nie ru­szył.

Ber­nard sam je­den ba­wił pa­nie, sie­dział na wprost Tra­wiń­skiej i roz­ma­wiał z nią, wy­rzu­ca­jąc co chwi­la ta­kie za­baw­ne pa­ra­dok­sy, że czer­wo­na gło­wa Ró­ży po­chy­la­ła się aż ku ko­la­nom, że­by stłu­mić śmiech, a Tra­wiń­ska śmia­ła się swo­bod­nie i z sub­tel­nie po­błaż­li­wym śmie­chem z je­go bła­zeństw, a szu­ka­ła ocza­mi mę­ża, któ­ry te­raz roz­ma­wiał z Bo­ro­wiec­kim pod Dia­ną, tak ży­wo, że gło­sy ich chwi­la­mi sły­sza­ła.

Resz­ta to­wa­rzy­stwa nu­dzi­ła się jak mo­gła.

Ma­da cho­dzi­ła nie­co sen­na i uda­wa­ła, że się przy­glą­da ob­ra­zom, a przy­su­wa­ła się co­raz bli­żej do Bo­ro­wiec­kie­go.

Star­sze pa­nie drze­ma­ły w fo­te­li­kach lub sku­pio­ne po bu­du­arach opo­wia­da­ły so­bie no­wi­ny, młod­sze słu­cha­ły roz­mo­wy Tra­wiń­skiej z Ber­nar­dem, i spo­glą­da­ły cięż­kim ża­ło­snym wzro­kiem w stro­nę bu­fe­tu, skąd hu­cza­ły pod­nie­ca­ne szam­pa­nem gło­sy mę­żów i oj­ców.

Z wol­na nu­da roz­le­wa­ła się po sa­lo­nie.

Pa­trza­no na sie­bie obo­jęt­nie i jak­by wro­go, jak­by jed­ni dru­gim przy­pi­su­jąc wi­nę te­go wspól­ne­go nu­dze­nia się.

Obej­rza­no stro­je, otak­so­wa­no klej­no­ty, ja­ki­mi pa­nie i pan­ny by­ły li­te­ral­nie ob­ła­do­wa­ne, ob­ga­da­no i sa­lon, i go­spo­da­rzy, i przy­ję­cie, i sa­mych sie­bie, a te­raz nie by­ło już co ro­bić wię­cej.

Nic tu­taj ze­bra­nych nie łą­czy­ło, nie mie­li nic wspól­ne­go, ze­bra­li się ra­zem, bo pe­wien ton łódz­kie­go ży­cia na­ka­zy­wał by­wać u En­del­ma­nów, jak na­ka­zy­wał za­chwy­cać się ich ga­le­rią ob­ra­zów i ich zbio­ra­mi dzieł sztu­ki, jak na­ka­zy­wał cza­sem by­wać w te­atrze, jak rów­nież na­ka­zy­wał od cza­su do cza­su dać coś na bied­nych, na­rze­kać na brak ży­cia to­wa­rzy­skie­go w Ło­dzi, wy­jeż­dżać za gra­ni­cę itd.

Na­gi­na­li się z tru­dem do pew­nych form przy­ję­tych w świe­cie, a któ­re by­ły im ob­ce i obo­jęt­ne.

Wła­śnie pra­wie o tym sa­mym roz­ma­wiał Ber­nard.

— Pan Ło­dzi nie ko­cha? — prze­rwa­ła mu Tra­wiń­ska, aby skró­cić zbyt dłu­gą ty­ra­dę.

— Nie, ale żyć bez niej nie mógł­bym, bo ni­g­dzie bar­dziej się nie nu­dzi­łem i ni­g­dzie wię­cej nie spo­strze­głem śmiesz­no­ści.

— A, pan się zaj­mu­je zbie­ra­niem pew­nych śmiesz­no­ści.

— Po­tę­pi­ła pa­ni uśmie­chem mo­ją za­ba­wę.

— Nie­zu­peł­nie, ra­da bym usły­szeć o ce­lu te­go zbie­ra­nia.

— My­śla­łem, że pa­ni bę­dzie ra­da co usły­szeć z me­go zbio­ru.

— Omy­lił się pan w przy­pusz­cze­niu, nie je­stem cie­ka­wa.

— Ni­cze­go? — za­py­tał tro­chę drwią­co.

— Przy­naj­mniej bliź­nich swo­ich.

— Je­śli ci są nud­ni, ach jak bar­dzo nud­ni! — szep­nę­ła To­ni ża­ło­śnie.

— Na­wet ko­bie­ty pa­ni nie ob­cho­dzą?

— Ob­cho­dzą mnie ty­le tyl­ko, ile wszy­scy lu­dzie.

— A gdy­bym chciał opo­wie­dzieć coś bar­dzo cie­ka­we­go, na przy­kład o pa­ni dy­rek­to­ro­wej Smo­liń­skiej, któ­ra w tej chwi­li wy­cho­dzi? — za­py­tał ci­cho.

— O nie­obec­nych tak sa­mo jak o umar­łych nie mó­wię ni­g­dy.

— Mo­że pa­ni ma ra­cję, bo i jed­ni i dru­dzy by­wa­ją nud­ni.

— A naj­bar­dziej ci po­zu­ją­cy na znu­dzo­nych — za­wo­ła­ła z na­ci­skiem Ró­ża, pa­trząc na nie­go iro­nicz­nie.

— Do­brze. Mów­my o ob­ra­zach, czy to nie wła­ści­wy te­mat dla pa­ni? — za­wo­łał po­draż­nio­ny.

— To już le­piej o li­te­ra­tu­rze — pod­ję­ła To­ni go­rą­co, któ­ra by­ła słyn­ną zja­dacz­ką ro­man­sów.

— Pan czy­tał Bo­ur­ge­ta120 La Ter­re Pro­mi­se121? — za­py­ta­ła nie­śmia­ło, mil­czą­ca ca­ły czas, ta za­ku­rzo­na, z twa­rzą po­dob­ną do za­trzy­ma­ne­go ze­ga­ra.

— Nie czy­tu­ję li­te­ra­tu­ry jar­marcz­nej; w dzie­ciń­stwie czy­ta­łem Hi­sto­rię o Ma­gie­lo­nie, Ró­żę z Tan­nen­ber­gu i po­dob­ne ar­cy­dzie­ła, to mi wy­star­cza na resz­tę ży­wo­ta.

— Za ostro pan są­dzi Bo­ur­ge­ta — ode­zwa­ła się Me­la.

— Być mo­że, że ostro, ale spra­wie­dli­wie.

— Dzię­ku­ję pa­ni za po­par­cie — skło­nił gło­wę przed Tra­wiń­ską. — Czy­ta­łem ja­kąś książ­kę te­go ni­by wiel­kie­go pi­sa­rza, ni­by psy­cho­lo­ga, ni­by mo­ra­li­sty, czy­ta­łem do­syć pil­nie, bo zmu­sił mnie do te­go roz­głos, ja­kim się on cie­szy u nas, no i wy­dał mi się star­cem lu­bież­nym, opo­wia­da­ją­cym w to­nie pod­nio­słym, a z cy­nicz­nym uśmiesz­kiem, szka­rad­ne hi­sto­ryj­ki.

— Mo­że za­cznie­my te­raz mó­wić o ko­bie­tach, czy to nie wła­ści­wy te­mat dla pa­nów? — za­czę­ła Tra­wiń­ska zło­śli­wie.

— Ha, to mów­my o tak na­zy­wa­nej płci pięk­nej, kie­dy już nie ma­my za­baw­niej­sze­go te­ma­tu.

Roz­krzy­żo­wał ko­micz­nie rę­ce, ale był zły na Ni­nę.

— Ostroż­nie, bo pan nas ob­ra­żać za­czy­na.

— Anio­ły ziem­skie ob­ra­żać się nie po­win­ny, że jed­nak ja ma­ło mo­gę mó­wić o anio­łach, bo ten ro­dzaj nie­wie­le jest zna­ny w Ło­dzi, odej­dę i przy­pro­wa­dzę ko­goś, któ­ry w tej spe­cjal­no­ści jest au co­urant122.

Po­wie­dział do­syć twar­do, pod­niósł się i za­raz przy­pro­wa­dził Kes­sle­ra, mło­de­go, chu­de­go Niem­ca, o żół­tych wło­sach, nie­bie­skich wy­łu­pia­stych oczach i wiel­kich moc­no wy­su­nię­tych szczę­kach, ob­ro­śnię­tych rów­nież żół­tym za­ro­stem.

— Ro­bert Kes­sler! — za­re­ko­men­do­wał, po­sa­dził na swo­im miej­scu i od­szedł do gru­py męż­czyzn, któ­rzy pod prze­wod­nic­twem En­del­ma­na oglą­da­li ob­ra­zy w dłu­gim, sta­no­wią­cym wła­ści­wą ga­le­rię po­ko­ju.

— Pa­nie Gros­glick, patrz pan na tę Ma­don­nę, to jest z Dre­zna Ma­don­na.

— Ślicz­ny ob­raz! — mó­wił prze­cią­gle sta­ry Li­ber­man i wło­żyw­szy rę­ce w kie­sze­nie, wy­piął brzuch, po­chy­lił gło­wę na pier­si i przy­pa­try­wał się ra­mom ob­ra­zu.

— To jest ob­raz me­da­lo­wa­ny, patrz pan, tu stoi: „Me­da­ile d’or123”, to jest ob­raz ma­siw i kosz­tu­je gru­be pie­nią­dze, co?

— Ile? — rzu­cił ci­cho Gros­glick, gła­dząc wska­zu­ją­cym pal­cem le­wej rę­ki, na któ­rym błysz­czał krwaw­nik opraw­ny w zło­to, twar­de czar­ne bo­ko­bro­dy, któ­re mu ob­le­pia­ły okrą­głą twarz ni­by ko­tle­ty z kost­ką; wą­sy i bro­dę miał wy­go­lo­ne sta­ran­nie.

Pod­no­sił bro­dę tak wy­so­ko, że dwie fał­dy skó­ry na gru­bym czer­wo­nym kar­ku za­kry­wa­ły mu koł­nie­rzyk i czy­ni­ły go po­dob­nym do krót­kiej wy­pa­sio­nej świ­ni, usi­łu­ją­cej da­rem­nie ścią­gnąć z pło­ta wi­szą­cą bie­li­znę; pra­wą rę­kę trzy­mał w kie­sze­ni bia­łej ka­mi­zel­ki.

— Ile? — po­wtó­rzył ci­cho, bo za­wsze mó­wił ci­cho i z wiel­ką po­wa­gą pod­niósł brwi, któ­re ostry­mi pół­ko­la­mi ry­so­wa­ły się na je­go wy­pu­kłym czo­le i sta­no­wi­ły moc­ny kon­trast swo­ją czar­no­ścią z si­wy­mi wło­sa­mi i ró­żo­wą ce­rą twa­rzy.

— Nie pa­mię­tam, bo tym się zaj­mu­je mój se­kre­tarz — od­po­wie­dział nie­dba­le En­del­man.

— Patrz pan na ten ob­raz ro­dza­jo­wy, to ży­we pra­wie, to się ru­sza.

— Bar­dzo ład­ne far­by! — mruk­nął któ­ryś.

— I jesz­cze ład­niej­szy ka­pi­tał, co?

— Ja, ja124! sa­me ra­my do ta­ki land­szaft kosz­tu­je dro­go — mó­wił z po­wa­gą gru­by Kna­abe, ze znaw­stwem stu­ka­jąc cy­gar­nicz­ką w brą­zo­we ra­my.

— Prze­cież pa­na stać na­wet i na zło­te, pa­nie Kna­abe; bo ko­go stać na ka­pe­lusz, te­go mu­si być stać i na gło­wę — za­śmiał się Gros­glick, któ­ry za­wsze pra­wie po­pie­rał swo­je wy­wo­dy po­rów­na­nia­mi.

— To jest ge­nial­ne po­wie­dze­nie, pa­nie Gros­glick — za­wo­łał Ber­nard, tłu­miąc śmiech.

— Mnie stać i na to — szep­nął skrom­nie ban­kier — Pro­szę pa­nów, jesz­cze jed­na Ma­don­na, to jest ko­pia z Ci­ma­bu­ego, ale lep­sza od ory­gi­na­łu, ja pa­nu da­ję sło­wo, że lep­sza, bo ona kosz­tu­je ca­łe ty­siąc ru­bli, co? — za­wo­łał, zo­ba­czyw­szy wąt­pią­cy uśmiech na ustach ban­kie­ra.

— Zo­bacz­my, ja bar­dzo lu­bię Ma­don­ny. Ja swo­jej Me­ry ku­pi­łem Mur­ri­low­ską Ma­don­nę, jej to spra­wia przy­jem­ność mieć w swo­im po­ko­ju ta­ki ob­raz, to cze­mu ja nie mia­łem ku­pić?

Obej­rze­li w ten spo­sób kil­ka­dzie­siąt ob­ra­zów i sta­nę­li pod wiel­kim mi­to­lo­gicz­nym ma­lo­wi­dłem, zaj­mu­ją­cym pół ścia­ny i przed­sta­wia­ją­cym Wej­ście do Ha­de­su.

— To du­ża sztu­ka — wy­krzyk­nął z po­dzi­wem Kna­abe.

En­del­man za­czął ob­ja­śniać treść ob­ra­zów, ale mu ży­wo prze­rwał Gros­glick.

— To jest zwy­kły gra­barz, a to jest głu­pi ob­raz, po co ma­lo­wać ta­kie smut­ne rze­czy! Jak zo­ba­czę po­grzeb, to ja się póź­niej mu­szę le­czyć, bo mnie przez pa­rę dni bo­li w ser­cu. Kto ma umrzeć, to się nie uto­pi!

— Dru­gi nu­mer kon­cer­tu, pro­szę pa­nów do sa­lo­nu! — za­pra­sza­ła En­del­ma­no­wa.

— Po­win­szo­wać pań­stwu ta­kiej ga­le­rii, po­win­szo­wać — wo­łał ban­kier.

— Co oni bę­dą wi­pra­wiać w sa­lo­nie?

— Słu­żę pa­nu pro­gra­mem, tam jest wy­dru­ko­wa­ne.

Ber­nard po­dał mu dłu­gi pa­sek su­ro­we­go je­dwa­biu, ozdo­bio­ny ręcz­ny­mi ma­lo­wi­dła­mi, na któ­rym był po fran­cu­sku wy­pi­sa­ny pro­gram.

Wró­ci­li do sa­lo­nu, gdy się już przy­ci­szy­ło, bo wy­na­ję­ta pa­ra po­pi­sy­wa­ła się ja­kimś dia­lo­giem fran­cu­skim.

Męż­czyź­ni sku­pie­ni przy drzwiach od bu­fe­tu, słu­cha­li ze znu­dzo­ny­mi twa­rza­mi i po­wo­li co­fa­li się do po­rzu­co­nych szkla­nek i kie­lisz­ków; ko­bie­ty na­to­miast słu­cha­ły z chci­wo­ścią i po­że­ra­ły ocza­mi pa­rę de­kla­ma­to­rów, uda­ją­cych mło­dych na­iw­nych ko­chan­ków, któ­rym się zda­rzył wy­pa­dek, że na prze­jeż­dża­ją­cych na­pa­dli w gó­rach zbój­cy, za­bra­li i roz­dzie­li­li.

Spo­tka­li się wła­śnie i opo­wia­da­li swo­je przy­go­dy z ta­kim na­iw­nym cy­ni­zmem, z ta­kim ele­ganc­kim wy­uz­da­niem, że pa­nie trzę­sły się ze śmie­chu i co chwi­la bi­ły en­tu­zja­stycz­ne bra­wa.

— Ach, mon Dieu125, mon Dieu! Très jo­li, très jo­li126! — wy­krzy­ki­wa­ła gło­śno z za­chwy­tu uk­lej­no­to­wa­na jak sklep ju­bi­ler­ski pa­ni Cohn, żo­na jed­ne­go z fa­bry­kan­tów i jej ma­łe, za­ro­słe tłusz­czem oczka try­ska­ły łza­mi za­do­wo­le­nia i tak się ba­wi­ła do­sko­na­le, że trzę­sły się jej tłu­sto na­la­ne po­licz­ki i ra­mio­na po­dob­ne do wa­łów ob­wi­nię­tych w czar­ny je­dwab.

— Co oni cię kosz­tu­ją, En­del­man? — za­py­tał ci­cho Gros­glick.

— Sto ru­bli i ko­la­cję, ale to war­to ty­siąc, bo się go­ście do­brze ba­wią.

— To jest do­bry po­mysł, na imie­ni­ny żo­ny mu­szę ich za­mó­wić.

— Za­mów pan za­raz, to ustą­pią do­bry ra­bat — szep­nął mu Ber­nard przez ra­mię i prze­su­nął się do Me­li, sie­dzą­cej po­za wszyst­ki­mi sa­mot­nie, bo Ró­ża sia­dła w pierw­szym rzę­dzie, aby nie stra­cić i sło­wa z dia­lo­gu.

— Bu­dzę cię, Me­la! O czym ma­rzysz?

— W tej chwi­li my­śla­łam o to­bie — szep­nę­ła ci­cho, pod­no­sząc na nie­go swo­je sza­re oczy

— Nie, my­śla­łaś o Wy­soc­kim! — syk­nął i gniew­nie ob­ry­wał hia­cyn­ty roz­kwi­tłe, sto­ją­ce na sto­licz­ku, obok któ­re­go usiadł.

Pa­trzy­ła na nie­go zdu­mio­ny­mi i jak­by wy­lę­kły­mi ocza­mi.

— Mo­głam tak sa­mo my­śleć o L. Lan­dau, o któ­rym ze zna­jo­mych, ja­kich na­zwi­ska mo­głeś wy­mie­nić z rów­ną do­myśl­no­ścią, je­śli nie uwie­rzy­łeś mo­im sło­wom

— Prze­pra­szam cię, Me­la, zro­bi­łem ci przy­krość?

— Tak, bo wiesz, że ni­g­dy nie mó­wię te­go, cze­go nie my­ślę.

— Daj mi rę­kę.

Wy­su­nę­ła mu dłoń ob­ci­śnię­tą w bia­łą rę­ka­wicz­kę z sza­rym wy­szy­ciem.

Od­piął gu­zicz­ki i po­ca­ło­wał ją w dłoń do­syć moc­no.

— Sko­ro Wy­soc­kie­mu wol­no, wol­no i mnie! — tłu­ma­czył, gdy mu do­syć ostro wy­rwa­ła rę­kę. — Ale, a pro­pos Lan­daua. Mó­wi­li mi na mie­ście, że wy­cho­dzisz za nie­go, czy to praw­da?

— A coś od­po­wie­dział tym, któ­rzy ci mó­wi­li o mo­im mał­żeń­stwie?

— Że to po­gło­ska, któ­ra się ni­g­dy nie spraw­dzi.

— Dzię­ku­ję, bo się istot­nie nie spraw­dzi. Da­ję ci sło­wo, że za nie­go nie wyj­dę — do­da­ła sil­niej, wi­dząc nie­do­wie­rza­nie w je­go oczach.

Po je­go chu­dej ner­wo­wej twa­rzy prze­le­ciał błysk za­do­wo­le­nia.

— Wie­rzę ci, ja ani chwi­li nie przy­pusz­cza­łem, że­byś mo­gła iść za nie­go. Ty i ta­ki kan­to­ro­wicz or­dy­nar­ny, prze­cież to zwy­kły ma­cher127 bez wy­cho­wa­nia, brud­ny Ży­dziak. Wo­lał­bym już w ostat­nim ra­zie Wy­soc­kie­go dla cie­bie.

Bły­snę­ła ocza­mi, lek­ki ru­mie­niec mgłą ró­żu po­wlókł jej twarz, spu­ści­ła po­wie­ki pod je­go ba­daw­czym wzro­kiem i po­pra­wia­jąc bran­so­le­tę, szep­nę­ła:

— Nie bar­dzo lu­bisz Wy­soc­kie­go?

— Ce­nię go ja­ko czło­wie­ka, bo jest pra­wym i do­syć ro­zum­nym, ale nie cier­pię go ja­ko two­je­go wiel­bi­cie­la.

— Mó­wisz, aby mó­wić, bo do­brze wiesz, że nikt nie jest mniej mo­im wiel­bi­cie­lem od nie­go — po­wie­dzia­ła ni­by szcze­rze, bo chcia­ła wy­cią­gnąć z Ber­nar­da, je­śli wie­dział, ja­kie szcze­gó­ły o Wy­soc­kim.

Przy­pusz­cza­ła bo­wiem, że je­śli się przy­jaź­nią, to i zwie­rzać się mu­szą przed so­bą.

— Wiem co mó­wię. On jesz­cze z tej mi­ło­ści nie zda­je so­bie spra­wy, ale już cię ko­cha.

— Cóż z te­go, kie­dy on ka­to­lik! — za­wo­ła­ła bez­wied­nie, zdra­dza­jąc się ze swo­jej ta­jem­ni­cy.

— A, tak rze­czy sto­ją! Win­szu­ję ci, win­szu­ję! — szep­tał wol­no i zja­dli­wy żrą­cy uśmiech oko­lił mu cien­kie usta.

Roz­gar­nął nie­dba­łym ru­chem czar­ne kę­dzie­rza­we wło­sy, po­krę­cił ma­łe wą­si­ki i po­wstał; na je­go de­li­kat­ną wy­bit­nie se­mic­ką twarz padł ja­kiś cień roz­draż­nie­nia czy też gnie­wu.

Noz­drza mu drża­ły ze wzru­sze­nia tłu­mio­ne­go, a czar­ne, o oliw­ko­wym od­cie­niu oczy bie­ga­ły nie­spo­koj­nie po jej twa­rzy.

Wy­krę­cił się i od­cho­dził bez sło­wa.

— Ber­nard! — za­wo­ła­ła za nim pręd­ko.

— Za­raz po­wró­cę — po­wie­dział, od­wra­ca­jąc do niej twarz już spo­koj­ną, przez któ­rą wił się tyl­ko zwy­kły po­gar­dli­wy uśmiech.

Me­la nie zwra­ca­ła uwa­gi na je­go roz­draż­nie­nie, bo to co po­wie­dział, za­to­pi­ło jej ser­ce w dziw­nie roz­kosz­nym cie­ple. Sie­dzia­ła z przy­mknię­ty­mi ocza­mi i wcią­ga­jąc sil­ną woń hia­cyn­tów, szep­ta­ła, upo­jo­na wiel­ką ra­do­ścią i szczę­ściem:

— Więc to jest praw­da?

Ale jej ra­dość prze­rwa­ły grzmią­ce bra­wa, ja­ki­mi ogól­nie za­sy­py­wa­no dia­lo­gi­stów, gdy skoń­czy­li.

— Très jo­li, mon cher128 Ber­nard! — wy­krzy­ki­wa­ła jesz­cze Coh­no­wa, wy­cie­ra­jąc za­łza­wio­ne oczy i mo­krą od tłusz­czów twarz, do Ber­nar­da, któ­ry prze­cho­dził obok niej.

— Ona mó­wi fran­cusz­czy­zną kro­wy hisz­pań­skiej — szep­nął do Tra­wiń­skiej, któ­ra szu­ka­ła ocza­mi mę­ża.

Uśmiech­nę­ła się tyl­ko w od­po­wie­dzi.

— Mo­że pań­stwo ze­chcą nie opusz­czać swo­ich miejsc, co? — mó­wił pod­nie­sio­nym gło­sem En­del­man.

Ja­koż i za­raz lo­ka­je wy­nie­śli pod okno szta­lu­gi i usta­wi­li je w świe­tle, a na znak En­del­ma­no­wej od­kry­li za­sło­nę.

— Pro­szę pań­stwa do ob­ra­zu! do no­we­go ar­cy­dzie­ła! pro­szę oglą­dać! Pa­nie En­del­man, każ pan pod­nieść sto­ry.

Sku­pi­li się wprost płót­na uwień­czo­ne­go wień­cem lau­ro­wym, z któ­re­go wy­chy­la­ła się sce­na mor­ska Kray’a; kil­ka nimf od­po­czy­wa­ło na ska­le, wy­nu­rza­ją­cej się spod błę­kit­nych ci­chych wód ja­kiejś po­łu­dnio­wej za­to­ki.

Ma­gno­lio­we drze­wa po­kry­te kwia­tem, po­dob­ne do stoż­ko­wych bu­kie­tów, kła­dły ró­żo­wy ton na sza­fi­ry wód, któ­re z ja­kąś piesz­czo­tą marsz­czy­ły się i bi­ły w zie­lo­ne ska­li­ste brze­gi.

Kil­ka mew za­ta­cza­ło krę­gi nad nim­fa­mi, a z bo­ku, z la­su lau­rów o błysz­czą­cej zie­le­ni ja­snej, z drzew mig­da­ło­wych i ma­gno­lii wy­chy­la­ły się wiel­kie cia­ła cen­tau­rów, po­kry­te ru­dym wło­sem, z twa­rza­mi błysz­czą­cy­mi żą­dzą.

Nad ca­łym kra­jo­bra­zem le­ża­ła wiel­ka słod­ka ci­sza upal­ne­go dnia, prze­sy­co­na za­pa­cha­mi kwia­tów, szme­rem mo­rza i bar­wa­mi tur­ku­so­we­go nie­ba, któ­re się roz­le­wa­ło w wiel­ką roz­tocz i w głę­bi ob­ra­zu łą­czy­ło się w je­den ton z mo­rzem.

— Cze­mu one bez ubra­nia?

— Bo im go­rą­co.

— Jak pan chcesz, pa­nie Gros­glick, że­by się one ką­pa­ły!

— To sce­na mi­to­lo­gicz­na, pa­nie Gros­glick.

— To jest przede wszyst­kim go­ła sce­na.

— Cu­dow­ny ob­raz, za­chwy­ca­ją­cy! — wo­ła­ły pa­nie.

— Nu, a gdzie tu le­ży ich ubra­nie, dla­cze­go tu ubra­nie nie­na­ma­lo­wa­ne, ten ma­larz to mu­si być fu­szer.

— To są prze­cież nim­fy, pa­nie Cohn.

— Cohn, ty się tak znasz na nim­fach jak... nim­fy na to­bie — za­wo­łał Gros­glick.

— Pa­nie Cohn, że­by Kray był fu­szer, to je­go ob­raz nie był­by u mnie, pan wie — rze­kła wy­nio­śle z po­li­to­wa­niem En­del­ma­no­wa.

— Mój mąż się nie zna na tym, on się zna na bar­cha­nie — tłu­ma­czy­ła Coh­no­wa tak go­rą­co, że kil­ka osób wy­buch­nę­ło śmie­chem.

— Ja­kie to ślicz­ne! Ja­kie to mo­rze praw­dzi­we, zu­peł­nie ta­kie sa­me ja­kie by­ło przy na­szej wil­li w Ge­nui. My­śmy by­li w prze­szłym ro­ku w Ge­nui.

— W Biar­ritz też jest du­żo wo­dy, ale ja nie lu­bię pa­trzeć, bo mnie się za­raz nie­do­brze ro­bi.

— Ale nie­chaj pań­stwo uwa­ża­ją, że to mo­rze pra­wie sły­chać, o! a te kwia­ty są tak ład­ne, jak­by by­ły ro­bio­ne i pach­ną praw­dzi­wie — szep­ta­ła En­del­ma­no­wa, usil­ne zwra­ca­jąc uwa­gę ze­bra­nych na ob­raz, bo za­czy­na­li już od­cho­dzić.

— Far­bę czuć — za­wo­łał Kna­abe, po­chy­la­jąc się do ob­ra­zu.

— Ale, bo wi­dzi­cie pań­stwo, ka­za­łam ob­raz po­wer­ni­sko­wać.

— Przez to bar­wy stra­ci­ły na świe­żo­ści i po­czer­nia­ły, a po­tem129 war­stwa wer­nik­su błysz­czy się tak, że trud­no przez to co zo­ba­czyć — tłu­ma­czy­ła jej Tra­wiń­ska po ci­chu, bo sa­ma do­syć od­czu­wa­ła ma­lar­stwo.

— Ja lu­bię, że­by był glanc130! Mnie jest wszyst­ko jed­no; land­schaft131, sce­na ro­dza­jo­wa, mi­to­lo­gicz­na czy hi­sto­rycz­na, ja wszyst­ko ku­pu­ję, bo my mo­że­my so­bie na to po­zwo­lić, ale ja lu­bię, że­by mo­je ob­ra­zy mia­ły glanc! To po­rząd­niej wy­glą­da — tłu­ma­czy­ła się gło­śno i tak szcze­rze, że Ni­na mu­sia­ła przy­sło­nić twarz wa­chla­rzem, że­by nie par­sk­nąć śmie­chem.

— Ber­nard, czy ja nie mam ra­cji?

— Zu­peł­ną, bo się na­da­je więk­szą war­tość ob­ra­zo­wi. Któż trzy­ma ron­dle w kuch­ni, nie­wy­czysz­czo­ne i bez glan­cu?

— Mon che­ri, ty się śmie­jesz ze mnie, a ja się i tak przy­zna­ję, że lu­bię, aby wszyst­ko wy­glą­da­ło po­rząd­nie, no­wo...

— Wiem, bo dla­te­go ka­za­łeś po­czy­ścić po­mad­ką sta­re zbro­je i chiń­skie brą­zo­we fi­gur­ki.

Ró­ża ro­ze­śmia­ła się z tych ob­ja­śnień i że­by za­trzeć ten śmiech, za­wo­ła­ła:

— Idę oj­ca przy­pro­wa­dzić do ob­ra­zu.

I po­szła za­raz do bu­fe­tu, gdzie Sza­ja sie­dział z Mül­le­rem i pro­si­ła go, że­by szedł.

— Po co mi ta­ka eks­po­zy­cja! Mnie tu jest do­brze z pa­nem Mül­le­rem. Ja mo­rze znam, co to jest za wiel­kie wi­do­wi­sko? Tro­chę więk­sza sa­dzaw­ka od mo­jej, ja­ką ka­za­łem wy­ko­pać w mo­ich do­brach. Kip­man, ja cię kie­dy za­pro­szę do mo­ich ma­jąt­ków ziem­skich! — zwró­cił się do sta­re­go przy­ja­cie­la, któ­ry sie­dział przy bu­fe­cie.

— Jak­że się pa­nu wy­da­ła mo­ja bra­to­wa? — py­tał Ber­nard Bo­ro­wiec­kie­go.

— Bądź co bądź wy­jąt­ko­wa ko­bie­ta. Ku­pu­je ob­ra­zy, zbie­ra ga­le­rię.

— Aby się nią chwa­lić. Ta ga­le­ria wy­no­si ją we wła­snym mnie­ma­niu po­nad tę or­dy­nar­ną, ciem­ną ma­sę mi­lio­nów. To kwe­stia nie po­trze­by, za­mi­ło­wa­nia, sztu­ki, a wprost am­bi­cji.

— Mniej­sza o po­wo­dy, bo czy są ta­kie lub in­ne, zgro­ma­dzi­ły za­wsze do­syć po­kaź­ną licz­bę dzieł istot­nie war­to­ścio­wych.

— Ach, bra­to­wa ma swój sys­tem. Je­śli się jej ja­ki ob­raz po­do­ba, to dłu­go cho­dzi ko­ło nie­go, wy­py­tu­je się znaw­ców o je­go war­tość, tar­gu­je go wy­trwa­le do­pie­ro wte­dy, gdy już wie, że ku­piw­szy go, nic na nim stra­cić nie mo­że.

— Przyj­dzie pan do ho­te­lu? Ku­row­ski ma być dzi­siaj.

— Przyj­dę, bo nie wi­dzia­łem go ze dwa mie­sią­ce.

— Mo­że mnie pan uspra­wie­dli­wi przed bra­ter­stwem, ale wyjść za­raz mu­szę.

Uści­snął mu rę­kę i wy­szedł nie­po­strze­żo­ny.

Mrok już za­le­wał mia­sto, za­pa­lo­ne la­tar­nie i wy­sta­wy skle­pów, gdy się zna­lazł na Pio­trow­skiej.

Ode­tchnął z pew­ną ulgą na po­wie­trzu.

Nie opu­ścił sa­lo­nu En­del­ma­nów za­raz po wyj­ściu Li­kier­to­wej, że­by nie zwró­co­no na to uwa­gi i nie zro­bio­no no­wych plo­tek, któ­re i tak do­syć szar­pa­ły imię Em­my.

Nu­dził się pie­kiel­nie, bo ani go nie ob­cho­dzi­ło to­wa­rzy­stwo, ani pro­duk­cje kon­cer­tan­tów, ani ob­raz no­wy. Był jesz­cze ogłu­szo­ny tą dziw­ną roz­mo­wą z Em­mą i jej ostat­ni­mi sło­wa­mi.

Nie mógł zro­zu­mieć wła­sne­go sta­nu, bo ni­g­dy przed­tem nie czuł się tak bar­dzo zde­ner­wo­wa­nym i do­tknię­tym.

— Po­gar­dza i nie­na­wi­dzi! — my­ślał i bo­la­ła go ta po­gar­da i nie­na­wiść co­raz sil­niej.



XII

Pod drzwia­mi miesz­ka­nia, na tro­tu­arze, cze­ka­ła na nie­go ko­bie­ta z czwor­giem dzie­ci, ta sa­ma, któ­ra wciąż się sta­ra­ła o wy­na­gro­dze­nie za śmierć mę­ża.

— Wiel­moż­ny pa­nie! a to z po­kor­ną proś­bą przy­szłam — bła­ga­ła, rzu­ca­jąc mu się do nóg.

— Cze­go chce­cie? — za­py­tał ostro.

— A to we­dle te­go, co wiel­moż­ny pan mi obie­ca­li, że fa­bry­ka za­pła­ci mi za to, co ma­szy­na mo­je­go ro­ze­rwa­ła.

— A, to Mi­cha­la­ko­wa? — za­py­tał ła­god­niej, pa­trząc na jej czer­wo­ne oczy i twarz wy­nędz­nia­łą i si­ną, prze­je­dzo­ną przez nę­dzę.

— Mi­cha­la­ko­wa, już­ci ta sa­ma, co już ode żniw...

— Ma­ją wam za­pła­cić dwie­ście ru­bli. Trze­ba wam iść do pa­na Bau­era, bo on wam za­pła­ci i tam u nie­go jest ca­ła spra­wa.

— By­łam ja­ko i dzi­sia u te­go Niem­ca, ale ten za­po­wie­trzo­ny ka­zał me ze scho­dów ściep­nąć i pe­dział przez lo­ka­ja, że me wsa­dzi do kry­mi­na­łu kiej go bę­dę na­cho­dzi­ła jak un ma swo­je świę­to. Aże­byś zmar­niał psu­bra­cie za mo­je si­roc­two i po­nie­wier­kę.

— W po­nie­dzia­łek przyjdź­cie do kan­to­ru pa­na Bu­chol­ca, to wam wy­pła­cą. Za­cze­kaj­cie jesz­cze ten dzień.

— Adyć ja cze­kam, wiel­moż­ny pa­nie: la­to ze­szło, ko­pa­nia ze­szły, twar­da zi­ma ze­szła i wio­sna nad­cho­dzi, a ja cze­kam wiel­moż­ny pa­nie. Bie­da me z dzie­cia­my źre kiej ten zły zwirz, a z ni­kąd po­ra­to­wa­nia ni­ma, ja­że mi już mo­cy i po­my­ślun­ku bra­ku­je do ścier­pie­nia. A jak me wiel­moż­ny pan, nasz dzie­dzic i ociec ko­cha­ny nie po­ra­tu­je, to już pew­ni­kiem zmar­nie­je­my.

Za­czę­ła pła­kać ci­cho i z roz­pacz­li­wą bez­rad­no­ścią pa­trzy­ła mu w oczy.

— Przyjdź­cie w po­nie­dzia­łek, jak wam po­wie­dzia­łem — szep­nął i wszedł do miesz­ka­nia, po­le­ca­jąc Ma­te­uszo­wi za­nieść tej ko­bie­cie ru­bla.

— To ona jesz­cze jest? Wy­rzu­ci­łem ją z sie­ni już trzy ra­zy, a ta jak su­ka wra­ca po­de­drzwi i skom­le ze swo­je­mi szcze­nię­ta­mi. Ni­ma co, ino jej trze­ba sprać.

— Dasz jej pie­nią­dze i ani ją tkniesz pal­cem, sły­szysz — krzyk­nął po­draż­nio­ny, wcho­dząc do po­ko­ju.

Maks z faj­ką w zę­bach le­żał na oto­ma­nie, a Mur­ray, ubra­ny czar­no z bar­dzo wzru­szo­ną twa­rzą sie­dział przy nim i słod­ko pa­trzył w dno ka­pe­lu­sza, któ­ry trzy­mał w rę­ku.

Szczę­ka la­ta­ła mu szyb­ciej niż zwy­kle, bo prze­żu­wał usta­wicz­nie i pod­rzu­cał gar­bem tak czę­sto, że pół sur­du­ta wje­cha­ło mu aż na kark.

Ka­rol kiw­nął im tyl­ko gło­wą i po­szedł do swo­je­go po­ko­ju.

Upo­rząd­ko­wał pa­pie­ry na biur­ku, po­pra­wiał kwia­ty w wa­zo­nach, przy­glą­dał się dłu­go fo­to­gra­fii An­ki, otwo­rzył list cze­ka­ją­cy na nie­go, ale nie czy­tał, odło­żył i za­czął cho­dzić, przy­sia­dać na wszyst­kich krze­słach, wy­glą­dać przez okno.

Był jak czło­wiek ugo­dzo­ny w sa­mo ser­ce, któ­ry nie mo­że zdać so­bie spra­wy z wła­sne­go sta­nu i chwie­je się na wszyst­kie stro­ny, bez­wied­nie po­szu­ku­jąc rów­no­wa­gi i za­cze­pie­nia się my­ślą o co bądź. Nie mógł się po­zbyć tej gry­zą­cej pa­mię­ci słów Em­my.

Usiadł wresz­cie pod oknem i za­pa­trzył się bez­myśl­nie w reszt­ki dnia, ja­kie ga­sły z ostat­ni­mi zo­rza­mi nad mia­stem.

Męt­na, brud­na sza­rość za­le­wa­ła po­kój i przy­no­si­ła ze so­bą nu­dę i znie­chę­ce­nie, ja­kie za­czy­nał te­raz uczu­wać.

Nie dał za­pa­lać lamp, sie­dział w ciem­no­ści i słu­chał gwa­rów usy­pia­ją­cych uli­cy.

Głos Mak­sa rzad­ko się roz­le­gał, a na­to­miast co­raz wy­raź­niej sły­szał przy­du­szo­ny, głu­chy szept An­gli­ka, któ­ry mó­wił:

— Co pan chce! Pies się przy­zwy­cza­ja do wła­snej bu­dy. Wie pan, jak idę do Smo­liń­skich, to mnie ogar­nia ta­kie dziw­ne cie­pło, ta­ki spo­kój, tak mi tam do­brze, ja­sno, we­so­ło, że po­tem ze stra­chem my­ślę, że prze­cież mu­szę po­wró­cić do sie­bie, do pu­stych ścian, do ciem­ne­go, zim­ne­go miesz­ka­nia. Już mi tak zbrzy­dło ka­wa­ler­stwo, że dzi­siaj wła­śnie po­sta­no­wi­łem...

— Oświad­czyć się... a któ­ry to raz z rzę­du — mruk­nął Maks.

— Tak oświad­czę się, za­raz po Wiel­kiej No­cy ślub. W czerw­cu we­zmę urlop i za­wio­zę żo­nę do An­glii, do ro­dzi­ny. Ach, ja­ka ona by­ła dzi­siaj ślicz­na w ko­ście­le! — za­wo­łał.

— Któż to, ta ona, wy­bra­na?

— Do­wiesz się pan ju­tro.

— Niem­ka, Ży­dów­ka, Po­lka? — ba­dał Maks za­cie­ka­wio­ny.

— Po­lka.

— Je­śli ka­to­licz­ka, to nie pój­dzie za pa­na, bo one się swo­jej re­li­gii trzy­ma­ją z upo­rem pi­ja­nych.

— Nic nie szko­dzi, bo ja się pa­nu przy­znam po ci­chu, że za­raz sko­ro tyl­ko zo­sta­nę na­rze­czo­nym, przej­dę na ka­to­li­cyzm. Mnie jest wszyst­ko jed­no, bo i tak mo­ją re­li­gią jest mi­łość.

— Jak te­raz to tyl­ko żo­na.

— Tyl­ko żo­nę moż­na ko­chać i sza­no­wać, tyl­ko żo­ny god­ne są uwiel­bie­nia.

— Im­mer lang­sam vo­ran132, lang­sam! jesz­cześ pan nie był żo­na­tym, spró­buj pan pier­wej.

Bo­ro­wiec­ki prze­rwał im roz­mo­wę.

— Maks, przyj­dziesz do Ku­row­skie­go?

— Przyj­dę? A ty już wy­cho­dzisz?

— Tak, do wi­dze­nia Mur­ray!

— Pój­dę ra­zem z pa­nem.

Ob­cią­gnął szyb­ko sur­dut, po­że­gnał się i za­raz wy­szli.

W tej stro­nie Piotr­kow­skiej, po­mię­dzy ryn­kiem Gey­era a Ewan­ge­lic­ką, do­syć pu­sto by­ło na tro­tu­arach i ci­cho.

Ni­skie, par­te­ro­we do­my pa­trzy­ły na uli­cę oświe­tlo­ny­mi okna­mi, przez któ­re wi­dać by­ło do­sko­na­le wnę­trze miesz­kań.

Bo­ro­wiec­ki mil­czał, a Mur­ray cie­ka­wie za­glą­dał przez okna i co chwi­la przy­sta­wał.

— Spoj­rzyj pan, jak to ład­nie wy­glą­da! — za­wo­łał, przy­sta­jąc przy jed­nym, przez któ­re lek­ko przy­sło­nię­te, wi­dać by­ło du­ży po­kój; stół na środ­ku oświe­tlo­ny wi­szą­cą lam­pą, ob­sia­dła ro­dzi­na.

Czer­wo­ny pa­pa, ob­wią­za­ny ser­wet­ką, na­le­wał z dy­mią­cej wa­zy zu­pę na ta­le­rze dzie­ci, któ­re ła­ko­my­mi ocza­mi mie­rzy­ły ru­chy oj­ca.

Mat­ka, tę­ga Niem­ka o ja­snej, uśmiech­nię­tej twa­rzy, ob­wią­za­na nie­bie­skim far­tu­chem, roz­sta­wia­ła ta­le­rze przed sta­rą si­wą ko­bie­tą i sta­rym męż­czy­zną, któ­ry wy­trzą­sał faj­kę do po­piel­nicz­ki i opo­wia­dał coś gło­śno.

— Im mu­si być bar­dzo do­brze — szep­nął Mur­ray, za­zdro­śnie obej­mu­jąc ocza­mi tą zwy­kłą sce­nę.

— Tak, jest im cie­pło, ma­ją ape­tyt i obiad na sto­le — szep­nął nie­chęt­nie Ka­rol i przy­śpie­szył tak kro­ku, że An­glik po­zo­stał w ty­le i wlókł się wol­no, przy­glą­da­jąc się wszyst­kim oświe­tlo­nym oknom.

Był cho­ry na sil­ną no­stal­gię ro­dzi­ny i mi­ło­ści.

Bo­ro­wiec­ki zmie­szał się z tłu­mem ro­bot­ni­ków, wy­le­wa­ją­cych się z bocz­nych ulic i na­peł­nia­ją­cych tro­tu­ary Pio­trow­skiej i pły­nął z ni­mi bez­myśl­nie.

Do Ku­row­skie­go by­ło jesz­cze za wcze­śnie, do knaj­py żad­nej ocho­ty nie czuł, z do­mu wy­pę­dzi­ła go nu­da, więc się wlókł uli­cą, nie wie­dząc co zro­bić ze so­bą i z kil­ku go­dzi­na­mi cza­su.

Skrę­cił w uli­cę Be­ne­dyk­ta i wszedł na Spa­ce­ro­wą ja­ko cich­szą i bar­dziej ciem­ną. Cho­dził z jed­ne­go koń­ca alei w dru­gi i za­wra­cał.

Cho­dził wprost po to, aby się zmę­czyć, aby fi­zycz­nym wy­sił­kiem przy­ci­szyć te dziw­ne gło­sy jak­by su­mie­nia, któ­re się bu­dzi­ły w nim i roz­draż­nia­ły go co­raz bo­le­śniej i prze­cho­dzi­ły na­stęp­nie w głu­chy jesz­cze, nie­uświa­do­mio­ny żal Em­my.

Za­czy­nał na no­wo roz­my­ślać nad tym sto­sun­kiem, ze­rwa­nym tak bru­tal­nie i nie­ludz­ko i któ­ry ona dzi­siaj prze­kre­śli­ła po­gar­dą peł­ną nie­na­wi­ści.

Nie był mło­dzień­cem nie­do­świad­czo­nym, ani nie­sen­ty­men­tal­nym, nie był zbyt sko­rym do od­czu­wa­nia nie­do­li ludz­kiej, a po­mi­mo to gry­zła go świa­do­mość, że wy­rzą­dził wiel­ką krzyw­dę.

A po­za tym, kie­dy so­bie przy­po­mniał jej daw­ne po­ca­łun­ki, jej mi­łość i szla­chet­ność, to wszyst­ko, cze­go pa­mięć wo­bec niej, tam u En­del­ma­nów nie po­tra­fi­ła przy­spie­szyć krą­że­nia krwi — te­raz, w ta­kim zde­ner­wo­wa­niu prze­pa­la­ło go ja­kimś upar­tym, moc­nym pra­gnie­niem.

Za­pra­gnął zno­wu jej mi­ło­ści.

Nie mógł znieść spo­koj­nie tej my­śli, że się roz­sta­li na za­wsze, że ni­g­dy już nie uca­łu­je jej ust, nie zo­ba­czy tej dum­nej gło­wy w swo­ich ra­mio­nach.

Tak go osza­ła­mia­ła ta myśl, że kil­ka­krot­nie szedł już ku jej do­mo­wi i z de­ner­wu­ją­cym bi­ciem ser­ca my­ślał o okrzy­ku, z ja­kim go przy­wi­ta. Pa­mię­tał daw­ne cza­sy.

Ale nie po­szedł, wra­cał zno­wu na uli­cę.

Był­by się mu­siał uspra­wie­dli­wiać, a uspra­wie­dli­wiać się nie miał czym.

A po­tem gryzł go ja­kiś wstyd, bo do­brze pa­mię­tał przy­się­gi i te za­pew­nie­nia wiecz­nej mi­ło­ści, ja­kie jej skła­dał tak nie­daw­no jesz­cze...

Wstyd by­ło mu rów­nież te­go roz­ma­zga­je­nia, ja­kie czuł w tej chwi­li.

Wziął się prze­cież w garść ro­zu­mu i zim­ne­go han­dlo­we­go roz­sąd­ku, po­peł­niał wie­le rze­czy złych umyśl­nie, za­skle­piał się w so­bie umyśl­nie i opan­ce­rzał ser­ce ego­istycz­ny­mi so­fi­zma­ta­mi.

Wy­rzu­cał sta­le z bu­dże­tu swo­je­go ży­cia wszyst­ko, co tyl­ko no­si­ło ślad ja­ki­kol­wiek uczu­cia, po­ry­wu bez­wied­ne­go, in­te­re­su ogól­niej­szej na­tu­ry — wszyst­ko, co mo­gło prze­szko­dzić mu do zro­bie­nia ma­jąt­ku i do spo­koj­ne­go na­sy­ca­nia się ży­ciem.

Spe­ku­lo­wał na zim­no, uwo­dził ko­bie­ty na zim­no, bo wy­pa­da­ły mu ta­niej niż płat­ne ko­chan­ki, że­nił się pra­wie na zim­no, wszyst­ko ob­li­czał i tak się tre­no­wał do­brze, że chwi­la­mi czuł, że jest no­wym, in­nym czło­wie­kiem, że wy­nie­sio­ne z do­mu, ze szkół, ze spo­łe­czeń­stwa po­pę­dy, aspi­ra­cje i wie­rze­nia — za­ga­sły w nim zu­peł­nie.

Zda­wa­ło mu się tyl­ko, bo przy­szło coś, ta­ka choć­by po­gar­da ko­bie­ty kie­dyś ko­cha­nej, ta­kie jed­no nic, któ­re swo­ją po­tę­gą nie­wy­tłu­ma­czo­ną sko­ja­rzeń zbu­dzi­ło w nim na no­wo tak sta­ran­nie po­grze­ba­ne świa­ty.

Pa­trzał te­raz z trwo­gą, że jed­nak nie zdo­łał uto­pić ca­łej du­szy w in­te­re­sach, w fa­bry­ce, w ta­kiej ści­śle ego­istycz­nej eg­zy­sten­cji, że du­szę ma peł­ną tych mar, któ­re się zbu­dzi­ły i po­tęż­niej­sze niż daw­niej do­po­mi­na­ły się o swo­je pra­wa.

Jak­by pierw­sza mło­dość się w nim zbu­dzi­ła spod po­pio­łów te­go me­cha­nicz­ne­go łódz­kie­go ży­cia, mło­dość ze wszyst­ki­mi wie­rze­nia­mi i złu­dze­nia­mi. Po­czuł ja­kiś moc­ny głód wra­żeń.

Sa­mot­ność mu za­cię­ży­ła.

Po­szedł spiesz­nie do ko­lo­nii, ale tam prócz słu­żą­cej nie za­stał ni­ko­go.

Słu­żą­ca go za­pew­nia­ła, że pa­nie za­raz przyj­dą, po­nie­waż nie­dłu­go za­czną się scho­dzić zwy­kli nie­dziel­ni go­ście.

— A gdzie pan­na Ka­ma?

— W sa­lo­nie. Nie­daw­no sły­sza­łam Pi­co­lo, to tam być mu­si i pan­na Ka­ma.

Ja­koż zna­lazł Ka­mę, śpią­cą na ko­zet­ce. Pi­co­lo za­war­czał ci­cho na in­tru­za, ale po­znaw­szy go, scho­wał bia­ły ku­dła­ty łeb w jej wło­sy i za­milkł.

Ka­ma spa­ła na wznak, z rę­ka­mi pod gło­wą. Przez otwar­te drzwi z przed­po­ko­ju ob­le­wa­ło ją świa­tło i zło­ci­ło jej dzie­cin­ną, za­ru­mie­nio­ną twa­rzycz­kę, oto­czo­ną pier­ścion­ka­mi czar­nych wło­sów po­za­krę­ca­nych w bia­łe szpil­ki.

Wy­szedł po ci­chu, aby jej nie zbu­dzić.

— Nie mam na­wet gdzie pójść — my­ślał, bo cho­ciaż pa­mię­tał, że obie­cał być dzi­siaj o zmro­ku u Lu­cy, nie po­szedł.

Te­raz gdy miał tak roz­mięk­czo­ną du­szę me­lan­cho­lij­ny­mi przy­po­mnie­nia­mi Em­my i tak peł­ną prze­róż­nych drgań, Lu­cy by­ła mu wy­rzu­tem su­mie­nia.

Gnie­wa­ła go swo­ją or­dy­nar­no­ścią i głu­po­tą. Nie mógł się w niej te­raz do­pa­trzeć ani jed­nej z tych za­let, ja­kie jesz­cze wczo­raj wi­dział.

I na pew­no, gdy­by mógł mó­wić o niej w tej chwi­li, to by ją od­są­dził od wszyst­kie­go, aby tym spo­so­bem uspra­wie­dli­wić się przed so­bą i uspo­ko­ić nie­co roz­trzę­sio­ne ner­wy.

Nie na­my­śla­jąc się już po­szedł do ho­te­lu, do Ku­row­skie­go, z któ­rym się kil­ka ty­go­dni nie wi­dział.

— Pan Ku­row­ski? — za­py­tał na pierw­szym pię­trze po­słu­ga­cza.

— Za­raz się do­wiem, czy wstał.

Po­wró­cił za chwi­lę, pro­sząc za so­bą.

— Ka­rol? — za­py­tał sil­ny, dźwięcz­ny głos z dru­gie­go po­ko­ju.

— Tak, śpisz jesz­cze?

— Nie­zu­peł­nie. Bądź ła­skaw przejść do sa­lo­ni­ku, za dwie mi­nu­ty przyj­dę.

Bo­ro­wiec­ki cze­kał do­syć nie­cier­pli­wie, spa­ce­ru­jąc po nie­wiel­kim, bar­dzo wy­kwint­nie ume­blo­wa­nym sa­lo­ni­ku

Ku­row­ski, prócz miesz­ka­nia przy swo­jej fa­bry­ce, w jed­nej z pod­miej­skich wsi, miał w tym ho­te­lu dru­gie, łódz­kie miesz­ka­nie, do dys­kret­nych funk­cji, jak mó­wił.

Przy­jeż­dżał co so­bo­tę i zwy­kle wie­czo­rem przyj­mo­wał gro­no do­brych zna­jo­mych, pił z ni­mi, ga­dał i gry­wał w kar­ty; przez nie­dzie­lę ca­łą spał i wie­czo­rem je­chał do do­mu, zni­ka­jąc na ca­ły ty­dzień.

Ży­cie po­dob­ne pro­wa­dził od lat kil­ku.

Nie miał zu­peł­nie przy­ja­ciół, cho­ciaż z bli­ski­mi, któ­rych przyj­mo­wał, był na ty.

Był to dziw­ny eg­zem­plarz wy­ko­le­jo­ne­go, któ­ry przy­warł do po­wierzch­ni tej „zie­mi obie­ca­nej”, za­akli­ma­ty­zo­wał się o ty­le, że ro­bił pie­nią­dze i ze­rwał ze świa­tem, z któ­re­go wy­szedł.

Nie­wie­le wie­dzia­no o nim.

Przed dzie­się­ciu la­ty zja­wił się na bru­ku łódz­kim z reszt­ka­mi wiel­kiej for­tu­ny, któ­rą stra­cił po­dob­no z do­brym hu­mo­rem. Za­ło­żył fa­bry­kę z ja­kimś afe­rzy­stą ciem­ne­go ga­tun­ku i po ro­ku wy­szedł z niej bez gro­sza. Po­tem usi­ło­wał sam coś ro­bić, rów­nież bez po­wo­dze­nia. A po­tem uczył się pra­co­wać, jak okre­ślał swój kil­ko­let­ni cięż­ki ży­wot, spę­dzo­ny na pod­rzęd­nym sta­no­wi­sku w fa­bry­ce Bu­chol­ca.

Za­ło­żył w koń­cu zno­wu do spół­ki ja­kąś fa­brycz­kę prze­two­rów che­micz­nych, bo koń­czył kie­dyś po­dob­ny wy­dział w Niem­czech i już nie zban­kru­to­wał, prze­ciw­nie, po­zo­stał sam, a spól­nik, ja­kiś eks-oby­wa­tel wy­je­chał do War­sza­wy sta­rać się o miej­sce przy tram­wa­jach.

Fa­bry­ka roz­wi­ja­ła się z tym sza­lo­nym, ame­ry­kań­skim po­śpie­chem, ja­ki tyl­ko w Ło­dzi wi­dzieć moż­na, po­py­cha­na je­go ener­gią i nie­sły­cha­nie wy­trwa­łą, ro­zum­ną ad­mi­ni­stra­cją i grun­tow­ną fa­cho­wo­ścią.

Nie zban­kru­to­wał, nie spa­lił się ani ra­zu, nie oszu­ki­wał, a szedł pręd­ko do ma­jąt­ku. Po­sta­no­wił go zdo­być i zdo­by­wał sza­lo­ną pra­cą i wy­trwa­ło­ścią.

Po­za tym był to dziw­ny czło­wiek.

Ary­sto­kra­ta do głę­bi, nie­na­wi­dzą­cy ary­sto­kra­cji; kon­ser­wa­ty­sta, fa­na­tycz­nie wie­rzą­cy w po­stę­py wie­dzy; wol­no­myśl­ny, a za­ja­dły wiel­bi­ciel ab­so­lu­ty­zmu; ka­to­lik szcze­ry, szcze­rzej jesz­cze drwią­cy z wszel­kich re­li­gii, wy­kwint­ny sy­ba­ry­ta nie­cier­pią­cy wszel­kie­go tru­du, a rów­no­cze­śnie pra­cow­nik na­mięt­ny.

Drwił z wszyst­kich i ze wszyst­kie­go, a miał współ­czu­ją­ce ser­ce dla każ­dej nie­do­li i wiel­ki po­bła­ża­ją­cy ro­zum.

By­ła to pa­ra­dok­sal­na sprzecz­ność, po­kry­wa­ją­ca bar­dzo jed­no­li­tą, ory­gi­nal­ną jed­nost­kę.

— Ku­row­ski to jest po­lni­sche Misch-Masch133! — okre­ślił kie­dyś Bu­cholc, któ­ry go bar­dzo po­wa­żał.

Bo­ro­wiec­ki przy­sta­nął, bo zda­wa­ło mu się, że sły­szy jak­by głos ko­bie­cy i sze­lest su­kien w po­ko­ju Ku­row­skie­go, ale przy­ci­chło za­raz i on sam wszedł.

Był ja­kiś nie­spo­koj­ny, przy­wi­tał, się i usiadł przy sto­le z pew­ną nie­cier­pli­wo­ścią.

— Przyj­dzie kto dzi­siaj? — za­py­tał, pod­no­sząc na Ka­ro­la orze­cho­we wiel­kie oczy.

— O ile wiem, to bę­dą wszy­scy. Nie wi­dzie­li­śmy się ca­łe trzy ty­go­dnie.

— I tę­sk­ni­li­ście, co? — rzu­cił nie­dba­le.

Uśmiech prze­le­ciał po je­go twa­rzy.

— Cho­ciaż­by dla­te­go, abyś mógł wąt­pić.

— Nie wąt­pię, bo mu­siał­bym i wam to kró­lew­skie do­sto­jeń­stwo my­śli cza­sem prze­zna­czać.

— A nie chcesz?

— Nie mo­gę ja­koś. Po­miń­my to, je­steś ja­kiś nie­wy­raź­ny, masz wy­raz twa­rzy zdra­dzo­ne­go po raz pierw­szy mę­ża.

— Cze­muż nie wy­raz cho­re­go na nie­straw­ność? — wy­krzyk­nął Ka­rol, do­tknię­ty pew­ną praw­dą, za­mknię­tą w tym okre­śle­niu.

— Jak chcesz! Czy oni na pew­no przyj­dą? — za­py­tał, spo­glą­da­jąc na ze­ga­rek i iro­nicz­ne zło­śli­we spoj­rze­nie rzu­cił na ko­ta­rę, przy­sła­nia­ją­cą drzwi sy­pial­ni, po­za któ­rą roz­legł się bar­dzo de­li­kat­ny szmer.

— Maks, En­del­man i Kes­sler bę­dą z pew­no­ścią, bo Maks się wy­spał, a tam­ci dwaj wy­nu­dzi­li się po­rząd­nie na dzi­siej­szym przy­ję­ciu En­del­ma­nów.

— Do­sta­łem za­pro­sze­nie! No i cóż, du­żo by­ło zło­tych cie­ląt?

— Do­sko­na­łe okre­śle­nie, Ber­nard in­for­mo­wał mnie szcze­gó­ło­wo o ich po­sa­gach, no i oglą­da­li­śmy je po ko­lei, ale to wca­le nie­zaj­mu­ją­ce wi­do­wi­sko, nie.

Trząsł gło­wą me­lan­cho­lij­nie, bo twarz Em­my sta­nę­ła przed nim i przy­po­mnia­ły mu się jej sło­wa.

— Tra­wiń­scy być mie­li, bo on wczo­raj był u mnie i mó­wił.

— A by­li. On się nu­dził w tym ży­dow­sko-nie­miec­kim mo­rzu, a ona ro­bi­ła sen­sa­cję swo­ją uro­dą i wy­kwin­tem. By­ła tak­że i Smo­liń­ska.

— By­ła? To wy­pa­dek dnia. Jak­że znaj­du­jesz tę an­tycz­ną pięk­ność?

— Że jest bar­dziej an­tycz­ną niż pięk­ną.

— Masz ra­cję, jej uro­da ma wię­cej sła­wy niż pięk­no­ści. Ob­mó­wi­li ją za od­le­głej mło­do­ści, że jest pięk­ną i ta plot­ka kur­su­je z jed­na­ką si­łą przez sze­reg po­ko­leń.

Bo­ro­wiec­ki skrzy­wił się tyl­ko do uśmie­chu i za­mil­kli.

— A jed­nak to­bie coś jest?

— Dla­cze­go przez ca­łe trzy ty­go­dnie nie by­łeś w Ło­dzi? — za­py­tał, nie od­po­wia­da­jąc na py­ta­nie.

— A, dla­cze­go? — za­czął pod­rzu­cać nóż i chwy­tać ze zręcz­no­ścią żon­gle­ra. — Dla­cze­go? oto dla­te­go ob­ró­cił się do nie­go ra­mie­niem i po­ka­zał le­wą rę­kę na tem­bla­ku.

— Wy­pa­dek?

— Tak, dwa ca­le sta­li.

— Kie­dy? — za­py­tał pręd­ko jak­by z nie­do­wie­rza­niem.

— Dwa ty­go­dnie te­mu — od­po­wie­dział ci­szej i je­go brwi czar­ne na­pię­ły się ni­by łu­ki nad ocza­mi, świe­cą­cy­mi twar­do i su­ro­wo.

Te­raz do­pie­ro Bo­ro­wiec­ki spo­strzegł ja­kąś cho­ro­bli­wą zie­lo­na­wą bla­dość je­go twa­rzy i wpad­nię­te oczy.

— Ko­bie­ta? — rzu­cił wię­cej do sie­bie niż do nie­go.

— Nie znam ani jed­nej ta­kiej, za któ­rą bym po­świę­cił pa­zno­kieć! — po­wie­dział pręd­ko i za­czął nie­spo­koj­nie gła­dzić czar­ne, moc­no prze­rze­dzo­ne wło­sy i bro­dę rów­nież kru­czo czar­ną, któ­ra mu za­kry­wa­ła koł­nie­rzyk i pół gor­su.

— Bo ta­kich nie ma! Zu­peł­nie nie ma! — za­czął go­rą­co Ka­rol. — Są al­bo sa­mi­ce głu­pie, al­bo płacz­li­we sen­ty­men­tal­ne gę­si; czło­wie­ka, zu­peł­ne­go czło­wie­ka po­mię­dzy ni­mi nie zna­la­złem.

Chciał za obec­ny swój na­strój mścić się na ogó­le ko­biet, ale Ku­row­ski mu prze­rwał.

— Bo nie czło­wie­czeń­stwa szu­ka­łeś w swo­ich ko­chan­kach — tyl­ko mi­ło­ści. Nie masz gło­su w tej spra­wie do­tąd, do­pó­ki nie prze­sta­niesz pleść o nie­czło­wie­czeń­stwie ko­biet, do­pó­ki nie prze­sta­niesz trak­to­wać je ja­ko za­baw­ki, ja­ko żer; do­pó­ki pa­trzysz na ko­bie­ty przez pry­zmat ape­ty­tu — tyl­ko ape­ty­tu.

— Cie­ka­wym kto pa­trzy z nas na mło­de, pięk­ne ko­bie­ty ina­czej?

— A nie wiem, bo ja to nie — od­po­wie­dział nie­dba­le.

— A mnie z ta­kie­go sa­me­go po­wo­du od­bie­rasz pra­wo są­dze­nia? — py­tał po­draż­nio­ny.

— A ty mi za­bra­niasz mó­wie­nia cho­ciaż­by po­zor­nych sprzecz­no­ści?

Za­czął się śmiać.

— W ta­kim ra­zie po cóż się ba­wi­my pu­sty­mi sło­wa­mi!

— O tym wła­śnie my­ślę od po­cząt­ku, a ty do­pie­ro po czter­dzie­stu mi­nu­tach przy­sze­dłeś do te­go sa­me­go.

— Bądź zdrów! — rzekł zi­ry­to­wa­ny Ka­rol i szedł ku drzwiom, ale mu Ku­row­ski za­stą­pił dro­gę bar­dzo ży­wo.

— Nie dzi­wacz, je­steś zi­ry­to­wa­ny na lu­dzi, a chcesz się od­bi­jać na mnie. Zo­stań. Chciał­bym, że­by nikt wię­cej dzi­siaj nie przy­szedł — do­koń­czył.

Ka­rol zo­stał; usiadł w fo­te­lu i tę­pym wzro­kiem za­pa­trzył się w świa­tło kil­ku­na­stu świec, po­za­pa­la­nych w wiel­kich srebr­nych kan­de­la­brach, bo Ku­row­ski nie cier­piał w miesz­ka­niu ga­zu, naf­ty i elek­trycz­no­ści.

— Od­wo­łaj, że dzi­siaj nie przyj­mu­jesz ni­ko­go, ja za­raz wyj­dę.

— Ba, od­wo­łać mu­szę, ale chce mi się jed­no­cze­śnie wi­dzieć i te­go łódz­kie­go Ham­le­ci­ka, Ber­nar­da, któ­ry nie tyl­ko ka­ry­ka­tu­ru­je na­śla­dow­nic­twem mo­je sło­wa i de­fi­ni­cje, ale i ko­lor mo­ich skar­pe­tek. Chciał­bym rów­nież zo­ba­czyć to mię­so — Mak­sa i te­go wil­ka nie­miec­kie­go Kes­sle­ra, nie mó­wię już o resz­cie. Bra­ko­wa­ło mi was przez ten czas.

— Nie miał cię kto ba­wić w cho­ro­bie?

— Istot­nie, przy­znam ci szcze­rze, że wy by­wa­cie nie­raz wy­so­ce za­baw­ni.

— Do­brze wie­dzieć o tym, mu­szę ci w imie­niu wszyst­kich po­dzię­ko­wać za szcze­rość.

— A, trud­no nie być szcze­rym — za­wo­łał ta­kim ak­cen­tem żar­to­bli­wym, że obaj spoj­rzaw­szy so­bie w oczy uśmiech­nę­li się i za­mil­kli.

Ku­row­ski po­szedł do dru­gie­go po­ko­ju i po­wró­cił za chwi­lę.

Ka­rol spo­glą­dał na nie­go, i czuł ja­kąś nie­zwy­kłą po­trze­bę mó­wie­nia, wy­po­wie­dze­nia się na­wet choć­by pół­słów­ka­mi, a mil­czał, bo wo­bec je­go zim­nej twa­rzy i gry­zą­ce­go iro­nią spoj­rze­nia, za­my­kał się w so­bie i co­fał po­spiesz­nie w głąb i si­łą po­wstrzy­my­wał wy­ra­zy ci­sną­ce się na usta.

— Cóż two­ja fa­bry­ka? — za­py­tał po pew­nym cza­sie Ku­row­ski.

— Spra­wy sto­ją tak, jak ci ob­ja­śni­łem w ostat­nim li­ście. Za ty­dzień Mo­ryc przy­je­dzie, to się za­bie­rze­my do ro­bo­ty.

— Za­po­mnia­łem ci po­wie­dzieć, że wi­dzia­łem pan­nę An­kę w War­sza­wie.

— Nie wie­dzia­łem na­wet, że mia­ła tam być.

— Po cóż się opo­wia­dać mia­ła! Chcesz, że­by się dla pa­nien świat koń­czył na na­rze­czo­nych?

— Zda­wa­ło mi się, że po­wi­nien się koń­czyć na na­rze­czo­nych wła­śnie.

— Je­śli nie ma­ją ko­chan­ków. A dla­cze­góż to ty na tym nie po­prze­sta­jesz?

— Za­baw­ne py­ta­nie? Je­steś wy­znaw­cą idei Björn­ster­na-Bi­örn­so­na. Wąt­pię, czy się to po­do­ba two­jej ko­chan­ce.

— Aaa! — za­czął zie­wać — mó­wi­my o rze­czach, któ­re mnie nic a nic nie ob­cho­dzą.

— Dzi­siaj.

— Mo­że i przez ju­tro jesz­cze — za­koń­czył nie­dba­le dzwo­niąc na gar­so­na, któ­re­mu po­le­cił nie pusz­czać dzi­siaj ni­ko­go do sie­bie i przy­nieść ko­la­cyj­ną kar­tę.

Ka­rol prze­cią­gał się ocię­ża­le i po­ło­żył gło­wę na grzbie­cie fo­te­lu.

— Mo­że ka­zać wnieść łóż­ko, co?

— Dzię­ku­ję ci, pój­dę za­raz do do­mu. Je­stem strasz­nie znu­żo­ny i ta­ka wstręt­na apa­tia ob­wi­nę­ła mnie, że się czu­ję co­raz bez­sil­niej­szym.

— Każ się wła­sne­mu lo­ka­jo­wi wy­po­licz­ko­wać, to cię orzeź­wi; jest to śro­dek ra­dy­kal­ny, bo apa­tia jest naj­strasz­niej­szym wro­giem ży­cia.

— Nie od­pi­sa­łeś mi, czy da­jesz kre­dyt lub nie?

— Da­ję. Pro­szę cię, cze­muś nie za­mel­do­wał lo­ka­jo­wi, że przy­cho­dzisz z in­te­re­sem, był­bym ci po­wie­dział, że in­te­re­sy za­ła­twiam w kan­to­rze, a tu­taj przyj­mu­ję tyl­ko przy­ja­ciół.

— Prze­pra­szam cię, za­py­ta­łem się pra­wie bez­wied­nie. Nie dziw się te­mu, że je­stem po­chło­nię­ty tą swo­ją fa­bry­ką. Chciał­bym ją wi­dzieć jak naj­prę­dzej w ru­chu.

— Tak moc­no pra­gniesz pie­nię­dzy?

— Nie ty­le co nie­za­leż­no­ści.

— Nie­za­leż­ność ma­ją tyl­ko nę­dza­rze, bo już na­wet i mi­liar­de­rzy są jej po­zba­wie­ni. Czło­wiek po­sia­da­ją­cy ru­bla jest już nie­wol­ni­kiem te­goż ru­bla.

— Pa­ra­doks!

— Roz­waż, a prze­ko­nasz się.

— Być mo­że, ale w każ­dym ra­zie wo­lę być za­leż­nym na spo­sób Bu­chol­ca, od wła­snych mi­lio­nów, niż od pierw­sze­go lep­sze­go zbo­ga­co­ne­go pa­rob­ka.

— To in­na kwe­stia, bar­dziej prak­tycz­na, ale pa­trząc sze­rzej, to zo­ba­czy­my, że ta nie­za­leż­ność jest złu­dze­niem ab­so­lut­nym w ogól­no­ści, a nie­za­leż­ność po­szcze­gól­na, nie­za­leż­ność lu­dzi bo­ga­tych jest nie­wo­lą. Prze­cież ta­ki Knoll, Bu­cholc, Sza­ja, Mül­ler i stu in­nych, to naj­bar­dziej nędz­ni nie­wol­ni­cy wła­snych fa­bryk, naj­mniej sa­mo­dziel­ne me­cha­ni­zmy, nic wię­cej! Znasz prze­cie ży­cie fa­bry­kan­tów i ży­cie fa­bryk, to wiesz tak do­brze o tym jak i ja. Po­myśl, co za dziw­na kom­bi­na­cja roz­wi­ja się dzi­siaj w świe­cie: czło­wiek ujarz­mił po­tę­gi przy­ro­dy, od­krył ma­sę sił — i po­szedł w pę­ta wła­śnie tych sa­mych po­tęg. Czło­wiek stwo­rzył ma­szy­nę, a ma­szy­na czło­wie­ka zro­bi­ła swo­im nie­wol­ni­kiem; ma­szy­na bę­dzie się roz­ra­stać i po­tęż­nieć do nie­skoń­czo­no­ści i rów­nież wzra­stać i po­tęż­nieć bę­dzie nie­wo­la ludz­ka. Vo­ila!134 Zwy­cię­stwo kosz­tu­je za­wsze wię­cej niż prze­gra­na! Roz­waż.

— Nie, bo mu­siał­bym dojść do in­nych zu­peł­nie wnio­sków.

— Ja mam go­to­we, mo­gę ci je roz­snuć na­tych­miast, rów­nież bę­dą lo­gicz­ne.

— Dzi­wi mnie tyl­ko, że sam tak ochot­nie po­sze­dłeś w nie­wo­lę swo­jej fa­bry­ki.

— Skąd wiesz, że ochot­nie? cze­mu nie przy­pusz­czasz ko­niecz­no­ści, że­la­znej ko­niecz­no­ści, mu­su ohyd­ne­go!

Mó­wił pręd­ko i ze zło­ścią, któ­rą mu przy­nio­sły te bo­le­sne ja­kieś przy­po­mnie­nia.

— Je­steś nie­kon­se­kwent­ny. Gdy­bym tak my­ślał i miał po­dob­ny do two­je­go kąt pa­trze­nia na świat, to nie zro­bił­bym nic, bo i po co?

— Że­by mieć pie­nią­dze, du­żo pie­nię­dzy, ty­le ile mi po­trze­ba mieć, to pierw­sza przy­czy­na, a dru­ga jest ta, że­by roz­ma­ite cha­my nie­miec­kie nie mo­gły po­wie­dzieć: „Jedź­cie do Mo­na­co”. A po­tem135 chcę na tym grun­cie sza­chrajstw za­szcze­pić nie­co cno­ty — za­koń­czył szy­der­czo.

— Aby ją tym le­piej sprze­da­wać?

— Cóż war­ta jest cno­ta, któ­rej do­brze sprze­dać nie moż­na?

— Tyś się ze swo­ją nie bar­dzo dro­żył — rzu­cił Ka­rol, przy­po­mniaw­szy so­bie ostat­nie­go je­go spól­ni­ka, któ­ry ze spół­ki nie wy­niósł ani gro­sza, po­mi­mo, że wło­żył w nią wie­le.

— To pod­łe oszczer­stwo! — krzyk­nął Ku­row­ski, gwał­tow­nie ude­rza­jąc krze­słem o pod­ło­gę.

Oczy mu roz­bły­sły po­tęż­nym pło­mie­niem, a twarz za­drga­ła gwał­tow­nie ze wzru­sze­nia, ale się wnet opa­no­wał, usiadł z po­wro­tem, za­pa­lił pa­pie­ro­sa, po­cią­gnął kil­ka ra­zy, rzu­cił go i wy­cią­ga­jąc rę­kę rzekł ci­cho:

— Prze­pra­szam cię bar­dzo, je­ślim cię do­tknął.

— Wie­rzy­łem tro­chę plot­kom, bo są­dzi­łem cię po łódz­ku, ale te­raz wie­rzę to­bie i nie gnie­wam się zu­peł­nie, ro­zu­miem, że mo­gło cię mo­je przy­pusz­cze­nie za­bo­leć.

— Nie okpi­łem, bo spo­sob­ność nie by­ła po te­mu i nie mia­łem ko­go — po­wie­dział, ale pod tym cy­ni­zmem czuć by­ło jesz­cze wzbu­rze­nie wiel­kie.

Ka­zał so­bie przy­nieść bu­tel­kę wi­na i pił szklan­ka po szklan­ce.

— Szko­da, że nie ży­łem sto lat te­mu — za­czął nie­zwy­kłym to­nem.

— Dla­cze­go?

— Był­bym się le­piej ba­wił na świe­cie. Sto lat te­mu by­ło jesz­cze do­brze. Ist­nia­ły jesz­cze po­tęż­ne in­stynk­ty i po­tęż­ne na­mięt­no­ści, je­śli by­li zbrod­nia­rze, to ta­kiej mia­ry jak Dan­ton, Ro­be­spier­re i Na­po­le­on, je­śli by­li zdraj­cy, to ta­cy, któ­rzy sprze­da­wa­li ca­łe lu­dy, je­śli zło­dzie­je, to ta­cy, któ­rzy kra­dli pań­stwa. A dzi­siaj co? kie­szon­ko­we zło­dziej­stwo i żgnię­cie scy­zo­ry­kiem w brzuch!

— I nie po­trze­bo­wał­byś w tam­tej epo­ce fa­bry­ko­wać swo­ich che­mi­ka­liów.

— Miał­bym ro­bo­tę in­ną, po­ma­gał­bym Ro­be­spier­rom ści­nać łby Ży­ron­dzie i Dan­to­nom, a Bar­ra­som ści­nać Ro­be­spier­rów, że­by po­zo­sta­łych ka­zać za­tłuc ki­ja­mi i wy­rzu­cić psom.

— A w koń­cu? — za­py­tał Ka­rol, nie­spo­koj­nie pa­trząc na nie­go, bo mó­wił z za­mknię­ty­mi ocza­mi i wy­glą­dał na nie­zu­peł­nie przy­tom­ne­go.

— A w koń­cu pa­ni Li­ber­té, Fra­ter­ni­té, Ega­li­té, plu­nął­bym w oczy, bo jest non­sen­sem i śmier­dzi, a po­szedł­bym po­ma­gać Wiel­kie­mu oczysz­czać świat z ho­ło­ty.

Ka­rol za­czął się śmiać, bio­rąc jed­no­cze­śnie ka­pe­lusz.

— Do­bra­noc ci.

— Już idziesz? Do­pie­ro sie­dzisz go­dzi­nę i pół.

— Li­czy­łeś tak ści­śle?

— Ze stra­chem, że­by nie by­ło wię­cej. No, dość tych głupstw. W przy­szłą so­bo­tę cze­kam cię, cze­kam was wszyst­kich.

— Mam za­miar być wte­dy u na­rze­czo­nej.

— Po­ślij za­stęp­cę, a sam po­je­dziesz w nie­dzie­lę. Li­czę na cie­bie z pew­no­ścią.

Ka­rol szedł Piotr­kow­ską, ale czuł się jesz­cze wię­cej zde­ner­wo­wa­nym i znu­żo­nym niż przed­tem.

Zy­skał tyl­ko to, że po­zbył się tych ja­kichś ciem­nych nie­po­ko­jów i wy­rzu­tów su­mie­nia.

Ja­kieś reszt­ki nie­daw­ne­go na­stro­ju miał jesz­cze w du­szy, ale co chwi­la za­po­mi­nał o so­bie, bo mu w mó­zgu dźwię­cza­ły pa­ra­dok­sal­ne wy­wo­dy Ku­row­skie­go, któ­re rów­nież pręd­ko prze­żuł.

Wra­cał do rów­no­wa­gi, bo za­chcia­ło mu się gwał­tow­nie jeść. Więc wstą­pił po dro­dze do Vic­to­rii.

W re­stau­ra­cji by­ło pra­wie pu­sto z po­wo­du przed­sta­wie­nia w te­atrze, któ­re się nie­daw­no za­czę­ło.

Gar­so­ni136 drze­ma­li w ciem­nej sa­li od uli­cy, a po dwóch pierw­szych, oświe­tlo­nych, ła­ził Bum-Bum, po­pra­wiał bi­no­kle obu rę­ka­mi, trza­skał w pal­ce i przy­sta­wał co chwi­la wpa­tru­jąc się w świa­tła wy­sa­dzo­ny­mi, mar­twy­mi ocza­mi.

Przy bu­fe­cie stał wy­so­ki, tę­gi męż­czy­zna z bar­dzo ma­łą spi­cza­stą gło­wą, po­kry­tą czar­nym mchem wło­sów, ma­leń­kie czar­ne punk­ci­ki, któ­re sta­no­wi­ły głę­bo­ko ob­sa­dzo­ne oczy, świe­ci­ły mu z czer­wo­nej twa­rzy, prze­cię­tej tak sze­ro­ki­mi usta­mi o wy­wi­nię­tych war­gach, że by­ły po­dob­ne do na­le­pio­nych si­nych wał­ków wa­ty.

Po­chy­lił się nad bu­fe­tem, ob­li­zy­wał świe­cą­ce usta, wy­sy­sał co chwi­la wą­sy, wy­cie­rał ser­wet­ką spi­cza­stą czar­ną bród­kę i szep­tał do sto­ją­ce­go przy nim ni­skie­go gru­ba­sa, któ­ry po­ły­kał pra­wie ja­kiś bu­tersz­nit137, ru­sza­jąc przy tym wą­sa­mi, no­sem, brwia­mi i wy­trzesz­cza­jąc za­pły­nię­te tłusz­czem oczy.

— Mój pa­necz­ku ko­cha­ny, a mo­że by tak ko­nia­czek jesz­cze raz, co? Niech no pa­ni strzyk­nie, a po­tem tak ka­wior­ku, bef­szty­czek po ta­tar­sku, co? Oby nam się do­brze dzia­ło!

Stuk­nę­li się i wy­pi­li.

— Mój pa­necz­ku ko­cha­ny, a tak prze­po­wie­dzieć so­bie jesz­cze do trze­cie­go ra­zu, co?

Ka­rol prze­szedł do po­ko­ju od po­dwó­rza i nim mu po­da­li jeść, prze­glą­dać za­czął ostat­nie ga­ze­ty.

Przy­szedł za­raz za nim Bum-Bum, szedł zyg­za­ko­wa­to, no­gi mu ostro wy­ska­ki­wa­ły i drga­ły ta­be­tycz­nie138, a bi­no­kle co chwi­la opa­da­ły na pier­si.

— Do­bry wie­czór! Z dy­rek­to­ra rzad­ki gość! — beł­ko­tał ja­koś nie­wy­raź­nie i ry­bie mar­twe oczy na­sta­wiał na nie­go.

— Miesz­kam da­le­ko — od­po­wie­dział krót­ko, przy­sła­nia­jąc się ga­ze­tą, aby się go prę­dzej po­zbyć. — Co to? — za­py­tał pręd­ko, od­su­wa­jąc się mi­mo­wol­nie, bo Bum-Bum na­chy­lił się nad nim.

— A, nie­bie­skie nit­ki ma dy­rek­tor na ra­mio­nach i ple­cach, o!

Za­czął ścią­gać z nie­go ru­chem ta­kim, jak­by te ni­ci by­ły nie­skoń­czo­nej dłu­go­ści.

Bo­ro­wiec­ki przej­rzał się w lu­strze, ale nie zo­ba­czył nic.

— Wszy­scy dzi­siaj tak ja­koś oplą­ta­ni... — beł­ko­tał Bum-Bum. — Ma pan jesz­cze na ple­cach!

I zno­wu snuł z nie­go te uro­jo­ne ja­kieś ni­ci, mo­tał je w rę­kach, rzu­cał na pod­ło­gę i snuł da­lej, po­ru­sza­jąc się au­to­ma­tycz­nie, za­pa­trzo­ny wzro­kiem, któ­ry nic nie wi­dział, w te zwo­je błę­kit­nych włó­kien, ja­ki­mi był osnu­ty Bo­ro­wiec­ki, któ­ry znie­cier­pli­wio­ny za­dzwo­nił na gar­so­na, wska­zu­jąc gło­wą Bum-Bu­ma.

Gar­son ujął go pod ra­mię i od­pro­wa­dził.

Bum-Bum nie sta­wiał opo­ru, szedł jak sen­ny, tyl­ko za­czął z nie­go zdej­mo­wać ni­ci ca­ły­mi gar­ścia­mi i rzu­cać na zie­mię.

Na Bo­ro­wiec­kim zro­bi­ła ta sce­na tak przy­kre wra­że­nie, że z po­śpie­chem zjadł i wy­niósł się; w bu­fe­cie Bum-Bu­ma już nie za­stał, był tyl­ko ten wy­so­ki, sie­dział przy sto­le, gło­śno mla­skał ję­zy­kiem i z ka­wał­kiem bef­szty­ku w zę­bach ga­dał.

— Rę­ka rę­kę... te­go, uwa­ża pa­ne­czek ko­cha­ny! O ile się da... o ty­le się zro­bi.

Gru­by nie od­po­wia­dał, bo miał usta za­pcha­ne mię­sem, tyl­ko jesz­cze szyb­ciej po­ru­szał twa­rzą.

Na ro­gu pa­sa­żu Mey­era pod la­tar­nią Bo­ro­wiec­ki zno­wu spo­strzegł Bum-Bu­ma, szedł wol­no i snuł da­lej tę uro­jo­ną przę­dzę, snuł z la­tarń, z prze­chod­niów, z do­mów; z po­wie­trza ła­pał nad gło­wą, bo mu się zda­wa­ło, że ca­ła uli­ca jest za­snu­ta ni­by pa­ję­czy­ną, więc ją rwał, ścią­gał i jak­by się prze­dzie­rał przez nią.

De­li­rium tre­mens — szep­nął Ka­rol z po­li­to­wa­niem i po­je­chał do do­mu; obie­cy­wał so­bie, że za­raz pój­dzie spać i wy­śpi się za wszyst­kie cza­sy.

Ma­te­usz grał na har­mo­nij­ce, a w ciem­nej, dłu­giej sie­ni kil­ka sług z do­mów są­sied­nich wal­co­wa­ło139 z za­pa­łem.

Prze­rwał im tę za­ba­wę, za­bie­ra­jąc Ma­te­usza do miesz­ka­nia.

Mak­sa Bau­ma już nie by­ło, po­zo­stał tyl­ko po nim szu­mią­cy jesz­cze sa­mo­war.

Ka­zał po­słać łóż­ko, za­po­wia­da­jąc, że­by w sie­ni by­ło ci­cho, bo za­raz po her­ba­cie pój­dzie spać.

Nie po­szedł jed­nak, bo gdy go owio­nę­ła ci­sza miesz­ka­nia, wte­dy go schwy­cił ta­ki ostry spazm nu­dy, że nie wie­dział, co ma z so­bą zro­bić.

Ro­ze­brał się, ale spać nie po­szedł, za­czął prze­glą­dać ja­kieś pa­pie­ry i rzu­cił je z nie­chę­cią na stół, zaj­rzał do Mak­sa po­ko­ju, ciem­ny był i wio­nął pust­ką.

Po­pa­trzył na uli­cę ci­chą i usy­pia­ją­cą już po świą­tecz­nym ru­chu.

W ca­łym do­mu pa­no­wa­ła ci­sza przy­gnę­bia­ją­ca, a z każ­de­go ką­ta miesz­ka­nia wy­ła­zi­ła nu­da i pust­ka.

Nie mógł już dłu­żej wy­trzy­mać w tej sa­mot­no­ści, po­śpiesz­nie się ubrał i nie pa­mię­ta­jąc już ani o nie­daw­nych zgry­zo­tach z po­wo­du Em­my i po­sta­no­wie­niach ży­cia ina­czej, po­je­chał do Lu­cy.



XIII

Po po­łu­dniu na dru­gi dzień Bo­ro­wiec­ki rzeź­wy, wy­świe­żo­ny, spo­koj­ny zu­peł­nie po wczo­raj­szej bu­rzy, któ­ra prze­szła, nie zo­sta­wia­jąc w nim in­ne­go śla­du nad drwią­cy uśmiech z sa­me­go sie­bie, po­dob­ny ja­sno­ścią i hu­mo­rem do te­go dnia nie­dziel­ne­go, ja­ki za­to­pił Łódź w sło­necz­nych bla­skach, cie­ple i ra­do­ści nad­cho­dzą­cej wio­sny, wy­bie­rał się z wi­zy­tą do Mül­le­rów.

Szy­ko­wał się do niej tak sta­ran­nie, że Maks mruk­nął nie­chęt­nie.

— Ko­me­dio­wy amant!

Ale Maks nie był dzi­siaj w do­brym hu­mo­rze.

Przy­szedł do do­mu póź­no, wstał jesz­cze póź­niej, bo o dru­giej po po­łu­dniu i ła­ził po miesz­ka­niu w pan­to­flach, za­glą­dał we wszyst­kie ką­ty, pró­bo­wał się ubie­rać, ale wszyst­ko mu by­ło nie­do­god­nym, więc za­rzu­cił ca­ły po­kój bie­li­zną i gar­de­ro­bą, ko­piąc je ze zło­ści i wy­my­śla­jąc co chwi­la na Ma­te­usza, to na pracz­kę, że mu przy­pa­li­ła koł­nie­rzy­ki, to zno­wu za­czął iry­to­wać się na szew­ca, któ­ry mu re­pe­ro­wał ka­masz­ki i po­zo­sta­wiał w środ­ku ostre koń­ce szpi­lek; tak za­pew­niał o tym Ma­te­usza, któ­ry się za­kli­nał na wszyst­kie świę­to­ści mu zna­ne, że to nie­praw­da, że ka­masz­ki w środ­ku są gład­kie jak ak­sa­mit.

— Ani kru­szy­ny nie­ma, ani ty­le­go ździeb­dzia!

— Mał­pa zie­lo­na je­steś, mnie naj­wy­raź­niej ko­le, a ten ga­da, że nic nie ma!

— Wsa­dzi­łem pa­lec, nic nie czu­ję, po­tem ca­łą rę­kę i tyż nie ma.

— To ozo­rem po­ma­caj, to od­czu­jesz, tak sa­mo jak ja no­gą! — krzy­czał, wy­ry­wa­jąc mu but.

— Ha­le, ja ta ni mam ozo­ra w tym sa­mem miej­scu co pan — rzekł z gnie­wem fa­mu­lus i wy­niósł się, trza­ska­jąc drzwia­mi.

Maks po­szedł do okna i tam pod świa­tło skro­bał w bu­cie po­grze­ba­czem.

— Po czym ty masz ta­ki kat­zen­ja­mer zło­ści? — za­gad­nął go Bo­ro­wiec­ki, wcią­ga­jąc rę­ka­wicz­ki.

— Po czym? Już mnie dia­bli bio­rą ze wszyst­kie­go. Wczo­raj zmar­no­wa­łem so­bie wie­czór przez Ku­row­skie­go. Był, a nie przyj­mo­wał u sie­bie, bo przyj­mo­wał ja­kąś... mał­pę! Po­sze­dłem do do­mu już zły, a tam przy ko­la­cji ura­czy­łem się na do­bre! Niech ja­sne pio­ru­ny spa­lą wszyst­kie bu­ty i wszyst­kich szew­ców!

Trza­snął ka­masz­kiem o pod­ło­gę, po­grze­bacz rzu­cił pod piec i za­czął się szyb­ko roz­bie­rać.

— Co ro­bisz?

— Idę spać — po­wie­dział po­nu­ro. — Niech dia­bli wszyst­ko we­zmą, tu bu­ta wło­żyć nie mo­gę bo kłu­je, ta klem­pa po­pa­li­ła mi koł­nie­rzy­ki, w do­mu pie­kło, te­go już za wie­le. Ma­te­usz! — ryk­nął peł­ną pier­sią. — Jak by kto do mnie przy­cho­dził, to mnie dzi­siaj nie by­ło i nie ma, sły­szysz?

— To się wie, a jak by ta... jak się na­zy­wa, pan­na Ant­ka przy­szła?

— To ją wy­rzuć, a jak mnie obu­dzisz, to ci łeb prze­krę­cę na dru­gą stro­nę i ta­ką wa­tę ci z py­ska zro­bię, że cię ro­dzo­na ko­chan­ka nie po­zna. Te­le­fon za­kne­bluj, przy­nieś sa­mo­war i wszyst­kie dzien­ni­ki.

— Cóż się u was sta­ło? — za­py­tał Ka­rol, zu­peł­nie nie zdzi­wio­ny je­go spo­so­bem prze­pę­dza­nia świąt i nie­dziel, bo się to zda­rza­ło zbyt czę­sto.

— Co? Od ju­tra zmniej­sza­my dzień ro­bo­czy o dwa­dzie­ścia pięć pro­cent. Se­zon zu­peł­nie mar­twy, nic się nie sprze­da­je, ma­ga­zyn za­wa­lo­ny, we­ksli nie pła­cą, a w do­dat­ku oj­ciec za­miast daw­no zmniej­szyć ilość go­dzin ro­bo­czych lub od­da­lić z po­ło­wę ro­bot­ni­ków, pła­cze, że ci bie­da­cy nie bę­dą mie­li co jeść i ży­ru­je roz­ma­itym łaj­da­kom we­ksle. Za rok sam nie bę­dzie miał co jeść. Niech so­bie zdy­cha je­śli mu się tak po­do­ba, ale po co ja mam na tym cier­pieć!

— Po­ło­wa fa­bryk zmniej­sza pła­cę, od­da­la ro­bot­ni­ków i ogra­ni­cza pro­duk­cję. Sły­sza­łem wczo­raj u En­del­ma­nów, roz­pra­wia­no do­syć sze­ro­ko.

— Niech ich dia­bli we­zmą wszyst­kich ra­zem, co mnie to ob­cho­dzi, jak tyl­ko nie chcę, że­by mnie wzię­li, że­bym spo­koj­nie mógł spać!

Wsu­nął się pod koł­drę, wy­krę­cił twa­rzą do ścia­ny i sa­pał gło­śno z iry­ta­cji.

— Oj­ciec mu­si być bar­dzo zmar­twio­ny, żal mi go bar­dzo.

— Nie ga­daj mi o nim, bom ta­ki zły, że od­dał­bym go każ­de­mu za dar­mo! — za­wo­łał, sia­da­jąc gwał­tow­nie na łóż­ku. — Sta­ry nie­do­łę­ga! ro­bi sam jak ostat­ni ro­bot­nik, za­mę­cza się, od­ma­wia so­bie na­wet te­go, że w tym ro­ku nie po­je­dzie do Ems, cho­ciaż dok­tór ra­dził mu je­chać i na­wet na­ka­zy­wał; ro­bi bo­ka­mi tak, że mu już wszyst­kie warsz­ta­ty sta­ną nie­dłu­go, a tu wczo­raj przy­jeż­dża mąż Ber­ty, ten mi­ły Fryc Wehr i jak za­czął go pod­cho­dzić, tak sta­ry wy­cią­gnął pra­wie ostat­nie pie­nią­dze i dał łaj­da­ko­wi, a po­tem mat­ce mó­wi, że się czu­je tak do­brze, iż już nie po­je­dzie do wód. Już nie wiem, co się sta­nie z na­mi, bo stra­ci­łem na­dzie­ję ura­to­wa­nia fir­my. Do­ro­bił się ty­le na swo­jej uczci­wo­ści, że po czter­dzie­stu la­tach ro­bo­ty, jak te­raz umrze, to bę­dę go mu­siał po­cho­wać za swo­je pie­nią­dze.

— Za wcze­śnie o tym mó­wisz, bę­dzie się jesz­cze trzy­mał dłu­go.

— Fa­bry­ka nie wy­trzy­ma ro­ku, mu­si zdech­nąć, bo pa­szy zbrak­nie, a jak fa­bry­ka kłap­nie, to sta­ry jej nie prze­ży­je! Zdech­nie z nią ra­zem, ja go znam do­brze. A kto się uparł ręcz­ną fa­bry­ką wy­trzy­mać kon­ku­ren­cję z pa­rą, te­go moż­na od ra­zu po­słać do do­mu wa­ria­tów.

— Rze­czy­wi­ście, jest to ma­niac­two tak dziw­ne, że aż śmiesz­ne.

— To jest śmiesz­ne dla ob­cych, ale dla nas to ma­niac­two jest tra­gicz­ne, a szcze­gól­niej te­raz, kie­dy ca­ła Łódź się trzę­sie, kie­dy moc­ne na­wet fir­my kła­dą się jak zbo­że, kie­dy ban­kruc­twa­mi ca­łe mia­sto śmier­dzi, kie­dy już nie wia­do­mo ko­mu dać kre­dyt, a ko­mu nie dać, bo wszy­scy za­ry­wa­ją. Jak ty my­ślisz, czym my od pa­ru lat ży­je­my? już nie koł­dra­mi ani ka­pa­mi, bo te już na­śla­du­je Zu­kier i sprze­da­je o pięć­dzie­siąt pro­cent ta­niej, ży­je­my ty­mi czer­wo­ny­mi płó­cien­ka­mi, ży­je­my czer­wo­nym ko­lo­rem, któ­re­go jesz­cze dzi­siaj nikt nie po­tra­fi na­śla­do­wać. Tyl­ko ten to­war idzie ja­ko ta­ko, ale on jest tak dro­gi, że gdy­by szedł naj­da­lej, że­by się sprze­da­wa­ło wszyst­ko, co tyl­ko zro­bić moż­na, to się za­ro­bi na tym dzie­sięć pro­cent. Ja mam już tak do­syć te­go kra­mar­stwa, że jak ty pręd­ko nie zaj­miesz się fa­bry­ką, to sam, cho­ciaż nic nie mam, za­ło­żę i plu­nę na wszyst­ko. Zban­kru­tu­ję, to zban­kru­tu­ję, ale bę­dę przy­naj­mniej coś ro­bił!

Po­ło­żył się zno­wu, okrę­cił koł­drą po uszy i mil­czał.

— Se­zon jest zły, ban­kruc­twa są na po­rząd­ku dzien­nym, ogól­nie zmniej­sza­ją pro­duk­cję wszy­scy, z wy­jąt­kiem trzech, mo­że czte­rech wiel­kich fa­bryk, któ­re ma­ją za co prze­być kry­zys; jest na­wet źle, ale już są wi­do­ki po­pra­wie­nia się in­te­re­sów. Ostat­nie urzę­do­we za­wia­do­mie­nia gło­szą, że w ca­łej Ro­sji ozi­mi­ny je­sie­nią do­sko­na­łe, zi­mę prze­trzy­ma­ły świet­nie i za­po­wia­da­ją się do­sko­na­le. Je­śli wio­sna nie za­wie­dzie, je­śli uro­dza­je bę­dą do­bre przez dwa lub trzy la­ta, ce­ny na zbo­że nie spad­ną w tym cza­sie, cze­go się na­wet nie prze­wi­du­je z po­wo­du wy­czer­pa­nia za­pa­sów u nas i za gra­ni­cą i z po­wo­du nie­uro­dza­jów in­dyj­sko-ame­ry­kań­skich, to nasz ry­nek ko­ło je­sie­ni za­cznie się oży­wiać. Jest jesz­cze jed­na przy­czy­na, dla­cze­go mu­si być le­piej w prze­my­śle tkac­kim, oto roz­po­czę­cie ol­brzy­mich pań­stwo­wych ro­bót, któ­re po­chło­ną set­ki mi­lio­nów i zaj­mą dzie­siąt­ki ty­się­cy rąk obec­nie bez­czyn­nych! Sły­szysz, Maks!

— Sły­szę, ale po­wiem wa­szym przy­sło­wiem: Pa­tycz­ki stró­żą, a ptasz­ki jesz­cze w le­sie.

Ka­rol nic się na to nie ode­zwał, tyl­ko wło­żył pal­to i po­je­chał do Mül­le­rów.

Na Piotr­kow­skiej spo­strzegł Ko­złow­skie­go, któ­ry po ca­łych dniach włó­czył się po mie­ście.

Stał jak zwy­kle w ba­le­to­wem pas140, z cy­lin­drem na ty­le gło­wy, któ­ry co chwi­la zsu­wał na czo­ło gał­ką la­ski i od­su­wał, roz­ma­wiał z dy­rek­to­rem te­atru, któ­ry w ba­ra­niej si­wej czap­ce, z ja­snym za­wie­si­stym wą­sem i or­lim no­sem, miał mi­nę ata­ma­na ko­szo­we­go141.

Od­kło­nił im się spiesz­nie i nie zwa­ża­jąc na zna­ki Ko­złow­skie­go, chcą­ce­go za­trzy­mać do­roż­kę, po­je­chał da­lej.

Mül­le­ro­wie miesz­ka­li za gma­cha­mi swo­jej fa­bry­ki, od­dzie­lo­nej ogro­da­mi od miesz­ka­nia, wy­cho­dzą­ce­go na in­ną uli­cę.

Uli­ca by­ła ma­ło za­bu­do­wa­na i za­raz pra­wie za ich do­mem wy­cho­dzi­ła w po­le, ale po­mi­mo to by­ła już ure­gu­lo­wa­na, mia­ła bruk, tro­tu­ary i ga­zo­we oświe­tle­nie z te­go po­wo­du, że kil­ku fa­bry­kan­tów mia­ło tu­taj swo­je miesz­ka­nia.

W oknie ni­skie­go par­te­ro­we­go do­mu, przy­ci­śnię­te­go bo­kiem do pię­tro­we­go pa­ła­cy­ku, za­żół­ci­ła się na chwi­lę po­mię­dzy ma­są kwia­tów twarz Ma­dy i znik­nę­ła.

W przed­po­ko­ju za­stał Mül­le­ro­wą, któ­ra mu otwie­ra­ła drzwi i nie­omal chcia­ła po­ma­gać przy zdej­mo­wa­niu pal­ta.

By­ła tak za­kło­po­ta­na i onie­śmie­lo­na, że tyl­ko ru­chem rę­ki za­pro­si­ła go do po­ko­ju.

— Mąż w kan­to­rze, a Ma­da za­raz przyj­dzie, niech pan sia­da! — za­czę­ła, przy­su­wa­jąc mu fo­tel, na któ­ry po­ło­ży­ła je­dwab­ną czer­wo­ną po­dusz­kę.

Za­czął roz­ma­wiać, ale po­mi­mo, że mó­wił o naj­ba­nal­niej­szych rze­czach, o po­go­dzie, wio­śnie, a na­wet o dro­żyź­nie na tar­gach, Mül­le­ro­wą nie da­ła się wy­wieść z cier­pli­we­go mil­cze­nia.

— Ja, ja! — od­po­wia­da­ła, wy­gła­dza­jąc nie­bie­ski far­tuch ja­kim by­ła okrę­co­ną, i pod­no­si­ła na nie­go bla­de, wy­peł­złe przy ogni­sku ku­chen­nym oczy, po­ru­sza­ją­ce się cięż­ko w po­marsz­czo­nej, mar­twej twa­rzy.

Mia­ła na so­bie ja­kiś bar­cha­no­wy w krat­kę ka­ftan i chust­kę weł­nia­ną na gło­wie, za­wią­za­ną pod bro­dę. Wy­glą­da­ła jak sta­ra ku­char­ka, bo na­wet ja­kiś za­pach ro­so­łów i fry­tur142 ota­czał ją i roz­le­wał się po po­ko­ju.

Naj­le­piej się prze­to czu­ła w kuch­ni z poń­czo­chą w rę­ku, któ­ra te­raz wy­glą­da­ła z kie­sze­ni far­tu­cha.

— Jak­że pa­ni zdro­wie? — za­py­tał w koń­cu z roz­pa­czą.

— Do­brze, bar­dzo do­brze — od­po­wia­da­ła złą pol­sz­czy­zną i spo­glą­da­ła nie­cier­pli­wie na drzwi, któ­ry­mi mia­ła wejść Ma­da.

— A pa­na żo­na i dziec­ka? — za­py­ta­ła po dłu­gim na­my­śle.

— Je­stem jesz­cze ka­wa­le­rem, ła­ska­wa pa­ni.

— Ja, ja! i mój Wil­helm jesz­cze ka­wa­ler. Pan zna mo­ja Wil­hel­ma?

— Mam przy­jem­ność go znać. Czy już wy­je­chał?

— Ja, do Ber­li­na — od­po­wie­dzia­ła z wes­tchnie­niem i by­ła­by się po­wo­li mo­że roz­ga­da­ła, ale Ma­da we­szła i tak pro­mie­nie­ją­ca za­do­wo­le­niem, że sta­ra po­pa­trzy­ła na nią, ob­cią­gnę­ła jej sta­nik i wy­szła.

— Wi­dzi pa­ni, że cza­sa­mi umiem do­trzy­mać sło­wa.

Po­dał jej dłu­gi spis ksią­żek, ja­ki mu zro­bił Horn, któ­ry z li­te­ra­tu­rą był w bliż­szych sto­sun­kach.

— A by­ło pa­nu bar­dzo trud­no? — za­gad­nę­ła ak­cen­tu­jąc sło­wa na ostat­nich li­te­rach.

— By­ło mi bar­dzo ła­two, po­nie­waż pa­ni so­bie te­go ży­czy­ła.

— Pan nie kła­mie? — za­py­ta­ła na­iw­nie.

— Nie, nie! — od­po­wie­dział z uśmie­chem. — Pa­ni my­śli, że męż­czyź­ni za­wsze kła­mią!

— Ja nie wiem, tyl­ko Wil­helm to za­wsze kła­mie. Ja mu nic a nic nie wie­rzę.

— Ale mnie pa­ni wie­rzyć bę­dzie.

Za­czy­nał się ba­wić tą roz­mo­wą.

— A, jak pan ni­g­dy nie skła­mie, to bę­dę wie­rzyć.

— Obie­cu­ję pa­ni to so­len­nie.

— Do­brze. Wie pan, a tam­te książ­ki cio­cia mi przy­wio­zła i już czy­tam.

— Bar­dzo pa­nią zaj­mu­ją?

— Ta­kie są tam ład­ne, wzru­sza­ją­ce ka­wał­ki, że pła­ka­ły­śmy ra­zem z ma­mą. Oj­ciec się z nas śmiał, ale mu­sia­łam mu wczo­raj czy­tać ca­ły wie­czór.

— Póź­no pa­ni po­wró­ci­ła od pań­stwa En­del­ma­nów?

— Już by­ło ciem­no. Wi­dzia­łam jak pan wy­cho­dził z sa­lo­nu.

— Mu­sia­łem wcze­śniej wyjść i bar­dzo ża­ło­wa­łem te­go.

— Bar­dzo ład­nie jest u En­del­ma­nów i tak wspa­nia­le przyj­mo­wa­li.

— Ża­ło­wa­łem, że nie mo­głem po­roz­ma­wiać dłu­żej z pa­nią.

— Ale ja za to mó­wi­łam o pa­nu z pa­nią Tra­wiń­ską.

— I bar­dzo mnie pa­nie ob­ma­wia­ły?

— O nie, nie! To tyl­ko pa­no­wie nas ob­ma­wia­ją.

— Prze­ko­na­ła się pa­ni o tym?

— Za­wsze, jak Wil­helm po­wra­ca z wi­zyt i wie­czo­rów, to przy­cho­dzi do mnie opo­wia­dać i wy­kpi­wać ze wszyst­kich ko­biet.

— I my­śli pa­ni, że wszy­scy męż­czyź­ni tak ro­bią?

— Jak pan po­wie, że nie wszy­scy, to ja pa­nu bę­dę wie­rzyć! — za­wo­ła­ła pręd­ko, ru­mie­niąc się gwał­tow­nie.

— Za­pew­niam pa­nią, że nie wszy­scy.

I tak da­lej to­czy­ła się roz­mo­wa w to­nie na­iw­ne­go szcze­bio­tu o ni­czym, aż go znu­dzi­ła i za­czął oglą­dać kwia­ty, bar­dzo sta­ran­nie ho­do­wa­ne i przy­sła­nia­ją­ce szy­by okien.

Chwa­lił je go­rą­co.

— Po­wiem Go­tlie­bo­wi, to je­mu bę­dzie przy­jem­nie.

— Któż to ta­ki?

— Nasz ogrod­nik. Pan Störch nie lu­bi kwia­tów i po­wia­da, że jak­by w tych do­nicz­kach po­sa­dził kar­to­fle, to by­ło­by wię­cej po­żyt­ku, ale pan Störch jest głu­pi praw­da?

— Pew­nie, że tak jest, sko­ro pa­ni mó­wi.

Ba­wił się co­raz le­piej, a póź­niej gdy się ośmie­li­ła wię­cej i ru­mień­ce co­raz mniej ją kło­po­ta­ły swo­ją czer­wo­no­ścią, roz­ma­wia­ła tak re­zo­lut­nie, że spo­glą­dał na nią z pew­nym zdzi­wie­niem.

Bra­ko­wa­ło jej zna­jo­mo­ści wie­lu form to­wa­rzy­skich, bo oj­ciec był za świe­żym mi­lio­ne­rem i wy­cho­wy­wa­ła się po­mię­dzy kuch­nią a fa­bry­ką, w pro­stym oto­cze­niu we­brów, ro­bot­ni­ków i ta­kich sa­mych do­rob­kie­wi­czow­skich ro­dzin jak oni, ale zdra­dza­ła du­żą ży­wość umy­słu i wie­le roz­sąd­ku ży­cio­we­go.

Ob­łu­da ży­cia to­wa­rzy­skie­go nie star­ła z niej szcze­ro­ści, któ­ra nie­raz wy­da­wa­ła się śmiesz­nie dzie­cin­na, ale po­ry­wa­ła swo­ją pro­sto­tą.

Skoń­czy­ła na­wet ja­kąś pen­sję w Sak­so­nii, skąd Mül­ler przy­był przed la­ty ja­ko zwy­kły tkacz do tej zie­mi, któ­ra istot­nie sta­ła się dlań „zie­mią obie­ca­ną”.

Mia­ła na­wet pew­ne po­ję­cie o war­to­ści pie­nię­dzy, bo w roz­mo­wie po­wie­dzia­ła o wspól­nej ich zna­jo­mej.

— Pan wie, że Ma­nia God­fryd ze­rwa­ła z na­rze­czo­nym?

— Nie, czy pa­nią to obu­rza?

— Dzi­wi mnie tyl­ko, bo ani nie jest pięk­ną, ani nie ma po­sa­gu i już z dru­gim zry­wa.

— Mo­że wo­li cze­kać na bo­ga­te­go, mło­de­go fa­bry­kan­ta.

— Prze­cież i ten jej na­rze­czo­ny mógł się do­ro­bić. Mój oj­ciec jak się że­nił, nie miał ani ta­la­ra, a te­raz prze­cież jest bo­ga­ty.

— A mo­że pan­na God­fryd chce zo­stać sta­rą pan­ną?

— A któ­raż by chcia­ła zo­stać sta­rą pan­ną do­bro­wol­nie! — wy­krzyk­nę­ła go­rą­co.

— Jest pa­ni te­go pew­ną?

— Ja bym ni­g­dy nie zo­sta­ła. Mnie za­wsze bar­dzo żal sta­rych pa­nien, one są tak sa­mot­ne i ta­kie bied­ne.

— Bo pa­ni do­bra.

— A po­tem lu­dzie się z nich śmie­ją. Gdy­bym mo­gła, to by wszyst­kie ko­bie­ty na świe­cie mia­ły mę­żów i dzie­ci i...

Za­trzy­ma­ła się pa­trząc, czy Bo­ro­wiec­ki się nie śmie­je, ale on stłu­mił uśmiech i spo­glą­da­jąc na jej zło­te rzę­sy i twarz moc­no za­czer­wie­nio­ną, po­wie­dział po­waż­nie.

— Do­brze by pa­ni zro­bi­ła.

— I pan nie śmie­je się ze mnie? — py­ta­ła po­dejrz­li­wie.

— Po­dzi­wiam pa­ni do­bre ser­ce.

— Pa­pa idzie — za­wo­ła­ła, od­su­wa­jąc się nie­co od nie­go.

Mül­ler istot­nie wy­szedł z drzwi pro­wa­dzą­cych do pa­ła­cu, był w pan­to­flach kla­pią­cych drew­nia­ny­mi po­de­szwa­mi i w bar­cha­no­wym, pod­wa­to­wa­nym i moc­no za­tłusz­czo­nym ka­fta­nie.

Wy­glą­dał jak karcz­marz z wy­pa­sio­ną czer­wo­ną twa­rzą, po­zba­wio­ną zu­peł­nie za­ro­stu i świe­cą­cą się tłusz­czem, tyl­ko za­miast por­ce­la­no­wej faj­ki miał w ustach cy­ga­ro, któ­re prze­rzu­cał ję­zy­kiem z jed­ne­go ką­ta ust w dru­gi.

— A cze­mu, Ma­da, ja nie wie­dzia­łem, że jest pan Bo­ro­wiec­ki — za­wo­łał po przy­wi­ta­niu się.

— Ma­ma nie chcia­ła prze­ry­wać oj­cu ro­bo­ty.

— Wi­dzi pan, ja mam du­ży kło­pot.

Wy­jął cy­ga­ro i po­szedł splu­nąć pod piec do kro­szu­ar­ki143.

— Pan nie zmniej­sza pro­duk­cji?

— Mu­szę mniej ro­bić, bo ty­le go­to­we­go to­wa­ru, a ma­ło co się sprze­da­je. Se­zon prze­padł zu­peł­nie. Kup­cy są, ale ci wszy­scy tyl­ko ban­kru­tu­ją i za­ry­wa­ją. W tym ro­ku do­syć stra­ci­łem na nich. Co ro­bić, trze­ba cze­kać na lep­sze cza­sy.

— No, pan się se­zo­nu na­wet naj­gor­sze­go nie oba­wia — za­uwa­żył z uśmie­chem.

— Ja! ale co się stra­ci dzi­siaj, te­go już i naj­lep­szy se­zon nie po­wró­ci. U Bu­chol­ca nie zmniej­sza­ją dnia?

— Prze­ciw­nie, bo w od­dzia­le bia­łym bę­dą ro­bić wie­czo­rem.

— On ma za­wsze Glück144. On cią­gle cho­ry?

— Ni­by zdrow­szy, bo już pró­bu­je wy­cho­dzić.

— Ale po co ty, Ma­da, trzy­masz tu­taj pa­na, prze­cież ma­my pa­łac dla go­ści.

— Mo­że pan po­zwo­li da­lej? — szep­nę­ła.

— Pójdź­my, po­ka­żę pa­nu mo­ją cha­łu­pę.

— O któ­rej cu­da opo­wia­da­ją w Ło­dzi.

— Zo­ba­czysz pan; kosz­tu­je mnie ca­łe sto sześć­dzie­siąt ty­się­cy ru­bli, ale wszyst­ko no­we. Ja nie ku­pu­ję sta­rych gra­tów, jak En­del­ma­no­wie, mnie stać na no­we.

Ob­cią­gnął na dość wy­dat­nym brzu­chu ka­ftan i wy­dął po­gar­dli­wie usta na wspo­mnie­nie sta­rych, bar­dzo cen­nych me­bli En­del­ma­nów.

Szli wą­ski­mi scho­da­mi, ja­kie pro­wa­dzi­ły ze sta­re­go do­mu na pierw­sze pię­tro pa­ła­cu, bo ca­ły je­go par­ter zaj­mo­wał kan­tor głów­ny fa­bry­ki.

Ma­da bie­gła na­przód i otwo­rzy­ła wiel­kie drzwi, u któ­rych klam­ki scho­wa­ne by­ły w bar­cha­no­we fu­te­ra­ły.

— Do­brze, żeś pan przy­szedł — ga­dał Mül­ler, sa­piąc i prze­rzu­ca­jąc usta­wicz­nie cy­ga­ro w ustach.

— Daw­no pra­gną­łem, ale ni­g­dy mi czas nie po­zwa­lał.

— Ja wiem, ja wiem! — za­wo­łał, kle­piąc go w ło­pat­kę.

— U nas nud­no, to się pan bał przyjść — szcze­bio­ta­ła Ma­da, wpro­wa­dza­jąc ich do pa­ła­cu.

— Niech pan sią­dzie na tej ład­nej ka­na­pie — za­pra­szał Mül­ler.

Miesz­ka­nie to­nę­ło w pół­mro­ku, ale Ma­da po­pod­no­si­ła sto­ry do gó­ry i ja­skra­we świa­tło dnia za­la­ło sze­reg po­ko­jów ume­blo­wa­nych z prze­py­chem.

— A mo­że pan za­pa­li do­bre cy­ga­ro?

— Ni­g­dy nie od­ma­wiam.

— Spró­buj pan tych, moc­ne, po sie­dem­dzie­siąt pięć ko­pie­jek sztu­ka!

Wy­cią­gnął z kie­sze­ni spodni moc­no za­tłusz­czo­nych i po­wy­py­cha­nych garść zmię­tych i po­krzy­wio­nych cy­gar.

— A te słab­sze, po ru­blu, spró­buj pan! — do­dał, wy­cią­ga­jąc z dru­giej kie­sze­ni jesz­cze sil­nej zmię­to­szo­ne, rzu­cił je na sto­lik, wał­ko­wał brud­ny­mi rę­ka­mi, że­by się po­pro­sto­wa­ły, ugry­zał koń­ce i po­da­wał.

— Spró­bu­ję moc­niej­szych.

Za­pa­lił nie bez obrzy­dze­nia.

— Fe­in145, co? — py­tał, roz­kra­cza­jąc się na środ­ku po­ko­ju z rę­ka­mi w kie­sze­niach.

— Do­sko­na­łe, ale to, któ­re pan pa­li, ma in­ny ja­kiś za­pach.

— Mo­je kosz­tu­ją po pięć fe­ni­gów, ja bar­dzo du­żo pa­lę i przy­zwy­cza­iłem się do nich — uspra­wie­dli­wiał się. — Chce pan obej­rzeć miesz­ka­nie.

— Z ca­łą przy­jem­no­ścią. Maks Baum du­żo mi o nim opo­wia­dał.

— Pan Maks jest pa­na wiel­kim przy­ja­cie­lem — wtrą­ci­ła Ma­da.

— To mą­dry chło­pak, ale je­go oj­ciec to ma coś... w gło­wie. Zo­bacz pan do­brze, oglą­daj pan wszyst­ko, to nie żad­na tan­de­ta uży­wa­na, to wszyst­ko na ob­sta­lu­nek ro­bio­ne w Ber­li­nie.

— Wszyst­ko pan spro­wa­dzał zza gra­ni­cy?

— Wszyst­ko, bo Hüber­man po­wie­dział, że tu­taj u was nic nie do­sta­nie po­rząd­ne­go.

Ka­rol za­milkł i oglą­dał dość po­bież­nie gar­ni­tu­ry me­bli, cięż­kie por­tie­ry z je­dwa­biów i ak­sa­mi­tów, dy­wa­ny, ob­ra­zy, a ra­czej wspa­nia­łe ra­my, bo na to zwra­cał uwa­gę Mül­ler, kan­de­la­bry kosz­tow­ne a nie­smacz­ne, pie­ce pę­ka­te z nie­miec­kiej ma­jo­li­ki, spe­cjal­ne do jed­ne­go z dam­skich po­ko­ików spro­wa­dzo­ne zwier­cia­dła w ra­mach z sa­skiej por­ce­la­ny.

Ma­da go ob­ja­śni­ła szcze­gó­ło­wo o każ­dym sprzę­cie, by­ła bar­dzo za­do­wo­lo­na z je­go obec­no­ści i co chwi­la pod­no­si­ła swo­je ja­sne por­ce­la­no­we oczy i przy­kry­wa­ła je spiesz­nie zło­ta­wą strze­chą rzęs, bo Ka­rol czę­ste spoj­rze­nia za­trzy­my­wał na jej bia­łej twa­rzy, po­kry­tej drob­niut­ki­mi punk­ci­ka­mi pie­gów, któ­re ją ob­sy­py­wa­ły ni­by pu­chem brzo­skwi­nio­wym, ale nie za­nie­dby­wał przy tym wy­krzy­ki­wać gło­śno:

— Wspa­nia­łe, wspa­nia­łe!

Miesz­ka­nie by­ło istot­nie urzą­dzo­ne z do­rob­kie­wi­czow­ską wspa­nia­ło­ścią.

By­ło w nim wszyst­ko, co moż­na ku­pić za pie­nią­dze, ale nie by­ło w nim ży­cia ani gu­stu.

Był ga­bi­net do pra­cy bar­dzo pa­rad­nie urzą­dzo­ny, w któ­rym nikt nie pra­co­wał; by­ła ła­zien­ka wy­ło­żo­na ma­jo­li­ką bia­łą w nie­bie­ski de­seń z wan­ną mar­mu­ro­wą, do któ­rych się scho­dzi­ło po kil­ku stop­niach po­kry­tych szkar­ła­tem, su­fit był ozdo­bio­ny ma­lo­wi­dła­mi w sty­lu pom­pe­jań­skim, ale czuć by­ło, że tu­taj się nikt jesz­cze nie ką­pał.

Pod wie­życz­ką, któ­ra wy­ska­ki­wa­ła nad dach pa­ła­cy­ku, ni­by gru­by wań­tuch weł­ny, był po­kój urzą­dzo­ny po mau­re­tań­sku; okna, ścia­ny i odrzwia pstrzy­ły się w ja­skra­we or­dy­nar­ne fi­gla­sy ry­sun­ko­we, uda­ją­ce styl mau­re­tań­ski, dłu­gie, a ni­skie so­fy po­kry­wa­ły me­blo­we bar­cha­ny w tym­że sty­lu; po­kój był ka­ry­ka­tu­ral­ny i or­dy­nar­ny krzy­kli­wo­ścią barw, w ja­kie upstrzo­no ścia­ny i okna, a w któ­rym rów­nież nikt i ni­g­dy nie sia­dał pod mau­re­tań­ską ko­pu­łą, świe­cą­cą jak sta­ry prze­pa­lo­ny ron­del ce­gla­sto-mie­dzia­ny­mi ma­lo­wa­nia­mi.

— To jest po hisz­pań­sku — ob­ja­śniał Mül­ler.

— Po mau­re­tań­sku, oj­ciec się omy­lił — po­pra­wia­ła Ma­da.

— Pan sam urzą­dzał?

— Ja sam pła­ci­łem, a Hüber­man urzą­dzał.

— Pa­nu się po­do­ba ten po­kój? — py­ta­ła Ma­da.

— Bar­dzo jest ślicz­ny i ory­gi­nal­ny.

Kła­mał z uśmie­chem.

— On jest bar­dzo dro­gi! Hüber­man do­li­czył mi za nie­go ca­łe dwa ty­sią­ce ru­bli. Ja nie lu­bię głupstw, lu­bię tyl­ko so­lid­ne rze­czy, ale jak mi za­czął ga­dać, że w każ­dym po­rząd­nym pa­ła­cu mu­si być po­kój urzą­dzo­ny po chiń­sku lub po ja­poń­sku, a że i Ma­da chcia­ła, to on zro­bił po mau­re­tań­sku dla ory­gi­nal­no­ści. Mnie to nic nie szko­dzi, niech so­bie bę­dzie po ja­kie­mu chce, ja i tak w tym nie bę­dę miesz­kał.

— To pań­stwo nie miesz­ka­ją w pa­ła­cu?

— Pa­nie Bo­ro­wiec­ki, że­bym ja miesz­kał w pa­ła­cu, to by się ze mnie tak śmie­li, jak się śmie­ją z Mey­era i z En­del­ma­na. Po co mi to, kie­dy mi wy­god­niej w sta­rej cha­łu­pie.

— Ale szko­da trzy­mać pust­ką.

— Niech stoi. Wszy­scy sta­wia­ją pa­ła­ce i ja ka­za­łem po­sta­wić, ma­ją sa­lo­ny i ja mam sa­lo­ny, ma­ją po­wo­zy i ko­nie i ja mam po­wo­zy i ko­nie. Kosz­tu­je dro­go, niech kosz­tu­je i niech so­bie stoi, niech lu­dzie wie­dzą, że Mül­ler mo­że mieć pa­ła­ce, a wo­li miesz­kać w sta­rym do­mu.

Po­szli da­lej oglą­dać.

W środ­ku miesz­ka­nia, z oknem na alej­kę pro­wa­dzą­cą do fa­bry­ki, był dłu­gi wą­ski po­kój obi­ty ciem­ną ma­te­rią.

Pod ścia­na­mi sta­ły ni­skie so­fy po­kry­te czer­wo­ną w zło­te kwia­ty skó­rą, z ty­ła­mi się­ga­ją­cy­mi do pół wy­so­ko­ści ścian i po­prze­gra­dza­ny­mi na po­je­dyn­cze sie­dze­nia jak co­upé146 dru­giej kla­sy.

Wą­skie zwier­cia­dła, wpusz­czo­ne w mur, pa­trzy­ły mrocz­nie znad sof i mar­mu­ro­wych kon­sol ob­wie­dzio­nych brą­zo­wy­mi ga­le­ryj­ka­mi.

Był to po­kój do pa­le­nia, jak ob­ja­śnia­ła Ma­da, ale znać by­ło po nie­po­ka­la­nej no­wo­ści sof i sto­li­ków ni­skich sy­me­trycz­nie przed ni­mi roz­sta­wio­nych, że tu­taj nikt jesz­cze nie pa­lił.

Po­tem oglą­da­li ogrom­ny sa­lon oświe­tlo­ny czte­re­ma okna­mi, zu­peł­nie bia­ły, ze stiu­ko­wym su­fi­tem gę­sto zło­co­nym, za­pcha­ny me­bla­mi, prze­ła­do­wa­ny ma­są ob­ra­zów, kan­de­la­brów, ko­lumn, ka­na­pek i krze­seł, któ­re w wy­cią­gnię­tych sze­re­gach, owi­nię­te w bia­łe po­krow­ce, sta­ły pod ścia­na­mi, znać by­ło, że nikt tu­taj się jesz­cze nie ba­wił i nikt nie sia­dał na tych me­blach.

By­ły jesz­cze ma­leń­kie ga­bi­ne­ci­ki, wy­zło­co­ne i ozdo­bio­ne jak bom­bo­nier­ki, peł­ne gra­ci­ków, pu­stych żar­di­nie­rek, pa­rad­nych mar­mu­ro­wych ko­min­ków, na któ­rych się wdzię­czy­ły por­ce­la­no­we sta­tu­et­ki.

Był i po­kój ja­dal­ny po­łą­czo­ny win­dą z kuch­nią, ca­ły wy­ło­żo­ny ma­ho­nio­wy­mi kwa­dra­ta­mi, uję­ty­mi w cien­kie jak ostrza brą­zo­we li­stwy, ze sto­łem cięż­kim w po­środ­ku, z kre­den­sa­mi w sty­lu em­pi­re, któ­re Mül­ler ko­lej­no otwie­rał i po­ka­zy­wał ich wnę­trza za­pcha­ne por­ce­la­ną i za­sta­wa­mi sto­ło­wy­mi, któ­rych nikt nie uży­wał.

By­ła i bi­blio­te­ka, bo bu­dow­ni­czy i ta­pi­cer o ni­czym nie za­po­mnie­li; ma­ły po­ko­ik ob­sta­wio­ny szaf­ka­mi z bia­łe­go dę­bu, w sty­lu sta­ro­nie­miec­kim, w któ­rym się zło­ci­ły przez szy­by szaf grzbie­ty dzieł wszyst­kich wiel­kich pi­sa­rzów świa­ta, a któ­rych tu­taj nikt nie czy­tał, ale i nikt nie znał ich imion.

A na za­koń­cze­nie po­szli do sy­pial­ni; na środ­ku sta­ły dwa ol­brzy­mie ło­ża, za­sła­ne je­dwab­ną nie­bie­ską po­ście­lą i przy­sło­nię­te ta­ki­miż ko­ta­ra­mi, nie­bie­ski rów­nież dy­wan za­ście­lał ca­łą po­sadz­kę i nie­bie­skie obi­cie mia­ły ścia­ny.

W ro­gu sta­ła wiel­ka mar­mu­ro­wa umy­wal­nia dwu­oso­bo­wa, tak wiel­ka, że moż­na by w niej pła­wić ko­nie, po­łą­czo­na ru­ra­mi z fa­bry­ką, któ­ra do­star­cza­ła wo­dy cie­płej.

Nikt nie sy­piał w tej sy­pial­ni.

— Wspa­nia­ły po­kój do spa­nia! — szep­nął Ka­rol.

— To Ma­dy jak pój­dzie za mąż. Chodź­my do po­ko­ju Ma­dy.

Ale Ma­da za­czę­ła pro­te­sto­wać, że jesz­cze w nim nie sprząt­nię­to.

— Głu­pia je­steś — mruk­nął i wpro­wa­dził Ka­ro­la do bar­dzo ja­sne­go po­ko­ju, wy­bi­te­go bia­ło-ró­żo­wą ma­te­rią.

Ma­leń­kie me­bel­ki sta­ły w wiel­kim nie­ła­dzie na ja­snym dy­wa­nie.

— Do­sko­na­łe miej­sce do pi­sy­wa­nia li­ści­ków — po­wie­dział Ka­rol, przy­pa­tru­jąc się ma­leń­kie­mu biur­ku, na któ­rym w wiel­kim po­rząd­ku uło­żo­ne le­ża­ły pu­deł­ka z pa­pie­rem i przy­bo­ry do pi­sa­nia.

— Cóż z te­go, kie­dy zu­peł­nie nie mam do ko­go pi­sy­wać. A ty­le ra­zy chcia­łam bar­dzo pi­sać list — mó­wi­ła ze szcze­rą przy­kro­ścią i za­czę­ła cmo­kać na dwa ka­nar­ki roz­bi­ja­ją­ce się w mo­sięż­nej klat­ce, sto­ją­cej na pa­ra­pe­cie okna.

— Słu­cha­ją pa­ni?

— O, słu­cha­ją. Wil­helm przy­cho­dził, gwiz­dał im cią­gle i po­nau­czał śpie­wać.

— Ma pa­ni po­kój jak Göthow­ska Gret­chen.

Nie wie­dzia­ła co na to od­po­wie­dzieć, ale za­ru­mie­ni­ła się po wło­sy. Po­wra­ca­jąc na dół, Ka­rol raz jesz­cze przy­glą­dał się tym licz­nym po­ko­jom, któ­re sta­ły w ci­szy pust­ki i sztyw­no­ści.

By­ły tak wspa­nia­łe, tak czy­ste, świe­że, no­we, że ro­bi­ły wra­że­nie wy­sta­wy ta­pi­cer­skiej, urzą­dzo­nej bar­dzo bo­ga­to, ale zu­peł­nie bez gu­stu.

Prócz Ma­dy nikt nie miesz­kał w pa­ła­cu, stał na po­kaz go­ściom i dla­te­go, że­by Mül­ler mógł po­wie­dzieć: mam pa­łac.

Na do­le w ma­łym po­ko­iku, przy­le­ga­ją­cym do kuch­ni i któ­ry słu­żył za ja­dal­nię ca­łej ro­dzi­nie, Mül­le­ro­wa po­da­ła ka­wę.

Ka­rol wy­ma­wiał się bra­kiem cza­su, ale Mül­ler ode­brał mu ka­pe­lusz, wziął go wpół i po­sa­dził na krze­śle.

Po­zo­stał, bo Ma­da tak wy­mow­nie pro­si­ła go ocza­mi, że nie chciał jej ro­bić przy­kro­ści tyl­ko się spie­szył, gdyż miał jesz­cze być dzi­siaj u Bu­chol­ca.

Pro­sił też Mül­le­ra o pro­tek­cję do Szai dla Hor­na.

Fa­bry­kant, przy­rzekł uro­czy­ście, że ju­tro oso­bi­ście się tam uda i rę­czył na­wet za sku­tek, bo żył z Sza­ją w bli­skich sto­sun­kach.

Mül­le­ro­wa w mil­cze­niu pod­su­wa­ła róż­ne ciast­ka swo­jej ro­bo­ty i kil­ka ra­zy po­pra­wia­ła Ma­dzie wło­sy, któ­re się wy­su­wa­ły zło­ty­mi ko­smy­ka­mi na czo­ło, bo dziew­czy­na tak by­ła ura­do­wa­na i pod­nie­co­na, że cią­gle się śmia­ła i na nic nie zwa­ża­ła.

Nie umia­ła na­wet ukryć te­go, że się jej Ka­rol bar­dzo po­do­bał, mó­wi­ła mu to kil­ka­krot­nie w róż­ny spo­sób.

Mül­ler był rów­nież rad, brał go wpół, kle­pał po ko­la­nie i sze­ro­ko opo­wia­dał o swo­jej fa­bry­ce.

Ka­rol jak mógł uda­wał za­ję­cie tym, co mu mó­wio­no, słu­chał cier­pli­wie, od­po­wia­dał, ale w głę­bi nu­dził się i mę­czył tym przy­mu­sem i ba­nal­no­ścią te­ma­tów, ja­kie Mül­ler pod­no­sił.

Dom ca­ły miał wy­bit­ne ce­chy ma­łe­go miesz­czań­stwa w oby­cza­jach i po­glą­dach, pach­niał po­rząd­kiem i tą czy­sto nie­miec­ką wo­ło­wą pra­co­wi­to­ścią.

Wy­jąt­ko­wi by­li tyl­ko na tym punk­cie, że nie po­psu­ły ich mi­lio­ny i mie­li wy­ma­ga­nia i in­stynk­ty ro­bot­ni­ków.

— Jak pan bę­dzie na­szym są­sia­dem, to mu­si pan by­wać czę­ściej u nas.

— A pan bę­dzie bli­sko miesz­kał? — za­wo­ła­ła Ma­da roz­pro­mie­nio­na.

— Tak. Wi­dzi pa­ni ten dłu­gi rząd okien za fa­bry­ką Tra­wiń­skie­go? — po­ka­zy­wał oknem.

— To sta­ra fa­bry­ka Me­isne­ra!

— Ja ją ku­pi­łem.

— To pan bę­dzie bli­sko! — za­wo­ła­ła ra­do­śnie i umil­kła na­gle za­chmu­rzo­na, sie­dzia­ła już ci­cho do sa­me­go odej­ścia Ka­ro­la, tyl­ko pro­si­ła go, aby przy­szedł zno­wu.

Obie­cał to so­len­nie i tak ści­snął jej rę­kę na po­że­gna­nie, że ob­la­ła się ru­mień­cem i dłu­go oknem wy­glą­da­ła za nim.

Bo­ro­wiec­ki szedł już pro­sto do Bu­chol­ca, ale szedł wol­no, bo go ob­cią­ży­ła ta ser­decz­ność Mül­le­ra i jesz­cze więk­sza Ma­dy.

Uśmiech­nął się do ja­kie­goś ob­ra­zu, któ­ry w co­raz peł­niej­szych for­mach wy­ła­niał mu się z mó­zgu.

Czuł, że Mül­ler dał­by mu cór­kę bez żad­ne­go wa­ha­nia.

Ro­ze­śmiał się pra­wie gło­śno, bo przy­po­mniał so­bie te­go gru­be­go czer­wo­ne­go Niem­ca, w bar­cha­no­wym ka­fta­nie, w za­tłusz­czo­nych spodniach i w sta­rych pan­to­flach, na tle sa­lo­nów.

Był śmiesz­nym, ale co go to ob­cho­dzi­ło.

— Ma­da ma du­żo na­tu­ral­ne­go wdzię­ku i okrą­gły mi­lion w do­dat­ku! Do li­cha — mruk­nął. — A jed­nak — my­ślał i za­czął sta­wiać pew­ne przy­pusz­cze­nia i kom­bi­na­cje, ale ry­chło się ich po­zbył, bo przy­po­mniał so­bie An­kę i list jej, ja­ki ra­no ode­brał i któ­re­go jesz­cze nie prze­czy­tał.

— Za­wsze coś sta­je w po­przek, za­wsze czło­wiek jest nie­wol­ni­kiem! — szep­nął wcho­dząc do kan­to­ru Bu­chol­ca.

Bu­cholc po ostat­nim ata­ku pręd­ko uczuł po­lep­sze­nie i już nie tyl­ko prze­sia­dy­wał w kan­to­rze jak daw­niej, ale za­czy­nał wy­cho­dzić do fa­bry­ki i ła­ził po niej z po­mo­cą ki­ja lub któ­re­go z ro­bot­ni­ków. Z Bo­ro­wiec­kim był na do­brej sto­pie, po­mi­mo, że ten wy­mó­wił mu miej­sce i że kłó­ci­li się po kil­ka ra­zy dzien­nie.

Ufał mu we wszyst­kim i po­trze­bo­wał go te­raz, nim Knoll po­wró­ci, bo zięć na we­zwa­nie do po­wro­tu z po­wo­du cho­ro­by te­ścia, od­po­wie­dział te­le­gra­ficz­nie, że gdy­by sta­ry umarł to przy­je­dzie, a ina­czej nie my­śli so­bie psuć in­te­re­sów.

Bu­cholc prze­glą­dał wiel­ką księ­gę, któ­rą mu Au­gust pod­trzy­my­wał i tyl­ko spoj­rzał na wcho­dzą­ce­go, kiw­nął mu gło­wą i da­lej spraw­dzał po­zy­cje bu­dże­tu.

Ka­rol w mil­cze­niu za­brał się do kla­sy­fi­ko­wa­nia ko­re­spon­den­cji, a póź­niej roz­pa­try­wał pla­ny i kosz­to­ry­sy no­wych urzą­dzeń w far­biar­ni, ja­kie sam za­pro­jek­to­wał; ro­bo­ta by­ła pil­na, bo na no­wych ma­szy­nach miał się dru­ko­wać to­war już na na­stęp­ny se­zon zi­mo­wy.

Wie­czór ro­bił się pręd­ko i przez okna kan­to­ru park czer­niał co­raz bar­dziej i za­czy­nał szu­mieć na­gi­mi drze­wa­mi, któ­re ko­ły­sa­ne wia­trem za­glą­da­ły do okien, trzę­sły się chwi­lę w świe­tle i co­fa­ły.

Ro­bo­ta szła mu nie­spo­ro, bo co chwi­la przy­po­mi­nał się Mül­ler, od­kła­dał wte­dy sztyw­ne kar­ty peł­ne ry­sun­ków, cyfr i no­tat i za­pa­dał w za­du­mę.

Ci­sza zu­peł­na pa­no­wa­ła w kan­to­rze, wiatr tyl­ko się wzma­gał na dwo­rze, har­co­wał po drze­wach, tłukł ni­mi o ścia­ny i okna i dud­nił głu­cho po bla­sza­nych da­chach.

Elek­trycz­ne świa­tło drga­ło i śli­zga­ło się po czar­nych sza­fach, w któ­rych sta­ły usze­re­go­wa­ne ol­brzy­mie księ­gi, ma­ją­ce na grzbie­tach bia­łe cy­fry lat, z ja­kich po­cho­dzi­ły.

Bu­cholc ode­rwał oczy od księ­gi i za­słu­chał się w da­le­kich to­nach har­mo­nij­ki, ja­kie pły­nę­ły z wia­trem gdzieś od do­mów fa­mi­lij­nych.

Usta mu drga­ły ner­wo­wo, okrą­głe ja­strzę­bie oczy, bar­dziej czer­wo­ne niż zwy­kle, po­wle­kły się jak­by smęt­kiem, słu­chał dłu­go, a w koń­cu rzekł ci­cho:

— Nud­no tu­taj, praw­da?

— Jak w kan­to­rze.

— Mam dziw­ną chęć usły­sze­nia mu­zy­ki tyl­ko gło­śnej bar­dzo, gwa­ru wiel­kie­go: a na­wet chciał­bym wi­dzieć du­żo lu­dzi.

— Zdą­żył­by pan pre­zes jesz­cze do te­atru. Do­pie­ro dzie­wią­ta.

Bu­cholc nic nie od­po­wie­dział, po­ło­żył gło­wę na grzbie­cie fo­te­lu i za­pa­trzył się przed sie­bie i z wol­na za­czę­ło mu twarz po­wle­kać ja­kieś ostre znie­chę­ce­nie i nu­da.

— Jak się pan pre­zes czu­je dzi­siaj? — spy­tał Ka­rol po chwi­li.

— A do­brze, do­brze! — od­po­wie­dział stłu­mio­nym gło­sem i ostry gorz­ki uśmiech oko­lił mu si­ne usta.

Nie, nie by­ło mu do­brze; ser­ce wpraw­dzie bi­ło spo­koj­nie i nor­mal­nie, bó­le nóg prze­szły, mógł się do­syć swo­bod­nie po­ru­szać, ale czuł, że nie jest mu do­brze.

Czuł dziw­ną ocię­ża­łość w so­bie, nie mógł my­śleć, bo co chwi­la rwa­ła mu się przę­dza świa­do­mo­ści i za­pa­dał w głu­chy stan apa­tii; nu­dzi­ła go ro­bo­ta, cy­fry, zy­ski i stra­ty, wszyst­ko sta­wa­ło mu się zu­peł­nie obo­jęt­nym dzi­siaj.

A głę­bo­ko pod li­nią świa­do­mo­ści, po­przez tę sza­rą cięż­ką mgłę nu­dy wy­ry­wa­ły się bły­ski pra­gnień nie­okre­ślo­nych, za­chce­nia tak mgnie­nio­we, że w dro­dze do uświa­do­mie­nia prze­pa­da­ły i za­le­wa­ły mu mózg mro­kiem, a ser­ce smut­kiem znie­chę­ce­nia.

— Strasz­nie pu­sto w ca­łym do­mu — po­wie­dział ci­cho i roz­glą­dał się po kan­to­rze, po tych sza­fach, po oknach, pa­trzył na Au­gu­sta, któ­ry opar­ty grzbie­tem o fra­mu­gę drzwi wy­pro­sto­wał się na­gle i cze­kał roz­ka­zu.

Przy­pa­try­wał się wszyst­kie­mu dziw­nie ba­daw­czym wzro­kiem, jak­by oglą­dał po raz pierw­szy i opadł w fo­tel bez­wład­nie, zwie­sił gło­wę na pier­si i dy­szał cięż­ko, bo mu du­szę ści­snął ja­kiś moc­ny, bar­dzo bo­le­sny spazm stra­chu nie­wy­tłu­ma­czo­ne­go, cze­piał się jesz­cze ocza­mi czar­nych punk­tów cyfr na bia­łej kar­cie książ­ki, błysz­cze­nia świa­tła na brą­zo­wym wiel­kim ka­ła­ma­rzu, to wie­szał się jak­by na tym co­raz sła­biej dźwię­czą­cym od­gło­sie har­mo­nij­ki, na szu­mie par­ku i na da­le­kim, głu­chym od­gło­sie tur­ko­tów ulicz­nych, ale du­sza ze­śli­zgi­wa­ła się bez­wład­nie z tych kra­wę­dzi i za­pa­da­ła w ciem­nię peł­ną strasz­nej ci­szy.

Przed dzie­sią­tą Ka­rol skoń­czył ro­bo­tę i po­dał pa­pie­ry, tłu­ma­cząc ob­szer­nie każ­dą po­zy­cję.

— Do­brze, do­brze, — mó­wił od cza­su do cza­su Bu­cholc, nic pra­wie nie sły­sząc.

Nic go to nie ob­cho­dzi­ło, bo co­raz głę­biej czuł tę pust­kę i osa­mot­nie­nie w ja­kim żył, co­raz moc­niej­szym ko­łem za­ci­ska­ło mu du­szę znie­chę­ce­nie i nie­moc.

— Po co ja się tym zaj­mu­ję. Kosz­tu­je ty­le czy ty­le, to kwe­stia ka­sje­ra — po­wie­dział nie­chęt­nie.

Bo­ro­wiec­ki za­bie­rał się do wyj­ścia.

— Idziesz pan już?

— Skoń­czy­łem ro­bo­tę na dzi­siaj. Do­bra­noc pa­nu.

Uści­snął mu rę­kę i wy­szedł, a Bu­cholc nie mógł się zdo­być na proś­bę, aby po­zo­stał, bo w ostat­niej chwi­li wstyd mu się zro­bi­ło tej dzie­cin­nej sła­bo­ści.

Słu­chał słab­ną­cych w od­da­li je­go kro­ków i był­by bar­dzo wie­le dał, gdy­by Bo­ro­wiec­ki po­wró­cił.

— Au­gust, pójdź­my na gó­rę — szep­nął, pod­no­sząc się z miej­sca i po­szedł bez po­mo­cy lo­ka­ja, któ­ry ga­sił świa­tła i za­my­kał drzwi.

Dru­gi lo­kaj czu­wa­ją­cy w przed­po­ko­ju szedł przed nim ze świe­cą, a Bu­cholc wol­no wlókł się przez ol­brzy­mie, ci­che i pu­ste miesz­ka­nie.

Tak mu się dziw­nie pu­stym wy­da­wa­ło dzi­siaj, tak mu cię­ży­ła ta sa­mot­ność, że po­szedł zaj­rzeć do żo­ny, ale żo­na spa­ła za­ko­pa­na w be­tach, że tyl­ko ka­wa­łek jej żół­tej wo­sko­wej twa­rzy wi­dać by­ło na po­dusz­ce, nie obu­dzi­ła się na od­głos je­go wej­ścia, tyl­ko pa­pu­ga prze­bu­dzo­na bla­skiem świa­tła, ze­sko­czy­ła z klat­ki i uwie­szo­na pa­zu­ra­mi na fi­ran­ce, za­krzy­cza­ła ża­ło­śnie:

— Kun­del, Kun­del!

Cof­nął się za­wie­dzio­ny i po­szedł pro­sto do sie­bie.

— Au­gust! — za­wo­łał pół­gło­sem.

Lo­kaj sta­nął w ocze­ku­ją­cej po­sta­wie, ale mu Bu­cholc nic nie po­wie­dział, sie­dział w fo­te­lu przed pie­cem, po­ru­szał nie­od­stęp­nym ki­jem do­ga­sa­ją­cy ogień i z dziw­ną, po raz pierw­szy od­czu­wa­ną oba­wą my­ślał, że mu­si zo­stać sam.

— Po­za­my­kaj okien­ni­ce — rzekł w koń­cu i sam spraw­dzał, czy do­brze za­mknię­te są że­la­zne we­wnętrz­ne okien­ni­ce, ro­ze­brał się, po­ło­żył i pró­bo­wał czy­tać, ale oczy mia­ły cię­żar oło­wiu, nie mógł ni­mi po­ru­szać.

— Czy mo­gę już iść? — za­py­tał szep­tem lo­kaj.

— Idź, idź! — od­po­wie­dział gniew­nie, a gdy Au­gust już do­cho­dził do drzwi, za­wo­łał:

— Au­gust!

Lo­kaj za­wró­cił i stał cze­ka­jąc, wte­dy Bu­cholc za­czął się go py­tać po­wo­li o żo­nę i o dzie­ci, a py­tał tak ła­ska­wie, że Au­gust od­su­nął się na bez­piecz­ną od­le­głość od je­go ki­ja i od­po­wia­dał nie­śmia­ło, za­nie­po­ko­jo­ny tą nie­sły­cha­ną do­bro­cią.

Bu­chol­co­wi szło o to, aby go za­trzy­mać jak naj­dłu­żej w po­ko­ju, a nie mógł po­wie­dzieć mu pro­sto w oczy, aby zo­stał.

Ta dziw­na roz­mo­wa pręd­ko go zmę­czy­ła i w koń­cu ski­nął, że­by so­bie szedł spać.

Po­zo­stał sam i te oba­wy sa­mot­no­ści, te ja­kieś dziw­ne, ciem­ne trwo­gi za­czę­ły mu prze­ni­kać du­szę co­raz ostrzej­szy­mi włók­na­mi.

Na­słu­chi­wał pil­nie od­gło­sów z uli­cy, ale uli­ca spa­ła, a słab­sze echa nie by­ły w sta­nie prze­drzeć się przez że­la­zne obi­te woj­ło­kiem okien­ni­ce.

Uniósł się na łok­ciu i z za­par­tym od­de­chem, kur­czo­wo ści­ska­jąc re­wol­wer słu­chał dłu­go, bo mu się wy­da­ło, że sły­szy co­raz bliż­szy i wy­raź­niej­szy od­głos kro­ków przez pu­ste po­ko­je.

Nikt jed­nak nie szedł, tyl­ko od­głos bi­ją­ce­go ze­ga­ru147 do­szedł go ję­kli­wym dźwię­kiem z któ­re­goś z po­ko­jów.

To mu się wy­da­wać zno­wu po­czy­na­ło, że cięż­ka ak­sa­mit­na por­tie­ra za­sła­nia­ją­ca drzwi, wy­dy­ma się tak dziw­nie, jak­by się za nią krył czło­wiek.

Uśmiech­nął się z wła­sne­go złu­dze­nia i zno­wu le­żał spo­koj­nie, przy­tłu­miw­szy świa­tło.

Nie mógł jed­nak za­snąć.

Go­dzi­ny pły­nę­ły tak strasz­nie wol­no, że wy­da­wa­ły mu się nie­skoń­czo­no­ścią.

I nie uspa­ka­jał się zu­peł­nie, a na­wet to zde­ner­wo­wa­nie i te wszyst­kie oba­wy wzra­sta­ły stop­nio­wo i z wol­na za­mie­nia­ły się w jed­ną oba­wę śmier­ci.

Zda­wa­ło mu się, że za­raz umrze i tak ja­sno to zo­ba­czył, tak nim ta strasz­na myśl za­trzę­sła, tak go oszo­ło­mi­ła, że ze­rwał się z łóż­ka, jak­by chciał ucie­kać, trząsł się ca­ły z trwo­gi, i za­czął gwał­tow­nie dzwo­nić na dy­żur­ne­go lo­ka­ja, śpią­ce­go na do­le.

— Idź pręd­ko, niech tu­taj za­raz przyj­dzie dok­tor — wo­łał si­ny­mi usta­mi.

A gdy po pew­nym cza­sie przy­szedł Ha­mer­ste­in, rzekł mu:

— Mnie coś jest! Obej­rzyj no mnie i za­radź.

— Nic nie wi­dzę — od­po­wie­dział za­spa­ny dok­tor, obej­rzaw­szy go do­syć sta­ran­nie.

Bu­cholc za­czął mu opo­wia­dać swój stan.

— Jak się pan pre­zes wy­śpi, to i wszyst­ko przej­dzie.

— Głu­piś! — od­parł mu po­ryw­czo Bu­cholc, ale wiel­ką do­zę chlo­ra­lu za­żył i wkrót­ce za­raz za­snął.

Bo­ro­wiec­ki zmę­czo­ny nad­pro­gra­mo­wą pra­cą, po­je­chał do mia­sta na her­ba­tę.

U Bosz­kow­skie­go pu­sto by­ło już w tej go­dzi­nie, tyl­ko w ostat­nim po­ko­ju cu­kier­ni za lu­strem sie­dzia­ło trzech męż­czyzn: Wy­soc­ki, Da­wid Hal­pern i Mysz­kow­ski, in­ży­nier z fa­bry­ki ba­ro­na Mey­era.

Przy­siadł się do nich, bo znał dwóch ostat­nich, a z Wy­soc­kim za­raz go po­zna­jo­mi­li. Da­wid Hal­pern, po­chy­lo­ny nad sto­li­kiem, bił w nie­go chu­dy­mi rę­ka­mi i pra­wie krzy­czał:

— Pan, Pa­nie Mysz­kow­ski, nie wie, co da­je ta pra­ca w Ło­dzi, bo pan wie­dzieć nie chce, ale ja pa­na za­raz prze­ko­nam, ja pa­nu po­ka­żę re­zul­ta­ty!

Wy­jął z pu­gi­la­re­su kil­ka wy­cin­ków z „Ku­rie­ra” i pod­su­wa­jąc mu pod oczy czy­tał:

— Słu­chaj pan: Od dnia 22 do 28 wy­wie­zio­no z Ło­dzi: wy­ro­bów że­la­znych 1 791 pu­dów, przę­dzy 11 614 pu­dów, wy­ro­bów ba­weł­nia­nych 22 852 pu­dów, wy­ro­bów weł­nia­nych 10 309 pu­dów. To pa­nu nic nie mó­wi, to się sa­mo zro­bi­ło! A ja pa­nu po­ka­żę, co przez ten ty­dzień ro­bio­no w Ło­dzi.

— Nie nudź pan swo­ją sta­ty­sty­ką. Chło­piec ka­wy trzy! Pan Bo­ro­wiec­ki na­pi­je się z na­mi?

— Ja tyl­ko pa­rę cyfr pa­nu prze­czy­tam, słu­chaj­cie pa­no­wie, bo to ty­le war­to, co bi­blia, a mo­że i tro­chę wię­cej: „Przy­wóz na­stę­pu­ją­cy: weł­ny 11 719 pu­dów, przę­dzy 12 333, że­la­za 7 303, ma­szyn 4 618, sma­rów 8 771, mą­ki 36 117, zbo­ża 8 794, owsa 18 685, drze­wa ra­zem 36 850, ba­weł­ny su­ro­wej 120 682, wę­gla ka­mien­ne­go 1 032 360 pu­dów”. Ta­kie cy­fry gło­śno dzwo­nią, to jest ład­ny pa­pier ta­ki wy­kaz; Łódź mu­si mieć do­bry brzuch, że­by to wszyst­ko prze­tra­wić, to trze­ba tro­chę pra­co­wać, a pan mó­wi, że tyl­ko głu­pi pra­cu­ją.

— I by­dło pę­dzo­ne ba­tem — mó­wił spo­koj­nie Mysz­kow­ski, po­pi­ja­jąc ka­wę.

— Aj, aj, co pan wy­ga­du­je! Ja­kim ba­tem, gdzie bat! Lu­dzie mu­szą ro­bić, no po­wiedz pan, co by ro­bił ta­ki pro­sty cham, że­by on nie mu­siał ro­bić! On zgnił­by z próż­niac­twa i zde­chł­by z gło­du.

— Daj pan po­kój! Pan się za­chwy­caj pra­co­wi­to­ścią Ło­dzi, wy­sła­wiaj pan da­lej swo­je cu­dow­ne mia­stecz­ko, ca­łuj pan po rę­kach każ­de­go, któ­ry tyl­ko ze­chce zo­stać mi­lio­ne­rem i ga­daj pan, że ci mi­lio­ne­rzy ma­ją dla­te­go mi­lio­ny, że naj­wię­cej pra­co­wa­li.

— Bo oni dla­te­go wła­śnie ma­ją, skąd by ina­czej je wzię­li! — krzy­czał za­pe­rzo­ny.

— Bo są głup­si od swo­ich ro­bot­ni­ków i dla­te­go ma­ją pie­nią­dze.

— Ja już nic pa­na nie ro­zu­miem. Jak pa­na sza­nu­ję, pa­nie Mysz­kow­ski, ja nic nie ro­zu­miem, co pan mó­wi. Ja do­tych­czas wie­dzia­łem, że jak kto pra­cu­je, to ma, a jak kto pra­cu­je i jest mą­dry to ma jesz­cze wię­cej, a jak kto jest bar­dzo mą­drym i bar­dzo pra­cu­je, to ro­bi mi­lio­ny! — krzy­czał gło­śno Hal­pern.

— O co pa­nom idzie? — za­py­tał Bo­ro­wiec­ki, nie mo­gąc się po­ła­pać.

— Ja twier­dzę, że wszy­scy mi­lio­ne­rzy, wszy­scy pra­cu­ją­cy ca­łym wy­sił­kiem swo­ich i cu­dzych mię­śni i władz — są głup­ca­mi, są kre­ty­na­mi. Pan Da­wid Hal­pern do­wo­dzi prze­ciw­nie. Wy­ga­du­je ba­jecz­ne bred­nie na cześć pra­cy i sta­wia na oł­ta­rzu by­dlę­ta gni­ją­ce na pod­ściół­ce z pie­nię­dzy i ka­że mi ich po­dzi­wiać.

— A praw­da mu­si być w po­środ­ku! — wtrą­cił mil­czą­cy do­tych­czas Wy­soc­ki.

— Idź pan do nie­ba z tą swo­ją śred­nią praw­dą. Jest się by­dlę­ciem zu­peł­nym al­bo czło­wie­kiem; przejść nie ma w na­tu­rze, chy­ba we łbach zi­dio­cia­łych ide­olo­gów.

— Pa­nie Mysz­kow­ski, ja mu­szę pa­na prze­ko­nać, że fa­bry­kant, że czło­wiek, któ­ry chce zro­bić mi­lio­ny, ro­bi wię­cej sto ra­zy niż ro­bot­nik i że je­go trze­ba sza­no­wać.

— Daj mi pan spo­kój z głup­ca­mi, któ­rzy się za­pra­co­wu­ją na to, aby zro­bić pie­nią­dze, mów mi pan le­piej o wszel­kich bo­skich stwo­rze­niach, któ­re pra­cu­ją ty­le tyl­ko, że­by wy­żyć, one ma­ją ro­zum.

— Pa­nie Mysz­kow­ski, że­byś pan miał mi­lio­ny, to byś pan ina­czej mó­wił.

— Sza­nu­ję pa­na, ale mo­gę pa­nu po­wie­dzieć głup­stwo, jak pan bę­dziesz ga­dał rze­czy, któ­rych pan nie ro­zu­mie. Mia­łem do­syć pie­nię­dzy i pu­ści­łem je, ot tak! — dmuch­nął dy­mem w oczy Hal­per­no­wi.

— Spy­taj się pan Ku­row­skie­go, my­śmy ra­zem je pusz­cza­li. Ja dbam o pie­nią­dze ty­le, co o deszcz wczo­raj­szy. Pan mnie masz, pa­nie Hal­pern za głup­ca! Nie, pa­nie Da­wi­dzie, ja dla­te­go, że­by za­ro­bić ru­bla wię­cej niż po­trze­ba, nie wsta­nę pięć mi­nut wcze­śniej niż mi się chce, a dla­te­go, że­by zro­bić na­wet mi­liar­dy — nie po­świę­cę przy­jem­no­ści peł­ne­go czło­wie­cze­go ży­cia, nie wy­rzek­nę się pa­trze­nia na słoń­ce, spa­ce­rów po po­wie­trzu, swo­bod­ne­go od­dy­cha­nia, my­śle­nia nad tro­chę więk­szy­mi rze­cza­mi niż mi­liar­dy, ko­cha­nia itd. itd.

Ja nie bę­dę ro­bił, ro­bił, ro­bił! bo ja chcę żyć, żyć, żyć! Nie je­stem by­dlę­ciem po­cią­go­wym ani ma­szy­ną, je­stem czło­wie­kiem. Tyl­ko głu­piec chce pie­nię­dzy i dla zro­bie­nia mi­lio­nów po­świę­ca wszyst­ko, ży­cie i mi­łość, i praw­dę, i fi­lo­zo­fię, i wszyst­kie skar­by czło­wie­czeń­stwa, a gdy się już tak na­sy­ci, że mo­że pluć mi­lio­na­mi, cóż wte­dy?

Zdy­cha na ma­te­ra­cu wy­pcha­nym ty­tu­ła­mi wła­sno­ści. Wiel­ka po­cie­cha, zu­peł­nie tej sa­mej war­to­ści, jak gdy­by zdy­chał na go­łej zie­mi. A gdy­by go póź­niej spy­ta­no, jak żył? po­wie­dział­by: Ro­bi­łem. Po co? Zro­bi­łem mi­lio­ny! Na co? No, że­by mieć mi­lio­ny, że­by lu­dzie po­dzi­wia­li, że­by jeź­dzić po­wo­zem i im­po­no­wać głup­com i że­by zdech­nąć w po­ło­wie ży­cia, zdech­nąć z wy­cień­cze­nia pra­cą, ale na mi­lio­nach! Tfu, z ta­ką głu­po­tą.

— Po­ru­sza pan waż­ną kwe­stię, o któ­rej moż­na by wie­le mó­wić.

— To so­bie mów­cie, ja idę do do­mu, ale po­dej­mu­ję się kie­dy in­dziej w sto­sow­nej chwi­li, prze­ko­nać pa­na, pa­nie Bo­ro­wiec­ki, że wam wszyst­kim za­szcze­pi­li strasz­ne­go bac­ci­lu­sa pra­cy, któ­ry to­czy ca­ły or­ga­nizm ludz­ko­ści i my­ślę, że je­śli się nie opa­mię­ta­ją, to ludz­kość prę­dzej zgi­nie, niż to prze­wi­du­ją geo­lo­go­wie.

Szli pu­stym tro­tu­arem w gó­rę uli­cy.

Wy­soc­ki po dłu­gim mil­cze­niu za­brał głos i za­czął na­mięt­nie do­wo­dzić, że złe nie tkwi w tym, że wszy­scy pra­cu­ją za wie­le, a w tym, że nie wszy­scy pra­cu­ją.

Mysz­kow­ski nic nie od­po­wie­dział, bo za­raz się z ni­mi po­że­gnał i po­szedł do do­mu.

Bo­ro­wiec­ki sen­nym wzro­kiem pa­trzał w uśpio­ną ci­chą uli­cę.

Hal­pern po­chwy­cił to spoj­rze­nie i za­czął:

— Pan się przy­pa­tru­je mia­stu! Pan spraw­dza, że Mysz­kow­ski ra­cji nie ma, bo jak­by ro­bi­li, jak on chce, to by tu­taj nie sta­ły te do­my, te pa­ła­ce, te fa­bry­ki, te skła­dy, tu nie by­ło­by Ło­dzi! Był­by ład­ny ka­wa­łek la­su, gdzie by so­bie mo­gli oby­wa­te­le wy­pra­wiać po­lo­wa­nia na dzi­kie świ­nie.

— Nam nic nie szko­dzi­ło­by to, pa­nie Da­wi­dzie.

— Pa­nu mo­że nie, pa­nu Wy­soc­kie­mu to nie wiem, ale dla mnie po­trzeb­ną jest Łódź, mnie po­trze­ba fa­bryk, wiel­kie­go mia­sta i wiel­kie­go han­dlu! Co ja ro­bił­bym na wsi? co ja ro­bił­bym z chło­pa­mi — wy­krzyk­nął.

— Był­byś pan pach­cia­rzem148 — rzekł zim­no Bo­ro­wiec­ki, oglą­da­jąc się za do­roż­ką.

— I po­mię­dzy ni­mi jest ta­ka kon­ku­ren­cja, że z gło­du umie­ra­ją.

— Tyl­ko ci, co nie umie­ją oszu­ki­wać chło­pów i oby­wa­te­li.

— To jest ga­da­nie? to jest tyl­ko an­ty­se­mic­kie ga­da­nie, w któ­re pan nie wie­rzy, bo pan do­brze wie, że płot­kę zja­da du­ży kieł­bik, kieł­bi­ka zja­da okoń, a oko­nia zja­da szczu­pak, a szczu­pa­ka? Szczu­pa­ka zja­da czło­wiek! A czło­wie­ka zja­da­ją dru­dzy lu­dzie, je­dzą go ban­kruc­twa, je­dzą cho­ro­by, je­dzą zmar­twie­nia, aż go w koń­cu zja­da śmierć. To wszyst­ko jest w po­rząd­ku i jest bar­dzo ład­nie na świe­cie, bo z te­go ro­bi się ruch.

— Pan masz tal­mu­dycz­ną fi­lo­zo­fię, pa­nie Da­wi­dzie.

— To jest fi­lo­zo­fia pa­trze­nia, a ja na świat pa­trzę bar­dzo daw­no, pa­nie Wy­soc­ki. Pa­nie dy­rek­to­rze, co pan my­śli o Mysz­kow­skim? — za­py­tał, przy­trzy­mu­jąc go za rę­kę, bo Ka­rol za­czął się z nim że­gnać.

— Bar­dzo do­bry czło­wiek, bar­dzo! — szep­nął wy­mi­ja­ją­co.

— On jest ge­nial­ny czło­wiek! on ma w gło­wie mi­lio­ny i nie chce ich stam­tąd wy­cią­gnąć. Pan wie, że on zro­bił no­we od­kry­cie u Mey­era? No­wy spo­sób bli­cho­wa­nia bia­łe­go to­wa­ru. Mey­er za­ra­bia na tym pięć­dzie­siąt pro­cent, a co pan my­śli ma z te­go Mysz­kow­ski? On nic nie ma! Je­mu za ten wy­na­la­zek, któ­ry wart mi­lion, da­li dwa ty­sią­ce ru­bli pen­sji rocz­nej, on wziął i jesz­cze cho­dzi do fa­bry­ki i pra­cu­je w la­bo­ra­to­rium! Ja go bar­dzo sza­nu­ję, ale że­by nie chcieć ma­jąt­ku, że­by się śmiać z te­go, że dru­dzy ro­bią pie­nią­dze, te­go nic nie ro­zu­miem, to jest tro­chę ciem­ne.

Stuk­nął się w czo­ło.

— Do­bra­noc pa­nom — rzekł Ka­rol.

— Mia­łem do pa­na in­te­res i za­ła­twię go w kil­ku sło­wach — za­czął Wy­soc­ki. — Nie zna­jąc pa­na, mia­łem jed­nak być u nie­go z proś­bą za jed­nym czło­wie­kiem.

— Szu­ka pan za­ję­cia dla ko­go?

— Tak, znam jed­ne­go bie­da­ka, któ­ry od dwóch lat na próż­no po­szu­ku­je pra­cy.

— Spe­cja­li­sta?

— Eks-oby­wa­tel ziem­ski, ale czło­wiek uczci­wo­ści nie­po­szla­ko­wa­nej.

— To ra­zem ty­le kwa­li­fi­ka­cji, że mo­że szu­kać miej­sca jesz­cze dru­gie dwa la­ta z ta­kim sa­mym skut­kiem.

— Bar­dzo bied­ny i bar­dzo obar­czo­ny ro­dzi­ną, umie­ra­ją wprost z gło­du.

— Nie wy­jąt­ko­wy wca­le, bo ta­kich nie bra­ku­je w Ło­dzi.

— Mo­że by pan po­mógł. Ja­kie­kol­wiek miej­sce, jak­kol­wiek płat­ne, naj­prost­sze, by­ło­by dla nie­go praw­dzi­wym do­bro­dziej­stwem. Nie­chaj mi pan da­ru­je, że pra­wie nie­zna­jo­my i za­raz z proś­bą się uda­ję.

— Nie w tym śro­dek kwe­stii, tyl­ko że nie wiem, co pa­nu od­po­wie­dzieć. Miejsc le­piej płat­nych nie ma ni­g­dy wol­nych, po­nie­waż na każ­dą opróż­nio­ną po­sa­dę zgła­sza się dwu­dzie­stu kan­dy­da­tów i to prze­waż­nie sa­mych spe­cja­li­stów.

— Mnie idzie o naj­zwy­klej­szą pra­cę, więc je­śli pan mo­że...

Bo­ro­wiec­ki dał mu swój bi­let wi­zy­to­wy.

— Nie­chaj ten pro­te­go­wa­ny pań­ski przyj­dzie do mnie z tym bi­le­tem ju­tro po po­łu­dniu do fa­bry­ki. Miej­sca­mi nie roz­po­rzą­dzam, ale bę­dę się sta­rał coś zro­bić dla nie­go, tyl­ko że pa­nu nie rę­czę za sku­tek.

Ro­ze­szli się za­raz w róż­ne stro­ny.



XIV

Da­wid Hal­pern szedł wol­no Piotr­kow­ską, roz­my­ślał o Mysz­kow­skim i przy­pa­try­wał się mia­stu, któ­re ko­chał ca­łą swo­ją en­tu­zja­stycz­ną du­szą.

Nie chciał pa­mię­tać, że to mia­sto za­bra­ło mu wszyst­ko, co kie­dyś po­sia­dał po oj­cu, że od lat wie­lu ży­je z dnia na dzień, że wciąż zmie­niać mu­si spo­so­by za­rob­ko­wa­nia, że wciąż jest tyl­ko na dro­dze do ma­jąt­ku, któ­ry mu się wiecz­nie wy­śli­zgi­wał z rąk, co so­bie tłu­ma­czył bra­kiem szczę­ścia, ale po­mi­mo te­go wy­trwa­le za­kła­dał kan­to­ry, to skle­py, to zo­sta­wał agen­tem i za­wsze koń­czył ban­kruc­twem, ale nie tra­cił na­dziei, szedł jed­na­ko przez ży­cie, za­pa­trzo­ny w Łódź i w jej po­tę­gę, oszo­ło­mio­ny jej wiel­ko­ścią, za­hip­no­ty­zo­wa­ny mi­lio­na­mi, ja­kie się prze­wa­la­ły do­ko­ła nie­go.

Nie miał dzie­ci, miał tyl­ko żo­nę, na któ­rą pra­co­wał, aby mo­gła co­rocz­nie jeź­dzić do Fran­zens­ba­du le­czyć się, sam zaś od wie­lu lat nie wy­chy­lał się za Łódź, nie dbał, co ja­da, jak miesz­ka, w czym cho­dzi, sam nic nie miał, ale był szczę­śli­wym, że mia­sto po­sia­da co­raz wię­cej, że mógł wi­dzieć ten ruch sza­lo­ny, prze­wa­la­nie się to­wa­rów, huk ma­szyn pra­cu­ją­cych, zgiełk na uli­cach, za­pcha­ne skła­dy, no­we uli­ce, mi­lio­ne­rów, fa­bry­ki, wszyst­ko co skła­da­ło się na ten ko­los, któ­ry spał te­raz pod ci­chym ciem­nem nie­bem, przez któ­re pły­nął księ­życ.

Ko­chał Łódź, jak ko­chał fa­bry­kan­tów i ro­bot­ni­ków i jak ko­chał na­wet pro­stych chło­pów, tłum­nie ścią­ga­ją­cych na każ­dą wio­snę, bo więk­sza ich licz­ba na uli­cach mó­wi­ła, że zno­wu przy­bę­dzie mia­stu fa­bryk i do­mów, i ru­chu.

Ko­chał Łódź.

A co go ob­cho­dzi­ło, że ta Łódź by­ła brud­na, źle oświe­tlo­na, źle za­bru­ko­wa­na, źle za­bu­do­wa­na, że do­my wa­li­ły się co­rocz­nie na gło­wy miesz­kań­ców, że w bocz­nych uli­cach w bia­ły dzień za­rzy­na­li się lu­dzie scy­zo­ry­ka­mi!

O ta­kich głup­stwach nie my­ślał, jak i nie my­ślał o tym, że tu­taj ty­sią­ce lu­dzi mar­ło z gło­du, że ty­sią­ce lu­dzi gni­ło w nę­dzy, że ty­sią­ce lu­dzi wal­czy­ło ca­łym wy­sił­kiem o nędz­ny byt i że ta wal­ka ci­cha i strasz­na przez swo­ją usta­wicz­ność, wal­ka pro­wa­dzo­na na­wet bez na­dziei zwy­cię­stwa, zże­ra­ła wię­cej lu­dzi rocz­nie niź­li naj­groź­niej­sze epi­de­mie.

— Z te­go ro­bi się ruch — tłu­ma­czył, cie­sząc się, że mia­sto wzra­sta­ło z sza­lo­nym po­śpie­chem, że mógł po­dzi­wiać ol­brzy­mie cy­fry wy­wo­zu i przy­wo­zu, a ogól­na cy­fra ob­ro­tów wzra­sta­ła co­rocz­nie o ca­łe dzie­siąt­ki mi­lio­nów.

Je­go su­cha se­mic­ka du­sza to­nę­ła w tych cy­frach lu­bo­wa­ła się ich zwięk­sze­niem.

Z du­mą spo­glą­dał na no­wych mi­lio­ne­rów i czcił ich ca­łą du­szą; z za­chwy­tem nie­kła­ma­nym po­dzi­wiał z tro­tu­arów prze­pych za­przę­gów i miesz­kań; z en­tu­zja­zmem roz­gła­szał po mie­ście cy­fry sum, ja­kie róż­ni kró­li­ko­wie ba­weł­nia­ni i pół­weł­nia­ni wy­rzu­ca­li na przy­ozdo­bie­nie swo­ich pa­ła­ców i le­go­wisk.

Ta­kim był Da­wid Hal­pern, któ­ry te­raz szedł na uli­cę Śred­nią do miesz­ka­nia i roz­my­ślał o Mysz­kow­skim.

Dla nie­go, czci­cie­la pie­nię­dzy, Mysz­kow­ski był zu­peł­nie nie­zro­zu­mia­łym.

Nie mógł po­jąć, jak moż­na nie brać mi­lio­nów, sko­ro sa­me wła­żą do kie­sze­ni.

Z po­dob­ny­mi my­śla­mi otwo­rzył ci­cho drzwi na trze­cim pię­trze ja­kie­goś wiel­kie­go do­mu, ale nim wszedł, usły­szał przy­ci­szo­ne to­ny mu­zy­ki, pły­ną­ce z głę­bi ciem­ne­go ko­ry­ta­rza. Wszedł do miesz­ka­nia.

Żo­na już spa­ła, a że mu się za­chcia­ło jeść, prze­szu­kał szaf­kę i z ka­wał­kiem cu­kru, bo nic wię­cej nie zna­lazł, po­szedł ci­cho do ku­chen­ki zro­bić so­bie her­ba­ty.

Sa­mo­war był już zim­ny, na­lał jed­nak her­ba­ty w fi­li­żan­kę i prze­gry­za­jąc cu­krem pił, spa­ce­ru­jąc w ma­lut­kim przed­po­ko­ju, że­by nie bu­dzić żo­ny i sły­szeć tro­chę tej mu­zy­ki są­czą­cej się przez drzwi.

Znu­dzi­ło mu się dość pręd­ko to spa­ce­ro­wa­nie, bo z fi­li­żan­ką w rę­ku prze­szedł ko­ry­tarz i za­pu­kał bar­dzo de­li­kat­nie do drzwi, za któ­ry­mi gra­no.

— He­re­in149! — ode­zwał się głos ze środ­ka.

Wszedł śmia­ło, kiw­nął życz­li­wie gło­wą gra­ją­cym i usiadł pod pie­cem, po­pi­jał her­ba­tę ma­ły­mi ły­ka­mi i słu­chał mu­zy­ki z na­boż­nym sku­pie­niem.

Horn grał na fle­cie, Ma­li­now­ski na wio­lon­cze­li, Szulc na klar­ne­cie, a na skrzyp­cach Blu­men­feld, któ­ry pro­wa­dził ca­łą dru­ży­nę. Dru­gie skrzyp­ce pro­wa­dził Stach Wil­czek.

Jó­zio Ja­skól­ski sie­dział w dru­gim po­ko­ju przy sto­li­ku i list ja­kiś prze­pi­sy­wał.

Prócz Hor­na wszy­scy by­li ko­le­ga­mi ze szko­ły i zbie­ra­li się po dwa ra­zy na ty­dzień, aby wspól­nie gry­wać.

Mu­zy­ką bro­ni­li się bez­wied­nie przed stę­pie­niem, ja­kie da­wa­ła co­dzien­na, cięż­ka pra­ca, bo pra­co­wa­li ja­ko tech­ni­cy, maj­stro­wie lub prak­ty­kan­ci po fa­bry­kach lub kan­to­rach.

Horn ja­ko naj­za­moż­niej­szy, bo był tyl­ko w Ło­dzi na prak­ty­ce i miał bo­ga­te­go oj­ca, gro­ma­dził ich w swo­im miesz­ka­niu i po­ku­po­wał in­stru­men­ta150, ale du­szą tych bie­siad mu­zycz­nych był Blu­men­feld, mu­zyk z po­wo­ła­nia i wy­kształ­ce­nia, bo skoń­czył kon­ser­wa­to­rium, ale że mu­zy­ka nie da­wa­ła mu w Ło­dzi utrzy­ma­nia, więc tym­cza­sem pra­co­wał w kan­to­rze Gros­glic­ka ja­ko bu­chal­ter.

Jó­zio Ja­skól­ski był po­mię­dzy ni­mi naj­młod­szym, grać nie umiał, ale żył z ni­mi bli­sko i czę­sto przy­cho­dził, bo na­mięt­nie lu­bił słu­chać ich opo­wia­dań o róż­nych awan­tu­rach mi­ło­snych. Ma­rzył bo­wiem o mi­ło­ści z ca­łą pa­sją osiem­na­sto­let­nie­go chło­pa­ka, su­ro­wo wy­cho­wa­ne­go.

Tam­ci gra­li, a on prze­pi­sy­wał so­bie list mi­ło­sny, ja­ki mu dał do prze­czy­ta­nia Ma­li­now­ski, któ­ry z po­wo­du swo­jej uro­dy do­syć ich otrzy­my­wał.

List był pi­sa­ny nie­orto­gra­ficz­nie, ale tak na­mięt­nie, że Jó­zio czer­wie­nił się co chwi­la i za­mglo­ny­mi oczy­ma wpa­try­wał się w te sze­re­gi kosz­la­wych151 i nie­zgrab­nych li­ter.

Upa­jał się ty­mi wy­bu­cha­mi dzi­kiej czu­ło­ści i rów­no­cze­śnie gry­zło go strasz­ne pra­gnie­nie, że­by go kto tak ko­chał, a ra­czej że­by otrzy­my­wał po­dob­ne li­sty.

Mu­zy­ka skoń­czy­ła się wresz­cie, bo po­słu­gacz­ka wnio­sła sa­mo­war. Horn po­ma­gał na­kry­wać stół i sam roz­sta­wiał szklan­ki.

— Wil­czek, trzy ra­zy pan sfał­szo­wa­łeś. Wzią­łeś pan C za­miast D, po­tem je­cha­łeś pan o jed­ną okta­wę ni­żej — za­czął Blu­men­feld.

— Nic nie szko­dzi, bo was do­go­ni­łem pręd­ko — śmiał się Wil­czek, cho­dząc po po­ko­ju, za­cie­rał rę­ce, a po­tem bar­dzo uper­fu­mo­wa­ną chust­ką ob­cie­rał so­bie tłu­stą, okrą­głą twarz, po­kry­tą rzad­kim, nie­zde­cy­do­wa­ne­go ko­lo­ru za­ro­stem.

— Pach­nie­cie jak ca­ły skład per­fum! — szep­nął Horn.

— Mam per­fu­my w ko­mis! — uspra­wie­dli­wiał się.

— Czym wy już nie han­dlu­je­cie? — śmiał się Szulc, któ­ry po­mi­mo swo­jej ba­rył­ko­wa­to­ści, raź­no się uwi­jał, na­le­wa­jąc her­ba­tę dla wszyst­kich.

— Choć­by wa­szym mię­sem, Szulc.

— To nie dow­cip! — szep­nął Blu­men­feld, sia­da­jąc przy sto­le i roz­gar­niał chu­dą, ner­wo­wą rę­ką ja­sno­zło­ci­ste wło­sy, któ­re jak­by au­re­olą ota­cza­ły je­go wy­so­kie, bar­dzo ład­ne czo­ło i dłu­gą, cier­pią­cą twarz o gorz­kim uśmie­chu.

— Pa­nie Hal­pern, mo­że pan z na­mi sią­dzie — za­pra­szał Horn.

— A do­brze, na­pi­ję się go­rą­cej her­ba­ty. Pa­no­wie gra­cie co­raz le­piej ten ka­wa­łek, co to po­dob­ny do te­go, jak­by kto bar­dzo pła­kał, to mi zro­bił ta­kie wra­że­nie, że sie­dzieć nie mo­głem. Ślicz­ny kon­cert.

— Pa­nie Jó­ze­fie, her­ba­ta cze­ka na pa­na! — wo­łał Horn.

Jó­zio roz­czer­wie­nio­ny jesz­cze przy­szedł, sia­da­jąc na koń­cu, aże­by ukryć wzbu­rze­nie i po­mie­sza­nie, ja­kie w nim spra­wił ten list.

Pił her­ba­tę pręd­ko, pa­trzył się cią­gle i mil­czał, po­wta­rza­jąc w my­śli ogni­ste fra­ze­sy, a chwi­la­mi spo­glą­dał z po­dzi­wem na Ma­li­now­skie­go, że sie­dzi tak spo­koj­nie i pi­je her­ba­tę.

— Pij­cie wód­kę, a nie oglą­daj­cie ze­gar­ka, gdzież wam się tak spie­szy, Wil­czek?

— Idzie­cie na dy­żur?

Bo Wil­czek pra­co­wał w ma­ga­zy­nach ko­le­jo­wych.

— A nie, z biu­rem już dzi­siaj po­że­gna­łem się na za­wsze.

— Co, co? Wy­gra­li­ście na lo­te­rii?

— Że­ni­cie się mo­że z Men­del­soh­nów­ną?

— Da­je­cie mo­że dra­pa­ka z ka­są ko­le­jo­wą do Ame­ry­ki?

Wo­ła­li chó­rem.

— Nic z te­go, bo mam coś lep­sze­go, in­te­res cu­dow­ny, któ­ry mnie mu­si po­sta­wić, zo­ba­czy­cie, że sta­nę od ra­zu na czte­rech no­gach.

— Ty za­wsze by­łeś czwo­ro­no­giem! — ode­zwał się Ma­li­now­ski i spoj­rzał na nie­go zie­lo­ny­mi ocza­mi, w któ­rych by­ła po­gar­da i nie­chęć.

— Ale ni­g­dy nie by­łem wa­ria­tem, nie zaj­mo­wa­łem się wy­na­laz­ka­mi, nie­moż­li­wy­mi do urze­czy­wist­nie­nia.

— Co ty wiesz, co ty mo­żesz wie­dzieć prócz te­go, że­by okpi­wać na kup­nie i na sprze­da­ży, ty je­steś pro­sty, or­dy­nar­ny han­de­les. Wiedz­że o tym, że wa­riac­twa lu­dzi ge­nial­nych wię­cej przy­nio­sły do­bre­go świa­tu, niź­li prak­tycz­na głu­po­ta, po­dob­nych to­bie, umią­ca152 ta­nio ku­pić i dro­go sprze­dać. Sły­szysz, Wil­czek?

— Sły­szę i bę­dę o tym pa­mię­tał, gdy za­żą­dasz no­wych kre­dy­tów.

— A pro­pos, spro­wadź mi dwa­dzie­ścia fun­tów dru­tu mie­dzia­ne­go, ta­kie­go, ja­ki był ostat­nio — rzu­cił spo­koj­nie Ma­li­now­ski.

Wil­czek po­mi­mo gnie­wu za­no­to­wał ob­sta­lu­nek w no­te­sie.

— Daj­cież spo­kój z kłót­nia­mi i in­te­re­sa­mi.

— Jed­no dru­gie­mu nie prze­szka­dza — szep­nął Wil­czek i cho­dził po po­ko­ju, za­cie­rał rę­ce ner­wo­wo, ob­li­zy­wał du­że, wy­wi­nię­te usta i czę­sto po­pra­wiał wło­sy, roz­cze­sa­ne przez ca­łą gło­wę i two­rzą­ce mu grzyw­kę nad ni­skim brzyd­ko po­marsz­czo­nym czo­łem.

Ma­li­now­ski po­wlókł za nim ocza­mi i szep­nął:

— Wy­glą­dasz jak sta­ra po­ko­jów­ka!

— Co wam to prze­szka­dza!

— Iry­tu­je mnie wi­dok ta­kie­go me­bla, prze­szka­dza pa­trzeć swo­bod­nie.

— To pa­trz­cie się w sa­mo­war, al­bo w ko­niec wła­sne­go no­sa, ma­cie prze­cież na co.

— Kie­dy ku­fa mi wła­śnie prze­szka­dza pa­trzeć na sa­mo­war.

— Ma­li­now­ski! — syk­nął Wil­czek z uśmie­chem i je­go ma­łe nie­bie­skie oczki głę­bo­ko scho­wa­ne za­mi­go­ta­ły gnie­wem, za­czął szar­pać wiel­ki zło­ty łań­cu­szek od ze­gar­ka.

— Wil­czek! — uśmiech­nął się słod­ko i słod­ko pa­trzył na Sta­cha.

— Wam nie­dłu­go trze­ba wło­żyć ka­gań­ce, bo się kie­dy jesz­cze po­gry­zie­cie.

— Po­wiem wam wspa­nia­łą rzecz, tyl­ko nie prze­szka­dzaj­cie — za­wo­łał Szulc, zno­wu na­le­wa­jąc wszyst­kim her­ba­tę. — Mó­wił mi dzi­siaj Reck, któ­ry przy­je­chał z So­snow­ca do Dül­ma­na.

— Cie­kaw je­stem, co moż­na jesz­cze no­we­go po­wie­dzieć o tym by­dlę­ciu.

— Za­raz się do­wiesz. Mie­siąc te­mu, ba­wił w So­snow­cu prze­jaz­dem ja­kiś hra­bia. Dül­man, daw­ny han­dlarz świń, daw­ny obe­rkel­ner153 z Ka­to­wic i daw­na ka­na­lia, za­pro­sił hra­bie­go do sie­bie, ale ma­ło, że go za­pro­sił, ka­zał na je­go przy­ję­cie wy­sta­wić bra­mę try­um­fal­ną, wy­pra­wiał wspa­nia­łe obia­dy spe­cjal­ny­mi po­cią­ga­mi spro­wa­dzo­ne z Ber­li­na, sam mu bu­ty ścią­gał, bo chciał przez po­śred­nic­two te­go hra­bie­go do­stać ja­ki pru­ski or­der. Hra­bia spał w je­go pa­ła­cu przez ca­łe trzy dni i od­je­chał do Va­ter­lan­du154. Po je­go wy­jeź­dzie w pa­rę dni, Dül­man przy­sy­ła po Rec­ka, któ­ry jest tech­ni­kiem w je­go fa­bry­ce, w od­dzia­le sto­lar­skim. A gdy Reck przy­szedł, Dül­man ka­że mu zro­bić ry­su­nek wspa­nia­łej skrzy­ni, jak moż­na naj­ozdob­niej­szej. Reck zro­bił coś w ro­dza­ju ol­brzy­miej trum­ny i po­dług je­go ry­sun­ku wy­ko­na­no tę skrzy­nię w Ber­li­nie i przy­wie­zio­no do Dül­ma­na. Otóż ten idio­ta, wo­bec ca­łej ro­dzi­ny i dy­rek­to­rów swo­ich usta­wił skrzy­nię na ho­no­ro­wym miej­scu w sa­lo­nie, a do skrzy­ni wsta­wił łóż­ko z ca­łą po­ście­lą i ze wszyst­kim, cze­go uży­wał ów hra­bia, skrzy­nię za­mknął na klucz, a na niej przy­bi­to brą­zo­wą bla­chę z ta­kim na­pi­sem nie­miec­kim: „W tej skrzy­ni stoi łóż­ko, a na łóż­ku le­ży po­ściel, a w tej po­ście­li, na tym łóż­ku dnia X ro­ku 18... ra­czył spać trzy ra­zy ja­śnie wiel­moż­ny graf Wil­helm Jo­hann So­merst-So­mer­ste­in”.

— Ależ to far­sa, to nie­moż­li­we!

Za­czę­li opo­no­wać.

— Ja Rec­ko­wi wie­rzę, on ni­g­dy nie kła­mie.

— Ależ to by­ła­by głu­po­ta po­twor­na.

— Co chce­cie, ta­kie­go eks-świ­nia­rza olśni­ła ła­ska­wość gra­fa.

— To jest mo­żeb­ne, a bo to w Ło­dzi ma­ło jest po­dob­nych śmiesz­no­ści po­mię­dzy mi­lio­ne­ra­mi! Prze­cież wszy­scy zna­ją szcze­gó­ły po­je­dyn­ku Sta­ni­sła­wa Men­del­soh­na z tym in­ży­nie­rem Mysz­kow­skim.

— A Kna­abe to nie śmiesz­ny? A sta­ry Lehr, któ­ry jak sie­dzi w re­stau­ra­cji, a kto za­wo­ła gło­śno: Kel­ner! to się bez­wied­nie zry­wa z krze­sła, bo był prze­cież kie­dyś kel­ne­rem, a Zu­ker jesz­cze mo­jej mat­ce przy­no­sił do do­mu reszt­ki do sprze­da­nia. Lehr na przy­kład umie się tyl­ko pod­pi­sy­wać, a przyj­mu­je in­te­re­san­tów w swo­im ga­bi­ne­cie z książ­ką w rę­ku, a któ­rą mu za­wsze lo­kaj da­je otwo­rzo­ną, bo by­ły wy­pad­ki, że Lehr trzy­mał ją przy go­ściu do gó­ry no­ga­mi.

— Każ­de­mu wol­no ro­bić, co mu się po­do­ba, nie wi­dzę po­trze­by wy­śmie­wa­nia się.

— Ale i każ­de­mu wol­no się z te­go śmiać, co jest głu­pie.

— Ty Wil­czek, bro­nisz swo­jej spra­wy, bo i z cie­bie się śmie­ją, z two­jej grzyw­ki, z per­fu­mo­wa­nia i z two­ich łań­cusz­ków, i pier­ścion­ków, z two­je­go szy­ku.

— Głup­cy śmie­ją się ze wszyst­kie­go. Ten się śmie­je naj­le­piej, kto się ostat­ni śmie­je.

— Czy­li jak zro­bisz mi­lio­ny, obie­cu­jesz śmiać się z nas wszyst­kich.

— Bo je­ste­ście god­ni śmie­chu.

Hal­pern, uści­snął im rę­ce i wy­szedł nie lu­bił bo­wiem, że­by mło­dzież ośmie­la­ła się prze­kpi­wać z fa­bry­kan­tów.

— Dla­cze­go? po­wiedz­cie no wy­raź­nie Wil­czek.

— Bo wy się nie śmie­je­cie szcze­rze, wy drwi­cie ze zło­ści, że nic nie ma­cie, a oni ma­ją mi­lio­ny.

— No­we rze­czy ga­da! My­śla­łem, że po­wie­cie co no­we­go, a je­śli chce­cie mó­wić tak da­lej, to już le­piej prze­stań­cie.

— Bądź­cie no ci­cho na chwi­lę, jest waż­na spra­wa — pod­niósł głos Ma­li­now­ski. — Jó­zio Ja­skól­ski po­trze­bu­je stu ru­bli na ju­tro wie­czór i pro­si nas wszyst­kich o po­ży­cze­nie tej su­my, bę­dzie od­da­wał po dzie­sięć ru­bli mie­sięcz­nie. Pie­nią­dze te są dla nie­go kwe­stią ży­cia i śmier­ci, więc ja jesz­cze od sie­bie pro­szę was wszyst­kich o ko­le­żeń­ską po­moc. Za ca­łą su­mę rę­czę.

— Dasz ewik­cję155 na swo­im wy­na­laz­ku.

— Wil­czek! — krzyk­nął roz­draż­nio­ny ude­rza­jąc pię­ścią w stół. — Zrób­my skład­kę po­życz­ko­wą pa­no­wie — do­dał ła­god­niej, kła­dąc na sto­le je­dy­ne pięć ru­bli, ja­kie miał. Szulc po­ło­żył dru­gie pięć, Blu­men­feld dzie­sięć.

— Co bę­dzie bra­ko­wać do­ło­żę, bo cho­ciaż dzi­siaj nie mam, ale mo­gę po­ży­czyć ju­tro — mó­wił Horn. — No, Wil­czek, daj­cie no ze dwa­dzie­ścia ru­bli.

— Sło­wo ho­no­ru, że nie mam trzech ru­bli na­wet przy so­bie, za­łóż­cie za mnie pięć ru­bli.

— Dow­cip­nie kom­bi­nu­je­cie — szep­nął Horn.

— Na nie­go nie licz­cie. Mu­si­cie Horn po­ży­czyć osiem­dzie­siąt ru­bli, bo jest dwa­dzie­ścia, ale ko­niecz­nie przed szó­stą wie­czo­rem ju­tro.

— Z pew­no­ścią, niech pan przyj­dzie do mnie, pa­nie Jó­ze­fie.

Jó­zio ze łza­mi roz­rzew­nie­nia dzię­ko­wał wszyst­kim, prócz Wilcz­ko­wi156, któ­ry po­gar­dli­wie się uśmie­chał i cho­dził co­raz prę­dzej po po­ko­ju. Miał pie­nią­dze, ale ni­g­dy ni­ko­mu nie po­ży­czał.

— Na co ci po­trze­ba aż stu ru­bli? — za­py­tał Jó­zia.

— Kie­dy nic nie da­jesz, to nie­po­trzeb­nie się wy­py­tu­jesz.

— Po­zdrów ma­mę ode mnie.

Jó­zio nic się na to nie ode­zwał, miał do nie­go wiel­ki żal, bo do­brze pa­mię­tał, ile ten sam Wil­czek za­wdzię­czał im, a po­tem spiesz­no mu by­ło le­cieć z ra­do­sną no­wi­ną do do­mu, bo tych pie­nię­dzy po­trze­bo­wał dla mat­ki, któ­rej ja­kiś pie­karz od­da­wał w za­rząd skle­pik, ale pod wa­run­kiem zło­że­nia sto­ru­blo­wej157 kau­cji. By­ło to nie­ja­ko za­bez­pie­cze­nie od gło­do­wej śmier­ci ca­łej ro­dzi­ny, bo miesz­ka­nie mie­li mieć dar­mo i pe­wien pro­cent okre­ślo­ny od sprze­da­ży. Jó­zio wy­szedł po­śpiesz­nie, ale ze scho­dów wró­cił i szep­nął do Ma­li­now­skie­go.

— Adaś, po­życz mi na pa­rę dni te­go li­stu, ja ci go nie znisz­czę.

— Mo­żesz go so­bie wziąć na wła­sność, nic mi po nim.

Jó­zio go uca­ło­wał i po­biegł.

Za­mil­kli na chwi­lę.

Blu­men­feld na­stra­jał skrzyp­ce, Horn pił her­ba­tę, Szulc pa­trzył na Ma­li­now­skie­go, któ­ry z tym swo­im wiecz­nym uśmie­chem wpa­try­wał się w for­mu­ły al­ge­bra­icz­ne, ja­kie skre­ślił ołów­kiem na ser­we­cie, a Wil­czek wciąż spa­ce­ro­wał i roz­my­ślał o ju­trzej­szym in­te­re­sie, ja­ki miał go po­sta­wić na czte­ry no­gi, a w prze­rwach wo­dził po to­wa­rzy­szach iro­nicz­nym, nie­dba­łym wzro­kiem, w któ­rym by­ło wie­le po­li­to­wa­nia, a jesz­cze wię­cej lek­ce­wa­że­nia, a cza­sa­mi przy­sia­dał z sy­kiem i zdej­mo­wał ka­masz na chwi­lę, bo był obu­ty w la­kier­ki bar­dzo ele­ganc­kie, ale tak cia­sne, że czuł je co­raz moc­niej.

Był ubra­ny z wiel­ką a prze­sad­ną ele­gan­cją kan­to­ro­wi­cza.

— Szulc, od­kry­łem bez­wied­nie ta­jem­ni­cę wa­sze­go mło­de­go Kes­sle­ra! — za­czął, na­kła­da­jąc zno­wu but i spa­ce­ru­jąc po po­ko­ju.

— Wy ma­cie spe­cjal­ną zdol­ność śled­czą.

— Bo do­brze pa­trzę.

— Cza­sem się opła­ca ta­ki do­bry wzrok!

— Ma­li­now­ski! — za­wo­łał, sia­da­jąc, bo ka­masz pa­lił go jesz­cze wię­cej.

— Nie prze­ry­waj­cie so­bie po­pi­sów wła­sne­go spry­tu i prze­ni­kli­wo­ści, bę­dzie­my słu­chać cier­pli­wie i mo­że bu­ci­ki tro­chę zmięk­ną — szy­dził Adam.

— Spo­tka­łem wczo­raj ra­no na Wschod­niej bar­dzo ład­ną dziew­czy­nę, po­sze­dłem za nią, że­by się jej przyj­rzeć le­piej, bo zna­łem skąd­siś jej twarz. We­szła do jed­ne­go z do­mów na Dziel­nej i znik­nę­ła mi w po­dwó­rzu. Tro­chę stra­pio­ny szu­kam stró­ża, aby się od nie­go do­wie­dzieć, gdy na­ty­kam się na mło­de­go Kes­sle­ra, wcho­dzą­ce­go do bra­my. Wy­da­ło mi się to po­dej­rza­nym, bo prze­cież wia­do­mo, że Kes­sler wciąż się włó­czy za dziew­czy­na­mi. Za­cze­ka­łem przed do­mem i po kil­ku­na­stu mi­nu­tach do­cze­ka­łem się, że wy­szedł, ale nie sam, wy­szedł z tą dziew­czy­ną, tyl­ko tak ubra­ną wspa­nia­le, że z tru­dem ją po­zna­łem. Wsie­dli do po­wo­zu cze­ka­ją­ce­go o kil­ka do­mów da­lej i po­je­cha­li w kie­run­ku ko­lei. Tę dziew­czy­nę Ma­li­now­ski mu­sisz znać?

— Skąd­że ta­kie przy­pusz­cze­nie? — za­py­tał spo­koj­nie na po­zór.

— Wi­dzia­łem cię z nią prze­szłej nie­dzie­li, wy­sze­dłeś z do­mów fa­mi­lij­nych Kes­sle­ra i pro­wa­dzi­łeś ją na­wet pod rę­kę.

— To nie­praw­da! to nie mo­gła być... — za­wo­łał gwał­tow­nie, po­ły­ka­jąc ja­kieś imię.

— Je­stem naj­pew­niej­szy, że to ona. Bru­net­ka, bar­dzo ży­wa i bar­dzo ład­na.

— Daj­my po­kój, co mnie to ob­cho­dzi — szep­nął nie­dba­le i czuł, że mu ja­kaś rę­ka wsu­nę­ła się do wnętrz­no­ści i szar­pie je strasz­nie.

Z te­go jed­ne­go szcze­gó­łu po­znał, że to by­ła Zoś­ka, je­go sio­stra.

Nie, nie mógł w to uwie­rzyć, sie­dział w mil­cze­niu i chciał iść, le­cieć do do­mu, ale się nie ru­szył, nie pod­niósł na­wet oczu na to­wa­rzy­szów, bo się bał spo­tkać z ich wzro­kiem, że­by mu nie wy­czy­ta­li ta­jem­ni­cy.

Ochło­nąw­szy nie­co, naj­spo­koj­niej ubrał się i wy­szedł nie cze­ka­jąc na ko­le­gów.

Po­biegł do ro­dzi­ców, miesz­ka­ją­cych w do­mach fa­mi­lij­nych Kes­sle­ra.

Wiel­kie trzy­pię­tro­we czwo­ro­bo­ki, po­dob­ne do ko­szar, w któ­rych się gnieź­dzi­ło kil­ka­set osób, sta­ły ciem­ne, ci­che, tyl­ko w jed­nym oknie bły­ska­ło świa­tło. Dom spał zu­peł­nie, bo na­wet na ko­ry­ta­rzach, któ­ry­mi biegł Ma­li­now­ski, by­ło ciem­no i pu­sto, a tyl­ko je­go kro­ki hu­cza­ły po ca­łym do­mu.

W miesz­ka­niu za­stał mat­kę i młod­sze­go bra­ta, któ­ry sie­dział w ku­chen­ce i okrę­co­ny w chust­kę, za­ty­ka­jąc uszy rę­ka­mi, ki­wał się i mo­no­ton­nym gło­sem wbi­jał so­bie w pa­mięć ju­trzej­szą lek­cję.

— Daw­no oj­ciec po­szedł do fa­bry­ki? — za­py­tał, szu­ka­jąc ocza­mi Zoś­ki w dru­gim po­ko­ju.

Mat­ka nie ode­zwa­ła się, klę­cza­ła przed zło­ci­stym ob­ra­zem Czę­sto­chow­skiej, któ­ry stał na ko­mo­dzie w oświe­tle­niu pur­pu­ro­wej lamp­ki, mo­dli­ła się pół­gło­sem szyb­ko prze­su­wa­jąc ziar­na wiel­kie­go ró­żań­ca.

— A gdzie Zoś­ka? — za­py­tał, zno­wu drżąc z nie­cier­pli­wo­ści.

— „i bło­go­sła­wio­ny owoc ży­wo­ta Two­je­go Je­zus. Amen!”

— Oj­ciec po­szedł już daw­no. Zoś­ka jesz­cze wczo­raj po­je­cha­ła do ciot­ki Ole­si.

Cią­gnę­ła da­lej prze­rwa­ny pa­cierz.

Adam nie wie­dział, co ro­bić; chciał mat­ce po­wie­dzieć o swo­ich po­dej­rze­niach, ale zo­ba­czyw­szy ją w ta­kim na­boż­nym sku­pie­niu, tak roz­mo­dlo­ną, nie śmiał.

Żal mu by­ło za­mą­cać te­go spo­ko­ju, ja­ki pa­no­wał w mrocz­nym ci­chym miesz­ka­niu.

Sie­dział czas ja­kiś, pa­trząc na sta­rą, zmę­czo­ną twarz mat­ki, na jej si­we wło­sy po­kry­te krwa­wym re­flek­sem lamp­ki, to na dwie do­nicz­ki kwit­ną­cych hia­cyn­tów, po­sta­wio­nych z bo­ku ob­ra­zu, któ­re roz­ta­cza­ły po po­ko­ju du­szą­cy za­pach.

— Ri­vus — stru­mień, ter­ra — zie­mia, men­sa — stół, na­uti­lus — ma­ry­narz — po­wta­rzał z mo­no­ton­nym upo­rem brat, ko­ły­sząc za­wzię­cie no­ga­mi.

— Na­praw­dę Zoś­ka po­je­cha­ła do ciot­ki? — za­py­tał ci­szej.

— Mó­wi­łam ci. Her­ba­ta jesz­cze bę­dzie go­rą­ca, Jó­zek nie­daw­no wo­dę przy­niósł z fa­bry­ki, je­śli chcesz, to ci zro­bię her­ba­ty, co?

Nic nie od­po­wie­dział, wy­szedł spiesz­nie, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na wo­ła­nia mat­ki, aby po­wró­cił, po­szedł do fa­bry­ki Kes­sle­ra, gdzie oj­ciec pra­co­wał ja­ko me­cha­nik przy głów­nym mo­to­rze.

Szwaj­car prze­pu­ścił go bez trud­no­ści na wiel­ki, ciem­ny dzie­dzi­niec, ob­sta­wio­ny z trzech stron ol­brzy­mi­mi gma­cha­mi, któ­re po­ły­ski­wa­ły set­ka­mi okien i wrza­ły nie­ustan­nym głu­chym hu­kiem ma­szyn pra­cu­ją­cych, bo od­dzia­ły tkac­kie i przę­dzal­nia­ne z po­wo­du na­wa­łu ro­bo­ty szły już od mie­sią­ca dniem i no­cą.

Z czwar­tej stro­ny, za­my­ka­ją­cej ten dłu­gi czwo­ro­bok przed ol­brzy­mim ko­mi­nem, stał wy­so­ki trzy­pię­tro­wy bu­dy­nek, po­dob­ny do wie­ży, przez któ­re­go sła­bo oświe­tlo­ne okna ma­ja­czy­ło w sza­lo­nym ru­chu ol­brzy­mie ko­ło roz­pę­do­we.

Prze­szedł obok ni­skich, bez­czyn­nych te­raz pa­wi­lo­nów, gdzie by­ły far­biar­nie włócz­ki i my­dlar­nia, bo z ole­jów otrzy­my­wa­nych przy od­tłusz­cze­niu weł­ny prócz po­ta­żu158 ro­bio­no i sza­re my­dło; szedł obok pie­ców z da­le­ka już czer­wie­nie­ją­cych się wiel­ki­mi ogni­ska­mi, któ­re rzu­ca­ły krwa­we smu­gi świa­tła na ku­py wę­gla le­żą­ce nie­da­le­ko i wszedł do wie­ży.

Kil­ku pół­na­gich, czar­nych od py­łu lu­dzi zwo­zi­ło nie­ustan­nie wę­giel wóz­ka­mi, a kil­ku in­nych wrzu­ca­ło go do pa­le­nisk.

Na ra­zie nie spo­strzegł nic w pół­mro­ku, w któ­rym głów­ne ko­ło, ni­by ja­kiś gad po­twor­ny, skrę­co­ny w kłę­bek, z szyb­ko­ścią sza­lo­ną roz­pry­sku­jąc sta­lo­wy­mi bły­ska­mi, wy­pry­ski­wa­ło z zie­mi, gdzie by­ło do po­ło­wy za­nu­rzo­ne, rzu­ca­ło się w gó­rę z sza­leń­stwem, jak­by chcąc roz­bić te wię­żą­ce je mu­ry i uciec, za­pa­da­ło z wście­kłym świ­stem, wy­ry­wa­ło się zno­wu, i bie­gło bez­u­stan­nie i z ta­ką szyb­ko­ścią, że nie moż­na by­ło uchwy­cić je­go kształ­tu, wi­dać by­ło tyl­ko drżą­cą mgłę bły­sków, od­pry­śnię­tych od sta­lo­wej po­le­ro­wa­nej po­wierzch­ni, któ­ra srebr­na­wą au­re­olą pę­dzi­ła za ko­łem i prze­peł­nia­ła ciem­ną wie­żę mi­liar­da­mi ostrych iskier.

Kil­ka olej­nych lam­pek przy­cze­pio­nych do ścian, drżą­cy­mi pło­my­ka­mi oświe­tla­ło tło­ki, któ­re ni­by sta­lo­we, gru­be jak drze­wa rę­ce pra­co­wa­ły rów­nież nie­ustan­nie, z jed­no­staj­nym, prze­szy­wa­ją­cym świ­stem, jak­by usi­ło­wa­ły z nada­rem­ną wście­kło­ścią po­chwy­cić to ko­ło już obu­rącz trzy­ma­ne i wiecz­nie się wy­my­ka­ją­ce.

Sta­ry Ma­li­now­ski cho­dził z oli­wiar­ką w rę­ku do­ko­ła mo­sięż­nej ba­rier­ki, ota­cza­ją­cej ma­szy­nę i co pe­wien czas spraw­dzał na ma­no­me­trze ilość pro­du­ko­wa­nej si­ły.

Spo­strzegł sy­na, ale ob­szedł ma­szy­nę, po­wy­cie­rał jej pew­ne czę­ści, zba­dał wzro­kiem funk­cjo­no­wa­nie i do­pie­ro przy­szedł; na­bił faj­kę ty­tu­niem159, za­pa­lił i spoj­rzał py­ta­ją­co na sy­na.

— Przy­sze­dłem oj­cu po­wie­dzieć, że Zoś­ka praw­do­po­dob­nie jest ko­chan­ką Kes­sle­ra.

— Głu­piś! Wi­dzia­łeś?

Ma­li­now­ski za­czął mu opo­wia­dać, co sły­szał od Wil­hel­ma, ale mó­wił szep­tem, gdyż w tym roz­trzę­sio­nym, pie­kiel­nym szu­mie i głos ar­ma­ty zgi­nął­by bez echa.

Sta­ry słu­chał uważ­nie, je­go bu­re oczy po­dob­ne do sta­lo­wych bły­sków ko­ła, któ­re wzno­si­ło się i za­pa­da­ło bez­u­stan­nie, po­czy­na­ły świe­cić i drgać.

— Do­wiedz się wszyst­kie­go, wszyst­kie­go — szep­tał, na­chy­la­jąc ku nie­mu su­chą, sza­ra­wą twarz o ostrych jak­by z ka­mie­nia cio­sa­nych ry­sach.

— Ja się do­wiem, ale je­śli tak jest, to już mu się na za­wsze ode­chce uwo­dzić swo­je ro­bot­ni­ce, na za­wsze — do­dał z na­ci­skiem i je­go zie­lo­ne słod­kie oczy strze­li­ły ogniem za­wzię­to­ści, a słod­kie kar­mi­no­we usta po­si­nia­ły, od­sła­nia­jąc dłu­gie i ostre jak u wil­ka zę­by.

— Su­ka! — rzu­cił sta­ry przez zę­by za­ci­śnię­te, przy­py­cha­jąc pal­cem ty­tuń.

— Co oj­ciec o tym my­śli? — ma­mie nie mó­wi­łem jesz­cze nic.

— Sam jej po­wiem. Do­wiedz się tyl­ko do­brze, to już się z Kes­sle­rem za­ła­twię.

Po­szedł do ma­szy­ny i po­wró­cił po chwi­li.

— Cze­mu nie by­łeś u mnie ca­ły ty­dzień? — za­py­tał mięk­ko, z wiel­ką mi­ło­ścią w gło­sie.

— Ro­bi­łem ko­ło swo­jej ma­szy­ny.

Sta­ry spoj­rzał na nie­go spod oka, ale się nic nie ode­zwał, cho­ciaż nie­na­wi­dził ca­łą du­szą tę ma­szy­nę, któ­rą od ro­ku już stwa­rzał Adam, nie ża­łu­jąc cza­su ani pie­nię­dzy.

— Póź­no, idź spać Adaś. Do­brze, żeś po­wie­dział. Prze­ko­naj się zu­peł­nie i po­wiedz mi, w do­mu nie mów nic. Je­śli jest, jak przy­pusz­czasz, to ja sam się z ni­mi za­ła­twię. Kes­sler ma mi­lio­ny, ale ra­dę mu dam.

Mó­wił z chłod­nym, pra­wie okrut­nym spo­ko­jem, tak sa­mo, jak kie­dyś w Za­bał­kaj­skim kra­ju, gdy cho­dzi­ło o za­kład na sza­re­go niedź­wie­dzia z to­po­rem w rę­ku.

Ści­snę­li so­bie moc­no rę­ce i po­pa­trzy­li w oczy.

Sta­ry zno­wu za­czął cho­dzić do­oko­ła ma­szy­ny, na­oli­wiać, czy­ścić, pa­trzeć na mo­no­metr, a chwi­la­mi opie­rał się grzbie­tem o trzę­są­cą się ścia­nę i za­pa­trzo­ny w ten wir bły­sków, drgań, cie­niów i świ­stów, po­kry­wa­ją­cy sza­lo­ny ruch ko­ła, szep­tał jak­by z ża­ło­ścią:

— Zoś­ka!

Adam po­wró­cił do miesz­ka­nia z pew­ną ulgą w du­szy.

Horn już spał, więc przy­mknął drzwi od je­go po­ko­ju i za­brał się do roz­bie­ra­nia tej ma­szy­ny, któ­ra mu wy­pi­ja­ła ży­cie, bo ro­bił ją od ro­ku i ni­g­dy skoń­czyć nie mógł.

Mia­ła to być ma­szy­na dy­na­mo-elek­trycz­na o tak pro­stej kon­struk­cji i tak ta­nim mo­to­rze, że zro­bi­ła­by prze­wrót w świe­cie, gdy­by się tyl­ko uda­ła, gdy­by go tyl­ko nie za­wo­dzi­ły cią­gle ob­li­cze­nia, gdy­by mu cią­gle coś nie sta­wa­ło na prze­szko­dzie.

Był cią­gle bli­skim zwy­cię­stwa, co­dzien­nie so­bie obie­cy­wał, że to już ju­tro zwy­cię­ży, a te ju­tra two­rzy­ły dłu­gie mie­sią­ce i zwy­cię­stwa nie by­ło.

Sie­dział tak dłu­go, że nad ra­nem Horn się obu­dził i zo­ba­czyw­szy świa­tło za­wo­łał:

— Adam, idź­cie spać.

— Za­raz — mruk­nął i rze­czy­wi­ście zga­sił świa­tło i po­ło­żył się do łóż­ka.

Świt sza­ry za­czął za­glą­dać oknem i na­peł­niać po­kój tym dziw­nym świa­tłem, w któ­rym lu­dzie i rze­czy ma­ją wy­gląd tru­pów, a świat wy­glą­da jak pust­ka.

Adam pa­trzył w okno, w gwiaz­dy, któ­re bla­dły co­raz bar­dziej i ko­lej­no za­pa­da­ły w ja­sno­ści za­le­wa­ją­cej świat. Spać nie mógł, po kil­ka ra­zy wsta­wał i spraw­dzał ob­li­cze­nia lub gło­wę wy­chy­lał przez luf­cik na su­ro­wy po­wiew po­ran­ku i śli­zgał się po ty­sią­cach czar­nych, lśnią­cych da­chów, za­le­d­wie sła­bo wy­ła­nia­ją­cych się z mro­ku.

Mia­sto spa­ło w zu­peł­nej, ab­so­lut­nej ci­szy, nie­zmą­co­nej naj­mniej­szym dźwię­kiem.

Set­ki ko­mi­nów, ni­by las ko­lumn czar­nych chwa­li­ło się w tych ru­cho­mych mgłach, co wsta­wa­ły z pól roz­mię­kłych i z wol­na ni­by bia­ła­wym ob­ło­kiem zwłó­czy­ły się na mia­sto i dar­ły się o ostre szczy­ty.

Po­ło­żył się raz jesz­cze, ale te­raz zno­wu prze­szko­dzi­ły mu spać my­śli o Zo­ś­ce i ten chór gwiz­dań, ja­ki wkrót­ce za­czął się roz­le­gać nad ci­chym mia­stem.

Gwiz­daw­ki pia­ły prze­ni­kli­wie i ze wszyst­kich stron, z po­łu­dnia i z pół­no­cy, ze wscho­du i za­cho­du mia­sta zry­wa­ły się ry­ki me­ta­lo­wych gar­dzie­li, łą­czy­ły w je­den chór, roz­dzie­la­ły na po­je­dyn­cze to­ny, a dar­ły zgrzy­tem po­wie­trze.

Horn, któ­ry od cza­su ze­rwa­nia z Bu­chol­cem nic nie ro­bił i cze­kał na re­zul­tat sta­rań, ja­kie czy­nił Bo­ro­wiec­ki, aby go umie­ścić u Szai, wstał dzi­siaj tak póź­no, że nim wy­pił her­ba­tę, czas by­ło już iść na obiad, a nim za­szedł do „ko­lo­nii”, gdzie się sto­ło­wał, już tam by­li wszy­scy po obie­dzie i nie za­stał Bo­ro­wiec­kie­go, z któ­rym się chciał zo­ba­czyć.

Ka­ma za­ję­ta by­ła fry­zo­wa­niem piór, a kil­ka pań i pa­nien szy­ło w sto­ło­wym po­ko­ju, prze­mie­nio­nym na pra­cow­nię.

— Pan z pew­no­ścią jest cho­ry, ja to wi­dzę — wy­krzyk­nę­ła Ka­ma, bo miał ze znu­że­nia i bez­czyn­no­ści bar­dzo nie­szczę­śli­wą mi­nę.

— Do­brze Ka­ma wi­dzi, bo je­stem cho­ry rze­czy­wi­ście.

— Ja wiem, wczo­raj pan u nas nie był, bo po­le­ciał pan na ło­bu­zer­kę.

— Gra­li­śmy ca­ły wie­czór w do­mu.

— A nie­praw­da, był pan na bib­ce, bo ma pan oczy pod­si­nia­łe, o! — za­czę­ła pa­lusz­kiem wo­dzić mu pod ocza­mi.

— Pew­nie umrę, Ka­ma, pew­nie umrę — mó­wił, ro­biąc tra­gicz­ną mi­nę.

— Tak nie trze­ba mó­wić, cio­ciu, no, ja nie chcę! — za­wo­ła­ła, bo za­mknął oczy, gło­wę prze­chy­lił na po­ręcz krze­sła i uda­wał tru­pa.

Ka­ma ude­rzy­ła go pió­rem po twa­rzy i uda­wa­ła moc­no roz­gnie­wa­ną, bo po­ło­wa jej wi­chro­wa­tych wło­sów opa­dła na czo­ło i za­sło­ni­ła oczy.

Horn po obie­dzie sie­dział w mil­cze­niu i umyśl­nie nie zwra­cał uwa­gi na jej min­ki, ja­kie stro­iła do nie­go, uda­wał obo­jęt­ne­go, a w isto­cie był znu­dzo­nym i le­ni­wie przy­pa­try­wał się sze­re­go­wi por­tre­tów fa­mi­lij­nych, tym wiel­kim gło­wom szlach­ci­ców z XVIII wie­ku, któ­re spod wy­go­lo­nych czu­pryn zda­wa­ły się pa­trzeć su­ro­wo, groź­nie pra­wie na set­ki da­chów i ko­mi­nów fa­brycz­nych, roz­ta­cza­ją­cych się za oknem, to na te znę­ka­ne, bla­de, wy­cień­czo­ne nad­mier­ną pra­cą bez­barw­ne twa­rze pra­wnu­czek, za­ję­tych pra­cą cięż­ką na chleb po­wsze­dni.

— Czy mam pro­sić, aby pan ra­czył prze­mó­wić do nas słów­ko?

— Kie­dy mi się nie chce mó­wić.

— Ale pan nie cho­ry, praw­da? — za­py­ta­ła ci­chut­ko, z nie­po­ko­jem pa­trząc mu w oczy. — A mo­że pan nie ma pie­nię­dzy? — do­da­ła pręd­ko.

— Nie mam i je­stem bar­dzo bied­na sie­ro­ta — żar­to­wał.

— Ja pa­nu po­ży­czę, na­praw­dę pa­nu po­ży­czę! Oho, mam czter­dzie­ści ru­bli.

Uję­ła go za rę­kę i wy­pro­wa­dzi­ła do sa­lo­ni­ku, gdzie bia­ły Pi­co­lo za­czął za­raz szcze­kać na nią i cią­gnąć za su­kien­kę.

— Na­praw­dę pa­nu po­ży­czę — za­czę­ła nie­śmia­ło. — Mój zło­ty pa­nie, mój dro­gi, mój ko­cha­ny — szcze­bio­ta­ła, wspi­na­jąc się przed nim na pal­ce i gła­dząc go po twa­rzy — niech pan po­ży­czy ode mnie. To są mo­je wła­sne pie­nią­dze, ja so­bie uskła­da­łam na ko­stium let­ni, ale to mi pan jesz­cze na czas od­da, no! — bła­ga­ła go pra­wie z wiel­ką ser­decz­no­ścią.

— Dzię­ku­ję, Ka­ma, bar­dzo dzię­ku­ję, ale pie­nię­dzy mi nie po­trze­ba, mam!

— Nie­praw­da. Pro­szę po­ka­zać pu­gi­la­res.

A gdy się wzbra­niał, wy­cią­gnę­ła mu szyb­ko pu­gi­la­res z kie­sze­ni i za­czę­ła w nim prze­wra­cać, ale jesz­cze szyb­ciej spo­strze­gła w nim swo­ją fo­to­gra­fię.

Pa­trzy­ła na nie­go dłu­go i słod­ko, ru­mie­niec z wol­na po­wlókł jej szy­ję i twarz, od­da­ła mu pu­gi­la­res i szep­nę­ła bar­dzo ci­cho:

— Ja pa­na ko­cham za to, ko­cham! Ale fo­to­gra­fię wziął pan z cio­ci al­bu­mu, aha!

— Ku­pi­łem u fo­to­gra­fa.

— Nie­praw­da!

— Kie­dy pa­ni nie wie­rzy, to wy­cho­dzę.

Do­pę­dzi­ła go przy drzwiach i za­stą­pi­ła mu dro­gę.

— Ale pan ni­ko­mu nie po­ka­zu­je tej fo­to­gra­fii?

— Ni­ko­mu.

— I za­wsze ją pan no­si przy so­bie?

— Za­wsze, ale ni­g­dy na nią nie pa­trzę, ni­g­dy.

— A nie­praw­da! — wy­krzyk­nę­ła ener­gicz­nie. — Weź­mie pan pie­nią­dze?

— Cza­sem tyl­ko pa­trzę, ot ty­le, o!

Ujął jej obie rącz­ki i obie go­rą­co ob­ca­ło­wy­wał.

Wy­rwa­ła się za­raz, ucie­kła do drzwi sa­lo­ni­ku, roz­czer­wie­nio­na i za­dy­sza­na wo­ła­ła:

— Pan jest tak moc­ny jak niedź­wiedź! nie cier­pię pa­na, nie­na­wi­dzę.

— I ja Ka­my nie cier­pię i nie­na­wi­dzę — wo­łał wy­cho­dząc.

— Aha!

Usły­szał wąt­pią­cy głos za so­bą i cho­ciaż go nie­na­wi­dzi­ła, po­bie­gła do sa­lo­nu i luf­ci­kiem pa­trzy­ła jak wy­szedł z bra­my i szedł środ­kiem Spa­ce­ro­wej, po­sła­ła mu kil­ka po­ca­łun­ków na pal­cach, i na wy­ści­gi z Pi­co­lem po­bie­gła do prze­rwa­nej ro­bo­ty.

Horn kil­ka go­dzin cho­dził po zna­jo­mych, za­nim zdo­łał po­ży­czyć po­trzeb­nych mu pie­nię­dzy dla Jó­zia Ja­skól­skie­go, a po­tem po­szedł do Bo­ro­wiec­kie­go:

Pra­wie już przed sa­mą fa­bry­ką do­pę­dził go Sier­piń­ski, zna­jo­my z „ko­lo­nii”.

Szlach­cic był ubra­ny w dłu­gie do ko­lan bu­ty, w brą­zo­wą cza­ma­rę, su­to ozdo­bio­ną czar­ny­mi po­trze­ba­mi i z fan­ta­zją trzy­mał na si­wej gło­wie gra­na­to­wą ma­cie­jów­kę, za­ma­szy­ście wy­wi­ja­jąc oku­tym ki­jem.

— O tej go­dzi­nie na uli­cy, a fa­bry­ka? — za­wo­łał zdu­mio­ny Horn.

— Fa­bry­ka nie uciek­nie, pa­nie do­bro­dzie­ju, nie za­jąc.

— Gdzież pan się wy­bra­łeś?

— A bo uwa­żasz pan słoń­ce tak przy­grze­wa od ra­na, tak wio­sną pach­nie, że mnie ro­ze­bra­ło na amen, nie mo­głem już wy­trzy­mać w fa­bry­ce, ja­koś się tam wy­kpi­łem od po­łu­dnia i ma­cham so­bie pa­nie do­bro­dziej­ski, tro­chę za mia­stecz­ko, w po­lu zo­ba­czyć, jak tam te­go i owe­go ozi­min­ki wy­szły spod śnie­gu. Uwa­ża pan do­bro­dziej­ski ja­kie to już dia­bel­skie, cie­płe słoń­ce, to by czło­wiek ły­kał z ra­do­ści te­go i owe­go.

— A cóż pa­na ob­cho­dzą wszyst­kie ozi­mi­ny ra­zem!

— Jak to nie ob­cho­dzą! No tak, tak, ja już nie sie­ję, nie orzę, tak, ju­ści je­stem fa­brycz­nym pa­rob­kiem, słu­żę u Ży­da, ale wi­dzi pan — obej­rzał się i po ci­chu szep­nął mu do ucha — mnie już ta Łódź gar­dłem wy­ła­zi, to wszyst­ko ra­zem, te­go i owe­go, świń­stwo i psia­krew pa­nie do­bro­dziej­ski! — Za­klął raz jesz­cze bar­dzo ener­gicz­nie, po­dał mu rę­kę i spiesz­nie po­szedł stu­ka­jąc ła­ską po tro­tu­arze.



XV

Horn pręd­ko się roz­mó­wił z Bo­ro­wiec­kim, bo ten nie miał żad­nych no­wych wie­ści i wy­cho­dząc spo­tkał się z Ja­skól­skim, któ­ry szedł do Bo­ro­wiec­kie­go na sku­tek wczo­raj­szej roz­mo­wy z Wy­soc­kim.

Ja­skól­ski był dzi­siaj bar­dziej jesz­cze za­lęk­nio­ny i nie­do­łęż­ny.

Wy­pro­sto­wy­wał się chwi­la­mi, gła­dził wą­sy, chrzą­kał, ale mi­mo to, od­wa­gi mu nie przy­by­wa­ło, cze­kał w ma­łej po­cze­kal­ni przy far­biar­ni i miał już kil­ka ra­zy szcze­rą chęć umknię­cia, ale na wspo­mnie­nie żo­ny i dzie­ci, na wspo­mnie­nie ty­lo­krot­nych, nada­rem­nych wy­cze­ki­wań po roz­ma­itych kan­to­rach i przed­po­ko­jach fa­bry­kan­tów, sia­dał z po­wro­tem i cze­kał z re­zy­gna­cją.

— Pan jest Ja­skól­ski? — za­py­tał Ka­rol wcho­dząc.

— Tak, mam za­szczyt się przed­sta­wić pa­nu dy­rek­to­ro­wi, je­stem Ja­skól­ski.

Mó­wił wol­no tę sa­kra­men­tal­ną for­mu­łę, po­wta­rza­ną już wie­lo­krot­nie.

— Nie o ta­ki za­szczyt cho­dzi. Pan Wy­soc­ki mó­wił, że pan po­trze­bu­je miej­sca.

— Tak, — od­rzekł krót­ko, mnąc wy­tar­ty ka­pe­lusz w rę­ku i ze stra­chem cze­ka­jąc, że zno­wu usły­szy, że miej­sca nie ma.

— Co pan umie, gdzie pan pra­co­wał?

— U sie­bie.

— Mia­łeś pan in­te­res ja­ki?

— Mia­łem ma­ją­tek ziem­ski, stra­ci­ło się i te­raz z po­wo­du chwi­lo­wej po­trze­by, tyl­ko chwi­lo­wej — upew­niał z ru­mień­cem wsty­du — bo wła­śnie je­ste­śmy w pro­ce­sie, któ­ry mu­si wy­paść na na­szą ko­rzyść. Spra­wa bar­dzo pro­sta, bo po mo­im stry­jecz­nym bra­cie zmar­łym bez­po­tom­nie...

— Nie mam, pa­nie, cza­su na ge­ne­alo­gię. By­łeś pan oby­wa­te­lem ziem­skim, to zna­czy, że pan nic nie umiesz. Chciał­bym pa­nu po­móc, a że na pań­skie szczę­ście od kil­ku dni jest w ma­ga­zy­nach miej­sce, więc je­śli pan chce przy­jąć...

— Z wdzięcz­no­ścią, z po­dzię­ko­wa­niem, bo istot­nie je­ste­śmy tro­chę w kło­po­tach, nie po­tra­fię ni­g­dy się od­wdzię­czyć pa­nu dy­rek­to­ro­wi. Wol­no wie­dzieć ja­kie to miej­sce?

— Stró­ża ma­ga­zy­no­we­go! Dwa­dzie­ścia ru­bli pen­sji, za­ję­cie w go­dzi­nach fa­brycz­nych.

— Że­gnam pa­na! — rzekł twar­do Ja­skól­ski i od­wró­cił się do wyj­ścia.

— Co się pa­nu sta­ło? — za­wo­łał zdu­mio­ny.

— Ja je­stem szlach­cic pa­nie, a pań­ska pro­po­zy­cja jest nie­god­na. Zdech­nąć z gło­du Ja­skul­ski mo­że, ale stró­żem u Szwa­bów być mu nie wol­no — szep­nął wy­nio­śle.

— A zdy­chaj­że pan ze swo­im szla­chec­twem jak naj­prę­dzej, nie bę­dziesz pan przy­naj­mniej miej­sca zaj­mo­wać dru­gim — krzyk­nął zi­ry­to­wa­ny Bo­ro­wiec­ki wy­cho­dząc.

Ja­skól­ski w wiel­kim roz­draż­nie­niu wy­szedł na uli­cę, czas ja­kiś szedł wy­pro­sto­wa­ny, dum­ny, z na­bie­gły­mi, krwią po­licz­ka­mi, pe­łen ob­ra­żo­nej god­no­ści, ale gdy go owio­nę­ło po­wie­trze, gdy zno­wu się zo­ba­czył na uli­cy, pod go­łym nie­bem, po­trą­ca­ny przez szyb­ko pę­dzą­cych prze­chod­niów, pod ko­ła­mi tych nie­skoń­czo­nych plat­form, na­ła­do­wa­nych to­wa­rem, opadł z wes­tchnie­niem, opu­ścił ra­mio­na bez­wied­nie, sta­nął nad tro­tu­arem i za­czął szu­kać w dziu­ra­wych kie­sze­niach chust­ki...

Oparł się o ja­kiś par­kan i bez­sil­nym, ogłu­pia­łym wzro­kiem pa­trzył na mo­rze do­mów, na set­ki ko­mi­nów bi­ją­cych brud­ny­mi kłę­ba­mi dy­mów, na fa­bry­ki hu­czą­ce po­spiesz­ną pra­cą, na ruch, ja­ki wrzał do­oko­ła, na tę wiecz­nie czyn­ną, twór­czą i po­tęż­ną, ener­gię ludz­ką, uprzed­mio­to­wa­ną160 w tym mie­ście, a po­tem na te spo­koj­ne ob­sza­ry błę­ki­tu, przez któ­re szło słoń­ce.

Szu­kał zno­wu chust­ki, nie mo­gąc już tra­fić do kie­sze­ni, bo go schwy­cił za ser­ce kurcz naj­strasz­niej­sze­go z bó­lów — bez­sil­no­ści.

Miał sza­lo­ną ocho­tę przy­kuc­nąć przy tym par­ka­nie, oprzeć gło­wę na ka­mie­niu i umrzeć, niech­by się już raz skoń­czy­ło to strasz­ne mo­co­wa­nie z ży­ciem, niech­by już raz nie wra­cać do tej zdy­cha­ją­cej z gło­du ro­dzi­ny, niech­by już raz nie czuć wła­snej bez­sil­no­ści.

Nie, już nie szu­kał chust­ki, za­krył po­dar­tym rę­ka­wem twarz i za­pła­kał.

Bo­ro­wiec­ki po­wró­cił do swe­go la­bo­ra­to­rium przy „kuch­ni” i za­staw­szy Mur­raya, sie­dzą­ce­go na ro­gu sto­łu, opo­wie­dział mu o Ja­skól­skim.

— Pierw­szy raz spo­tka­łem po­dob­ne­go czło­wie­ka! Da­ję mu pra­cę, a przez nią moż­ność we­ge­to­wa­nia, a ten z obu­rze­niem po­wia­da: „Szlach­cic je­stem i stró­żem u Szwa­ba nie bę­dę; ra­czej zdech­nę z gło­du!” Da­li­bóg, że by­ło­by le­piej, aby te­go ro­dza­ju szla­chet­czy­zna wy­zdy­cha­ła jak naj­prę­dzej.

— Już koń­czą dru­ko­wać bam­bus — mel­do­wał ro­bot­nik.

— Za­raz przyj­dę! Wsty­dzą się ro­bo­ty, a nie wsty­dzą się zwy­kłej że­bra­ni­ny, te­go już za­czy­nam nie ro­zu­mieć. Co wam jest? — za­py­tał pręd­ko, bo Mur­ray nie słu­chał, tyl­ko ja­kimś wy­bla­kłym, prze­pła­ka­nym wzro­kiem pa­trzył w okno.

— Nic, je­stem jak zwy­kle — od­po­wie­dział nie­chęt­nie.

— Ma­cie ta­ką smut­ną twarz.

— Nie mam zno­wu spe­cjal­ne­go po­wo­du do ra­do­ści! Ale, mo­że ku­pi­cie me­ble ode mnie? — wy­rzu­cił pręd­ko, uni­ka­jąc je­go wzro­ku.

— Me­ble sprze­da­je­cie?

— Tak, tak... Chcę się po­zbyć tych gra­tów, ta­nio sprze­dam, weź­mie­cie?

— Po­mó­wi­my o tym póź­niej, ale je­śli do te­go kro­ku zmu­sza was ja­ka gwał­tow­na po­trze­ba, to mo­że bym wam co po­ra­dził, bądź­cie szcze­rzy ze mną.

— Nie, pie­nię­dzy mi nie po­trze­ba, ale i me­ble mi na nic.

Ka­rol po­pa­trzył na nie­go i po dłuż­szym prze­stan­ku rzekł ze współ­czu­ciem:

— Zno­wu nic z wa­sze­go mał­żeń­stwa?

— A nic, a nic! — za­czął szyb­ko cho­dzić, aby po­kryć wzbu­rze­nie, ja­kie nim trzę­sło.

Szczę­ka mu drga­ła spa­zma­tycz­nie, przy­sta­wał chwi­la­mi, od­dy­chał głę­biej, wo­dził mar­twym wzro­kiem po obo­jęt­nej twa­rzy Ka­ro­la, ob­cią­gał kurt­kę z gar­bu, wy­cie­rał spo­co­ne rę­ce i zno­wu bie­gał, za­kre­śla­jąc wiel­kie ko­ło do­ko­ła sto­łu.

Ka­rol się nie od­zy­wał, za­to­pio­ny w ro­bo­cie, tyl­ko gdy Mur­ray po­biegł do „kuch­ni”, rzu­cił za nim po­gar­dli­wym spoj­rze­niem i mruk­nął:

— Mał­pa sen­ty­men­tal­na!

— Ja do­pie­ro wczo­raj zo­ba­czy­łem, że mał­żeń­stwo, to gorz­ka sa­ty­ra na mi­łość i god­ność ludz­ką — za­czął Mur­ray, po­wró­ciw­szy do prze­rwa­nej prze­chadz­ki.

— Jak dla ko­go!

— Ja do­pie­ro wczo­raj zo­ba­czy­łem, że to jest naj­bar­dziej nie­mo­ral­na in­sty­tu­cja! o tak, mał­żeń­stwo to stek kłamstw brud­nych, pod­ło­ści, ob­łu­dy naj­nik­czem­niej­szej, fał­szu! nie za­prze­czy­cie mi te­go, co? — za­czął się roz­pa­lać nie­na­wi­ścią.

— Nie bę­dę prze­czył, ani twier­dził, bo mnie to nie ob­cho­dzi.

— Ale ja wam mó­wię, że tak jest! Wczo­raj by­łem w jed­nym do­mu na her­ba­cie, by­li tam tak­że ci ide­al­ni mał­żon­ko­wie Ka­czyń­scy. Cią­gle sie­dzie­li przy so­bie i trzy­ma­li się za rę­ce. Wstręt­ny zwy­czaj, że­by się cią­gle o sie­bie ocie­rać. Wciąż tyl­ko szep­ta­li ze so­bą i tak się pa­trzy­li na sie­bie ła­ko­mie, że aż to by­ło głu­pie i nie­przy­zwo­ite. Iry­to­wa­li mnie ca­ły wie­czór, bo nie wie­rzy­łem w ich szcze­rość, po­dej­rze­wa­łem nędz­ną bla­gę, ja­koż się za­raz prze­ko­na­łem, bo po her­ba­cie wy­sze­dłem do są­sied­nie­go po­ko­ju i usia­dłem pod oknem ochło­dzić się nie­co. Ka­czyń­scy przy­szli wkrót­ce, nie spo­strze­gli mnie i za­czę­li naj­ordy­nar­niej się kłó­cić. Nie wiem o co szło, ale sły­sza­łem jak ta ide­al­na, bo­ska, po­dob­na do świę­tej Ka­czyń­ska, wy­my­śla­ła mu z eks­pre­sją ostat­niej ulicz­ni­cy, a na do­koń­cze­nie ude­rzy­ła go w twarz, wte­dy on, ten wzór mał­żon­ków chwy­cił jej rę­ce w jed­ną, trza­snął ją kil­ka ra­zy w twarz i ude­rzył ca­łą si­łą o piec, że aż upa­dła na zie­mię. Nie ze­mdla­ła, ale do­sta­ła spa­zmów, zbiegł się ca­ły dom na ra­tu­nek, a wte­dy on klę­czał przed nią, ca­ło­wał ją po rę­kach i naj­słod­szy­mi imio­na­mi na­zy­wał i nie­mal pła­kał z roz­pa­czy, że ona cier­pi! Wstręt­na i pod­ła far­sa!

— Opo­wia­da­cie fakt wy­jąt­ko­wy. Ale to zdu­mie­wa­ją­ce bądź co bądź!

— O, to nie wy­jąt­ko­wy fakt, tak ży­je dzie­więć dzie­sią­tych mał­żeństw i ina­czej być nie mo­że, do­pó­ki lu­dzi bę­dzie łą­czył do­bór han­dlo­wy, do­pó­ki pra­wo sku­wać bę­dzie lu­dzi nie­ro­ze­rwal­ny­mi pę­ta­mi i do­pó­ki pan­ny bę­dą z mał­żeń­stwa ro­bić przed­się­bior­stwo zy­skow­ne­go utrzy­ma­nia.

— A ta ca­ła nie­na­wiść wa­sza po­wsta­ła tyl­ko z oso­bi­ste­go za­wo­du, co?

— Za­wszem tak czuł, bo daw­nom już przej­rzał.

— Dla­cze­góż się nie że­ni­cie? — za­py­tał Bo­ro­wiec­ki.

Mur­ray się zmie­szał, mil­czał chwi­lę, przy­kła­da­jąc roz­pa­lo­ne czo­ło do zim­nych blach pod­ręcz­nej ma­szy­ny dru­kar­skiej, sto­ją­cej przy sto­le.

— Mam za wiel­ki garb, a za ma­ło pie­nię­dzy. Gdy­bym był śle­py, głu­pi, ra­ko­wa­ty, a był choć­by Bu­chol­cem, to każ­da z wa­szych Po­lek na ko­la­nach przy­się­ga­ła­by mi mi­łość do śmier­ci! — szep­nął nie­na­wist­nie.

— Ach, więc to Po­lka wam da­ła ko­sza? — mruk­nął zło­śli­wie.

— A tak, Po­lka, to uoso­bio­ne głu­po­ty, fał­szu, ka­pry­sów, złych in­stynk­tów, to...

— Ma­cie bo­ga­ty słow­nik sy­no­ni­mów — prze­rwał mu iro­nicz­nie.

— Ja pa­na nie pro­szę o uwa­gi — syk­nął, wy­szcze­rza­jąc swo­je kły rzad­kie.

— Ja zno­wu nie bła­gam o zwie­rze­nia.

— Pan pre­zes pro­si pa­na! — za­wo­łał ro­bot­nik, wsa­dza­jąc gło­wę do la­bo­ra­to­rium.

Ka­rol po­szedł do Bu­chol­ca.

Mur­ray’owi zro­bi­ło się nie­co przy­kro, wsty­dził się wła­snej po­ryw­czo­ści, ale po­mi­mo to, go­rycz za­wo­du prze­sy­ca­ła go głu­chą nie­na­wi­ścią do ca­łe­go świa­ta, a w szcze­gól­no­ści do ko­biet, bo w od­dzia­le farb su­chych, któ­rych tar­ciem za­ję­tych by­ło kil­ka ko­biet, usły­szaw­szy gło­śne roz­mo­wy i śmie­chy, wy­warł na nich złość swo­ją; wy­bił jed­ną, a po­zo­sta­łe wy­pę­dził na­tych­miast z ro­bo­ty, a po­tem ła­ził po fa­bry­ce i szu­kał tyl­ko oka­zji, aby krzy­czeć, za­pi­sy­wać na ka­ry i wy­rzu­cać.

Bu­cholc sie­dział w dru­kar­ni i wi­ta­jąc się, rzekł do Ka­ro­la:

— Knoll przy­jeż­dża w so­bo­tę. Niech pan przyj­dzie do mnie wie­czo­rem, na gó­rę.

— Do­brze; ale po co pan pre­zes wy­cho­dzi z do­mu, ta­kie spa­ce­ry mo­gą być szko­dli­we.

— Nie mo­gę już wy­sie­dzieć w do­mu. Nu­dzi mnie wszyst­ko, po­trze­bu­ję ru­chu.

— A to cze­muż pan pre­zes nie pój­dzie gdzie na spa­cer?

— Jeź­dzi­łem dzi­siaj, nu­dzi mnie to wię­cej jesz­cze. Cóż sły­chać?

— Ro­bi się jak zwy­kle.

— A do­brze. Dla­cze­góż tak dzi­siaj ci­cho idzie fa­bry­ka? — szep­nął nad­słu­chu­jąc ze zdzi­wie­niem.

— Ależ, idzie jak zwy­kle! — od­po­wie­dział i po­szedł do dal­szych sal.

Bu­cholc chwi­lę ło­wił uchem ogłu­sza­ją­cy, mo­no­ton­ny ło­skot ma­szyn, roz­le­ga­ją­cy się po­tęż­nym szu­mem, ale sły­szał nie­wie­le, bo nie mógł zu­peł­nie sku­pić uwa­gi, a że przy tym za­czy­na­ło mu być i dusz­no, i go­rą­co w dru­kar­ni, wy­szedł przed fa­bry­kę i usiadł na wy­sta­ją­cej cem­bro­wi­nie sa­dzaw­ki, do któ­rej spły­wa­ła wo­da skro­plo­na z pa­ry zu­ży­tej.

Przy­my­kał oczy i wo­dził ni­mi po kon­tu­rach swo­ich fa­bryk, roz­rzu­co­nych do­oko­ła ol­brzy­mie­go dzie­dziń­ca po brą­zo­wych sznu­rach wa­go­nów, ła­dow­nych wę­glem i ma­te­ria­ła­mi, któ­re wcho­dzi­ły w dzie­dzi­niec, pod ma­ga­zy­ny; po lśnią­cych w słoń­cu da­chach, po ko­mi­nach wy­rzu­ca­ją­cych kłę­by za­ró­żo­wio­nych przez słoń­ce dy­mów, po ni­kłych syl­wet­kach ro­bot­ni­ków, snu­ją­cych się pod ma­ga­zy­na­mi i pcha­ją­cych wa­go­ny.

Od­dy­chał z trud­no­ścią tym prze­sło­necz­nio­nym, a peł­nym dy­mów i mia­łu wę­glo­we­go po­wie­trzem.

Za­kasz­lał się sil­nie, ale nie po­szedł do do­mu, bo go opa­no­wy­wa­ła ja­kaś przy­jem­na bez­wład­ność.

Słoń­ce świe­ci­ło ca­łą wio­śnia­ną po­tę­gą, a wiatr mięk­ki za­wie­wał od prze­szklo­nych wo­dą pól; na na­gich jesz­cze to­po­lach, sto­ją­cych przy par­ka­nie, za­my­ka­ją­cym z jed­nej stro­ny dzie­dzi­niec fa­brycz­ny, bi­ły się z krzy­kiem sta­da wró­bli i ćwier­ka­ły ra­do­śnie jak­by do wio­sny nad­cho­dzą­cej, któ­ra uka­zy­wa­ła już sło­necz­ną twarz spo­za wiel­kich bia­łych chmur, któ­re ni­by kłę­by weł­ny naj­biel­szej le­ża­ły ci­cho na ol­brzy­miej ta­fli błę­ki­tu, roz­pię­tej nad mia­stem za­dy­mio­nym, peł­nym ło­sko­tu fa­bryk, a ci­szy na pu­stych uli­cach.

Fa­bry­ki gra­ły nie­ustan­nym ryt­mem pra­cy.

Bu­cholc pod­niósł się wresz­cie i po­szedł do do­mu, ale z ta­kim uczu­ciem bez­sil­no­ści wo­bec tych ol­brzy­mich gma­chów, wo­bec tych ma­szyn po­tęż­nych, wo­bec sił te­go ko­lo­sal­ne­go ży­cia fa­bry­ki, że wlókł się le­d­wie i jesz­cze z par­ku spo­glą­dał z za­wi­ścią bez­wied­ną na czer­wo­ne, ol­brzy­mie gma­chy bły­ska­ją­ce okna­mi.

Nie wra­ca­ło mu jed­nak zdro­wie, po­mi­mo cu­dow­nych środ­ków Ha­mer­ste­ina, co­dzien­nie czuł się go­rzej, ma­ło sy­piał i no­ce prze­pę­dzał nie­raz na fo­te­lu, oba­wia­jąc się iść do łóż­ka, bo co­raz czę­ściej my­ślał, że sko­ro się po­ło­ży, umrzeć mu­si, co­raz czę­ściej oba­wa śmier­ci ści­ska­ła go strasz­nym spa­zmem głu­chej mę­ki, co­raz czę­ściej bał się no­cy i sa­mot­no­ści, ale nie chciał się jesz­cze przy­znać do te­go na­wet przed sa­mym so­bą i wal­czył ca­łą po­tęż­ną swo­ją wo­lą z nie­mo­cą.

Apa­tia bez­myśl­na i cięż­ka prze­ni­ka­ła go co­raz sil­niej.

Nie chciał się już ni­czym zaj­mo­wać, nu­dzi­ło go wszyst­ko i wszyst­ko na­wet prze­sta­ło in­te­re­so­wać.

Sie­dział go­dzi­na­mi bez ru­chu w kan­to­rze, gdzie Bo­ro­wiec­ki za­ła­twiał wszyst­kie spra­wy i bez­myśl­nym wzro­kiem to­nął w drga­niach drzew chwie­ją­cych się za oknem i za­po­mi­nał gdzie jest, na co pa­trzy; to zno­wu bu­dził się, od­zy­ski­wał świa­do­mość i wte­dy wlókł się do fa­bry­ki, zbli­żał się do lu­dzi, pra­gnął ru­chu do­oko­ła, lu­dzi, ży­cia, któ­re­go się cze­piał bez­wied­nie, z roz­pa­czą to­piel­ca, cze­pia­ją­ce­go się ośli­zgłych a stro­mych brze­gów.

W so­bo­tę w dzień za­po­wie­dzia­ne­go przy­jaz­du Knol­la, czuł się jesz­cze go­rzej, ale po­mi­mo to po po­łu­dniu po­szedł do fa­bry­ki.

Tra­wi­ła go go­rącz­ka i ta­ka nie­cier­pli­wość, że nie mógł mi­nu­ty wy­trzy­mać w jed­nym miej­scu, szedł z pa­wi­lo­nu do pa­wi­lo­nu, z sa­li do sa­li, z pię­tra na pię­tro i chciał iść i iść na­przód, wszyst­ko wi­dzieć, a jed­no­cze­śnie od wszyst­kie­go ucie­kać, bo de­ner­wo­wa­ły go ma­szy­ny, a te nie­zli­czo­ne włók­na trans­mi­sji i pa­sów, co się prze­wi­ja­ły do­oko­ła z ję­kli­wym świ­stem, przej­mo­wa­ły go bó­lem.

Po­szedł do tkal­ni i prze­cho­dził po­mię­dzy warsz­ta­ta­mi, któ­re drga­ły spa­zma­tycz­nie jak zwie­rzę­ta usi­łu­ją­ce się ze­rwać z łań­cu­chów.

Ol­brzy­mie sa­le prze­peł­niał ta­ki krzyk warsz­ta­tów, szczę­ki, war­cze­nia, hu­ki, że prze­cho­dził spiesz­nie i przy­war­ty­mi, czer­wo­ny­mi ocza­mi śli­zgał się po ro­bot­ni­kach po­chy­lo­nych, przy­ku­tych ocza­mi do warsz­ta­tów, ogłu­chłych i ośle­płych na wszyst­ko, co się obok nich dzia­ło.

Kurz ba­weł­nia­ny po­wle­kał drga­ją­cą sza­ra­wą mgłą czar­ne, roz­trzę­sio­ne kon­tu­ry ma­szyn i nie­ru­cho­me pra­wie syl­wet­ki lu­dzi i skrzył się w smu­gach słoń­ca pod dłu­gim sze­re­giem okien.

Nie, nie czuł się tu­taj do­brze; ten mo­no­ton­ny cią­gły krzyk że­la­za, zmu­szo­ne­go do pra­cy, ten nad­miar sił, po­ru­sza­ją­cych warsz­ta­ty, trzę­są­cych ścia­na­mi, wy­ją­cych, jak­by w mę­ce gwał­tu i opo­ru, roz­draż­niał go.

Prze­cho­dził przez ni­skie pa­wi­lo­ny, apre­tu­ry, ale tam zno­wu wy­zie­wy so­dy, kroch­ma­lu, po­ta­żu, sza­re­go my­dła, wy­gry­za­ły mu oczy, a te ma­szy­ny, po­dob­ne do kro­ko­dy­lów, wy­mio­tu­ją­cych nie­ustan­nie nie­skoń­czo­ny­mi wstę­ga­mi róż­no­ko­lo­ro­wych ma­te­ria­łów — przej­mo­wa­ły go obrzy­dze­niem.

Szedł da­lej i w ja­kimś ko­ry­ta­rzu wyj­rzał na dzie­dzi­niec, wa­go­ny peł­ne bel ba­weł­ny pod­su­wa­no pod ma­ga­zy­ny, przed dru­gi­mi ma­ga­zy­na­mi ła­do­wa­no go­to­wy to­war, a na wprost okna dy­sza­ła ma­szy­na cią­gną­ca wę­glar­ki pu­ste.

Go­nił wzro­kiem, aż mu znik­nę­ła gdzieś za fa­bry­ką, pod la­sem, a po­tem z uwa­gą przy­pa­try­wał się ob­ło­ko­wi czar­ne­go py­łu, w któ­rym mi­go­ta­ły syl­wet­ki ro­bot­ni­ków zrzu­ca­ją­cych wę­giel z wa­go­nów na ster­ty czwo­ro­kąt­ne.

— Co mnie to ob­cho­dzi? — my­ślał z nie­sma­kiem i oparł się o pa­ra­pet, aby nie­co od­po­cząć, bo czuł się tak ocię­ża­łym, iż ru­szać się nie mógł i bra­ko­wa­ło mu co­raz czę­ściej od­de­chu, chwi­la­mi chwia­ło się z nim wszyst­ko do­oko­ła i z ta­kim dziw­nym szu­mem, że ode­rwał się, zna­lazł si­ły i po­szedł spiesz­nie gna­ny trwo­gą.

Do­pie­ro wi­dok lu­dzi przy pa­ko­wa­niu to­wa­rów uspo­ko­ił go znacz­nie.

Kil­ka­dzie­siąt ko­biet pra­co­wa­ło w tej wiel­kiej sa­li, któ­ra ca­ły śro­dek aż pod su­fit mia­ła za­wa­lo­ny to­wa­rem ni­by zwo­ja­mi blach róż­no­ko­lo­ro­wych.

Gwar­ne roz­mo­wy, śmie­chy i żar­ty brzmia­ły we­so­ło w po­wie­trzu, ale gdy Bu­cholc wszedł, sa­la ogłu­chła pra­wie. Gło­sy wszyst­kie za­mil­kły, uśmie­chy za­mar­ły, spoj­rze­nia spo­sęp­nia­ły, a twa­rze po­wlo­kły się su­ro­wo­ścią i nie­po­ko­jem.

Sły­chać by­ło tyl­ko mo­no­ton­ne trza­ska­nie ma­szyn, od­mie­rza­ją­cych to­war i na­wi­ja­ją­cych go na de­ski, głu­chy stek rzu­ca­nych sztuk na wóz­ki, któ­re je z dud­nie­niem prze­wo­zi­ły do są­sied­nie­go skła­du i ostry sze­lest za­ła­my­wa­nych przy opa­ko­wy­wa­niu pa­pie­rów.

Bu­cholc wol­no prze­su­wał się obok sto­łów, przy­glą­da­jąc się z upo­rem rzę­dom głów brzyd­kich, bla­dych, ane­micz­nych, zbez­kształ­co­nych cięż­ką co­dzien­ną pra­cą, ale żad­na nie pod­nio­sła się do nie­go, ła­pał tyl­ko spoj­rze­nia, rzu­ca­ne spod czo­ła, spoj­rze­nia nie­chęt­ne lub peł­ne oba­wy.

— Dla­cze­go one się mnie bo­ją? — my­ślał, usły­szaw­szy za so­bą, gdy wy­szedł, że sa­la buch­nę­ła daw­ną wrza­wą gło­sów.

Szedł co­raz wol­niej i z ta­ką trud­no­ścią, że po­sta­no­wił już po­wró­cić do pa­ła­cu, po­mi­nął bli­chy i przez ma­ga­zy­ny go­to­we­go to­wa­ru skra­cał so­bie dro­gę do wyj­ścia.

Skła­dy by­ły w spe­cjal­nym bu­dyn­ku jed­no­pię­tro­wym z ka­mie­nia i że­la­za, z okna­mi ma­ły­mi i tak za­kra­to­wa­ny­mi, że pół­zm­rok pa­no­wał w ol­brzy­miej sa­li, zaj­mu­ją­cej ca­łe pię­tro i za­pa­ko­wa­nej pod su­fit ster­ta­mi sztuk opa­ko­wa­nych, po­mię­dzy któ­ry­mi wi­ły się głę­bo­kie ulicz­ki ni­by ka­na­ły, bie­gną­ce wskroś ol­brzy­miej ma­sy to­wa­rów.

Pół­zm­rok i głę­bo­ka ci­sza pa­nu­ją­ca w skła­dach roz­le­wa­ły ja­kiś uro­czy­sty na­strój po­wa­gi, cza­sa­mi tyl­ko na głów­nej ulicz­ce prze­su­nął się wó­zek wio­zą­cy no­wą par­tię i nik­nął w bocz­nych przej­ściach bez śla­du i bez echa, al­bo ja­kiś gło­śniej­szy huk fa­bry­ki ude­rzał w za­snu­te pa­ję­czy­ną i py­łem ba­weł­nia­nym szy­by i ko­nał ry­chło w głę­bo­kich, si­nych ulicz­kach.

Bu­chol­co­wi bra­kło już sił iść, usiadł bli­żej okna na roz­rzu­co­nych sztu­kach per­ka­lu i my­ślał, że od­po­cząw­szy, pój­dzie za­raz da­lej, ale gdy chciał się pod­nieść, no­gi pod nim ugię­ły się i opadł cięż­ko z po­wro­tem.

Po­czuł się strasz­nie nie­do­brze.

Chciał krzyk­nąć, aby za­wo­łać ko­go na po­moc, ale nie miał sił, nie mógł wy­do­być gło­su, z tru­dem jesz­cze pod­no­sił po­wie­ki i czer­wo­ny­mi, peł­ny­mi prze­ra­że­nia ocza­mi wo­dził błęd­nie po tych mil­czą­cych, ol­brzy­mich czwo­ro­bo­kach, sto­ją­cych do­oko­ła w ja­kiejś groź­nej po­wa­dze za­du­my ka­mien­nej.

I chwy­cił go wte­dy za gar­dło okrop­ny, dzi­ki strach, że osza­la­ły, rzu­cił się do naj­bliż­sze­go okien­ka, uwie­sił się, chciał wo­łać po­mo­cy, ale tyl­ko drgał spa­zma­tycz­nie i beł­ko­tał, wo­dząc bła­gal­nym, roz­pacz­li­wym wzro­kiem po ro­bot­ni­kach, ła­du­ją­cych wa­go­ny na dzie­dziń­cu.

Nikt nie przy­cho­dził na ra­tu­nek; fa­bry­ka szu­mia­ła głu­cho jak mo­rze wiecz­nie burz­li­we, a je­mu bra­kło sił, rę­ce się ze­śli­zgnę­ły z krat, upadł na ma­te­ria­ły, ale raz jesz­cze się ze­rwał strasz­nym wy­sił­kiem i po­ty­ka­jąc się o te ster­ty to­wa­rów, któ­re ze wszyst­kich stron zda­wa­ły mu się za­stę­po­wać dro­gę, upadł po­wtór­nie i już nie mógł się pod­nieść, czoł­gał się tyl­ko, chwy­tał po­wie­trze, cze­piał się sztyw­nie­ją­cy­mi już pal­ca­mi czwo­ro­bo­ków, darł że­la­zną pod­ło­gę, aż jak­by żgnię­ty no­żem w sa­mo ser­ce, po­rwał się na no­gi, za­chwy­cił po­wie­trza, buch­nął krót­kim, okrop­nym ry­kiem i zwa­lił się bez­wład­nie na zie­mię.

Usły­sza­no ten krzyk i wkrót­ce ro­bot­ni­cy zbie­gli się i oto­czy­li go bez­rad­ni, wy­stra­sze­ni, nie ośmie­la­jąc się na­wet do­tknąć drga­ją­ce­go jesz­cze tru­pa.

A on le­żał wy­prę­żo­ny, z czer­wo­ny­mi, wy­sa­dzo­ny­mi z or­bit ocza­mi w si­nej i po­krzy­wio­nej twa­rzy i z sze­ro­ko otwo­rzo­ny­mi szczę­ka­mi, z tym ostat­nim, śmier­tel­nym krzy­kiem — po­sęp­ny jak te czwo­ro­bo­ki to­wa­rów, bez­wład­ny, jak te mi­lio­ny, wśród któ­rych sko­nał, tyl­ko ten wstrzą­sa­ją­cy, ska­mie­nia­ły na ustach krzyk ist­no­ści zdła­wio­nej, zda­wał się hu­czeć w mrocz­nej sa­li, pod że­la­znym su­fi­tem, w wą­skich ulicz­kach, wskroś gór to­wa­ru, wskroś mu­rów prze­ni­kał i łą­czył się z po­tęż­ną fa­lą ży­cia, ja­kim wrza­ło mia­sto i hu­cza­ły fa­bry­ki.



XVI

Dwa wy­pad­ki za­alar­mo­wa­ły Łódź, śmierć Bu­chol­ca i pod­sko­cze­nie cen ba­weł­ny do nie­by­wa­łej przed­tem ce­ny.

Bu­cholc umarł! Ta wia­do­mość roz­la­ła się lo­tem bły­ska­wi­cy po Ło­dzi, wy­wo­łu­jąc głę­bo­kie wra­że­nie.

Nie chcia­no wie­rzyć w tę śmierć, po­trzą­sa­no gło­wa­mi z nie­do­wie­rza­niem.

Nie, to nie mo­że być.

Nie­praw­da, za­prze­cza­li nie­któ­rzy sta­now­czo.

Bu­cholc umarł?

Ten Bu­cholc, któ­ry za­wsze był, o któ­rym od lat pięć­dzie­się­ciu mó­wio­no, któ­re­go każ­dym kro­kiem się zaj­mo­wa­no, któ­ry nie­po­dziel­nie pa­no­wał nad Ło­dzią; ten Bu­cholc, któ­re­go bo­gac­twa olśnie­wa­ły wszyst­kich, ten mo­carz, ta du­sza Ło­dzi i jej du­ma! ten prze­kli­na­ny i po­dzi­wia­ny umarł!

Ja­kieś zdu­mie­nie opa­no­wy­wa­ło ma­sy, któ­re nie mo­gły się po­go­dzić z tym pro­stym fak­tem śmier­ci.

Po kan­to­rach, warsz­ta­tach i fa­bry­kach za­czę­ło się za­raz wy­snu­wać ty­sią­ce le­gend o je­go ży­ciu, o je­go mi­lio­nach i o je­go szczę­ściu; ciem­ne ma­sy ro­bot­ni­cze nie ro­zu­mia­ły je­go wo­li że­la­znej i bez­względ­nej, któ­rą na­gi­nał do­wol­nie wszyst­ko i wszyst­kich, je­go ge­nial­no­ści w swo­im ro­dza­ju; ma­sy wi­dzia­ły tyl­ko sku­tek — ol­brzy­mie bo­gac­twa, któ­re wzro­sły w ich oczach, przy nich, gdy oni jak daw­niej nie po­sia­da­li nic.

Nie­stwo­rzo­ne rze­czy wy­ga­dy­wa­no na nie­go.

Jed­ni twier­dzi­li, że miał fa­bry­kę fał­szy­wych pie­nię­dzy, jesz­cze ciem­niej­si, nie­daw­no prze­dzierz­gnię­ci z bez­rol­nych chło­pów na ro­bot­ni­ków, przy­się­ga­li, że dia­beł mu po­ma­gał, by­li i ta­cy, któ­rzy go­to­wi by­li przy­się­gać, że wi­dzia­no ro­gi na je­go gło­wie, iż sam był dia­błem, ale wszy­scy jed­no­zgod­nie161 nie mo­gli uwie­rzyć w śmierć zwy­kłą, ta­ką, ja­ka bra­ła każ­de­go z nich.

Wieść jed­nak by­ła praw­dzi­wą.

Kto chciał, mógł iść się prze­ko­nać do pa­ła­cu Bu­chol­ca, do wiel­kie­go przed­sion­ka, za­mie­nio­ne­go na po­grze­bo­wą ka­pli­cę, obi­tą czar­nym suk­nem, skro­pio­nym srebr­ny­mi łza­mi, gdzie Bu­cholc le­żał na ni­skim ka­ta­fal­ku wśród palm, kwia­tów, wiel­kich świec wo­sko­wych, któ­rych świa­tła chwia­ły się od brzmień po­nu­rych psal­mo­dii, usta­wicz­nie śpie­wa­nych przez licz­ny kler.

Ocze­ki­wał na dzień po­grze­bu, a tym­cza­sem był pa­stwą cie­ka­wych, pły­ną­cych tłu­ma­mi, aby zo­ba­czyć jak wy­glą­da ten le­gen­do­wy Bu­cholc, ten pan ży­cia dzie­sią­tek ty­się­cy lu­dzi, ten mi­lio­ner.

Lu­dzie z trwo­gą i w ci­cho­ści smut­ku dziw­ne­go sta­wa­li wo­bec mar­twe­go mo­ca­rza, któ­ry le­żał spo­koj­nie, ze ska­mie­nia­łą, si­ną twa­rzą w sre­brzy­stej trum­nie, za­ci­ska­jąc w rę­kach czar­ny krzy­żyk.

Le­żał twa­rzą wprost drzwi otwar­tych na roz­cież i zda­wał się pa­trzeć za­pad­nię­ty­mi ocza­mi, przez po­czer­nia­łe po­wie­ki na park, na mu­ry fa­bryk, na ko­mi­ny bu­cha­ją­ce kłę­ba­mi dy­mów, na swo­je kró­le­stwo daw­ne, na ca­ły ten świat, wy­cią­gnię­ty wła­sną wo­lą z ni­co­ści, któ­ry te­raz żył peł­nią sił wszyst­kich, bo sły­chać by­ło ło­skot ma­szyn, świ­sty i sa­pa­nia po­cią­gów zwo­żą­cych i wy­wo­żą­cych, ca­łą ga­mę ol­brzy­miej pro­duk­cji, spla­ta­nej z wy­sił­ków my­śli i ma­te­rii ujarz­mio­nej, ja­ka hu­cza­ła w ogrom­nych gma­chach fa­brycz­nych.

Dwie po­tę­gi sta­ły wo­bec sie­bie — czło­wiek umar­ły i ży­wa fa­bry­ka.

Twór­ca i ujarz­mi­ciel po­tęg przy­ro­dy zo­stał ich nie­wol­ni­kiem, a z nie­wol­ni­ka łach­ma­nem wy­żę­tym do ostat­niej kro­pli krwi przez te sa­me po­tę­gi.

Knoll przy­je­chaw­szy w so­bo­tę, jak za­po­wia­dał Bu­cholc, za­stał już tru­pa.

Ka­zał za­jąć się po­grze­bem jed­ne­mu ze swo­ich lu­dzi, a sam za­nu­rzył się w po­zo­sta­wio­nych in­te­re­sach.

W pa­ła­cu za­pa­no­wa­ła at­mos­fe­ra smut­ku.

Ca­łe pię­tro zaj­mo­wa­ne przez nie­bosz­czy­ka opu­sto­sza­ło zu­peł­nie.

Bu­chol­co­wa sie­dzia­ła jak zwy­kle po dniach ca­łych z poń­czo­chą w rę­ku, tyl­ko czę­ściej niż zwy­kle my­li­ła się, gu­bi­ła oczka i pru­ła ro­bo­tę i czę­ściej za­pa­da­ła w tę­pą za­du­mę i czę­ściej pa­trzy­ła przez okno, a na­wet chwi­la­mi jej wy­bla­dłe, za­ga­słe oczy na­peł­nia­ły się bla­skiem łez i wte­dy ci­cho prze­su­wa­ła się przez pu­ste po­ko­je, scho­dzi­ła na dół i z trwo­gą, i ze zdu­mie­niem przy­glą­da­ła się mar­twej twa­rzy mę­ża — po­wra­ca­ła jesz­cze cich­sza, jesz­cze sil­niej onie­przy­tom­nio­na sa­mot­no­ścią i szu­ka­ła po­cie­chy i za­po­mnie­nia w mo­dli­twach, po­wta­rza­nych za po­ko­jów­ką, któ­ra jej czy­ty­wać mu­sia­ła.

W go­dzi­nach śnia­dań i obia­dów, przez si­łę dłu­go­let­nich na­wyk­nień, po­pra­wia­ła tu­ale­tę i ocze­ki­wa­ła na mę­ża — nie przy­cho­dził jed­nak; wra­ca­ła do mo­dlitw i poń­czo­chy, z trwo­gą na­słu­chu­jąc po­nu­rych la­men­ta­cji, pły­ną­cych z do­łu al­bo gło­su, pa­pu­gi, któ­ra cho­dzi­ła po miesz­ka­niu nie­spo­koj­na, zde­ner­wo­wa­na i ochryp­nię­tym gło­sem, cze­pia­jąc się por­tier i me­bli — wo­ła­ła:

— Kun­dell, Kun­dell!

W ty­dzień do­pie­ro od­był się po­grzeb; po­grzeb, ja­kie­go Łódź ni­g­dy przed­tem nie wi­dzia­ła.

Wszyst­kie wiel­kie fa­bry­ki sta­nę­ły dnia te­go i ca­ły ich per­so­nal miał po­le­co­ne pójść za trum­ną Bu­chol­ca.

Piotr­kow­ska uli­ca na prze­strze­ni wiorst kil­ku li­te­ral­nie by­ła za­pcha­na ludź­mi; ca­ła ta ludz­ka, czar­na fa­la nio­sła na grzbie­cie swo­im, w ob­ra­mo­wa­niu zło­tych sznu­rów, świec za­pa­lo­nych, wiel­ki po­grze­bo­wy ry­dwan, pod któ­re­go bal­da­chi­mem, osnu­tym wień­ca­mi palm, le­ża­ła srebr­na trum­na za­rzu­co­na kwia­ta­mi.

Przed ka­ra­wa­nem, na tle sza­rych ścian uli­cy i błę­kit­ne­go nie­ba, trze­po­ta­ły się ni­by ptac­two róż­no­ko­lo­ro­we, spo­wi­te mgła­mi kre­py, cho­rą­gwie bractw ko­ściel­nych, sto­wa­rzy­szeń wszyst­kich.

Dłu­gi sze­reg księ­ży, chó­ry śpie­wa­ków i zjed­no­czo­ne or­kie­stry fa­brycz­ne śpie­wa­ły po­sęp­ny hymn śmier­ci, pły­ną­cy przej­mu­ją­cy­mi ryt­ma­mi smut­ku nad roz­ko­ły­sa­nym mo­rzem głów, ku bal­ko­nom i oknom za­pcha­nym wi­dza­mi, ku słoń­cu wi­szą­ce­mu w bez­d­niach błę­ki­tu.

Or­szak po­su­wał się no­ga za no­gą z po­wo­du nad­zwy­czaj­nej ciż­by, zwięk­sza­nej usta­wicz­nie przy­pły­wa­mi z ulic bocz­nych.

Za­raz za trum­ną po­stę­po­wa­ła ro­dzi­na, a za nią głów­na ad­mi­ni­stra­cja i za­rzą­dy licz­nych ma­jąt­ków ziem­skich, a po­tem szły głę­bo­kie fa­lan­gi ro­bot­ni­ków, usta­wio­ne od­dzia­ła­mi fa­brycz­ny­mi i płcia­mi, bo męż­czyź­ni i ko­bie­ty szli osob­no, szły tkal­nie, przę­dzal­nie, apre­tu­ry, far­biar­nie, dru­kar­nie, wy­koń­czal­nie, ma­ga­zy­ny itd. ze swo­imi dy­rek­to­ra­mi, tech­ni­ka­mi i maj­stra­mi na cze­le.

A resz­tę, tłum kil­ku­dzie­się­cio­ty­sięcz­ny, sta­no­wi­li ro­bot­ni­cy in­nych fa­bryk i ca­ły pra­wie kom­plet łódz­kich fa­bry­kan­tów.

— To się ni­g­dy nie skoń­czy! — szep­tał czę­sto Sza­ja Men­hel­sohn do sy­na i to­wa­rzy­szy, z któ­ry­mi je­chał w ka­re­cie za po­grze­bem i spod ścią­gnię­tych brwi pa­trzył nie­spo­koj­nie na bal­da­chim, chwie­ją­cy się nad gło­wa­mi tłu­mów, opusz­czał na chwi­lę gło­wę, sku­bał ner­wo­wo bro­dę i zno­wu wpi­jał roz­go­rącz­ko­wa­ne oczy w trum­nę, gdzie le­żał je­go nie­przy­ja­ciel i kon­ku­rent.

Nie cie­szył się tą śmier­cią, cho­ciaż ty­le ra­zy mu jej ży­czył ca­łą swo­ją fa­na­tycz­ną nie­na­wi­ścią, nie ra­do­wał się tym, że na­resz­cie zo­stał sam w Ło­dzi pa­no­wać nie­po­dziel­nie, bo Bu­cholc umarł, ale zo­sta­ły je­go fa­bry­ki, a przy tym ja­kiś żal, współ­czu­cie pra­wie po­plą­ta­ne z de­li­kat­ny­mi włók­na­mi obaw wi­ło mu się w du­szy.

Po­czuł ja­kąś dziw­ną pust­kę do­oko­ła, bo ra­zem z Bu­chol­cem umar­ły i w nim wszel­kie daw­ne za­wi­ści, bu­do­wa­ne tak dłu­go i pod­sy­ca­ne cią­głą wal­ką kon­ku­ren­cyj­ną.

Nie miał ko­go nie­na­wi­dzić!

Pa­trzył z pew­nym zdu­mie­niem w głąb sie­bie i nie ro­zu­miał te­go sta­nu, nie mógł zdać so­bie spra­wy z nie­go.

— To Bu­cholc! — my­ślał, pa­trząc na trum­nę z przy­kro­ścią głę­bo­ką i nie­po­ko­jem.

— Men­del­sohn, ty wiesz, co się dzie­je z ba­weł­ną?

— Co mnie to ob­cho­dzi, mów Kip­man o tym do Sta­ni­sła­wa.

— Ale war­to prze­czy­tać urzę­do­wą ga­ze­tę — na­le­gał.

— Ja je­stem tro­chę nie­zdro­wy dzi­siaj, tro­chę smut­ny, a ty mi ga­dasz o ba­weł­nie.

— Co to jest smut­ny! Bu­cholc był star­szy od cie­bie to i umarł, a ty żyć bę­dziesz jesz­cze dłu­go.

— Daj spo­kój, Kip­man, mó­wisz o przy­krych rze­czach — szep­nął nie­chęt­nie i uto­nął ocza­mi w ru­cho­mej ma­sie głów za­le­wa­ją­cych ca­łą uli­cę.

— Sta­ni­sław, gdzie jest Ró­ża?

— Je­dzie z Grün­spa­na­mi, za­raz za na­szą ka­re­tą.

Sza­ja wy­chy­lił się oknem, aby zo­ba­czyć cór­kę, uśmiech­nął się do niej i cof­nął spiesz­nie, za­pa­da­jąc w dłu­gie mil­cze­nie, któ­re­go nie śmie­li prze­ry­wać to­wa­rzy­sze.

Ró­ża je­cha­ła z Me­lą, Wy­soc­kim i sta­rym Grün­spa­nem w otwar­tym lan­dzie, za­przę­żo­nym w dwa ka­re wspa­nia­łe ko­nie.

Pan­ny ro­bi­ły po ci­chu uwa­gi nad tłu­mem, a Grün­span roz­ma­wiał o ryn­ku ba­weł­nia­nym z Wy­soc­kim, któ­ry od­po­wia­dał mo­no­sy­la­ba­mi, bo był za­ję­ty bar­dziej pa­trze­niem na Me­lę, bar­dzo do­brze dzi­siaj wy­glą­da­ją­cą i roz­pro­mie­nio­ną.

— To jest za wie­le na raz je­den: cło wyż­sze, ta­ry­fy wyż­sze od su­ro­wej ba­weł­ny i ta­ry­fy jesz­cze wyż­sze od go­to­we­go to­wa­ru wy­wo­żo­ne­go do Ce­sar­stwa. Ja pa­nu mó­wię, że to jest ra­zem ta­ki bal dla nas wszyst­kich, że mo­że się po nim pół Ło­dzi po­ło­żyć na fest. Tfy, że­bym ja w złą go­dzi­nę nie wy­mó­wił — splu­nął ze zło­ścią.

— Po­dob­no ba­weł­na po­szła już w gó­rę?

— Co to po­szła! ona ska­cze jak lo­ko­mo­ty­wa, ona idzie jak ba­lon, bo jej to nic nie szko­dzi, ale Łódź mo­że so­bie nad­krę­cić kar­ku.

— Nie ro­zu­miem przy­czy­ny te­go wszyst­kie­go — mó­wił Wy­soc­ki, sta­ra­jąc się jed­no­cze­śnie sły­szeć roz­mo­wę pa­nien.

— Pan nie ro­zu­mie?... To jest pro­ste, to jest ta­kie pro­ste, jak­by zwy­czaj­ny ra­bu­śnik wziął pa­na za koł­nierz i po­wie­dział: da­waj pie­nią­dze, bo mnie się ro­bić nie chce i nie mam. To jest or­dy­nar­ny ge­szeft! Jak się pan ma, pa­nie Cohn — za­wo­łał do Le­ona Coh­na, wy­cią­ga­jąc do nie­go z po­wo­zu rę­kę.

Cohn od­dał uścisk i prze­szedł da­lej z ca­łą gru­pą mło­dzie­ży.

— Pa­nie Hal­pern, słu­chaj pan co po­wiem. Bu­cholc zro­bił pierw­szą plaj­tę i ta mu się nie uda­ła!... ale on się jesz­cze wpra­wi! ha, ha, ha! — śmiał się z wła­sne­go dow­ci­pu.

— Pa­nie Cohn, śmierć, to nie jest we­so­ła ope­ra­cja! — od­po­wie­dział me­lan­cho­lij­nie Hal­pern, bo nie był dzi­siaj do­brze uspo­so­bio­ny, szedł ze wszyst­ki­mi i mil­czał upar­cie, wzdy­cha­jąc i tak się po­chy­lał, że przy­dep­ty­wał so­bie przód sur­du­ta, drżał z wiel­kie­go zde­ner­wo­wa­nia i gu­bił czę­sto swój pa­ra­sol nie­od­stęp­ny, pod­no­sił go ma­chi­nal­nie, ob­cie­rał po­ły i w za­my­śle­niu przy­glą­dał się twa­rzom mi­lio­ne­rów, ze­bra­nych na po­grze­bie.

Do­pie­ro kie­dy or­szak roz­le­wał się w No­wym Ryn­ku i skrę­cał w Kon­stan­ty­now­ską, szep­nął do Mysz­kow­skie­go idą­ce­go obok.

— Bu­cholc nie ży­je! pan wie?... Miał fa­bry­ki, miał mi­lio­ny, był ca­łym hra­bią i nie ży­je! A ja nie mam nic i jesz­cze na ju­tro mam pro­te­sto­wa­ne we­ksle, ale ja ży­ję! Pan Bóg jest do­bry, Pan Bóg jest bar­dzo do­bry!

Wiel­ka, bez­gra­nicz­na wdzięcz­ność za­drga­ła mu w gło­sie i smut­na do­tych­czas twarz za­ja­śnia­ła głę­bo­kim roz­ra­do­wa­niem, ca­łą roz­ko­szą świa­do­mą ist­nie­nia wła­sne­go.

— O jed­ne­go bła­zna mniej i o jed­ne­go za du­żo! — od­po­wie­dział Mysz­kow­ski, po­zo­sta­jąc w ty­le, aby się złą­czyć z Ko­złow­skim, któ­ry jak zwy­kle w cy­lin­drze na czub­ku gło­wy, z gał­ką la­ski przy ustach, w majt­kach162 za­wi­nię­tych po kost­ki ma­sze­ro­wał wzdłuż wol­no cią­gną­cych się po­wo­zów i ro­bił sta­ran­ny prze­gląd wszyst­kich ko­biet.

— Wiesz Mysz­kow­ski, że ta ru­da Men­del­soh­nów­na ma sznyt, ma ja­kie­goś dia­bła w śle­piach.

— Co mnie to ob­cho­dzi, chodź, pój­dzie­my na pi­wo, bo mi już w gar­dle za­schło od tej pa­ra­dy mi­lio­ner­skiej.

— Pój­dę na cmen­tarz, bo wi­dzisz, zo­ba­czy­łem tu w jed­nej ka­re­cie coś ca­ca­ne­go. Spoj­rza­łem raz — ona pa­trzy; spoj­rza­łem dru­gi — pa­trzy.

— No i spoj­rza­łeś trze­ci raz, a ona tak­że pa­trzy.

— Ba, ale jak pa­trza­ła, ma oczy tak smol­ne, żem się do nich przy­le­pił.

— Bądź zdrów i niech cię od nich nie od­le­pią ki­jem cza­sa­mi, bo wi­dzisz, tu­taj w Ło­dzi nie zna­ją się na oczko­wa­niu.

Opu­ścił go i zno­wu przy­su­nął się do zna­jo­mych, upa­tru­jąc po­nu­rym wzro­kiem, kto by tu chciał z nim iść na pi­wo.

— Pan sły­sza­łeś o ba­weł­nie, pa­nie Cohn?

— Ja na tym po­trze­bu­ję tro­chę za­ro­bić, pa­nie Horn.

— Czy to praw­da, że Bu­cholc zo­sta­wił wiel­kie za­pi­sy na ce­le pu­blicz­ne?

— Śmiej się pan z te­go, Bu­cholc nie był głu­pi!

— Welt, jak się masz? — wo­łał Ku­row­ski, spo­strze­gł­szy Mo­ry­ca.

— Tak się mam, jak dzi­siaj ba­weł­na.

— To zna­czy, że do­brze!

— Bry­lan­to­wo — ak­cen­to­wał do­bit­nie Mo­ryc Welt, wi­ta­jąc się ze zna­jo­my­mi.

— Kie­dyś przy­je­chał?

— Wczo­raj w no­cy.

— Czy­ta­łeś ogło­sze­nie o ta­ry­fach?

— Od trzech ty­go­dni umiem je na pa­mięć, od trzech ty­go­dni.

— Nie bla­guj, bo przed dwo­ma dnia­mi do­pie­ro ogło­szo­no.

— Zo­sta­ję przy swo­im.

— Ci­cho! — za­wo­łał ktoś z bo­ku, bo Mo­ryc pod­no­sił głos zbyt moc­no.

Umil­kli na chwi­lę, śpiew księ­ży wzniósł się jak­by za­py­ta­niem, na któ­re od­po­wia­dał chór śpie­wa­ków i or­kie­stry, któ­rych po­tęż­ne gło­sy ści­śnię­te wy­so­ki­mi mu­ra­mi hu­cza­ły głę­bo­ko.

— Jak to, wie­dzia­łeś i nie sko­rzy­sta­łeś?

— Nie sko­rzy­sta­łem? Za ko­góż mnie masz? Spy­taj się, ile ma­my z Bo­ro­wiec­kim ba­weł­ny w skła­dach, ile już na sta­cji, a ile jesz­cze przyj­dzie z Ham­bur­ga w tych dniach, to ci od­po­wiem gru­bą su­mą pu­dów.

— Je­steś za spryt­ny Mo­ryc, mo­żesz się nie do­cho­wać.

— Do­cho­wam się, bo po­trze­bu­ję za­ro­bić na ta­ki po­grzeb jak Bu­cholc.

— Ale gdzież się po­dział Bo­ro­wiec­ki?

— Nie wiem, był przy nas jak wcho­dzi­li­śmy w Ry­nek.

Mo­ryc Welt obej­rzał się do­oko­ła, ale nie spo­strzegł ni­g­dzie, bo Bo­ro­wiec­ki po­zo­stał przy ka­re­cie Lu­cy, za­trzy­ma­nej wraz z in­ny­mi na Ryn­ku, bo w wą­skiej ulicz­ce tłum nie mógł się po­mie­ścić od ra­zu.

— Karl, na­chyl się le­piej, bli­żej! — szep­ta­ła Lu­cy.

— Tak do­brze? — py­tał rów­nież szep­tem Ka­rol, wsa­dza­jąc pół gło­wy w okno ka­re­ty.

— A czy tak do­brze? — szep­ta­ła, ca­łu­jąc go sil­nie w ucho!...

— Bar­dzo!...

Cof­nął gło­wę i stał opar­ty ra­mie­niem o drzwicz­ki ka­re­ty.

— Cze­mu oni nie ru­sza­ją? — ję­cza­ła z głę­bi ka­re­ty ciot­ka to­wa­rzy­szą­ca Lu­cy.

— Mu­szę już pa­nią po­że­gnać.

— Jesz­cze chwi­lę, pro­szę o rę­kę.

Rzu­cił ocza­mi na sznur po­wo­zów sto­ją­cych w jed­nej li­nii i po­dał ją nie­znacz­nie, za­sła­nia­jąc so­bą ten ruch.

Pod­nio­sła ją szyb­ko do ust, uca­ło­wa­ła moc­no i po­gła­ska­ła so­bie bro­dę i szy­ję je­go pal­ca­mi.

— Wa­riat­ka! — szep­nął, od­su­wa­jąc się od okna na do­zwo­lo­ną wzglę­da­mi to­wa­rzy­ski­mi od­le­głość.

— Ko­cham cię, Karl! Przyjdź dzi­siaj ko­niecz­nie, chcę ci coś po­wie­dzieć bar­dzo waż­ne­go! — szep­ta­ła ci­cho i pur­pu­ro­we usta pło­nę­ły jej i wy­su­wa­ły się do po­ca­łun­ków, a oczy błysz­cza­ły pro­mien­nie.

— Do wi­dze­nia pa­niom! — wy­rzekł gło­śno.

— Mąż mój przy­jeż­dża ju­tro, mo­że pan o nas nie za­po­mni! Przyjdź!

— Przyj­dę! — rzu­cił szep­tem, kła­nia­jąc się z po­wa­gą.

Od­na­lazł przy­ja­ciół i zwró­cił się za­raz do Mo­ry­ca:

— Mo­że by­śmy po­je­cha­li za­raz z cmen­ta­rza na ko­lej, co?

— Ba­weł­na przy­szła ra­no! Masz pie­nią­dze?

— Mam, chcę za­raz wy­ku­pić.

— Kie­dyż uwal­niasz się od Knol­la?

— Je­stem już wol­ny zu­peł­nie. Ju­tro pój­dzie­my szcze­gó­ło­wo obej­rzeć bu­dyn­ki.

— Do­brze, bo na ju­tro za­mó­wi­łem maj­stra, za kil­ka dni bę­dzie moż­na już wziąć się do mu­ro­wa­nia.

— Gdzie Maks?

— Mat­ka mu bar­dzo cho­ra, oba­wiam się, że zno­wu bę­dzie­my mie­li po­grzeb.

— Śmierć ma jed­nak swo­je do­bre stro­ny — za­uwa­żył Ku­row­ski.

— Chy­ba tyl­ko bez­myśl­ność, z ja­ką za­mia­ta me­cha­nicz­nie po­trzeb­nych i nie­po­trzeb­nych.

— Co to dzi­siaj lu­dzi od­po­czy­wa za dar­mo.

— My­lisz się, Knoll za­po­wie­dział, aby z list pła­cy wy­kre­ślo­no im po­ło­wę dnia. Uznał, że mo­gą wy­po­czy­wać z wdzięcz­no­ści dla zmar­łe­go.

— Od­bi­ją so­bie część kosz­tów po­grze­bo­wych. Mu­szę to sa­mo po­le­cić te­sta­men­to­wo swo­im spad­ko­bier­com. Cóż Mysz­kow­ski tak du­ma­cie?

— Że jest głu­pio.

— Nie mar­tw­cie się, bo i bez was by­ło tak sa­mo. Umarł, cóż ro­bić! Ząb śmier­ci do­tknął go pal­cem swo­im, jak mó­wi Ekle­zja­sta. Śmierć to jest pas­si­ves ge­nie.

— Nie o to mi cho­dzi, Bu­cholc jest już aus­ge­spilt163! — po­cią­gnął rę­ką po gar­dle — a mnie się chce iść na pi­wo i nie mam z kim.

— Nie pój­dzie­cie i ze mną, bo ja za­raz ja­dę do do­mu.

— Mo­że jesz­cze ko­go znaj­dę.

Ro­ze­szli się w róż­ne stro­ny, a i or­szak wcho­dził w dłu­gą ulicz­kę, wy­sa­dzo­ną to­po­la­mi, wio­dą­cą do cmen­ta­rza.

Ulicz­ka by­ła nie­bru­ko­wa­na i po­kry­ta gru­bą war­stwą czar­ne­go bło­ta, któ­re roz­bi­ja­ne ty­sią­ca­mi nóg, ochla­py­wa­ło wszyst­kich i wszyst­ko i po­wstrzy­ma­ło z po­ło­wę lu­dzi, za­wra­ca­ją­cych przed nim do mia­sta.

Rzę­dy na­gich jesz­cze to­po­li, ob­ła­ma­nych przez wia­try, po­odzie­ra­nych z ko­ry, pół­ży­wych od tru­ją­cych ście­ków, ja­kie pły­nę­ły głę­bo­kim ro­wem od fa­bryk, sta­ły wy­cią­gnię­te li­nią ka­lek ohyd­nych, trzę­są­cych smut­nie reszt­ka­mi ga­łę­zi i reszt­ka­mi ży­cia, jak­by wy­gra­ża­ły za swo­ją nę­dzę te­mu wspa­nia­łe­mu or­sza­ko­wi, któ­ry od cza­su do cza­su wy­bu­chał ogrom­nym chó­rem gło­sów, roz­le­wa­ją­cych się w sze­ro­kiej prze­strze­ni pól czar­nych, prze­szklo­nych wo­dą, na­zna­czo­nych gru­pa­mi na­gich drzew, ma­ły­mi dom­ka­mi, ko­mi­na­mi ce­giel­ni i kon­tu­ra­mi kil­ku wia­tra­ków, któ­re ni­by po­twor­ne mo­ty­le, na­dzia­ne na szpil­kę, mi­go­ta­ły się czar­ny­mi skrzy­dła­mi na błę­kit­nym tle prze­strze­ni.

Or­szak z wol­na wy­pły­wał z mia­sta, roz­włó­czył się po błot­ni­stej dro­dze, wzdłuż po­krzy­wio­nych, nędz­nych do­mostw i z wol­na to­nął cięż­ką fa­lą głów w bra­mach cmen­ta­rza i roz­le­wał się wśród gro­bów i ulic, tyl­ko w głę­bi, po­za mu­ra­mi, po­mię­dzy gąsz­czem drzew bez­list­nych i krzy­żów czar­nych, za­czę­ły bły­skać bar­wy cho­rą­gwi, świa­tła świec i dłu­gie sze­re­gi lu­dzi po­nad któ­ry­mi chwia­ła się srebr­na trum­na Bu­chol­ca, nie­sio­na na ra­mio­nach.

Za­pa­no­wa­ła ci­sza, śpie­wy po­mil­kły, gło­sy przy­ci­chły, dźwię­ki mu­zyk przy­głu­chły, tyl­ko by­ło sły­chać cięż­ki tu­pot nóg i su­chy chrzęst drzew roz­ko­ły­sa­nych. Dzwo­ny bi­ły głu­cho — moc­no — ża­łob­nie.

Przy trum­nie za­czę­ła się ostat­nia ko­me­dia śmier­ci — ja­kiś mów­ca sta­nąw­szy na pod­wyż­sze­niu, pa­te­tycz­nie przy­po­mi­nał cno­ty i za­słu­gi zmar­łe­go; dru­gi mów­ca roz­bo­la­łym, prze­łza­wio­nym gło­sem że­gnał zmar­łe­go i pła­kał nad ludz­ko­ścią osie­ro­co­ną; trze­ci mów­ca zwra­cał się do trum­ny w imie­niu ro­dzi­ny, w imie­niu przy­ja­ciół nie­po­cie­szo­nych; czwar­ty mó­wił w imie­niu tych rzesz wy­nędz­nia­łych sto­ją­cych do­oko­ła — w imie­niu tych pra­cow­ni­ków spę­dzo­nych tu­taj groź­bą — dla któ­rych zmar­ły miał być oj­cem, przy­ja­cie­lem, do­bro­czyń­cą.

Głu­chy po­mruk prze­le­ciał nad tłu­ma­mi, ty­sią­ce wes­tchnień się ze­rwa­ło, ty­sią­ce spoj­rzeń za­mi­go­ta­ło krwa­wych, mo­rze głów za­ko­ły­sa­ło się jak fa­la.

Wresz­cie skoń­czy­ła się ce­re­mo­nia, trum­na spo­czę­ła we wspa­nia­łym gro­bow­cu, na pod­wyż­sze­niu po­dob­nym do tro­nu, z któ­re­go przez zło­co­ne kra­ty drzwi wi­dać by­ło mia­sto spo­wi­nię­te w mgły i dy­my, hu­czą­ce ty­sią­ca­mi fa­bryk po­tęż­ny hymn ży­cia.

Ro­bot­ni­cze fa­lan­gi pod­cho­dzi­ły ko­lej­no do te­go tro­nu i na mar­mu­ro­wych stop­niach skła­da­ły wień­ce — ostat­ni hołd pod­dań­czy, i roz­pra­sza­ły się z wol­na, aż w koń­cu po­zo­stał sam je­den w srebr­nej trum­nie i pod sto­sa­mi wień­ców zmar­ły król łódz­ki.

Tyl­ko Stach Wil­czek nie cze­kał koń­ca i gdy usły­szał dzwo­ny szep­nął:

— We­so­ła pa­ra­da — mieć ty­le mi­lio­nów i zdy­chać! — Splu­nął ze zło­ści i wy­szedł z Jó­ziem Ja­skól­skim, któ­ry szedł w mil­cze­niu i wzdy­chał.

— Cze­góż się ma­zga­isz?

— Smut­no mi! — szep­nął Jó­zio, wzdry­gnął się i ob­tu­lił szczel­niej w mi­zer­ny pal­to­cik prze­ro­bio­ny z uczniow­skie­go szy­ne­lu.

— Jó­ziu, puść kan­tor Bau­ma, a ja po­trze­bu­ję czło­wie­ka za­ufa­ne­go, wziął­bym cię, wy­ro­bił­byś się przy mnie.

— Nie mo­gę, mu­szę po­zo­stać u Bau­ma.

— Ależ on la­da dzień się po­ło­ży, nie bądź głu­pi, dam ci pięć ru­bli wię­cej mie­sięcz­nie.

— Nie mo­gę, nie wy­pa­da mi opusz­czać te­raz Bau­ma, kie­dy tak źle stoi i kie­dy zo­sta­łem pra­wie sam je­den w kan­to­rze.

— Głu­piś! Że­bym był tak sen­ty­men­tal­nym, to cho­dził­bym jak i ty bez bu­tów i ca­łe ży­cie pa­rob­ko­wał­bym wszyst­kim! — Ob­rzu­cił go po­gar­dli­wym spoj­rze­niem i po­że­gnał na Piotr­kow­skiej.

— Ho­ło­ta! Po­gni­ją wszy­scy po fa­bry­kach! — po­my­ślał o to­wa­rzy­szach z po­li­to­wa­niem.

On dzi­siaj już wie­dział, że nie zgni­je na mar­nej po­sa­dzie, że nie bę­dzie tyl­ko pa­rob­kiem cu­dzym, kół­kiem w me­cha­ni­zmie.

Szedł wol­no i roz­ko­szo­wał się po­czu­ciem wła­snej si­ły, wyż­szo­ści i ro­zu­mu, tym co już zro­bił i tym co zro­bić jesz­cze za­mie­rzał.

Dzi­siej­szy dzień za­li­czał do naj­lep­szych w swo­im ży­ciu i prze­ło­mo­wych — bo dzi­siaj zro­bił pierw­szy wiel­ki in­te­res, któ­ry mu­siał go po­sta­wić na no­gi.

Ku­pił kil­ka mor­gów grun­tu, z dwóch stron ota­cza­ją­ce­go fa­bry­kę Grün­spa­na, ku­pił ci­cha­czem i był pew­nym wiel­kie­go za­rob­ku, gdyż z pew­no­ścią wie­dział, że Grün­span ma roz­sze­rzać swo­je fa­bry­ki i mu­si od nie­go ku­pić pla­ce po ce­nie, ja­ką tyl­ko na­zna­czyć ze­chce.

Uśmiech­nął się z głę­bo­kie­go za­do­wo­le­nia!

Istot­nie in­te­res przed­sta­wiał się świet­nie, ob­li­cze­nia za­wieść nie mo­gły.

Grun­ta by­ły daw­no do sprze­da­nia i Grün­span przez ca­łe la­ta je tar­go­wał, do­rzu­ca­jąc co­rocz­nie po kil­ka­dzie­siąt ru­bli, nie spie­sząc się i bę­dąc pew­nym, że go nikt pod­ku­pić nie mo­że.

Wil­czek zwę­szył in­te­res, oplą­tał do­tych­cza­so­we­go po­sia­da­cza ca­łą sie­cią pod­stę­pów, uprzej­mo­ści, po­ży­czek gwał­tem wci­ska­nych — aż w koń­cu stał się wła­ści­cie­lem.

Dzi­siaj ra­no zo­stał już pra­wym po­sia­da­czem zie­mi. Wy­obra­żał so­bie wście­kłość Grün­spa­na i ba­wił się tym do­sko­na­le.

Pod­no­sił gło­wę co­raz wy­żej i co­raz dum­niej, a co­raz dra­pież­niej spo­glą­dał na mia­sto, na wy­pa­ko­wa­ne to­wa­ra­mi skła­dy, na fa­bry­ki — je­go nie­na­sy­co­na chłop­ska chci­wość, bu­dzi­ła się co­raz po­tęż­niej na wi­dok bo­gactw.

Po­sta­no­wił je zdo­być i był już pew­nym, że zdo­bę­dzie.

Mniej­sza o spo­so­by i środ­ki — wszyst­kie by­ły do­bre je­śli pro­wa­dzi­ły do ce­lu, do pie­nię­dzy.

Stach Wil­czek li­czył się tyl­ko z ko­dek­sem, z po­li­cją.

Na resz­tę uśmie­chał się wzgar­dli­wie i z po­li­to­wa­niem.

Opi­nia, ety­ka, uczci­wość! Kto się z tym w Ło­dzi li­czył! Ko­mu tu­taj po­dob­ne głup­stwa mo­gły przy­cho­dzić do gło­wy! Co to wresz­cie jest ta uczci­wość!

Czy był uczci­wym Bu­cholc? Któż się o to py­tał!

Py­ta­no się tyl­ko, ile zo­sta­wił mi­lio­nów!

Mieć mi­lio­ny, czuć je w swo­im rę­ku, oto­czyć się ni­mi, pa­no­wać nad ni­mi.

Roz­my­ślał skrę­ca­jąc ku sta­cji, i du­szę mu prze­peł­ni­ło sza­lo­ne, do­cho­dzą­ce do bó­lu pra­gnie­nie pie­nię­dzy, uży­cia, pa­no­wa­nia.

Jak pies zgłod­nia­ły pa­trzy na mię­so — tak on ła­ko­mie pa­trzył na fa­bry­ki, do­my, zby­tek bo­ga­czów, pięk­ne ko­bie­ty, pa­ła­ce.

Miał sza­lo­ny ape­tyt uży­cia, któ­ry obie­cy­wał so­bie za­spo­ko­ić.

Był głod­nym od wie­ków i przez ty­le po­ko­leń po­nie­wie­ra­nym, tra­to­wa­nym przez moc­niej­szych, od­py­cha­nym od sto­łu ży­cia, prze­pra­co­wa­nym, łak­ną­cym — te­raz przy­szła ko­lej na nie­go, pod­no­sił gło­wę, wy­cią­gał chci­wie rę­ce, chwy­tał zdo­bycz i na­sy­cał głód od­wiecz­ny.

— Od­bi­ję so­bie wszyst­ko i za wszyst­ko! — my­ślał i z nie­na­wi­ścią przy­po­mi­nał so­bie la­ta dzie­ciń­stwa, pa­sa­nie krów, po­słu­gi ja­kie czy­nił w klasz­to­rze, ki­je, ja­kie od­bie­rał, nę­dzę ca­łej ro­dzi­ny, upo­ko­rze­nia, ja­kie zno­sił w gim­na­zjum, upo­ko­rze­nia, ja­kie od­bie­rał ra­zem z po­mo­cą od swo­ich do­bro­czyń­ców, upo­ko­rze­nia, ja­kie zno­si­ła ca­ła ro­dzi­na.

— Od­bi­ję so­bie wszyst­ko! — mru­czał z sza­lo­ną za­wzię­to­ścią w ser­cu.

Ale tym­cza­sem do­pie­ro zdo­by­wał środ­ki, han­dlo­wał czym mógł, za­ra­biał na czym się tyl­ko da­ło.

Za­rzą­dzał skła­da­mi Gros­glüc­ka, a oprócz te­go han­dlo­wał wę­glem na wła­sną rę­kę, han­dlo­wał drze­wem, han­dlo­wał reszt­ka­mi ba­weł­nia­ny­mi, han­dlo­wał ja­ja­mi, któ­re spro­wa­dzał za po­śred­nic­twem ro­dzi­ny, brał w koń­cu róż­ne ar­ty­ku­ły — pró­bo­wał wszyst­kie­go.

Mó­wio­no, że ku­pu­je czer­wo­ny to­war tj. wy­nie­sio­ny z pod­pa­lo­nych fa­bryk, mó­wio­no, że trud­ni się li­chwą, że z Gros­glüc­kiem do spół­ki ro­bi ja­kieś bar­dzo ciem­ne in­te­re­sa164 — tak mó­wio­no.

Wie­dział, co o nim mó­wią i uśmie­chał się po­gar­dli­wie.

— Moc­no mnie to ob­cho­dzi! — szep­nął, my­śląc o tym, skrę­cił na bocz­ną ulicz­kę cią­gną­cą się wśród par­ka­nów, po­za któ­ry­mi wzno­si­ły się sze­re­gi skła­dów drze­wa bu­dul­co­we­go, ce­men­tu, że­la­stwa, wap­na i wę­gli. Uli­ca by­ła nie­bru­ko­wa­na, bez tro­tu­arów i sta­no­wi­ła jed­no głę­bo­kie mo­rze bło­ta, przez któ­re prze­ko­py­wa­ło się set­ki wo­zów cięż­ko na­ła­do­wa­nych.

Skła­dy wę­gla roz­cią­ga­ły się po le­wej stro­nie uli­cy, u pod­nó­ża wy­so­kie­go na­sy­pu ko­le­jo­we­go, na któ­rym tło­czy­ło się ty­sią­ce to­wa­ro­wych wa­go­nów na­kry­tych chmu­rą czar­ne­go py­łu, ja­ki się wzno­sił z wy­ła­do­wy­wa­ne­go wę­gla.

Wil­czek miesz­kał przy skła­dzie, w ohyd­nej bu­dzie zbi­tej z de­sek i obry­zga­nej po pła­ski dach czar­nym bło­tem, któ­ra słu­ży­ła za kan­tor.

Prze­brał się spiesz­nie, wcią­gnął dłu­gie bu­ty i za­brał się do ro­bo­ty...

Ale nie mógł ro­bić spo­koj­nie, czuł się zde­ner­wo­wa­nym, roz­strzę­sła mu ner­wy ra­dość dzi­siej­sze­go kup­na, to zno­wu przy­po­mnie­nia po­grze­bu lub huk głu­chy szto­su­ją­cych165 na na­sy­pie wa­go­nów tak go draż­nił, że od­rzu­cił pió­ro i za­czął spa­ce­ro­wać po kan­to­rze, wy­glą­da­jąc raz po raz okien­kiem na za­pcha­ne pry­zma­mi wę­gla i wo­za­mi skła­dy.

Wo­zy co chwi­la wjeż­dża­ły na wa­gę z ta­kim tur­ko­tem, aż ca­ła bu­da się trzę­sła, ogrom­ny zgiełk splą­ta­nych gło­sów ludz­kich, tur­ko­tów, kwi­ków koń­skich, gru­cho­tu wy­rzu­ca­nych z wa­go­nów wę­gli, świ­stów ma­szyn, bił przez otwar­te drzwi i roz­le­wał się po brud­nej odra­pa­nej izbie, po któ­rej Wil­czek spa­ce­ro­wał w za­du­mie.

— Tam ja­kieś pa­no­wie cze­ka­ją przy wa­go­nach! — za­mel­do­wał ro­bot­nik.

Na na­sy­pie ko­le­jo­wym cze­kał Bo­ro­wiec­ki i Mo­ryc.

Wil­czek wy­cze­ku­ją­co wy­cią­gnął rę­kę do przy­wi­ta­nia. Mo­ryc mu uści­snął dłoń a Bo­ro­wiec­ki udał, że nie wi­dzi.

— Po­trze­bu­je­my na­tych­miast plat­form prze­wo­zo­wych!

— Ile? pod co? skąd? — za­py­tał krót­ko, po­draż­nio­ny za­cho­wa­niem Ka­ro­la.

— Jak naj­wię­cej, ba­weł­na, ko­lej do mnie — od­po­wie­dział Mo­ryc.

Szyb­ko za­ła­twi­li in­te­res i roz­sta­li się.

— Szlach­cic! — mruk­nął Wil­czek ze zło­ścią, bo na po­że­gna­nie, Bo­ro­wiec­ki wsa­dził rę­ce w kie­sze­nie i kiw­nął mu gło­wą bar­dzo ła­ska­wie.

Nie mógł za­po­mnieć tej ob­ra­zy, je­go mści­we ser­ce za­no­to­wa­ło so­bie jesz­cze to jed­no upo­ko­rze­nie, tym bo­le­śniej­sze, że nie­za­słu­żo­ne.

Ale nie by­ło cza­su na roz­czu­wa­nie krzyw­dy, bo z po­wo­du koń­czą­ce­go się dnia ruch w skła­dach za­pa­no­wał sza­lo­ny.

Co chwi­la ma­szy­ny pa­ro­we pod­cią­ga­ły sznu­ry ła­do­wa­nych wa­go­nów, krzy­żo­wa­ły się, wy­cią­ga­ły pu­ste, bu­cha­ły kłę­ba­mi dy­mów i ze świ­stem, hu­kiem, szczę­kiem szto­so­wań prze­bi­ja­ły się wskroś dy­mów i py­łów, lub od­cze­pio­ne od po­cią­gów le­cia­ły z dzi­kim krzy­kiem do re­miz.

A ni­żej, ze skła­dów na­kry­tych czar­ną ku­rza­wą bi­ło ty­sią­ce splą­ta­nych go­rącz­ko­wych gło­sów, ko­nie kwi­cza­ły dzi­ko, świ­sty ba­tów, krzy­ki woź­ni­ców, tur­ko­ty ulic i głu­chy, po­tęż­ny szum mia­sta sto­ją­ce­go do­ko­ła, na­kry­te­go dy­ma­mi.

Wil­czek uwi­jał się go­rącz­ko­wo, bie­gał do kan­to­ru, do kup wę­gla, na na­syp, do lu­dzi wy­wo­żą­cych na sta­cję; prze­my­kał się po­mię­dzy wo­za­mi, czła­pał po bło­cie, zmę­czył się w koń­cu śmier­tel­nie i aby od­po­cząć usiadł na brze­gu jed­ne­go z pu­stych wa­go­nów.

Mrok się już ro­bił — po­za­chod­nie zo­rze roz­la­ły się po nie­bie stru­ga­mi pur­pu­ry i okrwa­wia­ły cyn­ko­we, błysz­czą­ce da­chy, po któ­rych sta­cza­ły się kłę­by ru­dych dy­mów; noc gęst­nia­ła, sza­rość po­nu­ra, zmą­co­na za­le­wa­ła uli­ce, peł­za­ła po mu­rach, cza­iła się po za­uł­kach, za­cie­ra­ła kon­tu­ry, ga­si­ła bar­wy, wy­pi­ja­ła reszt­ki dnia, okrę­ca­ła mia­sto brud­ny­mi łach­ma­na­mi zmro­ku z któ­re­go za­czę­ły z wol­na wy­bły­ski­wać świa­tła.

Noc za­pa­dła, mia­sto po­kry­ło się łu­na­mi, szu­my się pod­nio­sły, ło­sko­ty sta­ły się wy­raź­niej­sze, tur­ko­ty się wzmo­gły, krzy­ki spo­tęż­nia­ły — aż w koń­cu wszyst­kie dźwię­ki zla­ły się w prze­ogrom­ny, dzi­ki chór, śpie­wa­ny gło­sa­mi ma­szyn i lu­dzi, od któ­re­go drża­ło po­wie­trze i trzę­sła się zie­mia!

Łódź pra­co­wa­ła noc­ną, go­rącz­ko­wą pra­cą.

— Reszt­ki szla­chec­kie! we­zmą was dia­bli nie­dłu­go! — mruk­nął Wil­czek, któ­ry jesz­cze nie mógł za­po­mnieć Bo­ro­wiec­kie­go, splu­nął po­gar­dli­wie, pod­parł bro­dę rę­ka­mi i za­pa­trzył się w nie­bo.

Zbu­dził go do­pie­ro głos le­cą­cy z opu­sto­sza­łej uli­cy.

A na ryn­ku Ga­je­ra

Zna­le­zła se fra­je­ra

ta ra ra bum­de­ra!

Śpie­wał ja­kiś głos i zgi­nął w od­da­le­niu i no­cy.

Wil­czek ze­szedł do kan­to­ru, po­za­ła­twiał resz­tę spraw, wy­pra­wił ostat­nie wo­zy.

Ka­zał po­za­my­kać wszyst­ko, zjadł ko­la­cję, ja­ką mu przy­go­to­wał ro­bot­nik i po­szedł na mia­sto.

Lu­bił włó­czyć się bez ce­lu, przy­glą­dać się lu­dziom, fa­bry­kom, wę­szyć po mie­ście, lu­bił od­dy­chać tym roz­dr­ga­nym166, prze­sy­co­nym wę­glem i za­pa­cha­mi farb po­wie­trzem. Olśnie­wa­ła go po­tę­ga mia­sta, ol­brzy­mie bo­gac­twa na­gro­ma­dzo­ne w skła­dach i fa­bry­kach za­pa­la­ły mu w oczach pło­mie­nie chci­wo­ści, roz­pa­la­ły du­szę ma­rze­nia­mi strasz­ny­mi, prze­peł­nia­ły co­raz po­tęż­niej­szą żą­dzą pa­no­wa­nia i uży­cia; ten sza­lo­ny wir ży­cia, ta stru­ga zło­ta ja­ka prze­pły­wa­ła przez mia­sto upa­ja­ły go swo­ją po­tę­gą, hip­no­ty­zo­wa­ły, przej­mo­wa­ły drże­niem żą­dzy nie­opo­wie­dzia­nej, da­wa­ły si­ły do wal­ki, do zwy­cię­ża­nia, do gra­bie­ży.

Ko­chał tę „zie­mię obie­ca­ną” jak ko­cha zwie­rzę dra­pież­ne głu­che pusz­cze peł­ne łu­pów. Uwiel­biał tę „zie­mię obie­ca­ną” pły­ną­cą zło­tem i krwią, po­żą­dał jej, pra­gnął, wy­cią­gał do niej ra­mio­na chci­we i krzy­czał gło­sem zwy­cię­stwa — gło­sem — gło­du — Mo­ja! Mo­ja! I już chwi­la­mi czuł, że ją po­siadł na za­wsze i że nie pu­ści zdo­by­czy, pó­ki nie wy­ssie zło­ta wszyst­kie­go.


Zie­mia obie­ca­na, tom II



I

— A te­raz go w grzbiet, a te­raz z dru­giej stro­ny, a te­raz w gło­wę. Ot i jesz­cze raz, i jesz­cze je­den ra­zik, do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny.

— Wa­lisz ksiądz kar­ta­mi jak ce­pem — szep­nął z go­ry­czą sta­ry Bo­ro­wiec­ki.

— To mi przy­po­mi­na jed­no zaj­ście. By­ło to u Mi­gur­skich w Sie­radz­kiem...

— Ce­pem nie ce­pem — prze­rwał ksiądz, przy­mru­ża­jąc z lu­bo­ścią oczy — a ślicz­ny­mi atu­ci­ka­mi, do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny. Cho­wam ja jesz­cze da­mu­sie, że­by grzmot­nąć two­je­go kró­li­ka, Za­jącz­kow­ski.

— To się po­ka­że! Ale ksiądz ma pa­skud­ny zwy­czaj prze­ry­wa­nia; ust otwo­rzyć nie moż­na, bo ksiądz za­raz prze­ry­wasz. Oto, jak rze­kłem, u Mi­gur­skich...

— U Mi­gur­skich, czy nie u Mi­gur­skich, ale to już sły­sze­li­śmy, do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny, ze sto ra­zy, nie praw­da, pa­nie Ada­mie? — zwró­cił się do sta­re­go.

— E, co mi tu ksiądz bę­dziesz uwa­gi cią­gle ro­bił. A, jak Pa­na Bo­ga ko­cham, cze­go za wie­le, te­go i za­nad­to. My­ślał­byś ksiądz le­piej o na­bo­żeń­stwie, a nie o tym, czy kto co mó­wił lub nie mó­wił.

Rzu­cił kar­ty na stół i po­rwał się zi­ry­to­wa­ny.

— To­mek, hun­cwo­cie je­den, a za­kła­daj ko­nia — huk­nął po­tęż­nym ba­sem przez okno na po­dwó­rze.

Szar­pał moc­no wy­czer­nio­ne wą­sy i sa­pał za­pal­czy­wie.

— No wi­dzi­cie go! Smyk je­den, ja mu po ludz­ku zwra­cam uwa­gę, a ten za­raz na mnie, jak na swo­je­go pa­rob­ka: hu­ru bu­ru! Ja­siek, bo mi fa­jecz­ka zga­sła.

— No, są­sie­dzie, bo pan Baum roz­da­je kar­ty.

— Nie bę­dę grał, ja­dę do do­mu. Już mam do­syć je­go­mo­ści­nych ka­zań. Wczo­raj u Za­wadz­kich opo­wia­dam o ko­niunk­tu­rach po­li­tycz­nych, a ksiądz mi za­prze­cza pu­blicz­nie i wy­drwi­wa — bur­czał szlach­cic, prze­mie­rza­jąc wiel­ki­mi kro­ka­mi po­kój.

— A boś je­go­mość, do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny, ga­dał rze­tel­ne głup­stwa. Ja­siek, a ty smy­ku je­den, daj no ogień­ka, bo mi fa­jecz­ka zga­sła.

— Ja ga­da­łem głup­stwa! — wy­krzyk­nął Za­jącz­kow­ski, przy­ska­ku­jąc z pa­sją do księ­dza.

— A głup­stwa — od­szep­nął ksiądz, py­ka­jąc z dłu­giej faj­ki, któ­rą mu ma­ły chło­pak za­pa­lał, przy­klęk­nąw­szy na pod­ło­dze.

— A, Pa­nie Je­zu Chry­ste, zmi­łuj się nad na­mi — za­wo­łał ze zgro­zą Za­jącz­kow­ski, roz­krzy­żo­wu­jąc rę­ce.

— Ksiądz do­bro­dziej jest na rę­ku — rzekł Maks Baum, pod­su­wa­jąc mu kar­ty.

— Sie­dem pik — za­wo­łał ksiądz. — Za­jącz­kow­ski, je­steś na rę­ku.

— Idę na ciem­no — za­wo­łał szlach­cic i siadł spiesz­nie do sto­li­ka, ale nie za­po­mniał jesz­cze ura­zy do księ­dza, bo ro­zej­rzaw­szy się w kar­tach, mó­wić za­czął:

— I jak tu mo­że być co, jak tu ogół mo­że mieć ja­sne po­ję­cie o po­li­ty­ce, kie­dy je­go na­tu­ral­ni prze­wod­ni­cy są tak ciem­ni.

— Osiem tre­fli, bez atu — li­cy­to­wał ksiądz.

— Przej­dę się. Do­brze, za­raz ksiądz zo­ba­czysz co bę­dzie za gra. Bo jak ksiądz nie masz żo­łę­dzi, to księ­dza moc­no za­swę­dzi.

— Za­swę­dzi nie za­swę­dzi, ale jak ci pan Baum wy­cią­gnie te żo­łę­dzi­ki, jak cię asi­kiem wy­tnie, to kich­niesz. A co, sy­necz­ku, a co, a nie chwal się, a nie mów amen przed in sa­ecu­la sa­ecu­lo­rum167, do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny, ha, ha, ha! — śmiał się na ca­łe gar­dło z mi­ny Za­jącz­kow­skie­go i tak był rad, że trze­pał cy­bu­chem po su­tan­nie i po­kle­py­wał Mak­sa obok sie­dzą­ce­go. — Gó­rą mia­stecz­ko Łódź, gó­rą fa­bry­kan­ci­ki. A niech­że ci, do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny, Pan Bóg bliź­nia­tecz­ki da za to, żeś tak za­jącz­ka opo­rzą­dził. Po­le­żysz bez nóż­ki, po­le­żysz. Ja­siek, a daj no, smy­ku, ogień­ka, bo mi fa­jecz­ka zga­sła.

— Ksiądz jak po­ga­nin ja­ki, tak się z cu­dzych nie­szczęść cie­szysz.

— Już tam te­mu daj spo­kój, a co le­żysz, to le­żysz. Ca­ły rok nas ob­łu­piał ze skó­ry, to niech­że te­raz gro­si­ki za­pła­ci.

— Po dwa­dzie­ścia gro­szy na ty­dzień wy­gry­wa­łem. Po dwa­dzie­ścia gro­szy, sło­wo ho­no­ru pa­nu da­ję! — szep­nął Za­jącz­kow­ski przez stół do Mak­sa.

— „Po­szły pan­ny na ry­dze! na ry­dze! na ry­dze!” — za­czął nu­cić sta­ry Bo­ro­wiec­ki, przy­tu­pa­jąc168 do tak­tu w sto­pień fo­te­lu, na któ­rym sie­dział i jeź­dził, bo był w po­ło­wie spa­ra­li­żo­wa­ny.

Ci­sza na chwi­lę za­pa­no­wa­ła w po­ko­ju.

Czte­ry świe­ce sto­ją­ce po ro­gach sto­li­ka ja­sno oświe­tla­ły zie­lo­ne po­le wal­ki i twa­rze wal­czą­cych.

Za­jącz­kow­ski mil­czał, był zły na księ­dza, z któ­rym od lat dwu­dzie­stu kłó­cił się przy­naj­mniej dwa ra­zy na ty­dzień.

Mu­skał wy­czer­nio­ne wą­sy i rzu­cał groź­ne spoj­rze­nia spod ogrom­nych krza­cza­stych brwi na Mak­sa, któ­ry go „kładł bez trzech”, a cza­sa­mi trza­skał się ze zło­ścią w ły­si­nę, po któ­rej mu­chy spa­ce­ro­wa­ły.

Ksiądz wy­chu­dłą, asce­tycz­ną i do­bro­tli­wą twarz po­chy­lał nad sto­łem, cza­sem py­kał z faj­ki i okry­wał się dy­mem, a wte­dy za­pusz­czał ostre spoj­rze­nie czar­nych, bar­dzo ży­wych oczów w kar­ty prze­ciw­ni­ka, z cze­go zresz­tą ni­g­dy nie ko­rzy­stał.

Maks ze sku­pio­ną twa­rzą grał bar­dzo uważ­nie, bo prze­ciw­ni­cy by­li mi­strza­mi w pre­fe­ran­sie, i w prze­rwach le­ciał ocza­mi po oknach, któ­ry­mi księ­życ za­glą­dał i do dal­szych po­ko­jów, skąd go do­cho­dzi­ły gło­sy An­ki i Ka­ro­la.

Pan Adam zaś cią­gle nu­cił, wy­bi­jał takt, szar­pał buj­ną, choć prze­rze­dzo­ną czu­pry­nę i przy każ­dej no­wej grze wo­łał:

— Ślicz­ny ko­lor, dłu­gi ko­lor. Dam ja wam te­raz ba­sa­ły­ki. Król z da­mą, a dwór za nią. Za­cznie­my bić do ata­ku.

„Hej ma­zu­ry, bij­cież z gó­ry, a ko­sa­mi, osę­ka­mi” ta ra ra ta, ta! Szlu­suj z pra­we­go! — ko­men­de­ro­wał ener­gicz­nie i z roz­pło­mie­nio­ną twa­rzą, ru­chem jak­by się rzu­cał do ata­ku, bił kar­ta­mi w stół.

— A to byś je­go­mość grał po ludz­ku. A te two­je przy­śpiew­ki to tyl­ko roz­pu­sta żoł­nier­ska i nic wię­cej do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny. Ja­siek, a daj no ogień­ka, bo mi fa­jecz­ka zga­sła.

— To szlu­suj, przy­po­mi­na mi bar­dzo cie­ka­we zaj­ście, ja­kie mia­ło miej­sce...

— U Mi­gur­skich w Sie­radz­kiem, sły­sze­li­śmy już i to, sły­sze­li, do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny.

Za­jącz­kow­ski spoj­rzał groź­nie na uśmiech­nię­tą twarz księ­dza, ale nie rzekł nic, tyl­ko od­wró­cił się do nie­go bo­kiem i grał da­lej.

Maks raz jesz­cze roz­dał kar­ty i po li­cy­ta­cji po­szedł do Ka­ro­la.

— Ja­siek, a otwórz no okien­ko, bo tam pta­szecz­ki bo­że tak śpie­wa­ją.

Chło­pak otwo­rzył okno na ogród i po­kój za­la­ły chó­ry sło­wi­czych gło­sów i fa­le za­pa­chów bzów kwit­ną­cych pod okna­mi.

W po­ko­ju, do któ­re­go po­szedł Maks, nie by­ło lamp, na­to­miast świe­cił księ­życ su­ną­cy po ta­fli ciem­ne­go sza­fi­ru nie­bios.

Okna by­ły otwar­te i wpły­wał ni­mi czer­wo­ny, roz­śpie­wa­ny wie­czór.

Sie­dzie­li w mil­cze­niu.

— Ład­na ko­lek­cja ma­mu­tów — szep­nął Ka­rol do Mak­sa, bo w po­ko­ju gry zno­wu wy­bu­chła bu­rza i Za­jącz­kow­ski krzy­czał przez okno, że­by mu ko­nie za­kła­da­li na­tych­miast, a pan Adam śpie­wał na ca­łe gar­dło:

— „A choć chłod­no i głod­no, ży­je so­bie swo­bod­no!”

— Czę­sto gry­wa­ją ze so­bą?

— Co ty­dzień i przy­naj­mniej dwa ra­zy na ty­dzień się kłó­cą i roz­jeż­dża­ją bez po­że­gna­nia, co im zresz­tą wca­le nie prze­szka­dza żyć w wiel­kiej przy­jaź­ni.

— Pa­ni ich go­dzić mu­si nie­raz?

— O nie, bo raz spró­bo­wa­łam, a ksiądz za­pe­rzo­ny krzyk­nął na mnie: „Niech je­go­mo­ścian­ka pil­nu­je udo­jów!” Zresz­tą, oni nie mo­gli­by żyć bez sie­bie, a bę­dąc ze so­bą, nie mo­gli­by się nie kłó­cić.

— Ale co twój oj­ciec w Ło­dzi po­cznie bez nich? — zwró­cił się Maks do Ka­ro­la.

— A bo ja wiem, rów­nież w ogó­le nie wiem, po co oj­cu chce się Ło­dzi?

— Pan nie wie?... — szep­nę­ła An­ka zdzi­wio­nym gło­sem i by­ła­by coś mó­wi­ła wię­cej, ale dzwo­nek za­dźwię­czał u furt­ki.

Wy­szła i po­wró­ci­ła z de­pe­szą dla Ka­ro­la.

Ka­rol apa­tycz­nie wziął, ale nie do­czy­tał do koń­ca, tyl­ko zmiął ze zło­ścią i scho­wał do kie­sze­ni.

— Mo­że zła wia­do­mość? — za­py­ta­ła trwoż­nie An­ka, sto­jąc przed nim.

— Nie, tyl­ko głu­pia!

Mach­nął rę­ką, znie­cier­pli­wio­ny jej współ­czu­ją­cym spoj­rze­niem i cie­ka­wo­ścią.

Po­szedł do po­ko­ju gra­ją­cych i czy­tał po raz dru­gi.

De­pe­sza by­ła od Lu­cy.

— Bar­dzo się pan nu­dzi u nas?

— Ani sło­wa nie od­po­wiem na po­dob­ną in­sy­nu­ację. Wie pa­ni, je­stem zdu­mio­ny ży­ciem pań­stwa. Nie przy­pusz­cza­łem, że­by mo­gło gdzieś ist­nieć ży­cie dziw­nie spo­koj­ne, dziw­nie pro­ste i ta­kie ja­kieś wyż­sze. Do­pie­ro u pań­stwa po­zna­łem, że ja nie zna­łem Po­la­ków, do­pie­ro te­raz ro­zu­miem wie­le wła­ści­wo­ści Ka­ro­la. Szko­da, że się pań­stwo wy­pro­wa­dza­ją do Ło­dzi.

— Dla­cze­go?

— Bo nie bę­dę mógł już tu­taj ni­g­dy przy­je­chać.

— A w Ło­dzi pan nie ze­chce nas od­wie­dzać? — za­py­ta­ła ci­szej i nie wie­dzia­ła, dla­cze­go ser­ce jej za­bi­ło sil­niej jak­by oba­wą, że mo­że on nie ze­chce.

— Dzię­ku­ję pa­ni bar­dzo, uwa­żam to już za za­pro­sze­nie, moż­na?

— A moż­na, ale za to po­zna mnie pan ze swo­ją mat­ką.

— Kie­dy pa­ni tyl­ko roz­ka­że.

— Zo­sta­wię pa­na sa­me­go, bo mu­szę po­ma­gać do po­da­nia ko­la­cji.

Po­bie­gła do dru­gie­go po­ko­ju, w któ­rym Ja­gu­sia już na­kry­wa­ła.

Maks spa­ce­ro­wał wzdłuż po­ko­ju, ale dla­te­go, że­by prze­cho­dząc ko­ło drzwi otwar­tych spoj­rzeć na An­kę.

Pa­trzył z po­dzi­wem na jej wy­smu­kłą, do­sko­na­le ufor­mo­wa­ną fi­gu­rę, gdy się po­chy­la­ła nad sto­łem; na jej twarz o nie­zbyt re­gu­lar­nych ry­sach, ale peł­ną dziw­ne­go wdzię­ku i cie­płą, za­koń­czo­ną sze­ro­kim czo­łem, o gład­ko roz­cze­sa­nych po­środ­ku wło­sach kasz­ta­no­wa­tych.

Sza­ro błę­kit­na­we oczy pa­trzy­ły spod zu­peł­nie czar­nych brwi ja­sno, spo­koj­nie, ale z pew­ną su­ro­wo­ścią.

Maks przy­pa­try­wał się jej z wiel­kim za­ję­ciem i tak mu się bar­dzo po­do­ba­ła, że po­czuł pra­wie nie­chęć do Ka­ro­la, gdy tam­ten przy­szedł.

— Ju­tro wie­czo­rem je­chać do Ło­dzi mu­szę — po­wie­dział szorst­ko.

— Po co ci tak pil­no. Trzy świę­ta ma­ją ro­bot­ni­cy to i my użyj­my od­po­wied­nio Zie­lo­nych Świą­tek.

— Je­śli czu­jesz się tu­taj do­brze — zo­stań, ale ja mu­szę wy­je­chać.

— Po­je­dzie­my ra­zem — mruk­nął Maks, sia­da­jąc na pa­ra­pe­cie okna.

By­ło mu tu­taj tak do­brze, że się zdu­mie­wał nad so­bą, a ten chce go stąd za­bie­rać.

Pa­trzył z gnie­wem i ża­lem na Ka­ro­la.

— Mam bar­dzo pil­ne in­te­re­sa169 i mam do­syć wsi, za wie­le na­wet — mó­wił i cho­dził wzbu­rzo­ny, za­glą­dał do po­ko­ju gra­ją­cych, za­mie­niał po kil­ka obo­jęt­nych słów z An­ką, ale roz­de­ner­wo­wa­nia170 i nie­po­ko­ju, któ­ry był nu­dą za­ra­zem, stłu­mić nie umiał.

A do te­go przy­był jesz­cze ten te­le­gram Lu­cy, o któ­rej my­ślał z trwo­gą, bo mu za­po­wia­da­ła w naj­bar­dziej sta­now­czych sło­wach, że je­śli się we wto­rek nie po­ka­że, to ona po­tra­fi go zna­leźć i u na­rze­czo­nej, nie­chaj się co chce sta­nie po­tem.

Wie­dział, że Lu­cy do­trzy­mu­je sło­wa swo­im na­mięt­no­ściom, więc je­chać mu­siał.

Tak mu cię­żył ten sto­su­nek, tak znie­na­wi­dził już i jej pięk­ność, i te wię­zy mi­ło­ści, że mu ży­cie brzy­dło.

A po­tem An­ka.

Czuł, że mu jest naj­zu­peł­niej obo­jęt­ną, że za­czy­na chwi­la­mi nie­na­wi­dzić, gdy spo­ty­kał się z jej ja­snym, ufa­ją­cym wzro­kiem.

A mu­siał uda­wać mi­łość, mu­siał zmięk­czać ton gło­su wte­dy, gdy mu się kląć chcia­ło, mu­siał być uprzej­mym, uśmiech­nię­tym, prze­wi­du­ją­cym, słod­kim, jak przy­sta­ło na na­rze­czo­ne­go.

Ta ro­la by­ła mu wstręt­na nad wy­raz, a grać ją mu­siał dla oj­ca; grał ją i dla niej, i dla sie­bie już, bo uży­ciem po­sa­go­wych pie­nię­dzy An­ki zwią­zał się na za­wsze.

— Oże­nię się pręd­ko i wszyst­ko się skoń­czy — my­ślał. — Prze­cież ty­le mał­żeństw za­wie­ra się bez mi­ło­ści! — koń­czył apa­tycz­nie, ale rów­no­cze­śnie je­go dum­na am­bi­cja po­że­ra­ła mu du­szę.

Bu­rzy­ło się w nim wszyst­ko na myśl, że przez to mał­żeń­stwo zej­dzie do ro­li pion­ków, że je­śli ze­chce co mieć, to mu­si pra­co­wać la­ta ca­łe, mu­si wy­ci­skać ma­szy­ny, lu­dzi, wszyst­ko, że­by coś wy­ci­snąć dla sie­bie i to te­raz!

Te­raz, gdy mu sta­ry Mül­ler do­syć wy­raź­nie po­wie­dział, że mu od­da Ma­dę i za­rząd fa­bry­ki, od ra­zu mi­lio­no­wą for­tu­nę, od ra­zu wiel­kie in­te­re­sy i moż­ność ro­bie­nia jesz­cze więk­szych.

Od pew­ne­go cza­su czuł wstręt do ma­łych in­te­re­sów, czuł wstręt do tej wła­snej fa­bry­ki, ja­ką od wio­sny bu­do­wał, do tych oszczęd­no­ści gro­szo­wych, któ­rych re­zul­ta­tem by­ły set­ki ru­bli za­le­d­wie.

Ty­le lat cho­dził w kie­ra­cie pra­cy, cią­głej wal­ki i twar­de­go zdo­by­wa­nia każ­de­go ru­bla, ty­le lat tłu­mił w so­bie naj­roz­ma­it­sze za­chcian­ki, pra­gnie­nia, któ­rych nie mógł za­spo­ko­ić, ty­le lat był głod­nym sze­ro­kie­go, nie­za­leż­ne­go ży­cia — i te­raz, kie­dy to wszyst­ko mógł mieć, że­niąc się z Ma­dą — mu­siał się oże­nić z An­ką i przez to mu­siał wró­cić do jarz­ma mier­no­ści...

Bun­to­wał się prze­ciw­ko tej ko­niecz­no­ści wszyst­ki­mi si­ła­mi.

I gdy An­ka przy­szła pro­sić na ko­la­cję, spoj­rzał na nią gniew­nie i nic nie od­po­wie­dziaw­szy na jej za­py­ta­nie, po­szedł przy­su­nąć oj­ca z fo­te­lem do ja­dal­ne­go po­ko­ju.

Ko­la­cja by­ła bar­dzo oży­wio­na, bo ksiądz z Za­jącz­kow­skim kłó­ci­li się o po­li­ty­kę, po­ma­gał im pan Adam i Ka­rol, któ­ry drwił nie­mi­ło­sier­nie z Za­jącz­kow­skie­go i z je­go ko­niunk­tur po­li­tycz­nych, drwił z opty­mi­zmu księ­dza i ze zło­ścią zro­bił uwa­gę oj­cu, że spraw dzi­siej­szej po­li­ty­ki nie roz­strzy­ga­ją ar­ma­ty, a ro­zum sta­nu.

— Ta, ta, ta! — prze­drzeź­niał sta­ry z gnie­wem. Ty mi te­go nie mów, bo ja cię za­wsze prze­ko­nam, że ten miał ra­cję, kto miał ar­mat wię­cej i woj­ska. Ro­zum państw — to wiel­kie ar­mie, go­to­we do wy­ru­sze­nia w po­le, to ich du­sza, któ­ra rzą­dzi.

— Nie, pa­nie Ada­mie, du­szą państw jest spra­wie­dli­wość, ja­ką się rzą­dzą.

— Pań­stwa­mi kie­ru­je żo­łą­dek i je­go wy­ma­ga­nia — za­wo­łał Ka­rol umyśl­nie, aby spra­wić przy­krość księ­dzu, któ­ry się rzu­cił na te sło­wa i za­czął do­wo­dzić, że wszyst­ko wy­pły­wa z wo­li Bo­żej i że ta wo­la jest spra­wie­dli­wo­ścią, i że na tym stoi wszyst­ko.

Ka­rol już nie od­po­wia­dał, bo go znu­dzi­ły te bez­płod­ne ro­zu­mo­wa­nia, ale gdy ksiądz, oj­ciec i Za­jącz­kow­ski za­czę­li mu do­wo­dzić, że wszyst­ko się dzie­je za wo­lą Bo­ga, nie mógł już wy­trzy­mać i za­wo­łał z gnie­wem:

— Tłu­ma­czy­cie pa­no­wie so­bie świat przy po­mo­cy ka­te­chi­zmu; nie prze­czę, że to ła­twe, a miej­sca­mi dow­cip­ne na­wet.

— Bluź­nisz, do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny, bluź­nisz i ob­ra­żasz nas. Ja­siek, smy­ku je­den, daj no ogień­ka, bo mi fa­jecz­ka zga­sła! — wo­łał drżą­cym z obu­rze­nia gło­sem i faj­ka la­ta­ła mu w rę­ku ze wzru­sze­nia.

Py­kał, ale że nie mógł do­cią­gnąć się dy­mu, bo chło­pak nie mógł za­pa­lić, trza­snął go cy­bu­chem przez ple­cy i zno­wu za­czął prze­ko­ny­wać, ale te­raz już z ca­łą pa­sją.

— Nie bę­dzie pa­ni żal opusz­czać te­go ra­ju, ja­ki so­bie pa­ni stwo­rzy­ła w Ku­ro­wie — mó­wił ci­cho Maks do An­ki, bo obo­je nie mie­sza­li się do roz­mo­wy ogól­nej.

Mak­sa nic nie ob­cho­dzi­ły po­ru­sza­ne kwe­stie, a An­ka by­ła smut­na.

Ka­rol był ta­ki in­ny przez te kil­ka dni, tak jej pra­wie uni­kał, że dziew­czy­nę za­czął tra­pić głu­chy nie­po­kój, prze­czu­wa­nie ja­kie­goś nie­szczę­ścia, więc te­raz nie od­po­wia­da­ła Mak­so­wi, tyl­ko po­chy­la­jąc się nad sto­łem, za­py­ta­ła ci­cho, nie pod­no­sząc oczów171.

— Nie wie pan, czy Ka­ro­la nie spo­tka­ło co złe­go?

— Nie. Czy pa­ni co za­uwa­ży­ła?

— Tak mi się zda­wa­ło. Praw­da, za­po­mnia­łam, że mu­si mieć do­syć kło­po­tów z fa­bry­ką, praw­da... — do­da­ła ci­szej jak­by dla sie­bie, jak­by dla stłu­mie­nia po­dej­rzeń i nie­po­ko­jów.

Pod­nio­sła gło­wę i ocza­mi peł­nej tro­ski ser­decz­nej ogar­nę­ła je­go twarz schmu­rzo­ną i gry­zą­ce spoj­rze­nia, ja­kie rzu­cał na księ­dza.

— A co pań­stwo ro­bią z zie­mią?

— Dzia­dek chciał sprze­dać, ale pan Ka­rol opie­ra się te­mu, za co je­stem mu bar­dzo wdzięcz­ną, bo tak się zży­łam z tym do­mem, że nie mo­gła­bym bez przy­kro­ści po­my­śleć, że to już nie na­sze. Pra­wie wszyst­kie drze­wa w ogro­dzie, wszyst­kie ży­wo­pło­ty sa­dzi­ła al­bo mat­ka pa­na Ka­ro­la, al­bo ja. Więc niech pan po­my­śli, jak­by to by­ło cięż­ko roz­sta­wać się z tym na za­wsze.

— No, prze­cież moż­na gdzie in­dziej ku­pić ład­niej­szą po­sia­dłość.

— Tak moż­na, ale ona nie bę­dzie Ku­ro­wem — od­po­wie­dzia­ła do­tknię­ta, że nie ro­zu­miał i nie od­czu­wał jej przy­wią­za­nia do te­go ka­wał­ka zie­mi, na któ­rym się wy­cho­wa­ła.

Umil­kli, bo kłót­nia za­wrza­ła zno­wu po­mię­dzy Za­jącz­kow­skim i księ­dzem, któ­ry zi­ry­to­wa­ny bił cy­bu­chem w pod­ło­gę i za­wo­łał:

— Do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny, ja ci tyl­ko po­wiem, że ty je­steś Za­jącz­kow­ski, her­bu ba­ra­nia skó­ra. Ja­siek, ognia.

— A, Pa­nie Je­zu Chry­ste, co ten ksiądz wy­ga­du­je. To­mek, hun­cwo­cie je­den, a za­kła­daj ko­nie — ryk­nął do kuch­ni, gdzie je­go stan­gret jadł ko­la­cję i nie że­gna­jąc się wy­biegł, ubrał się w gan­ku i po­le­ciał, ale po­wró­cił za chwi­lę, bo za­po­mniał czap­ki, któ­rej szu­kał po wszyst­kich po­ko­jach, a zna­la­zł­szy ją, przy­biegł do sto­ło­we­go po­ko­ju, huk­nął pię­ścią w stół i za­wo­łał wście­kle:

— Je­go­mość po­dzię­kuj Bo­gu, że cię ochra­nia su­kien­ka ka­płań­ska, bo ina­czej ja bym je­go­mo­ścia na­uczył, co to jest mó­wić: Za­jącz­kow­ski her­bu ba­ra­nia skór­ka, ja bym na­uczył — krzy­czał, bi­jąc raz po raz w stół.

— Nie wy­le­waj waść her­ba­ty, do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny — rzekł spo­koj­nie ksiądz Szy­mon.

— Usiądź­cie no, o co tu się gnie­wać, no sia­daj­cież są­sie­dzie — za­pra­szał pan Adam.

— Nie usią­dę! No­ga mo­ja tu­taj wię­cej nie po­stoi, gdzie mnie ob­ra­ża­ją.

— Nie wy­le­waj waść her­ba­ty i jedź z Bo­giem — szep­tał ksiądz, uno­sząc swo­ją szklan­kę, któ­ra tań­czy­ła po sto­le wstrzą­sa­nym ude­rze­nia­mi pię­ści.

— Je­zu­ita, jak Bo­ga je­dy­ne­go ko­cham! — wrza­snął Za­jącz­kow­ski, huk­nął raz jesz­cze w stół i po­le­ciał.

Na po­dwó­rzu, a po­tem i na dro­dze jesz­cze sły­chać by­ło je­go głos łą­czą­cy się z tur­ko­tem brycz­ki, któ­rą od­jeż­dżał.

— Roz­grza­na pa­ła, o! Sły­sza­ne to rze­czy, że­by się o by­le sło­wo tak ob­ra­żać!

— A bo mu też ksiądz do­je­cha­łeś do ży­we­go mię­sa.

— To cze­mu ga­da głup­stwa.

— Każ­de­mu wol­no mieć swo­je zda­nia.

— Pod wa­run­kiem, że­by by­ło po­par­ciem na­sze­go — ode­zwał się iro­nicz­nie Ka­rol.

— Do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny, a to ten smyk na­praw­dę od­je­chał. Ja­siek, ka­na­lio daj no ogień­ka — za­wo­łał obu­rzo­ny i po­szedł do gan­ku wy­glą­dać za Za­jącz­kow­skim. — No wi­dzi­cie, co to za awan­tur­nik. Na­krzy­czał, na­wy­my­ślał mi i po­je­cha­ła so­bie be­stia.

— Wró­ci, prze­cież to nie pierw­szy i nie ostat­ni raz — ode­zwa­ła się An­ka.

— Hm, wró­ci? już­cić, że wró­ci, ale za­wsze, co so­bie o nas po­my­śli pan Baum.

— Po­my­śli, że pa­no­wie do­brze śpi­cie, do­brze się od­ży­wia­cie i du­żo ma­cie cza­su, sko­ro go zu­ży­wa­cie na ta­kie dzie­cin­ne kłót­nie — szep­nął iro­nicz­nie Ka­rol.

Ksiądz po­pa­trzył na nie­go groź­nie, ale oczy mu się ry­chło roz­ja­śni­ły, wy­trzą­snął po­piół z faj­ki, na­bił w nią ty­to­niu i pod­sta­wia­jąc do za­pa­le­nia Jaś­ko­wi, szep­nął:

— Draż­nią cię kły, do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny, to na plu­chę...

Po­że­gnał się wkrót­ce i po­szedł do do­mu.

Mil­cze­nie dłu­gie za­pa­no­wa­ło.

Sta­ry drze­mał na swo­im fo­te­lu.

An­ka ze słu­żą­cą sprzą­ta­ła ze sto­łu, a Ka­rol za­to­pił się w głę­bo­kim fo­te­lu i pa­lił pa­pie­ro­sa, spo­glą­da­jąc z iro­nią na Mak­sa, któ­ry bie­gał błysz­czą­cy­mi ocza­mi za każ­dym ru­chem An­ki.

Za­raz się też ro­ze­szli spać.

Maks miał łóż­ko w sa­lo­ni­ku od ogro­du.

Noc by­ła cu­dow­na, sło­wi­ki roz­śpie­wy­wa­ły się co­raz tę­sk­niej, aż im za­czę­ły od­po­wia­dać z nad­rzecz­nych gąsz­czów ko­sy i po­lał się wte­dy nie­po­rów­na­nie pięk­ny deszcz dźwię­ków, któ­ry się roz­le­wał w tej ci­chej, cza­row­nej no­cy czerw­co­wej, peł­nej cie­pła bi­ją­ce­go z roz­grza­nej zie­mi, gwiazd na nie­bie i za­pa­chu bzów, któ­rych by­ły peł­ne klom­by sto­ją­ce przed okna­mi.

Maks nie mógł spać.

Otwo­rzył okno i pa­trzył w okrę­co­ny mgła­mi świat.

My­ślał o An­ce, gdy na­raz usły­szał przy­ci­szo­ny jej głos.

Wy­chy­lił się oknem i zo­ba­czył ją sie­dzą­cą w oknie swe­go po­ko­ju, w ofi­cy­nie przy­sta­wio­nej do dwo­ru pod ką­tem pro­stym,

— Cze­mu mi nie chcesz po­wie­dzieć, co cię mę­czy? — pro­sił głos zwró­co­ny do okna na­prze­ciw.

— Nic mnie nie mę­czy, je­stem zde­ner­wo­wa­ny — od­po­wie­dział głos dru­gi.

— Zo­stań dni kil­ka, to się tro­chę uspo­ko­isz.

Nie­wy­raź­ne mruk­nię­cie by­ło od­po­wie­dzią. Po­tem głos pierw­szy mó­wić po­czął tak ci­cho, że Maks nic sły­szeć nie mógł, na­to­miast usły­szał chór żab re­cho­czą­cy gdzieś w łą­kach i tur­kot wo­zów ja­dą­cych szo­są, i gło­sy pta­ków śpie­wa­ją­cych co­raz gło­śniej.

Księ­życ świe­cił tak ja­sno, że po­włó­czył war­stwą srebr­na­wą mo­kre od ro­sy li­ście, a mgły czy­nił po­dob­ne do zwo­jów srebr­nej ga­zy.

— Je­steś ro­man­tycz­ka — roz­legł się zno­wu głos mę­ski z ak­cen­tem gnie­wu.

— Czy dla­te­go, że cię ko­cham? Czy dla­te­go, że każ­dą two­ją tro­skę bio­rę w ser­ce tak moc­no, moc­niej niż swo­je wła­sne, że chcia­ła­bym, abyś był zu­peł­nie szczę­śli­wym?

— Nie, nie dla­te­go, ale dla­te­go, że bez wzglę­du na moż­li­wy ka­tar, chce ci się ze mną mó­wić przez okno, praw­da, że to i przy księ­ży­cu, i przy śpie­wie sło­wi­ka.

— Do­bra­noc.

— Do­bra­noc pa­ni.

Okno trza­snę­ło i bia­ła fi­ran­ka za­sło­ni­ła wnę­trze po­ko­ju, roz­świe­co­ne te­raz.

Ka­rol nie od­szedł, bo roz­legł się trzask za­pał­ki i cien­ka stru­ga si­ne­go dy­mu wy­pły­nę­ła z po­ko­ju i dar­ła się o sło­mia­ny okap da­chu, pa­lił pa­pie­ro­sa.

Maks rów­nież za­pa­lił, ale po ci­chu, że­by nie za­uwa­żo­no, iż słu­cha.

Był bar­dzo cie­ka­wym, czy An­ka wró­ci jesz­cze i co mó­wić bę­dą.

Gniew Mak­sa na Ka­ro­la rósł co chwi­la.

Ale okno An­ki wciąż by­ło za­mknię­te, do­strzegł tyl­ko, że za fi­ran­ką cień jej się uka­zy­wał co chwi­la i przy­sta­wał przy oknie, był­by mo­że na­wet usły­szał sze­lest jej kro­ków, ale sło­wi­ki prze­szka­dza­ły i wiatr, któ­ry wstał gdzieś z łąk i ba­gnisk, przy­czoł­gał się po zbo­żach, co sta­ły czar­ną ścia­ną, wdarł się po­mię­dzy drze­wa i za­czął szu­mieć i trząść bza­mi, i dmu­chał w sło­mia­ne po­szy­cie do­mu, i owie­wał mu twarz wil­got­nym, prze­sy­co­nym za­pa­chem zbóż i cie­pła od­de­chem.

— Ju­tro bę­dzie Karcz­ma­rek, ten co chce ku­pić od nas — ode­zwał się zno­wu głos.

Maks za­pa­trzył się tak w ogród, że nie wi­dział otwie­ra­nia okna.

— Prze­cież oj­ciec nie sprze­da.

— Ale to­bie mo­że po­trzeb­ne te pie­nią­dze.

— Tak, po­trze­ba mi mi­lion — za­szem­rał głos drwią­cy.

— Karcz­ma­rek chce wy­dzier­ża­wić cho­ciaż­by, po­trze­bu­je ma­jąt­ku dla zię­cia.

— To się ju­tro umó­wi­my.

— Cu­go­we ko­nie weź­miesz do Ło­dzi, czy sprze­dasz?

— A po cóż bym brał sta­re kla­ki.

— Ale dzia­dek się do nich tak przy­zwy­cza­ił — mó­wił smut­nie so­pran.

— To się od­zwy­czai. Dzie­ciń­stwa za­wsze ci się trzy­ma­ją. To mo­że i prze­flan­co­wać pół ogro­du do Ło­dzi, mo­że byś chcia­ła za­brać i krów­ki swo­je, i ku­recz­ki, i gą­ski, i pro­siacz­ki — był­by ca­ły kom­plet.

— Je­śli są­dzisz, że drwi­ny po­wstrzy­ma­ją mnie od za­bra­nia te­go, bez cze­go obyć bym się nie mo­gła, to się my­lisz.

— Nie za­po­mnij­że za­brać i por­tre­tów ro­dzin­nych. Se­na­to­rom Rze­czy­po­spo­li­tej mu­si być tę­sk­no, tam na stry­chu, do zna­le­zie­nia się w Ło­dzi — brzmiał szy­der­czy głos.

So­pran nic nie od­po­wie­dział.

Sły­chać by­ło jak­by bar­dzo ci­che łka­nie, ale tak ci­che, że wy­da­wa­ło się Mak­so­wi jak­by beł­ko­tem stru­mie­nia pły­ną­ce­go za ogro­dem.

— An­ka, prze­bacz mi! Nie chcia­łem ro­bić ci przy­kro­ści. Ta­ki je­stem zde­ner­wo­wa­ny. Prze­bacz mi, An­ka nie płacz.

Maks uj­rzał, że Ka­rol wy­sko­czył do ogro­du, no i to rów­nież zo­ba­czył, że dwa bia­łe ra­mio­na wy­cią­gnę­ły się do nie­go z okna i że ich gło­wy bar­dzo bli­sko by­ły sie­bie.

Nie pa­trzył i nie słu­chał wię­cej.

Za­mknął okno i po­ło­żył się spać, ale sen nie nie przy­cho­dził; prze­wra­cał się na wszyst­kie stro­ny, klął, pa­lił pa­pie­ro­sy, ale za­snąć nie mógł, bo sło­wi­ki tak gło­śno śpie­wa­ły w bzach i cią­gle mu się wy­da­wa­ło, że sły­szy gło­sy An­ki i Ka­ro­la.

— Co oni mo­gą so­bie opo­wia­dać tak dłu­go? — my­ślał iry­tu­jąc się co­raz bar­dziej i aby się prze­ko­nać, czy są jesz­cze, wstał.

Ka­rol stał pod oknem An­ki, ale roz­ma­wia­li tak ci­cho, że nic sły­chać nie by­ło.

— Spać na­wet nie moż­na od tych amo­rów — mruk­nął ze zło­ścią i za­trza­snął okno z hu­kiem.

Nie usnął jed­nak, nie da­ła mu spać ta noc czerw­co­wa, ki­pią­ca po­tęż­nym ży­ciem wio­sny.

Księ­życ wi­siał wprost okien, na­peł­niał po­kój nie­bie­ska­wym py­łem i roz­le­wał po­to­ki ła­god­ne­go świa­tła na uśpio­ne mia­stecz­ko, na pu­ste ulicz­ki i na sze­ro­kie po­la, po­kry­te lek­ko fa­lu­ją­cy­mi zbo­ża­mi, nad któ­ry­mi roz­włó­czy­ły się szkli­ste mgły i wi­sia­ły spo­koj­nie, z łąk i opa­rze­lisk pod­no­si­ły się bia­ła­we opa­ry ni­by dy­my z ka­dziel­nic i bi­ły kłę­ba­mi ku gra­na­to­wym prze­strze­niom; a z mgieł, ze zbóż sen­nie szu­mią­cych, oper­lo­nych ro­są wzno­sił się co­raz po­tęż­niej chrzęst świersz­czy­ków po­lnych, pły­ną­cy przy­tłu­mio­nym i roz­dr­ga­nym na mi­lio­ny dźwię­ków ryt­mem bez­u­stan­nie roz­brzmie­wa­ją­cym w po­wie­trzu; od­po­wia­da­ły im chó­ry żab, któ­re pod­no­si­ły z ba­gnisk re­chot i wo­ła­ły ostro: ra­de, ra­de, ra­de!

Mil­kły po chwi­li, aby dać głos in­nym chó­rom usa­do­wio­nym na dal­szych bło­tach, po sta­wach za­ro­śnię­tych, prze­bły­sku­ją­cych lu­stra­mi wo­dy, przez któ­re wlo­kły się pro­mie­nie księ­ży­ca ni­by ostrza zło­te; po brze­gach stru­mie­ni ob­ro­śnię­tych po­chy­lo­ny­mi pod cię­ża­rem ro­sy ta­ta­ra­ka­mi, po ro­wach peł­nych żół­tych ka­czeń­ców i nie­bie­skich nie­za­po­mi­na­jek, nad któ­ry­mi sta­ły po­próch­nia­łe wierz­by o wiel­kich gło­wach, po­kry­tych ni­by wło­sem gę­stym mło­dy­mi pę­da­mi.

Ze wszyst­kich stron zry­wa­ły się hym­ny śpie­wa­ne z upo­je­niem w tę noc wio­sen­ną, peł­ną cza­ru nie­opo­wie­dzia­ne­go, krzy­ków głę­bo­kich, śpie­wów, drgań le­d­wie od­czu­tych i mi­ło­ści.

Sło­wi­ki śpie­wa­ły w każ­dej kę­pie bzów i od­po­wia­da­ły im ty­sią­cz­ne gło­sy ptac­twa, kle­kot bo­cia­nów zry­wa­ją­cy się cza­sa­mi z wiel­kie­go mo­drze­wiu, sto­ją­ce­go w szczy­cie dwo­ru, krzy­ki ję­kli­we cza­jek na mo­cza­rach, słod­ki szcze­biot ja­skó­łek po gniaz­dach, chrzę­sty zbóż, hu­cze­nie chra­bąsz­czów go­nią­cych się po drze­wach, ry­ki krów po obo­rach i rże­nie da­le­kie ko­ni po­zo­sta­wio­nych na noc po pa­stwi­skach.

A chwi­la­mi milk­nął świat i ro­bi­ła się ci­sza tak głu­cha i prze­ogrom­na, że sły­chać by­ło ka­pa­nie ro­sy spły­wa­ją­cej z li­ścia na liść i beł­kot rze­czuł­ki za dwo­rem, i jak­by głę­bo­ki od­dech zie­mi.

Ale po tej chwi­lo­wej ci­szy — wszyst­kie gło­sy ze­rwa­ły się w tym moc­niej­szym chó­rze, wszyst­kie drze­wa, tra­wy i stwo­rze­nia śpie­wa­ły przej­mu­ją­cy hymn mi­ło­ści i jak­by wy­cią­ga­ły do sie­bie ga­łę­zie, kwia­ty, ra­mio­na i od­da­wa­ły się so­bie z prze­ra­ża­ją­cym unie­sie­niem.

Ca­ła zie­mia we wszyst­kich gło­sach śpie­wów, beł­ko­tów i szu­mów, we wszyst­kich tęt­nach ro­ślin i two­rów, we wszyst­kich skrze­niach bla­sków i pro­mie­nio­wań, we wszyst­kich za­pa­chach prze­ni­ka­ją­cych po­wie­trze — skłę­bia­ła się w prze­ogrom­ny, na­brzmia­ły żą­dzą mi­ło­ści wir, któ­ry jak­by po­rwa­ny roz­sza­le­niem tej wio­sen­nej no­cy i po­że­ra­ją­cą tę­sk­no­tą wiecz­no­ści, rzu­cał się na oślep w ob­ję­cie bez­d­ni ze­wsząd roz­war­tej, ciem­nej, błysz­czą­cej zim­ną ro­są gwiazd i mi­liar­da­mi słońc i pla­net, głu­chej, ta­jem­ni­czej, strasz­nej.

Nie, Maks usnąć nie mógł.

Sło­wik, któ­ry śpie­wał pod oknem, tak go roz­draż­nił, że chciał go spło­szyć — ale ptak nie sły­szał, sie­dział na ko­ły­szą­cej się pod nim ga­łąz­ce i śpie­wał cu­dow­ne tre­le, lał ca­łe po­to­ki dźwię­ków, roz­sy­py­wał to­ny jak per­ły, któ­re spły­wa­ły na ogród, na kwia­ty, ni­by ka­ska­da roz­sie­wa­ją­ca czar nie­wy­sło­wio­ny. Sa­micz­ka gdzieś z głę­bi drze­wa od­po­wia­da mu sen­nym i apa­tycz­nym ćwier­ka­niem.

— Aże­by cię dia­bli wzię­li z two­im pi­skiem! — za­wo­łał zi­ry­to­wa­ny i rzu­cił ka­ma­szem w krzak, ptak sfru­nął na in­ny krzew, a gdy Maks za­mknął okno i po­wró­cił do łóż­ka, sło­wik po­wró­cił na daw­ne miej­sce i śpie­wał da­lej, co Mak­sa tak roz­gnie­wa­ło, że od­wró­cił się do ścia­ny, gło­wę okrę­cił w koł­drę i za­snął do­pie­ro nad ra­nem.

Prócz pa­na Ada­ma nikt do­brze nie spał tej no­cy we dwo­rze ku­row­skim.

Szcze­gól­niej An­ka, któ­rej ta dłu­ga roz­mo­wa z Ka­ro­lem nie uspo­ko­iła, a prze­ciw­nie, za­czę­ła bu­dzić w niej jesz­cze ciem­ne po­dej­rze­nia, że coś przed nią ukry­wa, ale ani przez mgnie­nie nie przy­pusz­cza­ła, że ukry­wał obo­jęt­ność, że już z tru­dem i wy­sił­kiem uda­wał mi­łość.

Nie po­dej­rze­wa­ła go, bo sa­ma ko­cha­ła ca­łą po­tę­gą na­mięt­ne­go, dwu­dzie­sto­let­nie­go ser­ca.

A po­tem i dla­te­go spać nie mo­gła, że ma­rzy­ła ma­rzy­ła o tym łódz­kim ży­ciu, o przy­szło­ści nie­da­le­kiej, o tym, że za mie­siąc opu­ścić mu­si Ku­rów, gdzie ty­le lat prze­miesz­ka­ła.

— Co ja w Ło­dzi bę­dę ro­bić? — snu­ło się jej upo­rczy­wie w my­śli, ale ra­no prze­rwa­ły jej te ma­ja­cze­nia na pół sen­ne ha­ła­sy po­dwó­rza, wy­pę­dza­nie krów na pa­stwi­sko i krzy­ki gę­si.

Wsta­ła za­raz.

Pan Adam już jeź­dził na swo­im wóz­ko-fo­te­lu, po­py­cha­ny przez wy­rost­ka; jeź­dził po po­dwó­rzu, za­glą­dał do obór, krzy­czał na pa­stu­cha, po­gwiz­dy­wał na go­łę­bie, któ­re ca­łą ban­dą opa­dły z go­łęb­ni­ka na nie­go, sia­da­ły na ra­mio­nach, wi­sia­ły na po­rę­czach, trze­pa­ły się nad nim roz­gru­cha­ną, ha­ła­śli­wą chmu­rą i wy­dzie­ra­ły so­bie groch, ja­ki im sam co­dzien­nie roz­sy­py­wał.

— Wa­luś, stać w sze­re­gach! Ra­zem do ata­ku! „Je­den ru­chu, dru­gi ru­chu” tra la la la — pod­śpie­wy­wał i ko­men­de­ro­wał śnież­nej roz­gru­cha­nej ho­ło­cie, któ­ra ze wszyst­kich stron zla­ty­wa­ła się do nie­go.

„Mia­ła ba­bu­leń­ka ko­zła ro­ga­te­go. Tych bych, tych bych, ko­zła ro­ga­te­go”.

— Wa­luś, do ogro­du! — ko­men­de­ro­wał ostro, oga­nia­jąc się od go­łę­bi ka­pe­lu­szem, bo le­cia­ły za nim i opa­da­ły na wó­zek — A ru­szaj no się be­stio!

— Adyć się ru­cham! — od­po­wia­dał sen­nie wy­ro­stek, wtła­cza­jąc wó­zek do ogro­du, po­mię­dzy sze­reg ja­bło­ni po­kry­tych kwia­tem tak gę­stym, że na tle traw­ni­ków sta­ły po­dob­ne do ol­brzy­mich stoż­ko­wych bu­kie­tów, owia­nych ró­żo­wym py­łem i chma­rą roz­brzę­czo­nych172 psz­czół, co jak rdza­we ku­le prze­la­ty­wa­ły z kwia­tu na kwiat.

Wil­gi śpie­wa­ły na wi­śniach, a bo­cian stał w gnieź­dzie, prze­wra­cał szy­ję aż na grzbiet i kle­ko­tał za­wzię­cie.

— Wa­luś, a ja­błusz­ka bę­dą, co?

— Ju­ścić, że być bę­dą,

— A ru­szaj no żwa­wo.

— Adyć się ru­cham!

— A gru­szecz­ki bę­dą, co?

— A bę­dą, co ni ma­ją być.

— A obe­rwiesz be­stio, co?

— Ja tam nie od­ry­wam — burk­nął chło­pak, nie­rad z przy­po­mnie­nia.

— A prze­szłe­go ro­ku, kto to zjadł pan­ny, he?

— Fran­cisz­ków Mi­chał, a nie ja!

— Wiem, wiem, bo do­stał­byś tak, że niech cię rę­ka bo­ska bro­ni! „Mia­ła ba­bu­leń­ka ko­zła ro­ga­te­go”. Ko­siu, ko­siu! — za­wo­łał i za­czął gwiz­dać na ko­sa, sie­dzą­ce­go w klat­ce na ze­wnątrz okna.

Kos wy­jął gło­wę spod skrzy­dła, otrze­pał się, na­słu­chi­wał chwi­lę to jed­nym, to dru­gim uchem, sko­czył na wyż­szy prę­cik i we­so­ło od­gwiz­dy­wał swo­je­mu pa­nu, ale umilkł za­raz, bo się roz­le­wał w po­wie­trzu świe­go­tli­wy, dźwięcz­ny głos sy­gna­tur­ki z klasz­to­ru, któ­re­go wie­że i sze­reg okien wi­dać by­ło z ogro­du nad pła­ski­mi da­cha­mi mia­stecz­ka.

— Wa­luś, do klasz­to­ru! od­wie­dzi­my księ­dza Li­be­ra­ta, a żwa­wo be­stio.

— Adyć się ru­cham, ja­że173 mi ku­la­sy ster­gły.

Po­je­cha­li ścież­ką, bie­gną­cą z ogro­du nad rze­ką, po­mię­dzy łą­ka­mi, znad któ­rych zwłó­czy­ły się reszt­ki mgieł, ni­by po­szar­pa­ne strzę­py mu­śli­nów, wśród któ­rych mi­go­ta­ły się fan­ta­stycz­ne skrę­ty ja­skó­łek świer­go­cą­cych w sza­lo­nym lo­cie.

Dru­gi bo­cian cho­dził z wiel­ką po­wa­gą po łą­kach i raz po raz za­nu­rzał ostry dziób w zie­lo­nej tra­wie, wy­cią­gał ża­bę, pod­no­sił szy­ję do gó­ry i po­ły­kał z na­masz­cze­niem.

Rzecz­ka pły­nę­ła by­stro wą­skim pa­sem błę­ki­tu, po któ­rym roz­pry­ski­wa­ły się co chwi­la srebr­ne łu­ski drob­nych fal i ob­my­wa­ły dłu­gie li­nie ża­bień­ców i nie­za­po­mi­na­jek, co żół­ty­mi i błę­kit­ny­mi ocza­mi pa­trzy­ły w wo­dę, na ko­ro­wo­dy pło­wych kieł­bi­ków, go­nią­cych się na mie­li­znach, na wą­skie zie­lo­na­we grzbie­ty i ostre gło­wy szczu­pa­ków, przy­cza­jo­nych pod li­ścia­mi174 grzy­bie­ni, co jak zie­lo­ne rę­ce le­ża­ły na wo­dzie, na tych łu­pież­ców ci­chej rzecz­ki, któ­rzy ni­by ku­le le­cie­li wskroś ry­bie­go tłu­mu, po­ły­ka­li w prze­lo­cie kieł­bia lub płot­kę i nim gro­ma­da zdą­ży­ła się roz­biec, zni­ka­li w gąsz­czach brze­gów, po­mię­dzy czer­wo­na­wy­mi li­ścia­mi po­mór­ni­ków, pod cie­niem roz­kwi­tłej cze­rem­chy, du­szo­nej przez ra­mio­na dzi­kie­go chmie­lu, któ­re drga­ły na wart­kim prą­dzie ni­by roz­sy­pa­ne zie­lo­ne war­ko­cze.

Po­tem je­cha­li ty­ła­mi mia­stecz­ka, ścież­ką bie­gną­cą przez za­go­ny ogro­dów wa­rzyw­nych i sa­dów, peł­nych kwit­ną­cych drzew i za­pa­chów ce­bu­li, gdzie na mie­dzach pa­sły się bro­da­te ko­zy, a na krze­wach zie­lo­ne­go agre­stu, na po­ła­ma­nych pło­tach wie­trzy­ła się po­ściel. Prze­je­cha­li ogród, ja­ki się roz­cią­gał tuż za mu­ra­mi ota­cza­ją­cy­mi klasz­tor i Wa­luś pchał wó­zek do wnę­trza klasz­to­ru na ko­ry­tarz.

W klasz­to­rze pu­sto by­ło i ci­cho.

Okna­mi wdzie­rał się wiatr i za­glą­da­ły zie­lo­ne ga­łę­zie krze­wów, bo w po­środ­ku mu­rów był nie­wiel­ki ogró­dek.

Kil­ka drzew owo­co­wych pię­ło się do słoń­ca i za­glą­da­ło do cel pierw­sze­go i dru­gie­go pię­tra, a resz­tę ogród­ka zaj­mo­wa­ły tra­wy i chwa­sty, na tle któ­rych mi­go­ta­ły bia­łe, smut­ne głów­ki nar­cy­zów.

— Niech bę­dzie po­chwa­lo­ny! — za­wo­łał pan Adam, przy­sta­jąc przy jed­nym z okien.

— Na wie­ki wie­ków! — od­po­wie­dział Li­be­rat, któ­ry w swo­im bia­ło-czar­nym ha­bi­cie do­mi­ni­kań­skim, chu­dy, zgar­bio­ny, wlókł się pod ścia­ną.

Pod­niósł wy­bla­dłe i jak­by nie­przy­tom­ne oczy, pa­trzył dłu­go, nim po­znał, kto do nie­go za­ga­dał.

— Ja­kie zdro­wie? Bo wczo­raj mó­wił ksiądz Szy­mon, że oj­ciec zdrow­szy.

— Nie, nie... nie zdrow­szy — szep­tał ksiądz bla­dy­mi usta­mi.

Je­go sza­ra, wy­schnię­ta twarz, po­dob­na w to­nie do tych ota­cza­ją­cych mu­rów, roz­ja­śni­ła się jak­by uśmie­chem.

— Mo­że oj­ciec bę­dzie ła­skaw przyjść dzi­siaj do nas na obiad?

— Nie, nie! Nic już jeść nie mo­gę, ży­ję ocze­ki­wa­niem, bo dziś lub ju­tro umrę...

— Co też ksiądz mó­wi — za­pro­te­sto­wał ener­gicz­nie pan Adam, ale ksiądz Li­be­rat uśmiech­nął się i głasz­cząc się po twa­rzy ga­łąz­ką bzu kwit­ną­ce­go ode­tchnął tym za­pa­chem i szep­tał głu­cho:

— Śmierć już stoi przy mnie! Śmierć już jest we mnie! — po­wtó­rzył moc­niej, aż się pan Adam cof­nął nie­co, a Wa­luś prze­że­gnał się ze stra­chu.

— Był u mnie dzi­siaj w no­cy prze­or — do­dał ci­cho.

— Je­zus Ma­ria! Przy­wi­dze­nie, mój oj­cze i nic wię­cej. Pro­szę, toż on umarł z pięt­na­ście lat te­mu.

— Był. Wi­dzia­łem go! Mo­dli­łem się na chó­rze i kie­dym scho­dził do ce­li, zo­ba­czy­łem jak szedł przede mną ko­ry­ta­rzem, do każ­dej ce­li pu­kał i z każ­dej ce­li, od­po­wia­dał mu głos ja­kiś, a on szedł da­lej jak­by zwo­łu­jąc wszyst­kich. Znik­nął mi na za­krę­cie, a gdym się już po­ło­żył, usły­sza­łem pu­ka­nie. Pod­nio­słem się i otwo­rzy­łem drzwi: stał na środ­ku ko­ry­ta­rza, rę­kę pod­niósł do gó­ry, pa­trzył na mnie i po­wie­dział:

— Pójdź!

Po­sze­dłem za nim, wiódł mnie przez wszyst­kie ko­ry­ta­rze, a ze wszyst­kich cel wy­cho­dzi­li oj­co­wie i szli­śmy ra­zem do re­fek­ta­rza, tam już by­ło peł­no i cią­gle wcho­dzi­li no­wi, wszy­scy ja­cy by­li od sa­me­go po­cząt­ku na­sze­go klasz­to­ru. Ja­kiś bar­dzo sta­ry oj­ciec od­czy­ty­wał z wiel­kiej księ­gi na­zwi­sko, wy­wo­ły­wał po ko­lei, po ko­lei pod­cho­dzi­li do nie­go, a on wte­dy kar­tę z na­zwi­skiem wy­dzie­rał i rzu­cał w po­wie­trze, za­pa­la­ła się i ku­la ogni­sta wy­pły­wa­ła okna­mi w świat, a każ­dy wy­czy­ta­ny zni­kał. Zo­sta­łem tyl­ko sam, a on prze­czy­tał mo­je imię: Oj­ciec Li­be­rat.

— Pójdź! — szep­nął mi prze­or.

— Ostat­ni! — za­wo­łał czy­ta­ją­cy i wol­no wy­dzie­rał mo­ją kar­tę, tak wol­no, że czu­łem, iż mi wy­dzie­ra ży­cie.

Ostat­ni!— po­wie­dział prze­or, po­pa­trzył na klasz­tor, na mnie, po­ca­ło­wał mnie w czo­ło i szep­nął:

— Pójdź!

— Idę o pa­nie! kie­dy mnie wo­łasz do sie­bie. Idę!... — szep­nął ksiądz za­pa­trzo­ny w płat błę­ki­tu wi­szą­cy nad ogród­kiem, skrzy­żo­wał rę­ce na pier­siach i stał, po­dob­ny ze swej si­no­ści do po­są­gów.

Ja­skół­ki bie­ga­ły nad nim jak sza­lo­ne, wró­ble ćwier­ka­ły po drze­wach, nie sły­szał nic i nic nie wi­dział, za­to­pio­ny w mo­dli­twie i w wi­zji tej prze­czu­wa­nej śmier­ci.

Ca­ły za­kon wy­marł i on ostat­ni z sze­re­gu nie­zli­czo­ne­go, czuł, że umie­ra.

Pan Adam przy­na­glał do po­śpie­chu Wa­lu­sia, bo chciał jak naj­prę­dzej zna­leźć się w do­mu. Ksiądz Li­be­rat przej­mo­wał go stra­chem za­wsze, a dzi­siaj za­trząsł nim do głę­bi opo­wia­da­niem te­go wi­dze­nia noc­ne­go. Pan Adam od­dy­chał po­wie­trzem pól i kwia­tów, pa­trzył na zie­leń i na lu­dzi, pró­bo­wał gwiz­dać i przy­śpie­wy­wać, ale głos mu wiązł w gar­dle, oglą­dał się za sie­bie, jak­by z oba­wą, że uj­rzy te umar­łe ko­ro­wo­dy za­kon­ne i krzy­czał:

— Wa­luś, a ru­szaj no się be­stio!

— Adyć się ru­cham.

Na gan­ku za­stał An­kę; sie­dzia­ła na ni­skim sto­łecz­ku, oto­czo­na chmu­rą mło­dziut­kich kur­cząt, któ­rym da­wa­ła jeść.

Maks stał we drzwiach i z po­dzi­wem przy­pa­try­wał się sie­lan­ko­wej sce­nie.

— Gdzie oj­ciec był?

— U księ­dza Li­be­ra­ta.

— Zdrow­szy?

— Ale, on już zu­peł­nie men­te cap­tus175, zu­peł­nie. Opo­wia­dał mi nie­stwo­rzo­ne rze­czy i twier­dzi, że dzi­siaj lub ju­tro naj­da­lej umrze.

— Czy to ten ksiądz, któ­ry był wczo­raj u pań­stwa? — za­py­tał Maks.

— Nie. Ksiądz Szy­mon jest na­szym pro­bosz­czem, a ten zaś, to ostat­ni z do­mi­ni­ka­nów, ja­cy by­li w na­szym klasz­to­rze. Oj­ciec Li­be­rat, to czło­wiek wiel­kiej na­uki i po­boż­no­ści, ale..! cho­ry. Pra­wie obłą­ka­ny. Przez ca­łe ty­go­dnie nie­raz nie sy­pia, nie ja­da, od lu­dzi stro­ni, a tyl­ko mo­dli się roz­cią­gnię­ty na pod­ło­dze daw­ne­go chó­ru za­kon­ne­go i no­ca­mi od­wie­dza pu­ste ce­le i roz­ma­wia z daw­no umar­ły­mi. A przy tym wszyst­kim...

Na­chy­lił się do Mak­sa i coś szep­tał, ale An­ka mu prze­rwa­ła.

— Ta­siuch­ny, taś, taś, taś! — wo­ła­ła na sta­do ka­cząt, trze­pią­cych się za­pa­mię­ta­le w sa­dzaw­ce, nie zwa­ża­jąc na roz­pacz­li­we krzy­ki i bie­ga­ni­nę ku­ry, któ­ra je wy­sie­dzia­ła.

Kwo­ka krzy­cza­ła jak­by na ra­tu­nek, pod­fru­wa­ła na wo­dę i co­fa­ła się z prze­stra­chem.

— Pa­ni co­dzien­nie i sa­ma kar­mi wszy­stek drób?

— Co­dzien­nie.

— Prze­cież to du­ża pra­ca!

— Sko­ro się sa­mo nic nie ro­bi, więc trze­ba ro­bić — od­po­wie­dzia­ła we­so­ło i zwo­ły­wa­ła przed ga­nek co­raz no­we sta­da, któ­re ścią­ga­ły ze wszyst­kich ką­tów po­dwó­rza, rzu­ca­ły się na żer chci­wie i na­peł­nia­ły po­wie­trze we­so­łym krzy­kiem.

An­ka sia­dła na pro­gu gan­ku i raz po raz czer­pa­ła ze sto­ją­cych obok niej prze­ta­ków to garść ka­szy ja­gla­nej, to jęcz­mie­nia, to psze­ni­cy i rzu­ca­ła na ru­chli­wą, roz­krzy­cza­ną ho­ło­tę pta­sią, kłę­bią­cą się za­pa­mię­ta­le i bi­ją­cą się po­mię­dzy so­bą.

By­ły kur­cząt­ka po­kry­te żół­tym pu­chem, któ­re ró­żo­wy­mi dziób­ka­mi, z nad­zwy­czaj­ną zwin­no­ścią wy­bie­ra­ły ja­gły i co chwi­la bie­gły do kwo­ki, raz wraz na­wo­łu­ją­cej dzie­ci do no­we­go że­ru, ja­ki od­kry­wa­ła na zie­mi; by­ły in­dycz­ki wy­smu­kłe, bia­łe, na zie­lo­nych ni­by z brą­zu nóż­kach, de­li­kat­ne, ka­pry­śne, któ­re bie­gnąc, pod­no­si­ły krót­kie skrzy­deł­ka i krzy­cza­ły ję­kli­wie; by­ły ka­czę­ta już w pier­zach, ale tak brud­ne, uma­za­ne w bło­cie, że nie mia­ły bar­wy, te szły gro­ma­dą zbi­tą i hur­mem w mil­cze­niu rzu­ca­ły się na żer i po­ły­ka­ły łap­czy­wie, trzę­sąc dzio­ba­mi w po­wie­trzu, na­dzie­wa­jąc się po pro­stu ka­szą; przy­szła na koń­cu ban­da gę­siąt z gą­sio­rem, któ­re ko­ły­sa­ły się nie­zgrab­nie, trzę­sły ob­wi­sły­mi brzu­cha­mi i gę­ga­ły nie­spo­koj­nie, ale pierw­sze rzu­ci­ły się na jęcz­mień i tra­to­wa­ły wła­sne dzie­ci; ta gro­ma­da ro­bi­ła naj­wię­cej wrza­wy, bo co chwi­la pod­no­si­ły dzio­by, wy­cią­ga­ły żmi­jo­wa­te szy­je i krzy­kli­wie roz­ma­wia­ły ze so­bą, a gę­sior szczy­pał pod­ska­ku­ją­ce nie­zgrab­nie, go­nił za ka­czo­ra­mi, sy­czał na in­dycz­ki i przy­bie­gał do gę­si, gło­śno cie­sząc się ze zwy­cię­stwa.

Po­tem zro­bił się przed gan­kiem pisk i za­męt, bo wszyst­ko się po­mie­sza­ło ze so­bą i za­czy­na­ło się bić.

Sta­re gę­si sy­cza­ły na in­dycz­ki, któ­re z roz­cza­pie­rzo­ny­mi skrzy­dła­mi bły­ska­ły groź­nie śle­pia­mi i jesz­cze groź­niej gul­go­ta­ły, a in­dor w tę­czy roz­wa­chla­rzo­ne­go ogo­na, o roz­czer­wie­nio­nych z gnie­wu ko­ra­lach, ska­kał ostry­mi pa­zu­ra­mi na ka­czo­rów o zie­lo­nych, pa­wich łbach, któ­re chył­kiem ucie­ka­ły, po dro­dze po­ry­wa­jąc je­dze­nie.

Na do­miar złe­go, go­łę­bie zwa­bio­ne pi­skiem pta­sim i wi­do­kiem pa­na Ada­ma, krą­ży­ły nad do­mem i jak ku­le śnież­ne spa­da­ły w śro­dek sta­da, gru­cha­ły, krę­ci­ły się od­waż­nie, kra­dły ziar­na spod dzio­bów, ucie­ka­ły, go­nio­ne przez kwo­ki i od sy­ków gę­sich i po­wra­ca­ły nie­stru­dze­nie, uwi­ja­jąc się za­pa­mię­ta­le.

An­ka ba­wi­ła się we­so­ło tą wal­ką, ja­ka wrza­ła u jej nóg i wciąż sy­pa­ła no­we gar­ście ziarn na gło­wy i skrzy­dła ptac­twa.

— Po­dob­na jest te­raz pa­ni do Mic­kie­wi­czow­skiej Zo­si.

— Z tą wiel­ką róż­ni­cą, że Zo­sia ba­wi­ła się go­spo­dar­stwem, kar­mi­ła drób dla przy­jem­no­ści.

— A pa­ni ro­bi to dla­cze­go?

— Aby do­brze wy­kar­mio­ne sprze­dać w Ło­dzi. Mniej się to pa­nu po­do­ba, co?

— Wię­cej jesz­cze, bo mu­szę po­dzi­wiać pa­ni prak­tycz­ność.

— Prak­tycz­ność z mu­su.

— Ni­g­dy pra­wie ta prak­tycz­ność nie po­wsta­je dla­cze­go in­ne­go. Ale pa­ni dziw­nie umie łą­czyć prak­tycz­ność z czymś zu­peł­nie in­nym, z czymś, cze­go na­zwać nie umiem, bo...

Prze­rwał mu pan Adam, bo za­czął gwiz­dać prze­cią­gle i na­tych­miast in­do­ry na­stro­szy­ły się i za­czę­ły gul­go­tać, gę­si krzy­cza­ły gło­śno, a kwo­ki ogar­nia­ły swo­je ma­łe, roz­sta­wia­jąc no­gi i skrzy­dła i kwa­ka­ły ze­stra­cha­ne jak­by przed ja­strzę­biem, go­łę­bie wzbi­ły się w gó­rę i jak obłą­ka­ne ucie­ka­ły do go­łęb­ni­ka, wpa­da­ły do sto­dół, a na­wet kil­ka ucie­kło do gan­ku, a w ca­łej gro­ma­dzie pod­niósł się ta­ki krzyk, pisk, rwe­tes, tak wszyst­ko ucie­ka­ło, tra­to­wa­ło się, że pan Adam śmiał się na ca­łe gar­dło.

— A co, tom zro­bił fi­gla! — wo­łał.

— Co to za gę­sia idyl­la? Spać nie mo­głem przez nią — za­wo­łał Ka­rol, wcho­dząc na ga­nek.

— Wy­śpisz się w Ło­dzi.

— W Ło­dzi mam co in­ne­go do ro­bo­ty — szep­nął nie­cier­pli­wie, zim­no przy­wi­tał An­kę i znu­dzo­nym wzro­kiem przy­glą­dał się nie­bie­skim dy­mom, bi­ją­cym wiel­ki­mi słu­pa­mi nad mia­stecz­kiem.

— Ko­niecz­nie mu­si­cie pa­no­wie je­chać dzi­siaj? — za­py­ta­ła nie­śmia­ło An­ka.

— Ko­niecz­nie i cho­ciaż­by za­raz.

— Więc jedź­my, je­stem już go­to­wy — po­wie­dział ostro Maks, zi­ry­to­wa­ny tym „ko­niecz­nie”.

— Nie, nie. Po­je­dzie­cie pa­no­wie po po­łu­dniu, te­raz ja nie po­zwa­lam. Pój­dzie­my do ko­ścio­ła na su­mę, mu­si­my od­wie­dzić księ­dza Szy­mo­na. Po­tem zje­my obiad, bo umyśl­nie pro­si­łam na nie­go pa­na Za­jącz­kow­skie­go i księ­dza, a wresz­cie mu­si się pan, pa­nie Ka­ro­lu, roz­mó­wić z Karcz­mar­kiem, ma być o trze­ciej. A przed wie­czo­rem od­pro­wa­dzi­my pa­nów.

— Do­brze, do­brze! — rzu­cił pręd­ko Ka­rol i po­szedł do po­ko­ju ja­dal­ne­go, bo po­da­no śnia­da­nie, po czym, na­rze­ka­jąc na go­rą­co, wy­niósł się do ogro­du i sie­dział pod kwit­ną­cy­mi ja­bło­nia­mi, ob­sy­py­wa­ny co chwi­la śnie­giem płat­ków pa­da­ją­cych za naj­mniej­szym po­wie­wem wia­tru.

Psz­czo­ły brzę­cza­ły na ja­bło­niach jak w ulu, a po ca­łym ogro­dzie roz­pły­wał się słod­ki, dy­szą­cy za­pach bzów, ja­bło­ni i gło­sy wilg śpie­wa­ją­cych.

Pan Adam po­szedł się prze­spać, jak zwy­kle to ro­bił po śnia­da­niu, bo wsta­wał o świ­ta­niu; An­ka ubie­ra­ła się do ko­ścio­ła, a Maks cho­dził za­ro­śnię­ty­mi tra­wą alej­ka­mi, okrą­żał ze wszyst­kich stron Ka­ro­la, cza­sem się za­pusz­czał na dru­gą stro­nę dwo­ru od rze­ki i po­wra­cał, a prze­cho­dząc obok nie­go nie mó­wił nic, uni­kał na­wet je­go wzro­ku i szedł w głąb ogro­du, bo mu się wy­da­ło, że tam mi­gnę­ła ja­sna su­kien­ka An­ki, a prze­ko­naw­szy się, że to ró­żo­wie­je ja­błoń po­kry­ta kwia­ta­mi, sta­nął przy par­ka­nie i pa­trzył na sze­ro­ką roz­tocz zbóż zie­lo­nych, ko­ły­szą­cych się z jed­no­staj­nym szme­rem, przez któ­re ście­ży­ną bie­gną­cą od da­le­kiej wsi, snuł się dłu­gi łań­cuch czer­wo­no ubra­nych ko­biet i chło­pów w bia­łych ka­po­tach, dą­żą­cych do ko­ścio­ła; pa­trzył, a nad­słu­chi­wał chci­wie, czy się też nie ode­zwie gdzie głos An­ki.

Nie mógł zdać so­bie spra­wy, co się w nim dzia­ło.

— Nie wy­spa­łem się, czy co? — my­ślał, ści­ska­jąc so­bie gło­wę roz­bo­la­łą. — Do dia­bła ze wsią.

Po­czuł się tak rap­tow­nie zde­ner­wo­wa­nym, że po­szedł do Ka­ro­la.

— Nie mo­gli­by­śmy wy­je­chać wcze­śniej?

— I ty masz już do­syć?

— Rze­czy­wi­ście, że wy­le­cia­łem ze wszyst­kich try­bów, czu­ję się jak ka­losz roz­dep­ta­ny. W no­cy spać nie mo­głem, te­raz nie wiem, co ro­bić ze so­bą.

— Po­łóż się na tra­wie, od­dy­chaj wo­nią kwia­tów, na­słu­chuj szme­rów traw, roz­ko­szuj się śpie­wem pta­ków, pław się w słoń­cu, a w in­ter­wa­łach myśl o pi­wie, al­bo o czar­nej Ant­ce — drwił Ka­rol.

— Da­ję sło­wo, że nie wiem, co ze so­bą ro­bić. Dwa­dzie­ścia ra­zy obej­rza­łem ogród; no i cóż? wi­dzę, że pięk­ny, że drze­wa kwit­ną, że tra­wa zie­lo­na, ale co to dla mnie za „pa­pier”. By­łem na łą­ce — prze­ślicz­na. By­łem w staj­ni, by­łem wszę­dzie, wszyst­ko wi­dzia­łem ale mam te­go już do­syć. Pan­na An­ka za­chwa­la­ła mi las — zo­ba­czy­łem, że drze­wa wiel­kie, że wil­goć i że nie ma na czym usiąść.

— Cze­muś nie po­wie­dział, by­ła­by ci ka­za­ła tam za­nieść ka­nap­kę.

— A przy tym je­stem nie­spo­koj­ny o mat­kę i... — urwał i nie do­koń­czył, tyl­ko ze zło­ścią roz­bi­jał no­gą kre­to­wi­sko świe­żo wy­to­czo­ne na traw­ni­ku.

— Po­ciesz się, po­je­dzie­my, mu­szę tyl­ko tę ca­łą przy­krą pańsz­czy­znę od­być prze­cież przy­kład­nie.

— Pańsz­czy­znę — za­py­tał zdzi­wio­ny Maks. — Na­rze­czo­na i oj­ciec — to pańsz­czy­zna?

— Nie mia­łem ich na my­śli, a tyl­ko tych bał­wa­nów, któ­rzy ma­ją być na obie­dzie i wi­zy­ty — za­cie­rał go­rą­co nie­bacz­nie po­wie­dzia­ne sło­wo, ale Maks, jak­by na prze­kór, za­czął go prze­ko­ny­wać, że Za­jącz­kow­ski jest nie­sły­cha­nie sym­pa­tycz­ny, ksiądz bar­dzo ro­zum­ny itd., ale Ka­rol zdzi­wio­ny pod­niósł na nie­go oczy.

— Cóż ty za ko­zioł­ki wy­pra­wiasz? Wczo­raj za­chwy­ca­łeś się wsią, dzi­siaj zie­wasz i chcesz ucie­kać do Ło­dzi; wczo­raj tych dwóch na­zy­wa­łeś ludź­mi z ope­ret­ki, dzi­siaj zaś bro­nisz ich.

— Bo mi się tak po­do­ba! — za­wo­łał roz­czer­wie­nio­ny Maks i ru­szył w głąb ogro­du, ale za­wró­cił na­tych­miast po­śpiesz­nie, bo An­ka z gan­ku wo­ła­ła:

— Pa­no­wie, czas iść do ko­ścio­ła.

Za­po­mniał o zde­ner­wo­wa­niu, o zło­ści, o nu­dzie, tyl­ko pa­trzył na An­kę, któ­ra sta­ła na gan­ku i na­cią­ga­ła dłu­gie bia­łe rę­ka­wicz­ki.

By­ła dzi­siaj prze­ślicz­ną w ja­sno­kre­mo­wej suk­ni, bar­dzo lek­kiej, za­rzu­co­nej nie­sły­cha­nie de­li­kat­nym de­se­niem bla­do­fioł­ko­wym, pa­sek i koł­nierz mia­ła tak sa­mo bla­do­fioł­ko­we, ka­pe­lusz wiel­ki, pła­ski, ubra­ny nie­za­po­mi­naj­ka­mi i ga­zą bia­łą.

By­ła tak prze­ślicz­na, ta­kim dziw­nym uro­kiem mło­do­ści, si­ły i szla­chet­no­ści pro­mie­nia­ły jej sza­re oczy, że Maks nie wie­dział co mó­wić da­lej. Szedł obok czas ja­kiś i uspo­ko­iw­szy się nie­co, ob­rzu­cił wzro­kiem fa­bry­kan­ta jej suk­nię i szep­nął bar­dzo po­waż­nie:

— To two­ja „Bry­lan­ty­na”, Ka­rol! Do­sko­na­ła w ko­lo­rze.

— I świet­nie się pie­rze — do­da­ła An­ka, roz­śmie­szo­na je­go sło­wa­mi.

Po­czuł się do­tknię­tym jej śmie­chem, więc się od­su­nął nie­co i pa­trzył na sze­ro­ką ulicz­kę mia­stecz­ka, przez któ­rą szli do ko­ścio­ła.

Mia­stecz­ko by­ło nędz­ną osa­dą, za­miesz­ka­łą prze­waż­nie przez Ży­dów tka­czów, bo co okno pra­wie stał warsz­tat tkac­ki, a po sie­niach dłu­gich, za­bło­co­nych, czar­nych, sie­dzia­ły sta­re Ży­dów­ki i zwi­ja­ły na ko­ło­wrot­kach przę­dzę; su­chy mo­no­ton­ny tur­kot warsz­ta­tów bił od każ­de­go okna i drżał w ci­chym, prze­sło­necz­nio­nym po­wie­trzu.

Nędz­ne skle­pi­ki mia­ły drzwi po­przy­wie­ra­ne, jak­by bro­ni­ły się od kłę­bów ku­rza­wy.

Na środ­ku głów­nej uli­cy czer­nia­ły wiel­kie ka­łu­że ni­g­dy nie wy­sy­cha­ją­ce bło­ta, po któ­rych gro­ma­da­mi że­ro­wa­ły kacz­ki.

Na wprost klasz­to­ru, w ryn­ku, któ­ry sta­no­wi­ła piasz­czy­sta wy­dma, ob­sta­wio­na szczy­ta­mi do­mów, wspar­tych na drew­nia­nych ko­lum­nach, by­ło kil­ka do­mów świe­żo spa­lo­nych, z któ­rych tyl­ko wśród ru­mo­wisk i ścian po­roz­dzie­ra­nych ster­cza­ły na­gie ko­mi­ny.

Przez po­roz­pa­da­ne176 mu­ry ogro­dze­nia klasz­tor­ne­go, za­ro­śnię­te chwa­sta­mi i kę­pa­mi po­pie­la­te­go li­gu­stu i ob­sa­dzo­ne wiel­ki­mi brzo­za­mi o zwi­słych ga­łę­ziach i bia­łej ko­rze, wi­dać by­ło odra­pa­ny fron­ton ko­ścio­ła i wy­smu­kłą dzwon­nicz­kę, ukry­tą w ro­gu cmen­ta­rza.

Pod sa­mym mu­rem, w cie­niu brzóz sta­ło kil­ka­dzie­siąt chłop­skich fur i bry­czek, nie­co da­lej, na środ­ku ryn­ku pod płó­cien­ny­mi da­cha­mi tu­li­ło się kil­ka­na­ście stra­ga­nów, a po­za tym pu­sto by­ło zu­peł­nie, bo słoń­ce pra­ży­ło co­raz moc­niej.

Zo­sta­li na cmen­ta­rzu, bo z po­wo­du na­tło­ku nie by­ło mo­żeb­nym do­stać się do wnę­trza ko­ścio­ła. An­ka usia­dła na scho­dach pro­wa­dzą­cych do za­kry­stii i mo­dli­ła się, Maks zaś i Ka­rol po­szli pod brzo­zy i przy­sie­dli na ja­kiejś sta­rej ozie­le­nia­łej pły­cie gro­bo­wej, któ­rych ca­ły sze­reg tu­lił się pod mu­ra­mi.

Na­bo­żeń­stwo by­ło już roz­po­czę­te. Z wnę­trza ko­ścio­ła przez po­otwie­ra­ne drzwi brzmia­ły przy­tłu­mio­ne dźwię­ki or­ga­nów, a cza­sem wzno­sił się głos or­ga­ni­sty, cza­sem chór gło­sów dźwię­czał uro­czy­ście, cza­sem sła­by głos księ­dza przedarł się po tej ru­cho­mej sa­li głów, ja­ka par­ła się od drzwi, bi­ła o kra­ty pre­zbi­te­rium i co­fa­ła się ze szme­rem mo­dłów, wes­tchnień i kasz­lań; a cza­sem przy­ci­cha­ło wszyst­ko i wte­dy ostre i prze­ni­kli­we gło­sy dzwon­ków śpie­wa­ły spi­żem i od­po­wia­da­ło im wiel­kie, głę­bo­kie wes­tchnie­nie, wy­rwa­ne ze wszyst­kich pier­si, a wszy­scy znaj­du­ją­cy się na cmen­ta­rzu przy­klę­ka­li, bi­li się w pier­si i po­wra­ca­li znów pod brzo­zy i w ru­mo­wi­ska mu­rów, gdzie sie­dzie­li.

— Na­sze chust­ki! — szep­nął Maks, wska­zu­jąc na kil­ka ko­biet, któ­re jak ma­ki ja­skrzy­ły się na pia­sku i słoń­cu, sie­dząc z pod­wi­nię­ty­mi no­ga­mi i prze­su­wa­jąc ziar­na ró­żań­ca.

— Już wy­peł­złe — od­po­wie­dział z iro­nią nie­co Ka­rol.

— Te wy­peł­złe to pa­bia­nic­kie; mó­wię o tych ama­ran­to­wych z zie­lo­nym de­se­niem, te ni­g­dy nie wy­peł­zną, moż­na wy­go­to­wać w słoń­cu i ni­g­dy nie wy­gry­zie.

— Wie­rzę, ale co mnie to ob­cho­dzi?

— Dzień do­bry pa­nom! — roz­legł się przy­tłu­mio­ny głos z bo­ku.

Stach Wil­czek, z cy­lin­drem w rę­ku, ele­ganc­ki, pach­ną­cy, stał przy nich i wy­cią­gnął rę­kę jak do­bry zna­jo­my.

— Co pan ro­bi w Ku­ro­wie? — za­py­tał Maks.

— Przy­je­cha­łem na świę­ta do ro­dzi­ny. To mój ro­dzic w tej chwi­li du­dli na or­ga­nach — po­wie­dział z po­gar­dli­wą po­błaż­li­wo­ścią i ba­wił się prze­krę­ca­niem licz­nych pier­ścion­ków na pal­cach.

— Dłu­go pan tu za­ba­wi?

— W no­cy wy­jeż­dżam, bo mój Żyd nie dał mi dłuż­sze­go urlo­pu.

— A gdzież pan te­raz pra­cu­je?

— W kan­to­rze Gross­glic­ka, ale to chwi­lo­wo tyl­ko.

— Pu­ścił pan wę­giel?

— Nie. Mam kan­tor na Mi­ko­ła­jew­skiej, bo Gross­glick swój czar­ny in­te­res sprze­dał Ko­pel­ma­no­wi, a u te­go par­cha nie chcia­łem być. Czy pa­no­wie ma­cie już do­sta­wę wę­gli do swo­jej fa­bry­ki? — za­py­tał ci­szej, po­chy­la­jąc się ku Ka­ro­lo­wi.

— Jesz­cze nie — od­po­wie­dział Maks.

— Ja­kie pan da­je wa­run­ki? — za­py­tał Ka­rol chłod­no.

Stach przy­siadł na gro­bie obok nie­go i szyb­ko za­czął pi­sać w no­te­sie i ob­li­czać, aż w koń­cu pod­su­nął pa­pier pod je­go oczy.

— Za dro­go! Brau­man o sie­dem i pół ko­piej­ki da­je ta­niej na kor­cu.

— Zło­dziej i oszust! Da pa­nu za to na wa­go­nie dzie­sięć kor­cy177 mniej — za­wo­łał ci­cho Stach.

— Pan my­ślisz, że się te­go wę­gla nie bę­dzie spraw­dzać u mnie, czy co?

— Wy­wa­ży się na­wet wię­cej, bo prze­cież Brau­man nie na próż­no zle­wa wę­giel wo­dą przed wy­sył­ką.

— Być mo­że, ale kto mi za­rę­czy, że pan te­go sa­me­go nie bę­dziesz ro­bić?

— Do­brze, dam pa­nu po ce­nie ta­kiej, ja­ką Brau­man de­kla­ro­wał. Nie za­ro­bię pra­wie nic, ale idzie mi bar­dzo o tę do­sta­wę. Mó­wi­łem już o tym z pa­nem We­ltem, ale mi po­wie­dział, że pan Bo­ro­wiec­ki de­cy­du­je. Więc jak­że? — za­py­tał uprzej­mie, nie zwa­ża­jąc na po­przed­nie sło­wa Ka­ro­la i na je­go chłod­ny, po­gar­dli­wy ton mo­wy.

— Przyjdź pan ju­tro do nas, to się roz­mó­wi­my.

— W ja­kiej mniej wię­cej ilo­ści bę­dzie­cie pa­no­wie po­trze­bo­wa­li wę­gla? — py­tał Mak­sa.

Nie usły­szał od­po­wie­dzi.

Umil­kli wszy­scy, bo przy od­gło­sie dzwo­nów bi­ją­cych po­waż­nie i śpie­wów ca­łe­go lu­du, pro­ce­sja wy­szła z ko­ścio­ła i ni­by dłu­gi wąż o czer­wo­nej gło­wie bal­da­chi­mu, pod któ­rym szedł ksiądz, wy­su­wa­ła się z wiel­kich drzwi i mi­go­ta­ła łu­ską czer­wo­nych, żół­tych i bia­łych ubio­rów ko­biet, po­pstrzo­nych czar­ny­mi ka­po­ta­mi chło­pów i zło­ty­mi pło­my­ka­mi świec za­pa­lo­nych, peł­za­ła po­mię­dzy sza­ry­mi mu­ra­mi ko­ścio­ła a zie­lo­nym wa­łem brze­zin i okrę­ca­ła dłu­gim cia­łem ko­ściół.

Ogrom­ny chór gło­sów bił w roz­pa­lo­ne po­wie­trze i rwał się do bia­ła­we­go nie­ba, aż chmu­ry go­łę­bi zry­wa­ły się z wie­życ ko­ścio­ła, ze zruj­no­wa­nych da­chów klasz­to­ru i ko­ło­wa­ły wy­so­ko.

Pro­ce­sja wró­ci­ła do ko­ścio­ła, gło­sy umil­kły, tyl­ko li­ście brzóz szem­ra­ły i chwia­ły się sen­nie w roz­pa­lo­nym po­wie­trzu, od za­bu­do­wań klasz­tor­nych do­cho­dzi­ły gę­ga­nia gę­si, a wnę­trze ko­ścio­ła roz­brzmie­wa­ło gło­sa­mi śpie­wów, dzwon­ków i or­ga­nów.

Upał po­tę­go­wał się co­raz bar­dziej, słoń­ce la­ło ogień na gon­to­we da­chy mia­stecz­ka i jak­by wy­pi­ja­ło wszel­ką moc, ta­ka ci­sza bez­wład­na le­ża­ła w roz­dr­ga­nym po­wie­trzu, nad ob­rę­czą pól zie­lo­nych, ogro­dów sto­ją­cych bez ru­chu, łąk zie­lo­nych, jak­by przy­sło­nię­tych opa­lo­ną mgłą, i nad la­sa­mi, co wstę­gą ciem­ną opa­sy­wa­ły mia­stecz­ko i żół­ci­ły się ły­si­na­mi pia­sków i wydm gó­rzy­stych.

— Nie sły­szał pan, czy Neu­man po­ło­żył się? — za­py­tał Maks Sta­cha.

— Już.

— Zu­peł­nie?

— Nie, bocz­kiem tyl­ko, na ja­kie trzy­dzie­ści pro­cent! Pa­no­wie tra­cą?

— Ma­my na nim coś­kol­wiek — mach­nął nie­cier­pli­wie rę­ką.

— Mo­że bym zna­lazł ko­go, co­by pań­skie pre­ten­sje na­był, ma się ro­zu­mieć, je­śli ta­nio i z do­brym pro­cen­tem dla mnie.

— Cóż u dia­bła, we wszyst­kim pan ro­bi?

— I w nie­któ­rych in­nych rze­czach! — za­wo­łał gło­śniej i ze śmie­chem Wil­czek.

— Pan do­brze zna Ku­rów? — za­gad­nął Maks, aby od­wró­cić roz­mo­wę z in­te­re­sów, bo Ka­rol nie­chęt­nie spo­glą­dał na Wilcz­ka i mil­czał upar­cie.

— Ja się tu­taj uro­dzi­łem, tu­taj pa­sa­łem oj­cow­skie gę­si i by­dląt­ka, tu­taj bra­łem po grzbie­cie po­stron­kiem, ksiądz Szy­mon mógł­by o tym ob­szer­niej po­mó­wić. A, pan mo­że nie wie­rzy, że ja pa­sa­łem by­dło? — za­py­tał iro­nicz­nie, wi­dząc za­kło­po­ta­ną mi­nę Mak­sa.

— Trud­no mi w to uwie­rzyć, pa­trząc na pa­na.

— Ha, ha, ha! to mi po­chle­bia. Pa­sa­ło się by­dląt­ka, pa­sa­ło! bra­ło się po­stro­necz­kiem po ple­cach, ka­li­ko­wa­ło się oj­cu na or­ga­nach, czy­ści­ło się oj­com w klasz­to­rze bu­ty, za­mia­ta­ło się nie tyl­ko ko­ściół! róż­nie by­wa­ło. Nie wsty­dzę się te­go zu­peł­nie, bo i co to po­mo­że, fakt po­zo­sta­je fak­tem, a zresz­tą, do­świad­cze­nie to ka­pi­tał umiesz­czo­ny na pro­cent skła­da­ny.

Maks się nic nie ode­zwał, a Ka­rol dość lek­ce­wa­żą­co oglą­dał go ze wszyst­kich stron i uśmie­chał się iro­nicz­nie, bo był wy­ele­gan­to­wa­ny prze­sad­nie, a na­wet śmiesz­nie, ja­sne krat­ki, la­kier­ki, je­dwab­na ka­mi­zel­ka bia­ła, ja­sny kra­wat z ogrom­nym bry­lan­tem, wy­kwint­na ża­kiet­ka, cy­lin­der błysz­czą­cy, dłu­gi zło­ty łań­cu­szek od ze­gar­ka, zło­te bi­no­kle, któ­rych nie uży­wał, kil­ka kosz­tow­nych pier­ścion­ków na pal­cach, któ­ry­mi ba­wił się usta­wicz­nie — nie har­mo­ni­zo­wa­ły z je­go pu­cu­ło­wa­tą twa­rzą, po­kry­tą prysz­cza­mi, i ma­ły­mi oczka­mi chy­trze świe­cą­cy­mi, ani z tym ni­skim, po­fał­do­wa­nym czo­łem, nad któ­rym le­ża­ły roz­cze­sa­ne na środ­ku du­żej pła­skiej gło­wy wło­sy nie­okre­ślo­ne­go ko­lo­ru; dłu­gi, ostry nos i wy­wi­nię­te tłu­ste war­gi ro­bi­ły je­go twarz po­dob­ną do py­ska mop­sa, któ­re­go ucha­rak­te­ry­zo­wa­no na bo­cia­na.

Nie zwa­żał, że mu nie od­po­wia­da­li, uśmie­chał się chwi­la­mi, pa­trząc na ich gło­wy, ja­kimś uśmie­chem wyż­szo­ści i po­li­to­wa­nia, a gdy po na­bo­żeń­stwie tłu­my za­czę­ły się wy­le­wać z ko­ścio­ła i prze­cho­dzić obok nich, pro­sto­wał swo­ją kwa­dra­to­wą fi­gu­rę, przy­su­nął się bli­żej do Ka­ro­la i dum­nie a chłod­no pa­trzył na sze­re­gi ły­czek i ły­ków ku­row­skich, na swo­ich ró­wie­śni­ków i przy­ja­ciół z pa­stwi­ska, któ­rzy spo­glą­da­li na nie­go z po­dzi­wem i nie śmie­li po­dejść do przy­wi­ta­nia.

Przy­szła i An­ka, przy­wi­tał się z nią uni­że­nie, a gdy go za­pra­sza­ła na obiad, roz­czer­wie­nił się z ra­do­ści i gło­śno, bar­dzo gło­śno, że­by go sły­sze­li prze­cho­dzą­cy, dzię­ko­wał:

— Mu­szę być w do­mu, bo wszyst­kie mo­je sio­stry się zje­cha­ły. Bar­dzo mi szcze­rze żal, że mu­szę się po­zba­wić ta­kiej przy­jem­no­ści, ale to już chy­ba kie­dy in­dziej.

— Idzie­my te­raz do księ­dza Szy­mo­na — szep­nę­ła An­ka.

— Od­pro­wa­dzę tam pań­stwo, bo i ja mu­szę go od­wie­dzić.

Szli wol­no przez za­tło­czo­ny cmen­tarz.

Gru­py chło­pów w caj­ko­wych178 ka­po­tach i w czap­kach ze świe­cą­cy­mi dasz­ka­mi i ko­biet wiej­skich w ja­skra­wych chust­kach i weł­nia­kach — kła­nia­ły się im uni­że­nie, ale prze­wa­ża­ją­ca część tłu­mu zło­żo­na z ro­bot­ni­ków fa­brycz­nych, przy­by­łych na świę­ta do ro­dzin, sta­ła twar­do i wy­zy­wa­ją­co pa­trzy­ła na fa­bry­kan­tów, jak ich na­zy­wa­no.

Ani je­den ka­pe­lusz się nie uchy­lił przed Ka­ro­lem, cho­ciaż po­zna­wał twa­rze wie­lu ro­bot­ni­ków z daw­ne­go swe­go od­dzia­łu u Bu­chol­ca.

Tyl­ko do An­ki czę­sto pod­cho­dzi­ły ko­bie­ty, ca­ło­wa­ły ją po rę­kach, lub, jak nie­któ­re, po­da­wa­ły tyl­ko rę­kę i za­mie­nia­ły po słów kil­ka.

Ka­rol szedł za nią i ocza­mi roz­trą­cał tłum. Maks cie­ka­wie się przy­pa­try­wał, a Wil­czek szedł na ostat­ku i gło­śno, ła­ska­wie mó­wił do nie­któ­rych.

— Jak się ma­cie? Jak się ma­cie?

Ści­skał wy­cią­ga­ją­ce się do nie­go rę­ce i za­py­ty­wał to o ro­bo­tę, to o dzie­ci, to o zdro­wie.

Kła­nia­li mu się pra­wie wszy­scy i pa­trzy­li na nie­go z życz­li­wo­ścią i z du­mą, że prze­cież oni te­go pa­na zna­ją jesz­cze z tych cza­sów, gdy na tym sa­mym miej­scu bi­jał się z ni­mi lub pa­sał by­dło i że to ich czło­wiek.

— Ależ oni wszy­scy pa­na zna­ją — po­wie­dział Maks, gdy we­szli do księ­że­go ogro­du.

— Zna­ją. Pa­na Wilcz­ka ca­łe mia­stecz­ko ko­cha, szczy­cą się nim — ozwa­ła się An­ka.

— Ty­le sko­rzy­sta­łem na tej mi­ło­ści, że mo­je ja­sne rę­ka­wicz­ki przez tę przy­jaźń brud­ne i spo­co­ne na nic.

To mó­wiąc ścią­gnął i osten­ta­cyj­nie rzu­cił je w krza­ki.

— Z po­wro­tem je za­bie­rze — za­uwa­żył pół­gło­sem Ka­rol.

Wil­czek usły­szał uwa­gę i przy­gryzł usta ze zło­ści.

Ksiądz Szy­mon miesz­kał w klasz­to­rze na do­le w kil­ku na­roż­nych po­ko­jach, prze­ro­bio­nych z cel za­kon­nych, któ­rych okna wy­cho­dzi­ły na wiel­ki i do­sko­na­le utrzy­ma­ny ogród owo­co­wy.

Du­ży ga­nek drew­nia­ny, nie­daw­no wy­sta­wio­ny, bo drze­wo by­ło jesz­cze żół­te, pro­wa­dził do miesz­ka­nia.

Wi­no za­sła­nia­ło ca­łą ścia­nę i zwie­sza­ło się zie­lo­ną frędz­lą nad okna­mi, a ol­brzy­mie krza­ki bzów sta­ły tak bli­sko, że wiel­kie bu­kie­ty kwia­tów za­glą­da­ły do wnę­trza miesz­ka­nia.

Ksiądz Szy­mon le­d­wie co wró­cił przez klasz­tor i przyj­mo­wał ich z ca­łą ser­decz­no­ścią w na­roż­nej sal­ce wy­bie­lo­nej wap­nem, spod któ­re­go prze­bi­ja­ły się przy­mglo­ne bar­wy i roz­tar­te kon­tu­ry daw­nych fre­sków, po­kry­wa­ją­cych skle­pie­nia.

W sal­ce pa­no­wał ton fio­le­to­wo-zie­lo­ny od bzów roz­kwi­tłych i od zie­le­ni ogro­du.

Chłód prze­ję­ty wil­go­cią owio­nął ich na sa­mym wstę­pie.

— Jak się masz, Sta­chu? A cóż to smy­ku nie by­łeś wczo­raj u mnie, he?

— Nie mo­głem, przy­je­cha­ły mo­je sio­stry i ani na krok nie ru­sza­łem się z do­mu — tłu­ma­czył się Wil­czek ca­łu­jąc księ­dza w rę­kę.

— Mó­wił mi twój oj­ciec. Nie mo­głeś go to za­stą­pić na chó­rze, he? Sta­ry le­d­wie no­ga­mi włó­czy. Ja­siek, Ja­siek! a daj no smy­ku fa­jecz­kę i pa­pie­ro­si­ków dla pa­nów.

— Za­po­mnia­łem grać zu­peł­nie, ale je­śli ksiądz po­zwo­li, to już umyśl­nie na­uczę się ja­kiej pięk­nej mszy i wte­dy przy­ja­dę ją za­grać.

— A do­brze, do­brze!... An­ka, Anu­siu! A chodź­że do mnie dziec­ko, po­ma­gać przy­jąć go­ści. Wi­dzisz ją, my­śla­ła, że jej po­zwo­lę próż­no­wać — śmiał się ksiądz, krzą­ta­jąc po po­ko­ju i wy­su­wa­jąc stół na śro­dek.

— Pan daw­no zna księ­dza? — za­py­tał Wilcz­ka Maks.

— Od dziec­ka. Pierw­sze li­te­ry ra­zem z pierw­szy­mi cy­bu­cha­mi wzią­łem od księ­dza i nie za­prze­czam, że by­ło te­go do­syć — śmiał się Stach.

— Prze­sa­dzasz, do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny, prze­sa­dzasz, tych cy­bu­chów nie by­ło wca­le za wie­le.

— Przy­zna­ję otwar­cie, że by­ło ich znacz­nie mniej, niż mi się na­le­ża­ło.

— A wi­dzisz! Spra­wie­dli­wy je­steś dla sie­bie, to bę­dzie jesz­cze z cie­bie czło­wiek, ho, ho, czło­wie­czek nie­zgor­szy! Ja­siek! Ja­siek! gdzież ten smyk się po­dział.

A nie mo­gąc się go do­cze­kać, sam przy­no­sił z dru­gie­go po­ko­ju róż­ne spe­cja­ły i roz­sta­wiał na sto­le.

— Mo­je dzie­ci, moi do­bro­dzie­je ko­cha­ni, pa­nie Ka­ro­lu, pa­nie Baum, Sta­chu, po kie­li­szecz­ku wi­śniacz­ka. Ma sześć lat, słod­ki jak miód, a co za ko­lor, to pro­szę pa­trzeć — czy­sty ru­bin.

Pod­su­nął kie­li­szek pod świa­tło, w któ­rym istot­nie wi­śniak mie­nił się czy­sto ru­bi­no­wym fio­le­tem.

— Za­gryź­cie no te­raz tym pla­cusz­kiem z se­rem, mó­wię wam, że roz­pły­wa się w ustach. No, jedz­cież, bo ob­ra­zi­cie An­kę, ona go ro­bi­ła sa­ma i przy­sła­ła mi.

— Księ­że Szy­mo­nie, prze­cież za­raz idzie­my na obiad.

— Nie masz gło­su, dziew­czy­no, bądź ci­cho. Wi­dzisz ją, bę­dzie się tu rzą­dzić jak sza­ra gęś. Pij­cież pa­no­wie.

— Cze­ka­my na księ­dza do­bro­dzie­ja.

— Nie pi­ję, moi do­bro­dzie­je ko­cha­ni, nie pi­ję, Anu­sia, wy­ręcz no mnie dziew­czy­no.

Wy­biegł i po chwi­li po­wró­cił z do­syć du­żym gą­sior­kiem pod pa­chą, za­gi­na­jąc rów­no­cze­śnie su­tan­nę, któ­ra mu się od­pi­na­ła usta­wicz­nie.

— A te­raz na za­koń­cze­nie na­pi­je­my się win­ka, no, na­pi­je­my się i ba­sta. Patrz no dziew­czy­no, to po­ziom­ko­we, to sa­mo, któ­re­śmy ra­zem trzy la­ta te­mu ro­bi­li. Pa­trz­cie, ja­ki ma ko­lor. Czy­ste słoń­ce o za­cho­dzie, czy­ste sło­necz­ko, a ja­ki za­pach, o po­wą­chaj­cie no!

I pod­ty­kał im pod nos bu­tel­kę, któ­ra bu­cha­ła za­pa­chem po­zio­mek.

— Ależ księ­że! Ksiądz mi tak go­ści ura­czy, że nie bę­dą mo­gli jeść obia­du.

— Ci­cho An­ka, z Bo­żą po­mo­cą zje­my i twój obia­dek, zje­my! Słu­chaj­cie no dzie­ci... a gdy­by­śmy tak spró­bo­wa­li wę­dli­nek, co? tak z ma­jo­wy­mi grzyb­ka­mi, he? No, moi do­bro­dzie­je ko­cha­ni, mo­je dzie­ciąt­ka, zrób­cie mi tę przy­jem­ność. Nie przyj­mę was ana­na­sa­mi, bo nie mam, bied­ny słu­ga Chry­stu­sów je­stem, ale co mam, to bierz­cie. An­ka, a proś­że za mną. Sta­chu, bo cię cy­bu­chem prze­mie­rzę, jak bę­dziesz ta­ki nie­mra­wy, ru­szaj­że się chłop­cze.

— Ale ksiądz ma ta­kie za­pa­sy, że nie po­wsty­dzi­ła­by się ich i naj­lep­sza go­spo­dy­ni.

— A to two­ja An­ka zro­bi­ła wszyst­ko. No, nie piecz racz­ków dziew­czy­no, nie wstydź się. Nic nie mia­łem, mój do­bro­dzie­ju ko­cha­ny, ale to nic, niech Stach po­wie, ży­ło się cza­sem na bórg179, ale jak mi dziew­czy­na za­czę­ła do­ga­dy­wać: A sadź ksiądz drze­wa owo­co­we, a pro­wadź psz­czo­ły, a pil­nuj ogro­du, a rób to, a rób tam­to, tak i wy­ter­ko­ta­ła wszyst­ko, bo któż się oprze nie­wia­st­ce! Ho, ho, An­ka to zło­to! Że­bym ja wam po­ka­zał za­kry­stię, co tam bie­li­zny ko­ściel­nej, ja­kie ka­py, ja­kie or­na­ty, ja­kie stu­ły, to i ka­te­dral­ny ko­ściół nie po­wsty­dził­by się, a to wszyst­ko ona, wła­sny­mi rę­ka­mi ro­bi­ła, ona, mo­je dzie­ciąt­ko ko­cha­ne!

Roz­czu­lił się, ob­jął ją za gło­wę i po­ca­ło­wał w za­ru­mie­nio­ne czo­ło.

— Tyl­ko te­go nie mo­głam zro­bić, że­by so­bie ksiądz no­wą su­tan­nę ku­pił.

— A po co mi to! Ci­cho dziew­czy­no! Ja­siek, a daj no ogień­ka, bo fa­jecz­ka zga­sła — za­krzy­czał, za­ru­mie­nio­ny jak pan­na i sil­nie stu­kał cy­bu­chem w pod­ło­gę.

— Siedź­cież so­bie pa­no­wie, a ja idę do do­mu szy­ko­wać obiad. Niech­że ksiądz dłu­go ich nie trzy­ma i jak naj­prę­dzej przy­pro­wa­dzi.

Za­raz po­szła.

Wil­czek tak­że się po­że­gnał i po­le­ciał do do­mu, bo przy­szedł po nie­go młod­szy brat.

— To zuch chło­pak — szep­nął ksiądz po je­go wyj­ściu.

— Do­sko­na­ła łódz­ka ka­na­lia.

— Za ostro, pa­nie Ka­ro­lu. Mu­szę się prze­cież ująć za mo­im wy­cho­wan­kiem. Ja go znam od dziec­ka. Twar­da sztu­ka, nie da się zjeść w ka­szy, do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny. Wo­la jak stal, prze­bie­gły, spryt­ny, ale po­czci­wy, bo swo­ją ro­dzi­nę ko­cha na­mięt­nie.

— Co mu wca­le nie prze­szka­dza drwić z niej.

— To już na­tu­ra ta­ka prze­kor­na. Wy­śmie­wał się kie­dyś jesz­cze w dzie­ciń­stwie z ja­kiejś bied­nej cho­rej ko­bie­ci­ny. Prze­kro­pi­łem go za to cy­bu­chem i chcia­łem zmu­sić, aby ją prze­pro­sił. Gdzie tam! Cy­bu­chy przy­jął, ale z prze­pro­sze­niem ani rusz. Póź­niej się do­wie­dzia­łem, że chło­pak mat­ce ścią­gnął ka­ftan i spód­ni­cę i za­niósł ba­bie. Z wła­snej wo­li zro­bi wszyst­ko, przez mus — nic. Kpi on ze swo­ich, co już­cić, że nie jest pięk­nie, ale cóż mu mó­wić, kie­dy wszyst­kim po­ma­ga. Młod­sze­go bra­ta utrzy­mu­je w gim­na­zjum, ro­dzi­com po­ma­ga, bę­dzie jesz­cze z nie­go po­cie­cha.

— Dla kry­mi­na­łu — szep­nął Ka­rol, któ­re­go iry­to­wa­ły te po­chwa­ły księ­żow­skie.

— No, to już chodź­my na obiad, bo pan­na An­na mu­si się nie­cier­pli­wić.

— Chodź­my. Idź­cie je­go­mo­ście, ja was do­go­nię, zaj­rzę tyl­ko do księ­dza Li­be­ra­ta.

— Nie­oce­nio­ny ten wasz ksiądz Szy­mon, nig­dym jesz­cze po­dob­ne­go nie spo­tkał. Ależ to uoso­bie­nie po­czci­wo­ści, do­bro­ci i ab­ne­ga­cji.

— Bo w Ku­ro­wie naj­lep­szy in­te­res ro­bić moż­na na po­czci­wo­ści, a szcze­gól­niej jesz­cze wte­dy, gdy ta po­czci­wość ob­le­czo­na jest w su­tan­nę. Spró­buj żyć tu­taj ze szwin­dlów.

— Mó­wisz jak Mo­ryc — rzekł nie­chęt­nie Maks.

— Chło­pa­ki, do­bro­dzie­je moi ko­cha­ni, a za­cze­kaj­cie no. A to smyr­ga­cie jak je­lon­ki, go­nię i go­nię, ażem się za­ka­sał — wo­łał ksiądz, pę­dząc za ni­mi z su­tan­ną w gar­ści, że­by mu nie prze­szka­dza­ła.

Po­szli ra­zem, ale mil­cze­li.

Ksiądz miał twarz po­smut­nia­łą, wzdy­chał chwi­la­mi i z me­lan­cho­lią spo­glą­dał w prze­strzeń.

Wi­dok księ­dza Li­be­ra­ta omro­czył mu du­szę smut­kiem.

W gan­ku ku­row­skie­go dwo­ru za­sta­li już Za­jącz­kow­skie­go, któ­ry coś pil­no opo­wia­dał pa­nu Ada­mo­wi.

— A, jest ten bi­sur­ma­nin — szep­nął ksiądz. — Jak się masz do­bro­dzie­ju, mój ko­cha­ny! a co to, do ko­ścio­ła nie cho­dzisz, o swo­im pro­bosz­czu już za­po­mnia­łeś, he?

— Nie za­czy­nał­byś ksiądz na no­wo, bom i tak zły — mruk­nął szlach­cic nie­chęt­nie.

— A to ugryź psa w ogon. Wi­dzisz go, bę­dzie mi tu zło­ścią par­skał jak kot.

— A Pa­nie Je­zu Chry­ste, je­że­lim za­czy­nał bij­że mnie — krzyk­nął, roz­kła­da­jąc rę­ce Za­jącz­kow­ski.

— No ci­cho, ci­cho. Daj gę­by do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny.

— I chodź­cie pa­no­wie, bo obiad na sto­le — za­pra­sza­ła An­ka.

— Nie mo­głeś, do­bro­dzie­ju, za­czy­nać od te­go, ale z księ­dza wiecz­na prze­ko­ra.

Uca­ło­wa­li się i w naj­więk­szej zgo­dzie sie­dli przy so­bie do obia­du, któ­ry cią­gnął się w mil­cze­niu, bo An­ka po­smut­nia­ła i go­ni­ła ocza­mi spoj­rze­nia Ka­ro­la, mil­czą­ce­go upar­cie, Maks przy­glą­dał się oboj­gu, pan Adam na­wet mó­wił nie­wie­le, a ksiądz z Za­jącz­kow­skim za­ję­ci by­li je­dze­niem.

— Ostat­ni to raz je­my obiad w Ku­ro­wie w ta­kim to­wa­rzy­stwie — za­uwa­żył sta­ry dość smut­no.

— Ale mo­że­my jesz­cze ja­dać w Ło­dzi w ta­kim sa­mym kom­ple­cie. Są­dzę, że ksiądz pro­boszcz, ani pan Za­jącz­kow­ski nie za­po­mną o nas — po­wie­dział Ka­rol.

— O, nie, nie, przy­je­dzie­my obaj. Po­świę­cę ci fa­bry­kę, do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny, bo kto z Bo­giem, z tym Bóg, a po­tem dam wam ślub, a po­tem prze­cież nie kto in­ny bę­dzie wam dzie­ciąt­ko chrzcił, tyl­ko ja. O, An­ka ucie­kła, wsty­dzi się, a ra­da­by, że­by to jak naj­prę­dzej. An­ka, Anu­siu — wo­łał roz­ba­wio­ny.

— Nie wstydź­że mi ksiądz dziew­czy­ny.

— Mój do­bro­dzie­ju ko­cha­ny, pan­ny się ta­kich rze­czy ty­le wsty­dzą, co ko­zio­łe­czek w ka­pu­ście. Ja­siek a na­łóż no fa­jecz­kę.

— Pa­nie Ko­ro­lu, mo­że pan przyj­dzie do gan­ku, bo tam cze­ka So­cha i ko­niecz­nie chce się z pa­nem wi­dzieć.

— So­cha? Czy to ten pro­te­go­wa­ny pa­ni, któ­re­go umie­ści­łem u Bu­chol­ca.

— Tak, przy­szedł z żo­ną.

— An­ka, cze­mu to tak wiel­kie ru­mień­ce? — za­py­tał, idąc z nią do gan­ku.

— Nie­do­bry — szep­nę­ła, od­wra­ca­jąc gło­wę, ale ją ob­jął ra­mie­niem i za­py­tał szep­tem:

— Bar­dzo nie­do­bry? no, po­wiedz An­ka, bar­dzo nie­do­bry?

— Bar­dzo nie­do­bry, bar­dzo nie­go­dzi­wy i bar­dzo...

— I co bar­dzo? — py­tał, prze­chy­la­jąc jej gło­wę i ca­łu­jąc w przy­mknię­te oczy.

— I bar­dzo ko­cha­ny — szep­nę­ła, wy­su­wa­jąc mu się z ob­jęć i we­szła na ga­nek, przed któ­rym sta­li So­cho­wie, ale tak zmie­nie­ni, że nie po­znał ich na ra­zie.

So­cha za­miast bia­łej ka­po­ty miał czar­ny sur­dut, po­ka­pa­ny wo­skiem na po­łach, czar­ne za krót­kie spodnie, wy­cią­gnię­te na cho­le­wy, czap­kę z dasz­kiem, gu­mo­wy koł­nie­rzyk, któ­ry mu zjeż­dżał na kark i od­sła­niał brud­ną szy­ję.

Za­pu­ścił bro­dę, któ­ra mu ni­by ostra szcze­ci­no­wa szczot­ka po­kry­wa­ła szczę­ki i łą­czy­ła się przy uszach z krót­ko ob­cię­ty­mi wło­sa­mi, wy­sma­ro­wa­ny­mi po­ma­dą.

Z żół­tej, po­mię­tej i zmi­ze­ro­wa­nej twa­rzy pa­trzy­ły daw­ne, nie­bie­skie, po­czci­we oczy.

Po­chy­lił się rów­nież po daw­ne­mu do ko­lan Ka­ro­la.

— Le­d­wiem was po­znał, wy­glą­da­cie jak fa­bry­kant.

— I... ścia­ra­chał się ino czło­wiek mię­dzy cia­ra­cha­mi i ty­la.

— Ro­bi­cie wciąż u Bu­chol­ca?

— A ro­bi, wiel­moż­ny dy­rek­to­rze, ro­bi...

— Ci­cho ko­bi­to, ja rzek­nę — prze­rwał jej z po­wa­gą. — Po­wia­da­li w mia­stecz­ku Ło­dzi ko­le­gi, co wiel­moż­ny dzie­dzic otwie­ra fa­bry­kę, to­śwa z żu­ną tak wy­kal­ku­lo­wa­li...

— Co­by nas wiel­moż­ny dy­rek­tur, a nasz dzie­dzic ko­cha­ny wziun do sie­bie, bo za­wż­dy...

— Ci­cho żu­ono, bo za­wż­dy mi­lej ro­bić u swo­ja­ka. Jo ro­bo­tę znom i przy pa­rów­ce i w fal­bier­ni i czy w la­pry­tu­rze, ale jak­by dzie­dzic po­trze­bo­wał do ku­ni, to do­pra­szał­bym się ła­ski pań­skiej, bo mi do by­dląt ckno.

— Z ku­nia­mi się zna, co i wiel­moż­na pa­nin­ka za­świad­czyć mo­że, bo bez ty­le...

— Za­wrzej gem­be — burk­nął — bo bez ty­le ro­ków czło­wiek się wzwy­cza­ił do ku­ni­sków, to mu te­ra przez nich ni­jak.

— I nie szpi­lu­je mu fa­bry­kanc­kie ży­cie, bo bez te fe­to­ry...

— Bo bez te fe­to­ry, to mam bo­le­nie w pier­siach i cię­giem mi od­mia­ta i jak nie­raz za­mro­czy, to jak­by me kto ce­pem zdzie­lił w łeb. Wiel­moż­ny dzie­dzi­cu nasz ko­cha­ny — za­wo­łał roz­rzew­nio­ny, obej­mu­jąc go za no­gi.

— Si­ro­ty­śmy bid­ne! Nie­chta i pa­nin­ka wsta­wi się za bid­ne­mi — szep­ta­ła przez łzy ko­bie­ta i ca­ło­wa­ła ich po rę­kach i obej­mo­wa­ła go za no­gi.

— No, do­brze, przyjdź­cie na świę­ty Jan, to się roz­mó­wi­my. Przyj­mę was do ko­ni.

Za­czę­li jesz­cze raz dzię­ko­wać z unie­sie­niem.

— Jak oni się zmie­ni­li! — szep­nę­ła An­ka, przy­glą­da­jąc się So­cho­wej, bo ko­bie­ta zrzu­ci­ła weł­niak i ca­ły strój wiej­ski.

Mia­ła na so­bie nie­bie­ską ba­weł­nia­ną suk­nię, czer­wo­ny sta­nik do fi­gu­ry, przez któ­ry jej nie­for­tun­ny kor­pus zda­wał się prze­le­wać, mo­sięż­na brosz­ka pod szy­ją, żół­ta chu­s­tecz­ka na gło­wie, za­wią­za­na pod bro­dę i du­ża ru­da pa­ra­sol­ka w rę­ku.

— Trzy czy czte­ry mie­sią­ce i Łódź ich prze­ro­bi­ła na in­nych lu­dzi.

— Nie, pa­nie Ka­ro­lu. Łódź ich tyl­ko prze­bra­ła w in­ną gar­de­ro­bę. Dać im dzi­siaj z dzie­sięć mor­gów grun­tu, to za ty­dzień naj­da­lej ani śla­du w nich nie po­zo­sta­nie łódz­kie­go ży­cia.

Wró­ci­li do po­ko­ju sto­ło­we­go aku­rat na kłót­nię, ja­ka wy­buch­nę­ła po­mię­dzy księ­dzem Szy­mo­nem a pa­nem Ada­mem, któ­ry bił no­gą w sto­pień fo­te­lu i krzy­czał:

— Gör­göy zdraj­ca! zdraj­ca od pa­znok­cia do ły­si­ny! Łaj­dak, pie­ski syn, psu­brat.

— A ja ci mó­wię, do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny, że nie zdraj­ca, tyl­ko czło­wiek da­lej wi­dzą­cy niż ru­rę swo­jej strzel­by. On prze­cież ura­to­wał Wę­gry.

— I sprze­dał po ju­da­szow­sku.

— Te, te, te! u cie­bie roz­sąd­ni za­wsze są zdraj­ca­mi i Ju­da­sza­mi. Co mu po­zo­sta­wa­ło, jak nie oca­lić resz­tę?

— Bić się do ostat­nie­go tchu, do ostat­nie­go żoł­nie­rza.

— Już was nie by­ło, bo­ście przed­tem ucie­kli! Ja­siek, a daj no ogień­ka smy­ku, bo mi fa­jecz­ka zga­sła.

— Co? co? My­śmy ucie­kli? Na ra­ny Chry­stu­so­we, co ksiądz mó­wisz! My­śmy ucie­kli, kie­dy, my? — krzy­czał, uno­sząc się w fo­te­lu i twarz mu się roz­pa­li­ła strasz­nym obu­rze­niem, oczy ci­ska­ły pio­ru­ny, głos mu chrypł, zę­by szczę­ka­ły i gdy nie­co się uspo­ko­ił, tak drżał ca­ły, że nie mógł pić ka­wy, bo mu się rę­ce trzę­sły i ka­wa chla­pa­ła na sur­dut i na gors.

Ka­rol wy­szedł z Mak­sem pa­ko­wać się do wy­jaz­du, a oni kłó­ci­li się da­lej ca­łą pa­sją za­wzię­to­ści.

Za­jącz­kow­ski po­ma­gał pa­nu Ada­mo­wi i od cza­su do cza­su ude­rzał pię­ścią w stół, zry­wał się z krze­sła, szu­kał czap­ki, bie­gał po po­ko­ju i sia­dał zno­wu, ale ksiądz się nie dał, mó­wił co­raz ci­szej i co­raz czę­ściej wo­łał na Jaś­ka o ogień i co­raz czę­ściej ude­rzał cy­bu­chem w pod­ło­gę, był to znak, że się za­pa­lał.

Prze­rwał im roz­pra­wy Karcz­ma­rek, któ­ry szur­gał no­ga­mi w gan­ku i gło­śno nos wy­cie­rał a wszedł­szy do po­ko­ju, bat po­sta­wił w ką­cie, za­tarł rę­ce i wi­tał się po­waż­nie ze wszyst­ki­mi.

— Spóź­nił się pan na obiad, to cho­ciaż ka­wy pan się na­pi­je z na­mi.

— Dzię­ku­ję dzie­dzi­co­wi. Ja­dło się już obiad, ale co do ka­wy, to się na­pić nie za­wa­dzi.

Usiadł obok pa­na Ada­ma, spo­co­ną twarz wy­tarł po­łą sur­du­ta, a po­tem do­pie­ro jął się chło­dzić fu­la­ro­wą chust­ką.

— Go­rąc jest rze­tel­ny, ale bu­rza bę­dzie, bo się by­dło gzi na pa­stwi­skach. Dzię­ku­ję pa­ni, a go­rą­ca?

— O, bar­dzo, pra­wie wrzą­tek — od­po­wie­dzia­ła An­ka, pod­su­wa­jąc mu ka­wę i cu­kier­nicz­kę.

— Bo ka­wa zim­na war­ta grosz, al­bo pa­tyk zła­ma­ny.

— Wi­dzę, że pan się zna na ka­wie.

— I... prze­cież się cię­giem chla­pie to pa­skudz­two! Do in­te­re­su, do ga­da­nia, to nie ma jak czar­na ka­wa, a jesz­cze do te­go kie­li­szek ko­nia­ku, to już ca­łe we­se­le.

An­ka przy­nio­sła ko­niak.

Karcz­ma­rek na­lał pół fi­li­żan­ki ka­wy, a resz­tę do­peł­nił ko­nia­kiem, zmie­szał, po­gry­zał cu­krem i po­pi­jał wol­no, roz­glą­da­jąc się rów­no­cze­śnie po obec­nych.

— Dzień do­bry, nie my­śla­łem, że pa­na spo­tkam u nas — za­wo­łał Ka­rol, wcho­dząc do po­ko­ju.

— Znasz pa­na Karcz­mar­ka? — za­py­tał pan Adam.

— Prze­cież pan Karcz­mar­ski do­sta­wia nam ce­głę do bu­do­wy fa­bry­ki. Mó­wił mi oj­ciec o pań­skich za­mia­rach na nasz Ku­rów, ale że wy­mie­nił in­ne na­zwi­sko, nie do­my­śla­łem się, że to pan.

— Bo to jest tak, że na Łódź to ja mam in­sze na­zwi­sko, a na wieś też in­sze — tłu­ma­czył, uśmie­cha­jąc się chy­trze. — Lu­dzie są głu­pie, bo naj­pier­wej pa­trzą na ob­le­cze­nie dru­gie­go czło­wie­ka i na prze­zwi­sko. Po­wia­da­ją, że jak się zwał, tak się zwał, aby się do­brze miał, ale to nie­praw­da. Jak się w Ło­dzi na­zy­wa­łem po sta­re­mu, to by­le parch, al­bo Szwab, al­bo in­ny cia­rach po­wie­dział: Karcz­ma­rek! chło­pie, chodź no tu­taj, a jak się prze­zwa­łem po szla­chec­ku, to mi mó­wią: Pa­nie Karcz­mar­ski, mo­że pan bę­dzie ła­skaw! Po co ma­ją mną po­mia­tać te pa­rob­ki nie­miec­kie, kie­dy ja sro­ce spod ogo­na nie ucie­kłem i je­stem go­spo­dar­ski syn z dzia­da pra­dzia­da i kie­dy moi już go­spo­da­rzy­li, to te róż­ne Niem­cy jesz­cze po la­sach na czwo­ra­kach cho­dzi­ły i su­ro­we kar­to­fle jak świ­nia­ki ja­da­ły.

— Bra­wo, do­sko­na­le pa­nie Karcz­ma­rek — wo­łał Ka­rol, śmie­jąc się.

— Praw­dę mó­wię, bo prze­cież te łódz­kie Mül­le­ry, Szul­ce, to ta­ka siel­na szlach­ta, że jak­by przy­szło co do cze­go, to mógł­by im być kró­lem Karcz­ma­rek i jesz­cze by dla nich był ho­nor.

Do­lał so­bie ka­wy i ko­nia­ku i chciał da­lej mó­wić, ale pan Adam doj­rzał cień nie­za­do­wo­le­nia na twa­rzy Mak­sa i roz­mo­wę skrę­cił na tor in­ny, za­py­tu­jąc:

— Ce­gła idzie w tym ro­ku do­brze?

— Nie­tę­go. Ale mi się wi­dzi, że nie­dłu­go to zro­bi się ta­ki rwe­tes w Ło­dzi z bu­do­wa­niem, ja­kie­go ni­g­dy jesz­cze nie by­ło.

— Dla­cze­go? Wszyst­ko śpi, ty­le ban­kructw jak ni­g­dy, wie­le fa­bryk stoi, a resz­ta ro­bi po­ło­wą lu­dzi. Jesz­cze je­den ta­ki se­zon, a pół Ło­dzi klap­nie.

— A te Żyd­ki, co z Ce­sar­stwa przy­je­cha­ły, to ony nie po­trze­bu­ją ro­bić ge­sze­ftu, co? Ja już wi­dzia­łem, że ony się coś krę­cą po mie­ście, oglą­da­ją pla­ce i szu­ka­ją ce­giel­ni. Zo­ba­czy pan, że zro­bi się ruch. Dzie­sięć lat te­mu by­ło tak sa­mo. A cóż, że bez jed­ną zi­mę w Ło­dzi ci­cho, to i wół jak się na­pra­cu­je, to le­ży po­tem i od­po­czy­wa i ino ru­sza gem­bą, a ru­sza. Mó­wił­by kto, że zdy­cha, a już­ci, niech no od­pocz­nie, to po­tem tak cią­gnie, ja­że się za­ty­ka.

— Daw­no pan pro­wa­dzi ce­giel­nię? — za­gad­nął Ka­rol.

— Sześć lat bez ma­ła.

— A przed­tem? — za­py­ta­ła z uśmie­chem An­ka, bo Karcz­ma­rek czę­sto­wał cy­ga­ra­mi.

— Pal­cie pa­no­wie, nie­zgor­sze. Mam ju­chę Żyd­ka, co mi przy­no­si szwar­co­wa­ne.

Ob­ciął ostry­mi zę­ba­mi ko­niec cy­ga­ra, za­pa­lił uważ­nie i do­pie­ro od­po­wie­dział:

— Przed­tem pa­nien­ko, to ja by­łem głu­pim chło­pem na pół­w­łócz­ku. Mia­łem pół pia­sku i pół gli­ny szcze­rej. W su­chy rok to mi z pia­sku wy­wia­ło, a na gli­nie spa­li­ło; a w mo­kry na gli­nie zgni­ło, a na pia­sku tyż nic nie by­ło. Ta­ką go­spo­dar­kę pro­wa­dzi­łem, że by­dląt­ka ja­dły po­szy­cie z obo­ry, a człek marł z gło­du. Głu­pi wte­dy by­łem, przy­zna­ję się, bo dla­cze­go mia­łem być mą­dry? Abo mnie to uczy­li, abo mi miał kto po­ra­dzić. Mój dzie­dzic ta­ki był tłu­sty w ro­zum ja­że go Niem­cy zja­dły, to i chło­pu go nie uży­czył. Więc bie­do­wa­łem jak oj­ce i dzia­do­wie, jak Pan Bóg chłop­skie­mu na­ro­do­wi przy­ka­zał. W Ło­dzi sta­wia­li fa­bry­ki, nie­któ­re ko­mor­ni­ki i mniej­si go­spo­da­rze cho­dzi­li na ro­bo­tę, fur­ma­ni­li — ja się nie ru­sza­łem. Łódź by­ła jesz­cze da­le­ko ode wsi. Aże tu jed­ne­go dnia sprzed cha­łu­py zo­ba­czy­łem ko­min je­den, bez rok wi­dać ich by­ło pięć, Łódź szła do wsi. Jak pa­mię­tam, to z po­cząt­ku Łódź by­ła o czte­ry wior­sty, po­tem zro­bi­ło się ino trzy, a te­raz nie ma i wior­sty. Łódź szła do wsi, ale i bi­da mia­ła dłuż­sze no­gi i chwy­ci­ła mnie tak, że już my­śla­łem: sprze­dam i wy­nio­sę się da­lej. Ba­łem się ino tro­chę i jesz­cze cze­ka­łem. Ra­zu jed­ne­go spo­ty­kam ku­ma z Choj­nów, wiózł fu­recz­kę pia­sku.

— A gdzie to wie­zie­cie?

— A do mia­sta.

— A po co?

— Sprze­dać.

— A co to war­to?

— Ru­bla, jak tra­fi na pań­stwo to wię­cej, a jak na Ży­dów mniej.

Po­sze­dłem z nim. Wziął pół­to­ra ru­bla. Jak to zo­ba­czy­łem, to mi się tak roz­wid­nia­ło, jak­by mi kto w łeb uczo­ną książ­kę wpa­ko­wał.

Mia­łem gór­kę za cha­łu­pą, ni­cze­go by­ła; mia­ła czte­ry mor­gi, zie­mia ga­lan­ta, bo ją skow­ron­ki na­wo­zi­ły od wie­ków i psy się na niej scho­dzi­ły po są­siedz­ku każ­dej wio­sny. Przy­le­cia­łem do do­mu, na­rych­to­wa­łem wóz i na gó­recz­kę szu­kać pia­sku. Był ju­cha kiej zło­to i pa­rad­niej mu na pań­skich scho­dach niż pod zbo­żem.

Po­je­cha­łem z pierw­szą fu­rą; Ży­dy me zbi­ły na Sta­rym Mie­ście, pia­ska­rze na­sze tyż, po­li­cjant i ow­szem na uli­cy, alem sprze­dał. Po­tem tom ino zrzy­nał tę gór­kę i fort wy­wo­zi­łem do Ło­dzi bez ca­łe dwa la­ta, dzień w dzień, a w trze­cim jeź­dził i mój chło­pak, jeź­dził i pa­ro­bek com go przy­na­jął; wo­zi­li­śmy pia­sek, a przy­wo­zi­li­śmy co in­sze­go... Z po­cząt­ku to żo­na chcia­ła me sprać, że ja to gront za­pa­sku­dzi­łem i złe po­wie­trze ro­bię. Już­ci, że to nie per­fu­my. A że to Łódź fort szła ku na­szej wsi, to co­raz przyj­dzie ja­kiś plu­de­rek, obej­rzy mo­ją go­spo­dar­kę i po­wia­da: sprze­daj; przy­cho­dzi­ły też Ży­dy i mó­wią: sprze­daj Karcz­ma­rek! Nie sprze­da­łem, choć w koń­cu da­wa­ły po pięć­set ru­bli za mor­gę. Za­czą­łem kal­ku­lo­wać, że w tym coś jest, kie­dy one tak dro­go chcą pła­cić. Po­sze­dłem się po­ra­dzić do ad­wo­ka­ta, co nam dzia­ły pro­wa­dził. Rze­tel­ny bar­dzo czło­wiek, bo mi wprost po­wie­dział:

— Głu­piś Karcz­ma­rek. że te­go nie wiesz, oni chcą two­ją gli­nę ku­pić. Po­staw ce­giel­nię, a jak nie masz pie­nię­dzy, to do spół­ki ze mną.

Po­sta­wi­łem sam, na­ją­łem stry­cha­rza, sam po­ma­ga­łem i żo­na, i dzie­ci, ro­bi­li­śmy jak wo­ły i grosz szedł. Przy­je­chał raz ad­wo­kat, obej­rzał i po­wia­da:

— Głu­piś Karcz­ma­rek, za­mę­czysz sie­bie i dzie­ci i na tym co naj­wy­żej za­ro­bisz ty­siąc ru­bli na rok. Co trze­ba ro­bić? Po­sta­wić pa­ro­wą ce­giel­nię.

My­śla­łem bez ca­łą zi­mę, po­tem zro­bi­li­śmy spół­kę i ja­koś tam idzie.

— A cóż się sta­ło z gó­recz­ką? — za­py­ta­ła An­ka cie­ka­wie.

— Zgo­lo­na do czy­sta, już ją tam lu­dzie na po­de­szwach roz­nie­śli po świe­cie.

— I miesz­ka pan jesz­cze na wsi?

— Tro­chę przy ce­giel­ni, a tro­chę w mie­ście, bom so­bie tam po­sta­wił cha­łu­pę, że­by żo­na mia­ła gdzie miesz­kać z dzieć­mi, któ­re cho­dzą do szko­ły.

— Ład­na cha­łup­ka! trzy pię­tra fron­tu i czte­ry ofi­cy­ny — za­uwa­żył Ka­rol.

— I... po­sta­wię so­bie jesz­cze jed­ną, bo mam plac i miesz­ka­nia bę­dzie mi po­trze­ba dla zię­cia.

— A co pa­nu po Ku­ro­wie?

— Sy­na naj­star­sze­go że­nię, a że chło­pak we szko­łach nie był, do han­dlu też się nie zda, ani na fa­bry­kan­ta, to­bym mu chciał ku­pić co nie­wiel­kie­go i nie­da­le­ko, aby go mieć pod bo­kiem.

— Ja mu­szę za­raz je­chać, ale niech się pan z oj­cem umó­wi o wszyst­ko, zgódź­cie się na ce­nę i przy­je­dzie pan do Ło­dzi, to zro­bi­my akt. No, Maks, czas nam w dro­gę.

— Od­pro­wa­dzi­my was ka­wa­łek, przez po­le do szo­sy.

Po­że­gna­nie nie za­bra­ło wie­le cza­su, wszy­scy prócz Karcz­mar­ka, po­szli przez ogród i szli wą­ską po­lną dro­gą, na któ­rej spod tra­wy gdzie­nie­gdzie znać by­ło wy­żło­bio­ną ko­lej wo­zów.

Przo­dem szła An­ka, Ka­rol i Maks; za nim Za­jącz­kow­ski z księ­dzem, a w sa­mym koń­cu je­chał pan Adam, zo­sta­wał w ty­le, bo wó­zek się opie­rał na wy­bo­jach i kre­to­wi­skach, aż Wa­luś klął co chwi­la.

— Aże­by cię wcior­no­ście! a to uty­ka kiej świ­nia.

Przed­wie­czór już był nad zie­mią, ro­sa ob­fi­ta oki­ścią po­kry­wa­ła zbo­ża i tra­wy i wiel­ka ci­chość pły­nę­ła nad po­la­mi, szem­rzą­cy­mi dziw­nie prze­ni­ka­ją­cym sze­le­stem żyt­nich ki­ści, gra­niem świersz­czy­ków i słod­kim, szkla­nym brzę­cze­niem ko­ma­rów, co ca­łą chmu­rą kłę­bi­ły się nad gło­wa­mi idą­cych, a cza­sem prze­piór­ki z głę­bi zie­lo­nych puszcz żyt­nich wo­ła­ły: Pójdź­cie żąć! Pójdź­cie żąć! Al­bo ja­skół­ka ze świer­go­tem prze­le­cia­ła w zyg­za­kach, al­bo z owsów czar­nia­wych na­kro­pio­nych żół­ty­mi ogni­cha­mi, wy­rwał się skow­ro­nek, bił pro­sto ku nie­bu, trze­pał skrzy­deł­ka­mi i dzwo­nił pie­śnią, lub psz­czo­ły z brzę­kiem wra­ca­ły do ro­bo­ty.

— Do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny, ale ten Karcz­ma­rek to dziw­ny czło­wiek.

— Jest ta­kich w Ło­dzi wię­cej. Wie ksiądz, że on się na­uczył czy­tać i pi­sać do­pie­ro pa­rę lat te­mu.

— Ale po co cha­mo­wi ma­ją­tek, we łbie mu się prze­wró­ci i bę­dzie my­ślał, że wszyst­kim jest rów­ny.

— Al­bo nie jest rów­ny? Mój Za­jącz­kow­ski, mój do­bro­dzie­ju ko­cha­ny, a czym­że to lep­si je­ste­śmy od nie­go?

— Ksiądz nie­dłu­go ka­żesz nam cha­mów ca­ło­wać po rę­kach.

— Jak te­go bę­dą war­ci, pierw­szy to zro­bię, do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny, Ja­siek, ognia.

Ale że Jaś­ka nie by­ło, za­pa­lił mu faj­kę Maks, któ­ry do nich się przy­łą­czył i słu­chał nie sły­sząc, bo pa­trzył na An­kę idą­cą przo­dem z Ka­ro­lem i ło­wił chci­wie ich roz­mo­wę, pro­wa­dzo­ną pół­gło­sem.

— Nie za­po­mni pan o Wy­soc­kiej? — pro­si­ła ci­cho.

— Ju­tro pój­dę do niej. Czy ona na­praw­dę jest na­szą ku­zyn­ką.

— Jest mo­ją, ale my­ślę, że wkrót­ce bę­dzie na­szą.

Szli czas ja­kiś w mil­cze­niu.

Ksiądz sprze­czał się z Za­jącz­kow­skim, a pan Adam śpie­wał, aż się roz­le­ga­ło po po­lach.

Hej z gó­ry, z gó­ry, ja­dą Ma­zu­ry,

Puk puk w okie­necz­ko

Otwórz, otwórz pa­nie­necz­ko

Ko­niom wo­dy daj.

— Pręd­ko pan przy­je­dzie?

— Nie wiem. Mam ty­le ro­bo­ty z fa­bry­ką, że nie wiem, co pier­wej ro­bić.

— Ma­ło ma pan dla mnie cza­su te­raz, bar­dzo ma­ło... — do­da­ła ci­szej i smut­niej, cią­gnąc dło­nią po mło­dych rdza­wych kło­sach, co roz­ko­ły­sa­ne kła­nia­ły się jej do nóg i ob­rzu­ca­ły ro­są.

— Pro­szę się spy­tać Mak­sa, czy ja dla sie­bie mam choć­by go­dzi­nę cza­su dzien­nie. Od pią­tej ra­no na no­gach do póź­nej no­cy. Ja­ki z cie­bie dzie­ciak, An­ko, no spoj­rzyj na mnie.

Spoj­rza­ła, ale w oczach mia­ła smu­tek i usta drża­ły jej ner­wo­wo.

— Przy­ja­dę za dwa ty­go­dnie, do­brze? — po­wie­dział spiesz­nie, aby ją po­cie­szyć.

— Do­brze, dzię­ku­ję, ale je­śli ma na tym cier­pieć fa­bry­ka, to pro­szę nie przy­jeż­dżać, po­tra­fię znieść i tę­sk­no­tę, prze­cież to nie po raz pierw­szy.

— Ale ostat­ni, An­ka, Ten mie­siąc zle­ci pręd­ko, a po­tem...

— A po­tem?

— Po­tem bę­dzie­my już ra­zem; boi się te­go mo­je zło­te dziec­ko, co? — szep­nął czu­le.

— Nie, nie! bo prze­cież to z to­bą, z pa­nem — po­pra­wi­ła się ru­mie­niąc i uśmie­cha­ła się tak słod­ko że miał ją ocho­tę po­ca­ło­wać.

Za­mil­kła i roz­ma­rzo­ny­mi, za­pa­trzo­ny­mi w sie­bie ocza­mi błą­dzi­ła po zie­lo­nej płach­cie zbóż, co ni­by wiel­ki roz­lew wo­dy ko­ły­sa­ny wia­trem, marsz­czy­ło się w pło­we ko­li­ska, w czar­nia­we gur­by, kła­dło się nad zie­mią, po­wsta­wa­ło, le­cia­ło w tył do ugo­rów, od­bi­ja­ło się o nie i zno­wu z chrzę­stem ude­rza­ło w dróż­kę, jak­by chcąc się prze­lać przez tę ta­mę i roz­lać po dłu­gim ła­nie psze­ni­cy ni­skiej jesz­cze i tak trze­pią­cej piór­ka­mi błysz­czą­cy­mi, że ca­ły łan był po­dob­ny do wiel­kie­go sta­wu, mi­go­cą­ce­go mi­liar­da­mi zło­tych łusz­czek.

— Wa­luś, ru­szaj się be­stio! — za­krzyk­nął pan Adam, bo do­cho­dzi­li już do szo­sy.

— Adyć się ru­cham, ja­że mi mo­kro.

— To już? — szep­nę­ła An­ka, spo­strze­gł­szy ko­nie cze­ka­ją­ce na szo­sie.

— Szko­da, że to już, jest tak pręd­ko — po­wie­dział Maks.

— Praw­da, jak tu pięk­nie? patrz no do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny, jak to Pan Bóg uma­lo­wał wszyst­ko ślicz­niut­ko, o! — wo­łał ksiądz, wska­zu­jąc na po­la, le­żą­ce ku za­cho­do­wi.

Słoń­ce czer­wo­ne, ogrom­ne, zsu­wa­ło się nad la­sy po per­ło­wych prze­strze­niach i roz­sie­wa­ło po zbo­żach czer­wo­na­wą mgłę o fio­le­to­wych obrze­żach.

Wo­dy sta­wów le­żą­cych ni­żej w łą­kach pa­li­ły się jak tar­cze mie­dzia­ne moc­no wy­po­le­ro­wa­ne, a zyg­za­ko­wa­ta li­nia rzecz­ki cią­gną­cej się przez łą­ki ku wscho­do­wi, od­ci­na­ła się od traw, jak si­na, je­dwab­na wstę­ga, po­pla­mio­na gdzie­nie­gdzie czer­wo­na­wym zło­tem.

— Bar­dzo pięk­nie i ża­łu­ję, że nie ma­my cza­su przy­glą­dać się dłu­żej.

— Praw­da. No jedź­cie z Bo­giem! A daj­cież no gę­by chło­pa­ki. Pa­nie Maks, pa­nie Baum, a to­śmy cię do­bro­dzie­ju mój ko­cha­ny, po­lu­bi­li wszy­scy, jak swo­je­go.

— Bar­dzo mnie to cie­szy, bo przy­znam się szcze­rze, że mil­sze­go to­wa­rzy­stwa nie spo­tka­łem jesz­cze w ży­ciu i ser­decz­nie dzię­ku­ję za go­ścin­ność i pro­szę, nie za­po­mi­naj­cie o mnie, Maks Baum!...

— Bar­dzo so­lid­na fir­ma, da­je to­war z sze­ścio­mie­sięcz­nym kre­dy­tem — za­wo­łał Ka­rol ze śmie­chem, że­gna­jąc się ze wszyst­ki­mi.

Maks za­milkł, był ta­ki zły, że An­kę po­ca­ło­wał w obie rę­ce z dzie­sięć ra­zy, pa­na Ada­ma w oba po­licz­ki, a księ­dza w rę­kę, co te­go ostat­nie­go tak roz­czu­li­ło, że ob­jął go za szy­ję, po­ca­ło­wał w gło­wę i prze­że­gnał go na dro­gę.

Ru­szy­li z miej­sca kłu­sem.

An­ka sta­nę­ła na kop­cu i po­wie­wa­ła za ni­mi chust­ką.

Pan Adam śpie­wał mar­sza.

Maks dłu­go przy­pa­try­wał się ja­snym kon­tu­rom An­ki i gdy znik­nę­ły mu w od­da­le­niu, usiadł i gniew­nie po­wie­dział:

— Ty za­wsze mu­sisz mnie ośmie­szyć.

— Aby cię otrzeź­wić. Nie lu­bię jak się upi­ja­ją mo­im wi­nem i do te­go w mo­im wła­snym do­mu.

Za­mil­kli obaj.



II

— Blu­men­feld, gra­li­ście w nie­dzie­lę u Ma­li­now­skie­go?

— Gra­li­śmy, za­raz po­wiem — szep­nął, wsta­jąc do okien­ka za­ła­twić in­te­re­san­ta.

Stach Wil­czek prze­cią­gnął się ocię­ża­le i po­szedł wyj­rzeć na uli­cę.

Piotr­kow­ska hu­cza­ła zwy­kłym co­dzien­nym ru­chem, ol­brzy­mie plat­for­my to­wa­ro­we tak bi­ły ko­ła­mi w bruk, że w kan­to­rze szczę­ka­ły usta­wicz­nie szkla­ne ścian­ki prze­pie­rze­nia, osło­nię­te mo­sięż­ną siat­ką i po­prze­ci­na­ne okien­ka­mi, do któ­rych ci­snę­li się in­te­re­san­ci.

Przy­glą­dał się bez­myśl­nie ol­brzy­mim rusz­to­wa­niom bu­du­ją­ce­go się do­mu na­prze­ciw­ko, to gę­stej ma­sie lu­dzi, za­tła­cza­ją­cych tro­tu­ary i po­wró­cił do swo­je­go sto­li­ka śli­zga­jąc się ocza­mi po kil­ku­na­stu gło­wach wci­śnię­tych po­mię­dzy ścia­nę a szkla­ne prze­pie­rze­nie i po­roz­gra­dza­nych jesz­cze po­mię­dzy so­bą ni­ski­mi prze­gro­da­mi.

— Co­ście gra­li? — za­py­tał zno­wu Blu­men­fel­da, któ­ry prze­gar­niał chu­dą, ner­wo­wą rę­ką ja­sno­zło­ci­ste wło­sy, a nie­bie­ski­mi ocza­mi śle­dził Żyd­ka, któ­ry na środ­ku kan­to­ru ob­ra­cał się na wszyst­kie stro­ny.

— Na pra­wo ka­sa! — za­wo­łał, wy­chy­la­jąc się przez okien­ko.

— Gra­li­śmy ka­wa­łek so­na­ty Cis-mol Beetho­ve­na. Szło nam tak do­brze jak ni­g­dy. Ma­li­now­ski był...

— Blu­men­feld, kon­to Eich­ner et Pe­retz? — za­wo­ła­no z dru­gie­go koń­ca kan­to­ru.

— Czte­ry, sie­dem­na­ście, pięć. Za­ję­te do sze­ściu ty­się­cy — od­po­wie­dział szyb­ko, prze­rzu­ca­jąc sko­ro­widz.

— Po­tem ro­bi­li­śmy pró­bę z te­go, com skoń­czył nie­daw­no.

— Co to jest? Po­lka, wal­czyk.

— Daj­że spo­kój z wal­czy­ka­mi i po­lka­mi. Nie two­rzę re­per­tu­aru dla ka­ta­ry­nek i tanc­kren­che­nów! — za­wo­łał z pew­nym obu­rze­niem.

— Więc cóż? ope­rę? — py­tał się iro­nicz­nie Stach.

— Nie, nie. Coś, co ma pew­ne for­mal­ne po­do­bień­stwo do so­na­ty, ale nie jest so­na­tą. Pierw­sza część to wra­że­nie mia­sta, któ­re milk­nie i z wol­na usy­pia. Ro­zu­miesz, wiel­ka ci­sza prze­sy­co­na ła­god­ny­mi szme­ra­mi, któ­re ro­bią skrzyp­ce, a na tym tle flet za­czy­na przej­mu­ją­cą pieśń, jak­by jęk drzew mar­z­ną­cych, lu­dzi bez­dom­nych, ma­szyn spra­co­wa­nych, zwie­rząt, któ­re ju­tro bę­dą za­bi­te.

Za­czął nu­cić bar­dzo ci­cho.

— Blu­men­feld, do te­le­fo­nu wo­ła­ją.

Prze­rwał i po­biegł na­tych­miast, a gdy po­wró­cił nie mógł do­koń­czyć, bo mu­siał za­ła­twić dwóch in­te­re­san­tów cze­ka­ją­cych przed okien­kiem.

Po­tem za­pi­sy­wał w wiel­kiej księ­dze, ale bez­wied­nie prze­bie­rał pal­ca­mi, wy­stu­ku­jąc me­lo­die.

— Dłu­goś pi­sał?

— Bli­sko rok. Przyjdź w nie­dzie­lę, to usły­szysz, wszyst­kie trzy czę­ści. Dał­bym dwa la­ta ży­cia, że­bym mógł usły­szeć to wła­sne dzie­ło wy­ko­na­ne przez do­brą or­kie­strę, dał­bym pół ży­cia — do­dał po chwi­li, oparł się o stół i za­słu­cha­ny w sie­bie, wiódł mar­twym, cof­nię­tym w tył wzro­kiem po gło­wach ko­le­gów, czer­nie­ją­cych się w otwo­rach okie­nek.

Wil­czek za­czął pi­sać, a w kan­to­rze za­szem­ra­ły roz­mo­wy, le­cia­ły dow­ci­py z okien­ka do okien­ka, cza­sem wy­buch śmie­chu, któ­ry milk­nął, ile­kroć trza­snę­ły drzwi fron­to­we, za­dzwo­nił te­le­fon, al­bo brzę­cza­ły szklan­ki, bo pi­to her­ba­tę, go­tu­ją­cą się w ro­gu kan­to­ru nad ga­zem.

— Sztil180, pa­no­wie sta­ry przy­je­chał! — roz­legł się ostrze­ga­ją­cy głos.

Umil­kli na­tych­miast wszy­scy, spo­glą­da­jąc na Gros­glic­ka, któ­ry wy­siadł z po­wo­zu i stał przed kan­to­rem, roz­ma­wia­jąc z ja­kimś Żyd­kiem.

— Ku­gel­man, proś dzi­siaj o urlop, sta­ry w do­brym hu­mo­rze, śmie­je się — szep­nął Stach do są­sied­nie­go prze­dzia­łu.

— Mó­wi­łem wczo­raj, po­wie­dział, że po bi­lan­sie.

— Pa­nie Ste­iman, niech pan przy­po­mni dzi­siaj o gra­ty­fi­ka­cji.

— Że­by on zdech­nął181 jak ten czar­ny psa! — za­klął ktoś za kra­tą.

Za­czę­li się śmiać dys­kret­nie z te­go „czar­ne­go psa”, ale umil­kli na­tych­miast, bo Gros­glick wszedł.

Ze wszyst­kich okie­nek wy­chy­li­ły się kła­nia­ją­ce z po­ko­rą gło­wy i wiel­ka ci­sza prze­ry­wa­na tyl­ko sy­cze­niem wo­dy na ga­zie, za­pa­no­wa­ła w kan­to­rze.

Woź­ny ode­brał ka­pe­lusz i z na­masz­cze­niem ścią­gnął pal­to z ban­kie­ra, któ­ry za­tarł rę­ce i gła­dząc pal­cem kru­czo­czar­ne bo­ko­bro­dy, ode­zwał się:

— Wie­cie, pa­no­wie, strasz­ny wy­pa­dek się zro­bił.

— Broń Bo­że, nie pa­nu pre­ze­so­wi? — ozwał się ja­kiś głos lę­kli­wy.

— Co się sta­ło?! — za­wo­ła­li wszy­scy, uda­jąc za­nie­po­ko­je­nie.

— Co się sta­ło? Sta­ło się wiel­kie nie­szczę­ście, bar­dzo wiel­kie nie­szczę­ście — po­wtó­rzył płacz­li­wym gło­sem.

— Stra­ci­li­śmy co na gieł­dzie? — za­py­tał ci­szej pro­ku­rent fir­my, wy­cho­dząc zza prze­pie­rze­nia.

— Spa­lił się kto nie­za­ase­ku­ro­wa­ny?

— Umarł kto pa­nu pre­ze­so­wi?

— Ukra­dli mo­że te ślicz­ne ry­sa­ki182 ame­ry­kań­skie.

— Nie mów pan głu­pich rze­czy, pa­nie Pal­man — rzekł z po­wa­gą.

— Ale co się sta­ło, pa­nie pre­ze­sie? bo mnie się już sła­bo ro­bi — bła­gał Ste­iman.

— No, zle­ciał!...

— Kto zle­ciał? Skąd? Gdzie? Kie­dy? — le­cia­ły str­wo­żo­ne za­py­ta­nia.

— No, zle­ciał z pierw­sze­go pię­tra klucz i wy­bił so­bie zę­bów... Ha, ha, ha! — śmiał się ser­decz­nie.

— Co za witz183, ja­ki witz! — wo­ła­li, za­no­sząc się od śmie­chu, cho­ciaż sły­sze­li ten głu­pi dow­cip po dzie­sięć ra­zy na se­zon.

— Bła­zen! — mruk­nął Stach Wil­czek.

— Mo­że so­bie po­zwo­lić, stać go i na to! — od­po­wie­dział szep­tem Blu­men­feld.

Gros­glick po­szedł do swo­je­go ga­bi­ne­tu, po­ło­żo­ne­go za kan­to­rem od po­dwó­rza.

Po­kój ume­blo­wa­ny był z wiel­kim prze­py­chem.

Czer­wo­ne obi­cie ścian ze zło­ty­mi lam­pe­ria­mi har­mo­ni­zo­wa­ło z ma­ho­nio­wy­mi me­bla­mi su­to ozdo­bio­ny­mi brą­za­mi.

Wiel­kie we­nec­kie okno przy­sło­nię­te cięż­ki­mi dra­pe­ria­mi, wy­cho­dzi­ło na dłu­gie po­dwó­rze, oto­czo­ne ol­brzy­mi­mi ofi­cy­na­mi i za­mknię­te czte­ro­pię­tro­wym gma­chem fa­brycz­nym.

Gros­glick pa­trzył chwi­lę na trans­mi­sje prze­rzu­co­ne z jed­nej stro­ny po­dwó­rza na dru­gą i bie­gną­ce nie­ustan­nie i na dłu­gą li­nię ko­biet i męż­czyzn tło­czą­cych się do jed­nych z drzwi, z wiel­ki­mi to­bo­ła­mi weł­nia­nych chu­s­tek na ple­cach. By­li to tka­cze, któ­rzy bra­li przę­dzę z fa­bry­ki i tka­li chust­ki u sie­bie, na ręcz­nych warsz­ta­tach.

Po­tem otwo­rzył wiel­ką ka­sę wmu­ro­wa­ną w ścia­nę, przej­rzał jej za­war­tość, wy­do­był pli­ki pa­pie­rów na biur­ko pod okno, któ­re przy­sło­nił żół­ta­wym ekra­nem, usiadł i za­dzwo­nił.

Na­tych­miast zja­wił się pro­ku­rent fir­my z te­ką peł­ną pa­pie­rów.

— Cóż sły­chać, pa­nie Ste­iman?

— Pra­wie nic. Pa­lił się w no­cy A. We­ber.

— Zna­ne. Cóż wię­cej? — za­py­ty­wał, prze­glą­da­jąc ko­lej­no i bar­dzo uważ­nie pa­pie­ry.

— Prze­pra­szam pa­na pre­ze­sa, ale już nie wiem nic wię­cej — tłu­ma­czył się po­kor­nie.

— Ma­ło pan wiesz — mruk­nął ban­kier, od­su­wa­jąc pa­pie­ry i na­ci­ska­jąc gu­zik elek­trycz­ny dwa ra­zy.

Zja­wił się dru­gi urzęd­nik, głów­ny in­ka­sent.

— Cóż no­we­go, pa­nie Szulc?

— Za­bi­li dwóch ro­bot­ni­ków na Ba­łu­tach, je­den miał prze­cię­ty ca­ły brzuch.

— Co mi to szko­dzi, te­go to­wa­ru ni­g­dy nie brak­nie. Co wię­cej?

— Mó­wi­li ra­no, że Pin­kus Mey­er­sohn chwiać się za­czy­na.

— Je­mu się chce po­ło­żyć na dwa­dzie­ścia pięć pro­cent. Przy­nieś pan je­go con­to.

Szulc spiesz­nie przy­niósł.

Ban­kier przej­rzał uważ­nie i szep­nął ze śmie­chem:

— Niech się kła­dzie zdrów, nam to nie za­szko­dzi. Ja od pół ro­ku czu­łem, że on się mę­czy, że on ma ocho­tę usiąść.

— Praw­da, sam sły­sza­łem jak pan pre­zes mó­wił do Ste­ima­na.

— Ja mam nos, ja za­wsze mó­wię, że le­piej się raz do­brze wy­cze­sać, niż dwa­dzie­ścia ra­zy po­dra­pać. Ha, ha, ha! — ro­ze­śmiał się we­so­ło, tak mu się po­do­bał wła­sny kon­cept.

— Cóż wię­cej?

— Nic, mnie się tyl­ko zda­je, że pan pre­zes tro­chę źle wy­glą­da dzi­siaj.

— Pan je­steś tak głu­pi, że ja pa­nu mu­szę zmniej­szyć pen­sję! — za­wo­łał zi­ry­to­wa­ny i za­raz po wyj­ściu Szul­ca oglą­dał twarz bar­dzo szcze­gó­ło­wo w lu­strze, ob­szczy­py­wał de­li­kat­nie pulch­ne po­licz­ki i dłu­go przy­glą­dał się ję­zy­ko­wi.

— Nie­wy­raź­ny, mu­szę się po­ra­dzić dok­to­ra — my­ślał, dzwo­niąc trzy ra­zy.

Wszedł Blu­men­feld z pacz­ką ko­re­spon­den­cji i ra­chun­ków.

— Wik­tor Hu­go umarł wczo­raj — rzekł nie­śmia­ło mu­zyk i za­czął od­czy­ty­wać gło­śno ja­kieś spra­woz­da­nie.

— Du­żo zo­sta­wił? — za­py­tał ban­kier w prze­rwie oglą­da­jąc so­bie pa­znok­cie.

— Sześć mi­lio­nów fran­ków.

— Ład­ny grosz. W czym?

— W trzy­pro­cen­to­wej ren­cie fran­cu­skiej i w Su­ezach.

— Do­sko­na­ły pa­pier. W czym ro­bił?

— W li­te­ra­tu­rze, bo...

— Co? W li­te­ra­tu­rze?... — za­py­tał zdzi­wio­ny, pod­no­sząc oczy na nie­go i gła­dząc fa­wo­ry­ty.

— Tak, bo to był wiel­ki po­eta, wiel­ki pi­sarz.

— Nie­miec?

— Fran­cuz.

— Praw­da, ja za­po­mnia­łem, prze­cie to je­go ta po­wieść Ogniem i mie­czem. Mnie Me­ry ład­ne ka­wał­ki z niej czy­ta­ła.

Blu­men­feld nie prze­czył, prze­czy­tał li­sty, wy­no­to­wał od­po­wie­dzi, po­zbie­rał pa­pie­ry i chciał od­cho­dzić, ale ban­kier za­trzy­mał go ski­nie­niem.

— Pan po­dob­no gra na for­te­pia­nie, pa­nie Blu­men­feld?

— Skoń­czy­łem kon­ser­wa­to­rium w Lip­sku i kla­sę for­te­pia­no­wą u Le­sze­tyc­kie­go w Wied­niu.

— Bar­dzo mi przy­jem­nie. Ja bar­dzo lu­bię mu­zy­kę, a szcze­gól­niej te ślicz­ne ka­wał­ki, ja­kie śpie­wa­ła Pat­ti w Pa­ry­żu. Do­brze pa­mię­tam, o... — za­czął nu­cić dys­kret­nie ja­kąś ulicz­ną ariet­kę ope­ret­ko­wą. — Ja mam do­bre ucho, nie­praw­da?

— Istot­nie, za­dzi­wia­ją­ce — od­po­wie­dział Blu­men­feld, przy­pa­tru­jąc się ol­brzy­mim, si­na­wym uszom ban­kie­ra.

— Mnie przy­szła myśl, że­byś pan da­wał lek­cje mo­jej Me­ry. Ona do­brze gra i to nie bę­dą lek­cje, bo pan usią­dzie so­bie przy niej i bę­dzie tyl­ko pa­trzeć, że­by się nie omy­li­ła. Co pan bie­rzesz za go­dzi­nę?

— Da­ję te­raz lek­cje u Mül­le­rów, pła­ci mi trzy ru­ble.

— Trzy ru­ble! Ale pan cho­dzisz na ko­niec mia­sta, sie­dzisz pan w cha­łu­pie, no i roz­ma­wiasz pan z Mül­le­rem, a to cham; co to za przy­jem­ność mieć do czy­ne­nia z ta­ki­mi ludź­mi. A u mnie pan bę­dziesz sie­dział w pa­ła­cu.

— I tam w pa­ła­cu tak­że — szep­nął od nie­chce­nia Blu­men­feld.

— Mniej­sza z tym, zgo­dzi­my się, bo jak Bóg Ku­bie, tak Ku­ba Bo­gu — za­koń­czył.

— Kie­dy mam przyjść?

— Przyjdź pan dzi­siaj po po­łu­dniu.

— Do­brze, pa­nie pre­ze­sie.

— Po­proś pan do mnie Szte­ima­na.

— Do­brze pa­nie pre­ze­sie.

Szte­iman przy­szedł za­raz i z nie­po­ko­jem cze­kał roz­ka­zów.

Gros­glick wsa­dził rę­ce w kie­sze­nie, spa­ce­ro­wał po po­ko­ju, gła­dził dłu­go bo­ko­bro­dy i do­pie­ro w koń­cu rzekł uro­czy­ście:

— Ja chcia­łem pa­nu po­wie­dzieć, że mnie de­ner­wu­je ten cią­gły brzęk szkla­nek w kan­to­rze i to cią­głe sy­cze­nie ga­zu.

— Pa­nie pre­ze­sie, przy­cho­dzi­my tak wcze­śnie, że wszy­scy śnia­da­nie ja­da­ją w kan­to­rze.

— Na ga­zie go­tu­ją her­ba­tę. Kto gaz pła­ci? Ja pła­cę. Ja pła­cę gaz na to, że­by­ście pa­no­wie mo­gli ca­ły dzień pić her­ba­tę! Gdzie tu jest sens! Od dzi­siaj bę­dzie­cie pa­no­wie pła­ci­li.

— I pan pre­zes pi­ja prze­cież...

— Pi­jam, na­wet za­raz się na­pi­ję. An­to­ni, daj mi her­ba­ty — za­wo­łał gło­śno do przed­po­ko­ju, z któ­re­go by­ło wyj­ście do bra­my. — Mam myśl. Pi­je­cie her­ba­tę, pij­cie i płać­cie za gaz, na ty­le lu­dzi to nie dro­go wyj­dzie, a mnie da­waj­cie her­ba­tę w pro­cen­cie, bo prze­cież urzą­dze­nia ga­zo­we są mo­je, w mo­im kan­to­rze i pi­ja­cie w go­dzi­nach za­ję­cia.

— Do­brze, po­wiem ko­le­gom.

— Ja to ro­bię dla pa­nów do­bra, no bo te­raz to oni się wsty­dzą pić her­ba­tę, ich gry­zie su­mie­nie, że to na mo­im ga­zie, a jak każ­dy za­pła­ci gaz, to on bę­dzie śmia­ły, on bę­dzie mi mógł pa­trzeć pro­sto w oczy. To jest bar­dzo mo­ral­ne, pa­nie Szte­iman, bar­dzo.

— Mia­łem jesz­cze proś­bę do pa­na pre­ze­sa w imie­niu ko­le­gów.

— Mów pan, ale pręd­ko, mam ma­ło cza­su.

— Pan pre­zes obie­cał dać gra­ty­fi­ka­cję przy za­mknię­ciu pół­ro­cza.

— A bi­lans jak stoi?

— Ro­bią go w go­dzi­nach po­za­biu­ro­wych, bę­dzie na czas z pew­no­ścią.

— Pa­nie Szte­iman — rzekł po­ufa­le ban­kier, wsta­jąc. — Usiądź pan tro­chę, pan je­steś zmę­czo­ny.

— Dzię­ku­ję pa­nu pre­ze­so­wi, mu­szę za­raz iść, bo mam du­żo ro­bo­ty.

— Ro­bo­ta nie gęś, ona się nie wy­to­pi. Siądź pan, ja pa­nu co po­wiem. Czy oni bar­dzo cze­ka­ją na gra­ty­fi­ka­cję?

— Za­słu­ży­li na nią uczci­wie.

— To ja wiem, pan mi te­go nie po­trze­bu­jesz po­wia­dać.

— Prze­pra­szam pa­na pre­ze­sa, bar­dzo prze­pra­szam — szep­tał uni­ża­jąc się w po­ko­rze i onie­śmie­le­niu.

— Po­ga­da­my po przy­ja­ciel­sku. Co ja mógł­bym im dać?

— To już pan pre­zes sam za­de­cy­du­je.

— Więc przy­pu­ść­my, że dał­bym im ty­siąc ru­bli, wię­cej nie mógł­bym, rok za­mknie­my z gru­bą stra­tą, ja to czu­ję.

— Ma­my do­tych­czas zdwo­jo­ny ob­rót w po­rów­na­niu do ro­ku ze­szłe­go.

— Ci­cho pan bądź, ja mó­wię, że ze stra­tą, to ina­czej być nie mo­że. Więc weź­my tę okrą­głą cy­frę ty­siąc ru­bli. Ile ma­my lu­dzi w kan­to­rze?

— Pięt­na­stu jest nas ra­zem.

— Ile w fi­lii?

— Pię­ciu.

— To ra­zem dwa­dzie­ścia osób. Co każ­dy mo­że do­stać z tych pie­nię­dzy? Ja­kieś trzy­dzie­ści do pięć­dzie­się­ciu ru­bli, bo trze­ba od­trą­cić pro­cent na ka­ry. Te­raz ja się pa­na za­py­tam, co mo­że ko­mu przyjść z ta­kiej mar­nej su­my? Co ona mo­że ko­mu po­móc?

— Przy ta­kich ma­łych pła­cach jak u nas, to i te kil­ka­dzie­siąt ru­bli bę­dzie bar­dzo wiel­ką po­mo­cą.

— Głu­pi pan je­steś i źle pan li­czysz! — za­wo­łał z gnie­wem i za­czął pręd­ko cho­dzić po po­ko­ju.

— My pie­nią­dze rzu­ci­my w bło­to, pa­nie Szte­iman, jak my je roz­da­my. Ja pa­nu za­raz po­wiem, co się z nich zro­bi. Pan swo­je ulo­ku­je w lo­te­rii, bo pan grasz, ja wiem o tym. Per­l­man ku­pi so­bie no­wy gar­ni­tur, że­by się spodo­bać we­ber­kom184. Blu­men­feld ku­pi so­bie róż­ne głu­pie ka­wał­ki mu­zycz­ne. Ku­gel­man spra­wi żo­nie wio­sen­ny ka­pe­lusz. Szulc pój­dzie do szan­so­ni­stek. Wil­czek, no, ten je­den nie zmar­nu­je, on ko­mu po­ży­czy na do­bry pro­cent. A resz­ta! Wszy­scy stra­cą co do jed­ne­go gro­sza. I ja mam da­wać swo­je pie­nią­dze na zmar­no­wa­nie, ja te­go zro­bić nie mo­gę ja­ko do­bry obi­wa­tel! — za­wo­łał, ude­rza­jąc się w pier­si.

Szte­iman uśmiech­nął się iro­nicz­nie.

Ban­kier spo­strzegł to, usiadł przy biur­ku i za­wo­łał:

— No, zresz­tą co to dłu­go ga­dać, nie chcę dać i nie dam, a za te pie­nią­dze ku­pię so­bie ład­ny gar­ni­tur do sto­ło­we­go po­ko­ju. Pa­no­wie bę­dzie­cie mie­li tę przy­jem­ność mó­wić na mie­ście: „Pan Gros­glick, nasz szef, ma sto­ło­wy gar­ni­tur za ty­siąc ru­bli”, to do­brze ro­bi! — za­wo­łał, wy­bu­cha­jąc drwią­cym śmie­chem.

Szte­iman utkwił w nim bla­de, jak­by wy­gry­zio­ne atra­men­tem oczy o czer­wo­nych ob­wód­kach i dłu­go pa­trzył, aż się ban­kier po­ru­szył nie­spo­koj­nie, prze­szedł pa­rę ra­zy ga­bi­net i po­wie­dział:

— No, dam gra­ty­fi­ka­cję, dam, niech wie­dzą, że ja umię185 oce­nić pra­cę.

Za­czął pręd­ko prze­rzu­cać w ka­sie sto­sy pa­pie­rów i wy­cią­gnął w koń­cu pacz­kę po­żół­kłych we­ksli i bacz­nie je prze­glą­dał.

— Tu jest we­ksli na ty­siąc pięć­set ru­bli, pro­szę pa­na.

— Fir­my Was­ser­man i Spół­ka, to ony186 aku­rat war­te są ca­ły grosz — mó­wił Szte­iman, oglą­da­jąc we­ksle.

— Nic nie wia­do­mo. Pan wiesz, że fir­ma jest w li­kwi­da­cji, że oni mo­gą jesz­cze się pod­nieść i za­pła­cą sto za sto.

— Że­by oni chcie­li za­pła­cić pięć za sto, ale nie za­pła­cą ani gro­sza.

— Masz pan we­ksle, ja pa­nu ży­czę, że­byś pan wy­ci­snął z nich sto pięć­dzie­siąt za sto, sce­du­ję je za­raz na pa­na.

— Dzię­ku­ję pa­nu pre­ze­so­wi — szep­nął smut­nie i cof­nął się do wyj­ścia.

— Za­bierz­że pan swo­je we­ksle.

— Pa­pie­ru nie bra­ku­je w kan­to­rze.

Za­brał jed­nak we­ksle i wy­szedł.

Ban­kier wziął się do ro­bo­ty i przede wszyst­kim w książ­ce trzy­ma­nej w ka­sie, prze­kre­ślił ty­tuł gra­ty­fi­ka­cja i wpi­sał u do­łu cy­frę 1 500 rs. ja­ko wy­pła­co­ną.

Uśmiech­nął się po tej ope­ra­cji dłu­go i z lu­bo­ścią gła­dził fa­wo­ry­ty.

Wsu­nął się wkrót­ce do ga­bi­ne­tu bar­dzo ele­ganc­ki Ży­dek, wy­so­ki, szczu­pły, w zło­tych bi­no­klach na gar­ba­tym no­sie, z bród­ką ru­da­wą w ostry klin przy­cię­tą, z wło­sa­mi krę­cą­cy­mi się jak weł­na i prze­dzie­lo­ny­mi przez ca­łą gło­wę; z nie­spo­koj­ny­mi, bie­ga­ją­cy­mi usta­wicz­nie z przed­mio­tu na przed­miot ocza­mi oliw­ko­wy­mi; wy­wi­nię­te moc­no war­gi po­pę­ka­ne i si­na­we ob­cie­rał usta­wicz­nie ję­zy­kiem i wy­krzy­wiał lek­ce­wa­żą­co.

Był to Kle­in, ku­zyn bli­ski ban­kie­ra i po­wier­nik za­ufa­ny.

Wszedł tak ci­cho, że ban­kier nie usły­szał, obiegł po­kój ocza­mi, rę­ka­wicz­ki rzu­cił na fo­tel, ka­pe­lusz na krze­sło, a sam usiadł nie­dba­le na oto­ma­nie.

— Jak się masz sta­ry? — mruk­nął, za­pa­la­jąc pa­pie­ro­sa.

— Ja się mam do­brze, ale ty mnie Bro­nek prze­stra­szy­łeś, kto tak wcho­dzi po ci­chu!

— Nic ci nie za­szko­dzi!

— Co sły­chać?

— Du­żo sły­chać, bar­dzo wie­le sły­chać. Fisz­bin już dzi­siaj skoń­czył.

— Niech mu bę­dzie na zdro­wie! Co to był Fisz­bin? To był mu­zy­kant, co grał na dzie­się­ciu in­stru­men­tach — gło­wą, łok­cia­mi, ko­la­na­mi, rę­ka­mi i no­ga­mi! Co to za in­te­res? je­den dał dzie­siąt­kę za­ro­bić, a dru­gi wy­rzu­cił go za drzwi!

— Mó­wią, że w tym ty­go­dniu po­trze­bu­je się spa­lić Gold­berg — szep­nął ci­cho.

— Ta­kie nie­szczę­ście nie za­szko­dzi i naj­bo­gat­sze­mu.

— Co sły­chać z Mo­tlem?

— Ty o nim nie wspo­mi­naj, to łaj­dak, to zło­dziej, plaj­ciarz, chce pła­cić trzy­dzie­ści pro­cent.

— I on po­trze­bu­je żyć!

— Ty głu­pi je­steś, Bro­nek, ty się nie śmiej, kie­dy ja tra­cę ze trzy ty­sią­ce ru­bli.

— Aku­rat mu ty­le po­trze­ba, że­by się oże­nić, ha, ha, ha!

Za­czął się śmiać i spa­ce­ru­jąc po ga­bi­ne­cie rzu­cał cie­ka­we spoj­rze­nia do wnę­trza otwar­tej ka­sy.

Gros­glick pod­chwy­cił te spoj­rze­nia, ka­sę za­mknął i za­wo­łał iro­nicz­nie:

— Bro­nek, ty się pa­trzysz na ka­sę, jak­by ona by­ła two­ja na­rze­czo­na! Ja ci da­ję sło­wo, że ty się z nią nie oże­nisz, ty ją na­wet nie po­ca­łu­jesz, ha, ha, ha!

Ro­ze­śmiał się ser­decz­nie z mi­ny Kle­ina, któ­ry usiadł obok nie­go i za­czął mu po ci­chu opo­wia­dać. Gros­glick dłu­go słu­chał i w koń­cu rzekł:

— Wie­dzia­łem już o tym. Mu­szę się z We­ltem roz­mó­wić. Pa­nie Blu­men­feld, pro­szę za­te­le­fo­no­wać do pa­na Mo­ry­ca Welt, że ja go pro­szę do sie­bie, że jest bar­dzo waż­ny in­te­res! — za­wo­łał przez drzwi do kan­to­ru.

— Bro­nek, o tym sza! My zje­my Bo­ro­wiec­kie­go nim się ugo­tu­je!

— Ja ci mó­wię, że wy go nie zje­cie, on ma za so­bą...

Nie do­koń­czył, bo wszedł do ga­bi­ne­tu je­den z urzęd­ni­ków.

Był tak po­mie­sza­ny i ze­stra­szo­ny187, że ban­kier ze­rwał się z krze­sła.

— Pa­nie pre­ze­sie, pa­nie pre­ze­sie, ten łaj­dak co on zro­bił, ten gał­gan Tu­szyń­ski, ten!

— Co zro­bił? Mów pan ci­szej, tu­taj nie bóż­ni­ca!

— On wczo­raj za­in­ka­so­wał czte­ry­sta ru­bli i uciekł. By­łem w je­go miesz­ka­niu, nie ma nic, za­brał rze­czy i w no­cy po­je­chał! Po­je­chał do Ame­ry­ki.

— Aresz­to­wać go, okuć w kaj­da­ny, wsa­dzić do kry­mi­na­łu, wy­słać na Sy­bir! — krzy­czał ban­kier, gro­żąc pię­ścia­mi.

— Ja to chcia­łem zro­bić, chcia­łem już de­pe­szo­wać, chcia­łem dać znać po­li­cji, ale że to wszyst­ko bę­dzie kosz­to­wać, to po­trze­bo­wa­łem upo­waż­nie­nia od pa­na pre­ze­sa.

— Niech kosz­tu­je, niech ja stra­cę ca­ły ma­ją­tek, a te­go zło­dzie­ja zła­pać, niech on zgni­je w kry­mi­na­le za mo­je czte­ry­sta ru­bli!

— To mo­że za­raz pan pre­zes ka­że otwo­rzyć con­to na tę spra­wę.

— Co to bę­dzie kosz­to­wać? — za­py­tał już spo­koj­niej.

— Ja nie wiem, ale za­wsze kil­ka­dzie­siąt ru­bli kosz­to­wać mu­si!

— Co, co? Ja mam jesz­cze do­kła­dać do te­go zło­dzie­ja. A niech on zdech­nie! Kto go wy­słał za in­ka­sem? — za­py­tał po chwi­li.

— Ja, ale pan pre­zes upo­waż­nił mnie do te­go — tłu­ma­czył się nie­śmia­ło.

— Pan go wy­sła­łeś — to pan od­po­wia­dasz. Ja nic słu­chać nie chcę. Mo­je czte­ry­sta ru­bli nie mo­gą prze­paść, pan od­po­wia­dasz.

— Pa­nie pre­ze­sie, ja je­stem bied­ny czło­wiek, ja nie je­stem nic wi­nien, ja pra­cu­ję uczci­wie u pa­na pre­ze­sa już dwa­dzie­ścia lat, ja mam ośmio­ro dzie­ci! Pan pre­zes mnie upo­waż­nił do wy­sy­ła­nia te­go gał­ga­na po pie­nią­dze — ję­czał i bła­gal­ny­mi spoj­rze­nia­mi włó­czył się u nóg ban­kie­ra.

— Pan od­po­wia­dasz za ka­sę, pan po­wi­nie­neś znać lu­dzi, ja raz jesz­cze mó­wię: pie­nią­dze mu­szą być. Mo­żesz pan so­bie iść! — za­wo­łał groź­nie, od­wró­cił się do nie­go ple­ca­mi i do­pi­jał her­ba­tę.

Urzęd­nik po­stał chwi­lę, wpa­trzo­ny osłu­pia­ły­mi oczy­ma w sze­ro­kie ple­cy ban­kie­ra i w smu­gę dy­mu, ja­ki się wzno­sił z cy­ga­ra, le­żą­ce­go na kan­cie biur­ka, wes­tchnął cięż­ko i wy­szedł.

— On my­śli, że ja ta­ki głu­pi, po­dzie­lił się z Tu­szyń­skim, sta­re ka­wa­ły.

— Pan Welt! — za­mel­do­wał woź­ny.

— Proś, proś! Bro­nek, idź za tym bał­wa­nem i po­wiedz, że je­że­li pie­nią­dze nie znaj­dą się za­raz, to ja go wsa­dzę do kry­mi­na­łu. Pa­nie Welt, pro­szę do mnie! — za­wo­łał uj­rzaw­szy Mo­ry­ca, roz­ma­wia­ją­ce­go z Wilcz­kiem w kan­to­rze.

Mo­ryc przy­wi­tał się, przej­rzał twarz ban­kie­ra i rzu­cił krót­ko:

— Pre­zes te­le­fo­no­wał po mnie, a ja rów­nież się tu­taj wy­bie­ra­łem.

— In­te­res, co? to za­ła­twi­my go pręd­ko, bo ja mam z pa­nem po­ga­dać w pew­nej bar­dzo de­li­kat­nej spra­wie.

— In­te­res ta­ki: Ad­ler et Comp. po­trze­bu­je wiel­kiej par­tii weł­ny, zwró­ci­li się do mnie o to. Ja weł­nę mam, ale po­trze­bu­ję na nią pie­nię­dzy.

— Dam pa­nu pie­nię­dzy, zro­bi­my do spół­ki, do­brze?

— A no jak zwy­kle, za­ro­bi­my na tym pięt­na­ście pro­cent.

— Ile pa­nu po­trze­ba?

— Trzy­dzie­ści ty­się­cy ma­rek, na Lipsk.

— Do­brze, wy­ślę pa­nu te­le­gra­ficz­nie. Kie­dy pan po­je­dzie?

— Dzi­siaj w no­cy, za ty­dzień bę­dę z po­wro­tem.

— In­te­res za­ła­twio­ny! — za­wo­łał we­so­ło ban­kier, od­su­nął się nie­co od biur­ka, za­pa­lił cy­ga­ro i dłu­go przy­pa­try­wał się We­lto­wi, któ­ry gryzł gał­kę la­ski, po­pra­wiał bi­no­kle i rów­nież pa­trzył ba­daw­czo.

— Jak­że ba­weł­na po­szła? — za­py­tał pierw­szy Gros­glick.

— Sprze­da­li­śmy po­ło­wę.

— Wiem, wiem, za­ro­bi­li­ście po­dob­no sie­dem­dzie­siąt pięć pro­cent, a cóż z resz­tą?

— Resz­tę sa­mi prze­ro­bi­my.

— Fa­bry­ka ro­śnie?

— Za mie­siąc bę­dzie pod da­chem, za trzy umon­tu­ją ma­szy­ny, a w paź­dzier­ni­ku pusz­cza­my w ruch.

— Lu­bię ta­ki po­śpiech, to po łódz­ku, ślicz­nie! — do­dał ci­szej i uśmie­chał się dys­kret­nie. — Bo­ro­wiec­ki to mą­dry czło­wiek, ale...

Za­wa­hał się, uśmiech­nął iro­nicz­nie i za­krył twarz kłę­bem dy­mu.

— Ale?... — pod­chwy­cił Mo­ryc cie­ka­wie.

— Ale on lu­bi za bar­dzo ro­man­se z mę­żat­ka­mi, to nie wy­pa­da na fa­bry­kan­ta.

— To mu nic nie prze­szka­dza, a przy tym oże­ni się nie dłu­go, bo ma już na­rze­czo­ną.

— Na­rze­czo­na to nie we­ksel, to zwy­czaj­ny re­wers, któ­ry moż­na nie za­pła­cić w ter­mi­nie, za to nie ogło­szą ban­kruc­twa. Ja bar­dzo lu­bię Bo­ro­wiec­kie­go, ja go tak lu­bię, że gdy­by on był nasz, to ja dał­bym mu mo­ją Me­ry, ale...

— Ale — pod­chwy­cił zno­wu Mo­ryc, bo ban­kier zro­bił dłu­gą prze­rwę.

— Ale ja mu mu­szę zro­bić przy­krość, co mnie jest tak nie­przy­jem­ne, tak bar­dzo nie­przy­jem­ne, że mu­szę pa­na pro­sić, aby mnie przed nim wy­tłu­ma­czył.

— Cóż ta­kie­go? — za­py­tał Welt nie­spo­koj­nie.

— Ja mu mu­sia­łem cof­nąć kre­dyt — szep­nął ban­kier z bo­le­sną mi­ną i uda­wał szcze­rze zmar­twio­ne­go, mla­skał usta­mi, gryzł cy­ga­ro, wzdy­chał, a ob­ser­wo­wał Mo­ry­ca, któ­ry na próż­no usi­ło­wał wsa­dzić bi­no­kle i za­pa­no­wać nad so­bą.

Wia­do­mość ta zro­bi­ła na nim pio­ru­nu­ją­ce wra­że­nie, uspo­ko­ił się jed­nak szyb­ko, po­gła­dził bro­dę i su­cho za­wo­łał:

— Znaj­dzie­my kre­dyt gdzie in­dziej.

— Ja wiem, że znaj­dzie­cie i dla­te­go mnie jest bar­dzo przy­kro, że z wa­mi nie bę­dę mógł ro­bić in­te­re­sów.

— Dla­cze­go? — za­py­tał pro­sto Mo­ryc, bo twarz ban­kie­ra i je­go sło­wa nie­do­mó­wio­ne za­nie­po­ko­iły go sil­nie.

— Nie mo­gę, tak mam ka­pi­ta­ły po­an­ga­żo­wa­ne, że nie mo­gę, a przy tym, ja się mu­szę li­czyć ze wszyst­kim... Ja nie mo­gę się na­ra­żać... na stra­ty... na przy­kro­ści... — tłu­ma­czył się nie­ja­sno, ury­wał, krę­cił, a chciał, aby Mo­ryc pierw­szy za­py­tał go otwar­cie.

Ale Mo­ryc mil­czał, prze­czu­wał, że w tym cof­nię­ciu kre­dy­tu, mu­si być ja­kiś na­cisk ubocz­ny na Gros­glic­ka, py­tać się nie chciał, aby mu nie dać po­znać, jak bar­dzo go to ob­cho­dzi.

Gros­glick za­czął spa­ce­ro­wać po ga­bi­ne­cie i mó­wił nie­co przy­ci­szo­nym, przy­ja­ciel­skim gło­sem:

— Bo tak mó­wiąc po­mię­dzy na­mi, po przy­ja­ciel­sku pa­nie Mau­ry­cy, po co pa­nu spół­ki z Bo­ro­wiec­kim? Czy pan nie mo­żesz sam otwo­rzyć fa­bry­ki?

— Nie mam pie­nię­dzy! — rzu­cił krót­ko i słu­chał uważ­nie.

— To nie przy­czy­na, bo pie­nią­dze ma­ją lu­dzie, a pan masz wiel­kie za­ufa­nie i wiel­kie zdol­no­ści. Dla­cze­go ja z pa­nem ro­bię in­te­re­sy? Dla­cze­go na jed­no sło­wo da­ję pa­nu te­raz trzy­dzie­ści ty­się­cy ma­rek? bo ja pa­na znam do­brze i wiem, że na tej uf­no­ści za­ro­bię z dzie­sięć pro­cent.

— Sie­dem i pół! — po­pra­wił Mo­ryc skwa­pli­wie.

— Mó­wię tyl­ko dla przy­kła­du. Każ­dy z pa­nem ze­chce ro­bić in­te­res i pan mo­żesz pręd­ko sta­nąć na mur, więc po co pa­nu ry­zy­ko­wać z Bo­ro­wiec­kim? On jest mą­dry, bar­dzo mą­dry ko­lo­ry­sta, ale on nie jest ma­cher. Po co on ga­da po Ło­dzi, że trze­ba uszla­chet­nić i pod­nieść pro­duk­cję łódz­ką! To jest bar­dzo nie­mą­dre ga­da­nie! Co to jest uszla­chet­nić pro­duk­cję? Co to jest — „czas skoń­czyć z tan­de­tą łódz­ką!” to je­go wła­sne sło­wa, bar­dzo głu­pie sło­wa — za­wo­łał moc­niej ze zło­ścią. Że­by on my­ślał jak ta­niej pro­du­ko­wać, gdzie no­we ryn­ki otwo­rzyć dla zby­tu, jak pod­nieść sto­pę pro­cen­to­wą, to by­ło­by mą­dre, ale je­mu się chce re­for­mo­wać prze­mysł łódz­ki! On go nie zre­for­mu­je, a mo­że ła­two kark skrę­cić. Że­by to nie szko­dzi­ło ni­ko­mu, nikt by i sło­wa nie po­wie­dział. Chcesz ry­zy­ko­wać — ry­zy­kuj! Wła­zisz na dach — złam so­bie ząb. Po co je­mu fa­bry­ka! Knoll chciał mu dać dwa­dzie­ścia ty­się­cy, a to ślicz­ny grosz, ja ty­le mo­że nie za­ra­biam. Nie chciał, je­mu się chce fa­bry­ki, je­mu się chce „uszla­chet­niać pro­duk­cję”, je­mu się chce psuć in­te­re­sy Szai, Zu­ke­ro­wi, Knol­lo­wi, ca­łej ba­weł­nie łódz­kiej. A wiesz pan dla­cze­go? Że­by Po­la­cy mo­gli po­wie­dzieć: Wy ro­bi­cie tan­de­tę, sza­chru­je­cie, wy­zy­sku­je­cie ro­bot­ni­ków, a Bo­ro­wiec­ki, a my pro­wa­dzi­my in­te­res po­rząd­nie, uczci­wie, so­lid­nie!

— Pre­zes da­le­ko wi­dzi! — szep­nął Mo­ryc iro­nicz­nie

— Pan się nie śmiej, ale ja bar­dzo da­le­ko wi­dzę. Jak Ku­row­ski za­kła­dał fa­bry­kę prze­czu­łem co z te­go bę­dzie i mó­wi­łem Glanc­ma­no­wi, za­łóż ta­ką sa­mą, za­łóż za­raz, bo on cię zje — nie słu­chał mnie i dzi­siaj co? Stra­cił wszyst­ko i jest w kan­to­rze Szai, bo Ku­row­ski bie­rze tyl­ko swo­ich i tak sta­nął, że z nim nie mo­że być kon­ku­ren­cji, a za rok ile ze­chce brać, ty­le bę­dzie brał za swo­je far­by. Ale to nie o to idzie, idzie o to, że jak się jed­ne­mu Po­la­ko­wi uda, to za­raz ca­łą ku­pą przy­cho­dzą in­ni. Pan my­ślisz, że Tra­wiń­ski nie ro­bi kon­ku­ren­cji Blach­ma­no­wi i Kes­sle­ro­wi, co? On im psu­je in­te­re­sy. Sam nie za­ra­bia nic, do­kła­da co rok, ale psu­je wszyst­kim, bo zni­ża ce­nę za to­war i pod­no­si pła­cę maj­strów i ro­bot­ni­ków! On się ba­wi w fi­lan­tro­pię, za któ­rą in­ni dro­go pła­cą; wczo­raj u Kes­sle­rów ca­ła przę­dzal­nia sta­nę­ła. Dla­cze­go? Dla­te­go, że maj­stro­wie i ro­bot­ni­cy po­wie­dzie­li, że ro­bić do­tąd nie bę­dą, do­pó­ki im nie za­pła­cą tak, jak w fa­bry­ce Tra­wiń­skie­go pła­cą! Ład­ne po­ło­że­nie dla fa­bry­ki, któ­ra jest tak skrę­po­wa­na ter­mi­no­wy­mi ob­sta­lun­ka­mi, że na wszyst­ko zgo­dzić się mu­sia­ła! Jak Kes­sler bę­dzie miał w tym ro­ku o dzie­sięć pro­cent mniej, to mu­si po­dzię­ko­wać za to Tra­wiń­skie­mu! Tfy, to jest już nie tyl­ko świń­stwo, ale to jest sto ra­zy głu­pie! A te­raz po­wsta­je Bo­ro­wiec­ki i tak­że obie­cu­je „uszla­chet­nić pro­duk­cję” ha, ha, ha! mnie się bar­dzo chce śmiać. Jak Bo­ro­wiec­kie­mu pój­dzie, to za dwa la­ta za­ło­ży zno­wu ja­ki So­snow­ski in­te­res do „uszla­chet­nia­nia”, za czte­ry la­ta bę­dzie ich ośmiu uszla­chet­nia­ło i psu­ło ce­ny, a za dzie­sięć to ca­ła Łódź bę­dzie ich!

Mo­ryc za­czął się śmiać z prze­ra­że­nia ban­kie­ra.

— To nie jest śmiech, mo­je przy­pusz­cze­nia to nie jest ten wiatr, ja ich znam do­brze, ja wiem, że z ni­mi nie wy­trzy­ma­my kon­ku­ren­cji, bo oni bę­dą mie­li za so­bą ca­ły kraj. Dla­te­go trze­ba Bo­ro­wiec­kie­go zjeść, trze­ba wszyst­kim zro­zu­mieć to po­ło­że­nie i iść rę­ka w rę­kę, so­li­dar­nie!

— A Niem­cy? — za­py­tał krót­ko Mo­ryc, po­pra­wia­jąc bi­no­kli.

— Z tym się nie ma co li­czyć, ich i tak prę­dzej czy póź­niej dia­bli stąd we­zmą, ale my zo­sta­je­my! o nas tu idzie! Pan mnie ro­zu­mie, pa­nie Mo­ryc?

— Ro­zu­miem, ale je­śli mój ka­pi­tał da mi wię­cej pro­cen­tów u Bo­ro­wiec­kie­go, to ja idę z nim — szep­nął ci­cho, gry­ząc la­skę.

— To jest po ku­piec­ku po­wie­dzia­ne, ale ja pa­nu z gó­ry rę­czę, że ten ka­pi­tał nie da nic i że pan mo­że stra­cić wszyst­ko.

— Zo­ba­czy­my!

— Ja pa­nu do­brze ży­czę, po­wie­dzia­łem to, co my­ślę, co my­śli na­sza ca­ła Łódź. Pan sam po­wiedz, po co im fa­bry­ki! Nie mo­gą oni sie­dzieć na wsi, trzy­mać wy­ści­go­we ko­nie, jeź­dzić za gra­ni­cę, po­lo­wać, ro­man­so­wać z cu­dzy­mi żo­na­mi, ro­bić po­li­ty­kę i wiel­ki szyk po świe­cie! Im się za­chcia­ło fa­bryk i „uszla­chet­nia­nia pro­duk­cji”, im się zda­je, że to an­giel­ski koń, co je­mu moż­na dać pro­stą cham­ską ko­by­łę za żo­nę, a ona za­raz uro­dzi sa­me­go lor­da! — wo­łał z po­li­to­wa­niem i zgro­zą.

— Że­by oni mo­gli sie­dzieć na wsi i ba­wić się, to­by z pew­no­ścią nie by­ło w Ło­dzi ani jed­ne­go Po­la­ka.

— Niech przy­cho­dzą! jest ty­le miejsc... stró­żów, woź­nych, sztan­gre­tów188, oni ta­kie rze­czy do­brze ro­bią, oni są do te­go spe­cja­li­ści, ale po co im się brać do nie­swo­ich rze­czy, dla­cze­go oni nam ma­ją psuć in­te­re­sy?

— Do wi­dze­nia, dzię­ku­ję pre­ze­so­wi za zwró­ce­nie uwa­gi.

— Ja my­ślę, pa­nie Mau­ry­cy, bo te wszyst­kie na­sze, to bi­dło, par­chy, oni tyl­ko pa­trzą, że­by dzi­siaj zro­bić ge­szeft, a w so­bo­tę zjeść do­brą ko­la­cję i wy­spać się pod pie­rzy­ną! Co pan zro­bisz?

— Zo­ba­czę. Więc Bo­ro­wiec­ki nie ma ani gro­sza kre­dy­tu u pa­na?

— Ja nie mo­głem stra­cić wszyst­kich na­szych fa­bry­kan­tów dla nie­go!

— Zmo­wa! — szep­nął bez­wied­nie Mo­ryc.

— Ja­ka zmo­wa? co pan ga­dasz, to tyl­ko obro­na! Że­by to był kto in­ny, nie Bo­ro­wiec­ki, to­by się je­go przy­dep­ta­ło nie­znacz­nie i zde­chł­by pręd­ko, ale pan wiesz, jak on pod­parł Bu­chol­ca, pan wiesz, co to jest za ko­lo­ry­sta! no i to pan wiesz, że w nie­go wie­rzą, że on ma sto­sun­ki, że on jest zna­ny na ryn­kach.

— To wszyst­ko praw­da, ale je­mu mo­że pójść! — za­koń­czył Mo­ryc i wy­szedł.

W kan­to­rze po­szedł za prze­pie­rze­nie do Sta­cha.

— Pa­nie Wil­czek, sta­ry Grün­span chce z pa­nem po­mó­wić choć­by za­raz.

— Mógł­bym pa­nu po­wie­dzieć, o czym chce mó­wić ze mną. Mo­że mu pan po­wie­dzieć, że mnie się nie spie­szy ze sprze­da­niem pla­cu, bo za­kła­dam go­spo­dar­stwo.

— Jak pan chce! — rzu­cił mu Mo­ryc wy­cho­dząc.

— Zmo­wa! — my­ślał, idąc Piotr­kow­ską.

Był tak za­my­ślo­ny, że nie spo­strzegł Zyg­mun­ta Grün­spa­na, któ­ry ki­wał na nie­go z po­wo­zu i przy­zy­wał do sie­bie.

— Mo­ryc, czy ty już nie po­zna­jesz zna­jo­mych! — za­wo­łał Zyg­munt przy­stę­pu­jąc do nie­go.

— Jak się masz i do wi­dze­nia, bo cza­su nie mam.

— Chcia­łem ci tyl­ko po­wie­dzieć, że­byś przy­szedł w nie­dzie­lę, bo Me­la przy­jeż­dża.

— Czy ona jesz­cze sie­dzi we Flo­ren­cji?

— Z Ró­żą, to dwie wa­riat­ki. Roz­ie się nie chcia­ło pi­sać do Szai, to ona ca­ły list te­le­gra­fo­wa­ła, ca­ły list, ze dwie­ście wier­szy.

— Mu­szą się tam do­brze ba­wić?

— Ró­ża się nu­dzi, a w Me­li za­ko­chał się ja­kiś wło­ski ksią­żę i ma za nią przy­je­chać do Ło­dzi.

— Po co?

— Chce się z nią że­nić. Tak pi­sa­ła Ró­ża.

— Głup­stwo.

— Au­ten­tycz­ny ksią­żę! — wy­krzyk­nął Zyg­munt, roz­pi­na­jąc mun­dur.

— Ta­ką fir­mę mo­żesz so­bie ku­pić w każ­dym ho­te­lu wło­skim.

Roz­sta­li się, Mo­ry­co­wi spie­szy­ło się bar­dzo.

Szedł do fa­bry­ki, jak to ro­bił co­dzien­nie, bo lu­bił pa­trzyć jak mu w oczach wzra­sta­ły mu­ry, ale dzi­siaj szedł wol­no, sło­wa Gros­glic­ka ob­cią­ży­ły go, roz­my­ślał nad ni­mi, po­mi­mo że ho­ro­sko­py ban­kie­ra wy­da­ły mu się prze­sa­dzo­ny­mi, nie­mo­żeb­ny­mi pra­wie do urze­czy­wist­nie­nia.

Spo­glą­dał na mia­sto, na dłu­gie sznu­ry do­mów, na set­ki ko­mi­nów, co ni­by pnie so­sen czer­wie­ni­ły się w roz­sło­necz­nio­nym upal­nym po­wie­trzu i wiel­ki­mi słu­pa­mi dy­mów bi­ły w gó­rę, wsłu­chi­wał się w gwar mia­sta, w przy­głu­szo­ny a nie­ustan­ny szum fa­bryk pra­cu­ją­cych w tur­kot cięż­kich plat­form peł­nych to­wa­rów, krzy­żu­ją­cych się we wszyst­kich kie­run­kach.

Rzu­cał ba­daw­cze spoj­rze­nia na szyl­dy skle­pów nie­zli­czo­nych, na ta­bli­ce do­mów, na ty­sią­ce na­zwisk po­wy­pi­sy­wa­nych na bal­ko­nach, ścia­nach i oknach do­mów.

Mo­tel Li­pa, Cha­skiel Co­kol­wiek, Ita Aron­sohn, Jó­zef Re­in­berg itd. itd., sa­me na­zwi­ska ży­dow­skie, po­prze­ty­ka­ne gdzie­nie­gdzie na­zwi­ska­mi nie­miec­ki­mi.

— Sa­mi na­si! — szep­nął jak­by z pew­ną ulgą i lek­ce­wa­żą­cy uśmiech prze­wi­jał mu się po ustach i bił z oczów, gdy spo­strzegł pol­skie na­zwi­sko na szyl­dzi­ku ja­kie­go szew­ca lub ślu­sa­rza.

— Gros­glick ma bzi­ka! — my­ślał, ogar­nia­jąc spoj­rze­niem to mo­rze do­mów, skle­pów i fa­bryk ży­dow­skich. On ma ład­ny ka­wa­łek cho­ro­by — do­dał we­so­ło pra­wie i już nie my­ślał o je­go oba­wach spo­lsz­cze­nia Ło­dzi, bo czuł w tej chwi­li pa­trząc na ży­dow­ską po­tę­gę mia­sta, że jej nic i nikt zła­mać nie po­tra­fi. A szcze­gól­niej Po­la­cy! — my­ślał, od­da­jąc ukłon Ko­złow­skie­mu, któ­ry w ja­snych je­dwa­biach, w żół­tych la­kier­kach i z gał­ką la­ski przy lśnią­cym cy­lin­drze, któ­ry spy­chał na tył gło­wy, spa­ce­ro­wał po dru­giej stro­nie uli­cy i za­glą­dał w oczy prze­cho­dzą­cym ko­bie­tom.

Nie, już nie my­ślał o oba­wach ban­kie­ra, ale ta zmo­wa na Bo­ro­wiec­kie­go skło­po­ta­ła go moc­no.

Był za­an­ga­żo­wa­ny w tym in­te­re­sie, tyl­ko z tej stro­ny go ob­cho­dzi­ła ich fa­bry­ka, bo czy Ka­rol stra­ci, nic go to nie ob­cho­dzi­ło, ale sam nie lu­bił na­wet ry­zy­ko­wać, a te­raz czuł, że je­śli się zmó­wi­li na nie­go, to go ogry­zą do ostat­niej ko­stecz­ki.

— To jest ke­in ge­szeft189! — my­ślał i te­raz do­pie­ro zo­ba­czył ja­sno przy­czy­ny naj­roz­ma­it­szych prze­szkód, ja­kie ich spo­ty­ka­ły.

Zro­zu­miał, dla­cze­go przed­się­bior­ca, któ­ry miał im pro­wa­dzić ro­bo­ty mu­lar­skie — cof­nął się. Oni mu za­bro­ni­li ro­bić!

Kwe­stio­no­wa­no im pla­ny i zwle­ka­no z ich za­twier­dze­niem. Ich ro­bo­ta.

Ko­mi­sja bu­dow­la­na prze­ry­wa­ła im ro­bo­tę i zmu­si­ła do zgru­bie­nia ścian. Ich de­nun­cja­cje!

Nie­miec­kie nad­reń­skie fir­my od­mó­wi­ły im kre­dy­tu na ma­szy­ny. To rów­nież oni zro­bi­li!

A te wie­ści fał­szy­we, złe, głu­pie, ja­kie krą­ży­ły o Bo­ro­wiec­kim po Ło­dzi, a któ­re źle mu­sia­ły od­dzia­ły­wać na ich przy­szły kre­dyt. Któż je roz­pusz­czał? Lu­dzie Gros­glic­ka, Szai i Zu­ke­ra.

— To jest sto ra­zy ke­in ge­szeft. Oni go zje­dzą! — my­ślał co­raz po­sęp­niej, ale wcho­dząc w uli­cę, na któ­rej by­ła ich fa­bry­ka, za­czy­nał już pra­co­wać nad spo­so­ba­mi wy­co­fa­nia się z te­go in­te­re­su.

Szu­kał przy­zwo­itych po­zo­rów, bo zry­wać zu­peł­nie z Bo­ro­wiec­kim nie chciał.



III

Bu­dyn­ki po fa­bry­ce Me­isne­ra, któ­re Bo­ro­wiec­ki ku­pił i prze­ra­biał dla swo­jej fa­bry­ki, sta­ły z bo­ku Kon­stan­ty­now­skiej, na jed­nej z ma­łych uli­czek: by­ła to dziel­ni­ca ma­łych fa­bry­czek i sa­mo­dziel­nych warsz­ta­tów, te­raz już ob­umar­ła — za­bi­ta przez wiel­ki prze­mysł.

Ulicz­ki by­ły krzy­we, ob­sta­wio­ne par­te­ro­wy­mi do­ma­mi o wiel­kich fa­cja­tach, nie­bru­ko­wa­ne, nędz­ne i brud­ne.

Do­my po­wy­krzy­wia­ły się ze sta­ro­ści i po­wo­li za­pa­da­ły w grzą­ską zie­mię, jak­by przy­gnia­ta­ne wiel­ko­ścią gma­chów fa­bry­ki Mül­le­ra i ol­brzy­mi­mi ko­mi­na­mi in­nych fa­bryk, któ­re gę­stym, ka­mien­nym la­sem chwia­ły się do­oko­ła.

Reszt­ki tro­tu­arów cią­gnę­ły się obok ob­szar­pa­nych do­mów, za­glą­da­ły w nie­któ­rych głę­biej za­pad­nię­tych do okien i two­rzy­ły sze­reg do­łów i wy­bo­jów, za­sy­pa­nych śmie­cia­mi.

Na środ­ku uli­cy le­ża­ły miej­sca­mi wiel­kie ka­łu­że ni­g­dy nie wy­sy­cha­ją­ce­go bło­ta, nad któ­ry­mi snu­ły się gro­ma­dy dzie­ci, po­dob­nych przez wy­nędz­nie­nie i brud do wiel­kich sto­nóg, wy­lę­głych w tych ru­de­rach; gdzie zaś nie by­ło bło­ta, tam le­ża­ła gru­ba war­stwa wę­glo­we­go mia­łu, któ­ry roz­bi­ja­ny ko­ła­mi wo­zów, pod­no­sił się i czar­nym tu­ma­nem wi­siał nad ulicz­ka­mi, ob­le­piał do­mo­stwa i żarł nędz­ną zie­lo­ność drzew ane­micz­nych, po­krzy­wio­nych, któ­rych po­skrę­ca­ne i na­ro­słe gu­za­mi ga­łę­zie wy­chy­la­ły zza par­ka­nów lub cią­gnę­ły się przed dom­ka­mi sze­re­giem po­ła­ma­nych szkie­le­tów.

Mo­no­ton­ny, su­chy stu­kot warsz­ta­tów tkac­kich, trzę­są­cych się sza­ry­mi szkie­le­ta­mi za prze­pa­lo­ny­mi szy­ba­mi okien, prze­peł­niał po­wie­trze i łą­czył się z po­tęż­nym szu­mem fa­bry­ki Mül­le­ra.

Mo­ryc Welt prze­szedł szyb­ko umie­ra­ją­cą dziel­ni­cę, bo go przej­mo­wa­ła wstrę­tem nę­dza roz­pa­da­ją­cych się do­mów i de­ner­wo­wał go ten su­chot­ni­czy stu­kot warsz­ta­tów i to ży­cie tęt­nią­ce tak sła­bo, jak­by ostat­ka­mi sił.

Lu­bił gwar po­tęż­nych ma­szyn; huk po­twor­nych or­ga­ni­zmów fa­brycz­nych prze­ni­kał go słod­kim uczu­ciem si­ły i zdro­wia, a sam wi­dok wiel­kich fa­bryk uspo­sa­biał we­so­ło.

Uśmiech­nął się bez­wied­nie do gma­chów Mül­le­ra hu­czą­cych ro­bo­tą, spoj­rzał życz­li­wie na przę­dzal­nię Tra­wiń­skie­go, sto­ją­cą obok i dłu­go śli­zgał się ocza­mi po czer­wo­nych, ci­chych pa­wi­lo­nach fa­bry­ki sta­re­go Bau­ma, sto­ją­cej na­prze­ciw­ko, któ­rej okna za­snu­te ku­rzem i pa­ję­czy­ną pa­trza­ły tak mar­two, jak umie­ra­ją­ce oczy.

Za Tra­wiń­skim, prze­dzie­lo­ny tyl­ko kil­ko­ma pu­sty­mi pla­ca­mi, bu­do­wał Bo­ro­wiec­ki, a ra­czej prze­bu­do­wy­wał sta­rą me­isne­row­ską fa­bry­kę, któ­rą ku­pił za bez­cen, bo kil­ka­na­ście lat sta­ła bez­czyn­ną.

Ca­ły front ob­sta­wio­ny był rusz­to­wa­nia­mi, bo nad­bu­do­wy­wa­no pię­tro, rusz­to­wa­nia za­kre­śla­ły rów­nież wiel­ki czwo­ro­bok dzie­dziń­ca, a spo­za nich czer­wie­ni­ły się wzno­szo­ne pa­wi­lo­ny i mi­go­ta­ły syl­wet­ki ro­bot­ni­ków.

— Dzień do­bry, pa­nie Da­wi­dzie — za­wo­łał Mo­ryc, spo­strze­gł­szy Hal­per­na, któ­ry z pa­ra­so­lem pod pa­chą, z za­dar­tą do gó­ry gło­wą, stał na środ­ku po­dwó­rza i przy­pa­try­wał się ro­bo­cie.

— Dzień do­bry! Ład­ny ka­wa­łek fa­bry­ki nam przy­bę­dzie! A jak się to pręd­ko ro­bi, to aż przy­jem­ność pa­trzeć. Ja je­stem cho­ry, mnie dok­tór po­wie­dział: Pa­nie Hal­pern, pan się lecz, pan nic nie rób. To ja się le­czę, ja nic nie ro­bię, tyl­ko so­bie cho­dzę po Ło­dzi i pa­trzę jak ona mi ro­śnie, to jest naj­lep­sze le­kar­stwo na mo­ją cho­ro­bę.

— Jest Bo­ro­wiec­ki?

— W przę­dzal­ni wi­dzia­łem go przed chwi­lą.

Mo­ryc wszedł do ni­skie­go bu­dyn­ku o po­wy­gi­na­nych w dłu­gie pry­zmy da­chach oszklo­nych, prze­zna­czo­ne­go na przę­dzal­nię.

Bar­dzo wid­ne sa­le by­ły li­te­ral­nie za­pcha­ne czę­ścia­mi ma­szyn, ce­głą do pod­mu­rów­ki fun­da­men­tów, zwo­ja­mi pa­py do kry­cia da­chów, ludź­mi i ha­ła­sem mon­to­wa­nych ma­szyn, któ­rych dłu­gie szkie­le­ty, po­dob­ne do szkie­le­tów przed­po­to­po­wych jasz­czu­rów, cią­gnę­ły się w po­przek sal, po­kry­te ku­rzem, za­pach świe­że­go wap­na i ostry gry­zą­cy za­pach as­fal­tu go­to­we­go i wy­le­wa­ne­go w jed­nej z sal prze­sy­cał po­wie­trze.

— Mo­ryc, przy­ślij mi Ja­skól­skie­go! — krzyk­nął Maks Baum.

W nie­bie­skiej blu­zie, z faj­ką w zę­bach, za­smo­lo­ny, stał wpo­śród ro­bot­ni­ków, usta­wia­ją­cych ma­szy­ny i ro­bił ra­zem z ni­mi.

Ja­skól­ski, któ­re­go od po­cząt­ku bu­do­wy przy­jął Bo­ro­wiec­ki od roz­ma­itych za­jęć, nad­biegł z po­śpie­chem.

— Hej, szlach­cic, przy­słać czte­rech tę­gich lu­dzi do win­dy, a pręd­ko! — krzyk­nął Baum i da­lej skła­dał z mon­te­ra­mi ma­szy­nę, któ­ra mia­ła być pod­nie­sio­na przez win­dę i usta­wio­na na pod­mu­ro­wa­niu i gdy mu coś Mo­ryc krzy­czał ze środ­ka sa­li, nie mo­gąc się bli­żej do­stać, od­krzyk­nął mu krót­ko:

— Nie za­wra­caj mi gło­wy, po­wiesz w nie­dzie­lę. Ka­rol jest w po­dwó­rzu.

Ka­rol był w po­dwó­rzu, przy ol­brzy­mich do­łach w któ­re zsy­py­wa­no wap­no zwo­żo­ne i la­so­wa­no za­raz; tu­ma­ny bia­łe­go wa­pien­ne­go ku­rzu przy­sła­nia­ły bia­łe syl­wet­ki ro­bot­ni­ków i kon­tu­ry wo­zów i lu­dzi.

Bo­ro­wiec­ki był pra­wie bia­ły od py­łu, zja­wił się na chwi­lę, przy­wi­tał z Mo­ry­cem i szep­nął mu do ucha:

— Wiesz, nie przy­sła­li far­bia­rek, wy­krę­ca­ją się bra­kiem go­to­wych.

— Nie chcą dać na kre­dyt, cóż te­raz zro­bi­my?

— Pi­sa­łem już do An­glii, bę­dzie tro­chę póź­niej, tro­chę dro­żej, ale bę­dzie! Psia­krew te Szwa­by! — za­klął ze zło­ścią.

Mo­ryc Welt nic się nie ode­zwał, przy­glą­dał mu się uważ­nie, pa­trzył rów­nież uważ­nie na ca­łą fa­bry­kę, na ro­bot­ni­ków, na część ma­szyn sto­ją­cych pod gru­by­mi opo­na­mi na dzie­dziń­cu, po­krę­cił się po wszyst­kich ką­tach, zaj­rzał raz jesz­cze do Mak­sa, do skła­du ce­men­tu, gdzie Ja­skól­ski re­zy­do­wał, przy­pa­try­wał się wszyst­kie­mu ze zdwo­jo­ną uwa­gą i co­raz mniej mu się po­do­ba­ło.

— To cia­sto, a nie wap­no! — po­wie­dział przy­pa­tru­jąc się mu­ro­wa­niu.

— Niech so­bie in­ni mu­ru­ją na pia­sek, ja nie chcę, że­by mi się na łeb wszyst­ko zwa­li­ło — od­po­wie­dział Bo­ro­wiec­ki.

— Wczo­raj ob­li­cza­łem, że te skle­pie­nia Mo­nie­ra bę­dą nas kosz­to­wa­ły o dwa ty­sią­ce ru­bli wię­cej niż zwy­czaj­ne.

— Ale war­te są co do wy­trzy­ma­ło­ści o czte­ry ty­sią­ce wię­cej. W ra­zie wy­pad­ku ogień ich nie prze­pa­li.

— Dla­te­go tyl­ko je za­pro­wa­dzasz? — za­py­tał Mo­ryc ci­cho, wsa­dza­jąc bi­no­kle.

— I dla­te­go, że je­śli się spa­li, to przy­naj­mniej jed­no pię­tro, a nie wszyst­ko.

— Pi... cza­sem to nie jest ta­kie... strasz­ne.

Ka­rol mu nic nie od­po­wie­dział, bo od­szedł spiesz­nie, a Mo­ryc po­cho­dził jesz­cze po fa­bry­ce i z iry­ta­cją spo­strze­gał wszę­dzie, że bu­du­je się po­rząd­nie, że bu­du­je się bar­dzo dro­go.

Prze­glą­dał w kan­to­rze li­stę płac ro­bot­ni­ków i zwró­cił uwa­gę pro­wa­dzą­ce­mu ro­bo­ty na nie­sły­cha­ną, we­dług nie­go, wy­so­kość płac, przy­cze­piał się do wie­lu rze­czy i wszyst­ko znaj­do­wał za do­brym i za dro­gim.

— Wiem, co ro­bię — od­po­wie­dział mu Ka­rol na uwa­gi.

— To bę­dzie pa­łac, nie fa­bry­ka, dla nas zresz­tą ta­ki kom­fort za dro­gi!

— To nie jest kom­fort, to jest trwa­łość, któ­ra ta­niej kosz­tu­je niż tan­de­ta. Zo­bacz u Bloh­ma­nów, po­sta­wi­li ta­nio i co­rocz­nie mu­szą po­pra­wiać, bo chce im się wszyst­ko zwa­lić; nie cier­pię ży­dowsz­czy­zny w ni­czym, wiesz o tym do­brze.

— Zo­ba­czy­my, co to da to po­lni­sche Wirt­schaft190 — szep­nął Mo­ryc z iro­nią.

— Prze­ko­nasz się, a tym­cza­sem bądź zdrów Mo­ryc, nie wy­spa­łeś się i nu­dzisz.

— Trze­ba się za­bez­pie­czyć! — po­my­ślał Welt, wy­cho­dząc z fa­bry­ki.

Ka­rol po­szedł na rusz­to­wa­nia oglą­dać ro­bo­tę, bie­gał na bocz­ny plac, gdzie skła­da­no ce­głę, uwi­jał się wśród kup zie­mi, po­mię­dzy do­ła­mi z wap­nem, po­mię­dzy ster­ta­mi ce­gły, drze­wa bu­dul­co­we­go, wśród dzie­sią­tek wo­zów, wjeż­dża­ją­cych i wy­jeż­dża­ją­cych; wy­da­wał po­le­ce­nia Ja­skól­skie­mu, któ­ry za­dy­sza­ny, z wiecz­nie prze­stra­szo­ną twa­rzą, bie­gał je wy­peł­niać, zaj­rzał kil­ka ra­zy do Mak­sa i krą­żył usta­wicz­nie po ob­rę­bie fa­bry­ki, któ­ra pod­bu­dzo­na je­go ener­gią nie­stru­dzo­ną, je­go obec­no­ścią cią­głą, ro­sła nad­zwy­czaj szyb­ko.

Nie zwa­żał na kurz, na słoń­ce, któ­re za­le­wa­ło wszyst­kich co­raz moc­niej­szym ża­rem, na zmę­cze­nie na­wet, tyl­ko od świ­tu ra­zem z ro­bot­ni­ka­mi był już na ro­bo­cie i ra­zem z ni­mi scho­dził o zmro­ku.

Pod­bu­dzał go jesz­cze do tej pra­cy Maks, któ­ry z wiel­ką przy­jem­no­ścią pra­co­wał przy usta­wia­niu ma­szyn z ro­bot­ni­ka­mi i ra­zem z ni­mi szedł wie­czo­rem do knaj­py, wy­pi­jał nie­zli­czo­ne ilo­ści pi­wa, sy­piał tyl­ko pa­rę go­dzin i rzu­cił w kąt wszyst­kie swo­je le­ni­we przy­zwy­cza­je­nia.

Od przy­jaz­du ze wsi sto­sun­ki po­mię­dzy ni­mi ochło­dły nie­co z po­wo­du fa­bry­ki, któ­ra ich ab­sor­bo­wa­ła zu­peł­nie i z po­wo­du te­go ode­zwa­nia się Bo­ro­wiec­kie­go, gdy wy­jeż­dża­li z Ku­ro­wa.

Maks nie mógł te­go za­po­mnieć, tym bar­dziej, że o An­ce my­ślał co­raz czę­ściej i że co­raz wię­cej iry­to­wał go Bo­ro­wiec­ki cią­gły­mi wi­zy­ta­mi u Mül­le­rów.

Wi­dział w tym po­dwój­ną grę, któ­ra je­go pro­stą na­tu­rę obu­rza­ła do głę­bi.

Od­da­la­li się od sie­bie co­raz bar­dziej, mo­cą co­raz sil­niej ujaw­nia­ją­cych się we­wnętrz­nych prze­ci­wieństw, cech ra­so­wych i in­te­lek­tu­al­nych; Ka­rol my­ślał chwi­la­mi o tym i uśmie­chał się z re­zy­gna­cją tro­chę sztucz­ną: Maks zaś od­czu­wał głę­bo­ko, zwa­lał wi­nę na nie­go i obu­rzał się bar­dzo szcze­rze.

Dwu­na­sta już do­cho­dzi­ła, gdy Bo­ro­wiec­ki opu­ścił fa­bry­kę i po­szedł przez dłu­gi ogród, cią­gną­cy się z ty­łu do dru­giej uli­cy, gdzie stał wiel­ki par­te­ro­wy dom, rów­nież prze­bu­do­wy­wa­ny do grun­tu z wiel­kim po­śpie­chem, bo za kil­ka ty­go­dni mia­ła się spro­wa­dzić An­ka z pa­nem Ada­mem.

Miesz­kał tym­cza­so­wo na fa­cjat­ce, w jed­nym po­ko­ju, że­by być bli­żej fa­bry­ki, prze­brał się już, gdy fa­bry­ki za­czę­ły gwiz­dać na po­łu­dnie.

Prze­czy­tał raz jesz­cze list Lu­cy, któ­ra na­zna­cza­ła mu spo­tka­nie w par­ku He­le­now­skim, przy gro­cie, na czwar­tą go­dzi­nę po po­łu­dniu.

— Mam już te­go do­syć — my­ślał, drąc list na strzę­py.

I rze­czy­wi­ście miał już te­go do­syć; już mu się sprzy­krzy­ły i te schadz­ki ta­jem­ni­cze, co­dzien­nie gdzie in­dziej, i wy­bu­chy za­zdro­ści, i na­wet jej wiel­ka mi­łość nu­dzi­ła go, bo by­ła mu zu­peł­nie obo­jęt­ną i za­bie­ra­ła wie­le cza­su tak po­trzeb­ne­go dla fa­bry­ki.

Nie­raz, wśród po­zor­ne­go roz­sza­le­nia w jej ra­mio­nach, wśród po­ca­łun­ków i uści­sków na­mięt­nych, w ta­kich mo­men­tach, w któ­rych wi­dział, że nie tyl­ko go ubó­stwia, nie tyl­ko ko­cha, ale że wprost prze­pa­da w tej mi­ło­ści, szu­kał spo­so­bów ze­rwa­nia i to go iry­to­wa­ło co­raz sil­niej, że ona nie na­strę­cza­ła mu po­wo­dów.

Sto­ło­wał się u Bau­mów, po­nie­waż by­ło bli­sko od fa­bry­ki, ale nie po­szedł te­raz przez ogród i swo­je pla­ce, tyl­ko wy­szedł na uli­cę, na któ­rej stał pa­łac Mül­le­rów, a prze­cho­dząc obok dom­ku, w któ­rym miesz­ka­li, zwol­nił kro­ku i wlókł ocza­mi po oknach.

Nie za­wiódł się, bo ja­sna twarz Ma­dy bły­snę­ła w jed­nym oknie, po­tem wy­chy­li­ła się w dru­gim i ona sa­ma uka­za­ła się w gan­ku, ja­ki two­rzy­ło czwo­ro­kąt­ne wgłę­bie­nie do­mu.

— Pan już na obiad? — za­wo­ła­ła we­so­ło, pod­no­sząc na nie­go swo­je por­ce­la­no­we nie­bie­skie oczy.

— Już. A pa­ni jesz­cze nie po obie­dzie?

Wy­cią­gnął do niej rę­kę.

— Jesz­cze. Za­raz pa­nu po­dam rę­kę, mu­szę ją wy­trzeć, bo go­to­wa­łam obiad sa­ma — wo­ła­ła ze śmie­chem, wy­cie­ra­jąc rę­ce o dłu­gi nie­bie­ski far­tuch.

— W sa­lo­ni­ku jest te­raz kuch­nia? — za­uwa­żył zło­śli­wie.

— Bo, bo... ja sprzą­ta­łam! — po­wie­dzia­ła ci­cho, ob­le­wa­jąc się krwa­wym ru­mień­cem oba­wy, że mógł za­uwa­żyć jej ocze­ki­wa­nie na nie­go przy oknie.

— Gdzie się pan tak po­czer­nił? — za­wo­ła­ła gło­śno, aby od­zy­skać rów­no­wa­gę.

— Ja, po­czer­nio­ny? gdzie?

— Pod ocza­mi, o tu! Ja wy­trę, do­brze — pro­si­ła nie­śmia­ło.

— Cze­kam.

Po­śli­ni­ła róg chu­s­tecz­ki i bar­dzo sta­ran­nie wy­tar­ła po­czer­nie­nie.

— Jesz­cze tu­taj mu­szę być po­czer­nio­ny! — wo­łał, nie­co roz­ba­wio­ny sce­ną, wska­zu­jąc na skroń,

— Nie, sło­wo da­ję, że nie!

Obej­rza­ła mu sta­ran­nie twarz.

Po­ca­ło­wał ją w rę­kę, chciał to sa­mo zro­bić z dru­gą, ale cof­nę­ła się gwał­tow­nie w tył, przy­sło­ni­ła zło­ty­mi rzę­sa­mi po­ciem­nia­łe ze wzru­sze­nia oczy i sta­ła chwi­lę, bez­rad­nie szar­piąc pal­ca­mi far­tuch.

Ka­rol uśmiech­nął się z jej po­mie­sza­nia.

— Pan się ze mnie śmie­je — szep­nę­ła z przy­kro­ścią.

— Do­brze, to i ja pój­dę.

— Niech pan wie­czo­rem przyj­dzie z pa­nem Mak­sem, to pa­nom upie­kę cia­stek z jabł­ka­mi.

— Maks sam przyjść nie mo­że? — py­tał pod­stęp­nie.

— Nie, nie, to wo­lę, że­by pan sam przy­szedł — za­wo­ła­ła pręd­ko i czu­jąc, że ją ob­le­wa ru­mie­niec, ucie­kła w głąb do­mu.

Ka­rol z uśmie­chem po­pa­trzył za nią i po­szedł na obiad.

U Bau­mów od zi­my zmie­ni­ło się wie­le.

By­ło jesz­cze smut­niej i po­sęp­niej.

Wiel­kie pa­wi­lo­ny fa­brycz­ne sta­ły w dziw­nej ci­szy ob­umie­ra­nia, bo za­le­d­wie czwar­ta część lu­dzi pra­co­wa­ła.

Po pu­stym dzie­dziń­cu za­ra­sta­ją­cym tra­wą ła­zi­ły ku­ry i sta­re psy, któ­rych nikt już na dzień nie wią­zał i mo­no­ton­ny, sła­by stu­kot warsz­ta­tów lał się sen­nym szme­rem od za­snu­tych pa­ję­czy­ną i ku­rzem okien, po­za któ­ry­mi nie trzę­sły się warsz­ta­ty, nie mi­go­ta­ły syl­wet­ki ro­bot­ni­ków, nie wrzał ruch, a le­ża­ła ja­kaś gro­bo­wa ci­sza i ob­umie­ra­nie.

Na­wet ogród, ota­cza­ją­cy dom, miał wy­gląd pust­ki; wie­le drzew po­schnię­tych wy­cią­ga­ło na­gie ko­na­ry ku nie­bu, a resz­ta sta­ła za­nie­dba­na, wśród buj­nych chwa­stów, ja­kie po­kry­ły nie­upra­wio­ne i nie­ob­sia­ne za­go­ni­ki.

Dom miesz­kal­ny rów­nież ro­bił smut­ne wra­że­nie, bo z jed­nej stro­ny po­od­pa­da­ły tyn­ki, scho­dy pro­wa­dzą­ce na we­ren­dę191 po­krzy­wi­ły się i we­szły w zie­mię, a wi­no pną­ce się po we­ren­dzie uschło nie wia­do­mo dla­cze­go za­raz po ozie­le­nie­niu192 i wi­sia­ło ni­by żół­te, za­bru­dzo­ne łach­ma­ny.

Kwa­te­ry kwia­to­we przed okna­mi za­ra­sta­ły buj­ną tra­wą i chwa­sta­mi, z któ­rych tyl­ko gdzie­nie­gdzie pa­trzy­ły bia­łe oczy nar­cy­zów i żół­ci­ły się ostrom­le­cze.

Żwi­ro­wa­ne ulicz­ki za­ra­sta­ły tra­wą i po­kry­wa­ły się kre­to­wi­ska­mi i śmie­ciem, ja­kie wiatr na­no­sił. W do­mu by­ło rów­nież nie­we­so­ło; po­ko­je sta­ły w ci­szy, peł­ne stę­chli­zny i opusz­cze­nia.

Kan­tor był pra­wie pu­sty, bo Baum po­od­pra­wiał pra­cu­ją­cych, zo­sta­wia­jąc tyl­ko Jó­zia Ja­skól­skie­go i kil­ka ko­biet w pod­ręcz­nym skła­dzie to­wa­rów.

Fa­bry­ka pach­nia­ła ban­kruc­twem, a ca­ły dom prze­siąk­nię­ty był za­pa­chem le­karstw, bo Bau­mo­wa cho­ro­wa­ła od kil­ku mie­się­cy.

Ber­ta z dzieć­mi od­je­cha­ła do mę­ża, po­zo­sta­ła tyl­ko frau193 Au­gu­sta ze swo­imi ko­ta­mi cho­dzą­cy­mi za nią i z wiecz­ną fluk­sją w twa­rzy ob­wią­za­nej i sta­ry Baum, któ­ry ca­łe dnie prze­sia­dy­wał sa­mot­nie w swo­im kan­tor­ku na pierw­szym pię­trze fa­bry­ki, i Jó­zio jesz­cze bar­dziej onie­śmie­lo­ny niż daw­niej.

Bo­ro­wiec­ki po­szedł pro­sto do po­ko­ju, w któ­rym le­ża­ła Bau­mo­wa, aby z nią za­mie­nić słów kil­ka.

Sie­dzia­ła na łóż­ku oto­czo­na sto­sem po­du­szek, bez­myśl­nie wpa­trzo­na mar­twy­mi, wy­pło­wia­ły­mi ocza­mi w okno, za któ­rym chwia­ły się drze­wa.

Poń­czo­chę trzy­ma­ła w rę­ku, cho­ciaż jej nie ro­bi­ła i uśmie­cha­ła się ja­kimś smut­nym, roz­dzie­ra­ją­cym uśmie­chem.