home   |   -   |   A-Z   |  


Syndrom przekle'nstwa Udine

Przestala wierzy'c w Boga dopiero, gdy dowiedziala sie od matki, ze Go nie ma.

Pamieta dokladnie ten wiecz'or, gdy jej odpowiedziala troche rozdraznionym, zniecierpliwionym glosem:

My przeciez nie wierzymy w takie zabobony jak B'og. I nawet nie wspominaj o tym ojcu.

Miala wtedy sze's'c lat. Anita, kolezanka z lawki, opowiadala jej o pogrzebie dziadka, kt'ory umarl w Polsce, i wspomniala, ze ksiadz zrobil znak krzyza nad cialem w trumnie. Zapytala wieczorem matke, kto to jest ksiadz i dlaczego to robil. I wtedy matka pierwszy raz powiedziala jej o tych zabobonach. Dotad wydawalo sie jej, ze istnieje kto's taki bezgranicznie dobry, komu mozna o wszystkim opowiedzie'c po cichu wieczorem pod koldra tak aby na pewno nikt nie slyszal cho'cby o tym, co zdarzylo sie w domu i na podw'orku. Taki B'og wla'snie.

Ale mama ma racje. Zawsze przeciez ma. Jeszcze nigdy jej nie oklamala.

Dlatego p'o'zniej nie opowiadala Mu juz pod koldra zadnych rzeczy. Nie wiedziala wtedy dokladnie, co to sa zabobony, ale czula, ze to co's bardzo zlego, skoro nie mozna o tym wspomina'c ojcu.

Dzisiaj my'slala o tym, ze najbardziej Go brakuje, gdy ojciec wieczorem wraca pijany do domu. Zaczynalo sie zawsze tak samo. Przywozili go koledzy tym policyjnym czarnym autem, kt'ore znalo juz cale osiedle, czasami wysiadal sam, czasami prowadzili go we dw'ojke pod ramie. Walil pie'sciami lub kopal w drzwi, budzac wszystkich na pietrze, a potem wtaczal sie do kuchni, gdzie czekala wystraszona mama, i krzyczal. Po prostu krzyczal. Mama siedziala skulona na tym drewnianym ko'slawym krzeselku przy lod'owce, patrzyla milczac w podloge, 'sciskala z calej sily dlonie, a on stal nad nia i krzyczal. Ona kiedy's chowala sie pod koldre, szczelnie owijala sie nia, aby nic nie slysze'c. Zagluszala wrzask ojca swoja rozmowa z Nim, prosila, aby ojciec przestal. Im glo'sniej ojciec krzyczal na matke, tym glo'sniej ona, drzac i duszac sie pod ta koldra, Jego prosila o pomoc.

Ale nigdy nie wysluchal jej pro'sby.

Nigdy.

Dlatego pewnie mama ma racje, ze Go wcale nie ma i to tylko ten zabobon.

Potem nie wchodzila juz do l'ozka i nie rozmawiala z Nim. Sama nauczyla sie, jak przetrwa'c te furie ojca w kuchni. Najpierw wlaczala swoje pozytywki, kt'ore przynosil jej zawsze na urodziny dziadek, potem przeno'sne radio, kt'ore brala z biurka i siadala z nim za szafa, z uchem przy samym glo'sniku. Czasami i to nie pomagalo. Bo jej ojciec mial bardzo mocny, jazgotliwy glos. Poza tym on krzyczal przeciez calymi dniami w pracy. Krzyczal na ludzi. Nauczyl sie krzycze'c.

Pamieta, ze kiedy's, nie mogac juz tego wytrzyma'c, wlaczyla odkurzacz, kt'ory mama przechowywala w szafie w jej pokoju. Pomoglo. W kuchni zrobilo sie nagle cicho. Ojciec z butelka w'odki w reku wpadl do jej pokoju i w tej swojej furii wyrwal kabel od odkurzacza razem z kontaktem i kawalkiem tynku ze 'sciany. Stalowy zaczep kontaktu wbil sie w glowe mamy, kt'ora wbiegla za ojcem.

Wtedy, tego wieczoru, matka pierwszy raz uciekla z nia z domu. Blakaly sie po ulicach Rostocku bez celu, a potem, gdy zrobilo sie bardzo zimno, je'zdzily tramwajami cala noc. Ona we flanelowej pizamie przykrytej fioletowa ortalionowa kurtka i w filcowych kapciach z kozuszkiem, a mama w sk'orzanym za duzym plaszczu i welnianej oliwkowej czapce przesiaknietej krwia. Mama nie poszla opatrzy'c rany na glowie. Zony policjant'ow w Rostocku, szczeg'olnie zony oficer'ow STASI, nie opatruja ran.

Tej nocy wiedziala juz na pewno, ze On to zabobon.

Potem czesto uciekaly z matka do tych tramwaj'ow i nocnych ulic. Mialy swoje trasy, swoje ulubione linie i plan na cala noc, do 'switu. Gdy dzie'n szaro'scia zaczynal przepedza'c ciemno's'c, wracaly do domu. Cicho otwieraly drzwi, na palcach przechodzily przez przedpok'oj, po'spiesznie kladly sie razem do l'ozka w jej pokoju i mocno tulily sie do siebie. Matka plakala. Ojciec juz dawno wtedy spal, najcze'sciej z glowa na blacie kuchennego stolu lub w ubraniu i w butach na l'ozku w sypialni.

Pewnej nocy tramwajem pojechaly na koniec miasta, przeszly aleja nad morze i ogladaly wsch'od slo'nca. Siedzialy na resztkach betonowego falochronu tuz przy gruzowisku otaczajacym hale starej sieciami, kt'ora od lat straszyla kikutami niszczejacych mur'ow. Kiedy's, zanim powstal kombinat przy stoczni, byl tam port rybacki. Powiedzial im o tym miejscu motorniczy, kt'ory znal je dobrze, bo czesto je'zdzil z nimi po Rostocku. Zatrzymal tramwaj, mimo ze nie bylo tam przystanku, tuz przy poczatku nadmorskiej asfaltowej alei i obiecal, ze zaczeka na nie. Tej nocy wr'ocily do domu p'o'zniej niz zwykle. Gdy zasnela, jak zawsze wtulona w matke, zdarzylo sie to po raz pierwszy. Wla'snie tej nocy, zupelnie pierwszy raz, umarla na kr'otko we 'snie. Miala wtedy osiem lat.

Matylda wie, ze nigdy nie spedzi nocy sama z zadnym mezczyzna. Nigdy.

To slowo wcale na nia juz nie dziala. Wie przeciez od dawna, ze prawie kazde nigdy mozna jako's obej's'c. Gdyby tak nie bylo, umarlaby juz jako dziecko, a przeciez wczoraj sko'nczyla dwadzie'scia cztery lata.

Poza tym, dlaczego dni z mezczyzna nie moga by'c piekniejsze niz noce?!

Ona nienawidzi nocy. Nie znosi zachod'ow slo'nca, ciemno'sci i Wielkiego Wozu przed upalnym dniem. Dni zawsze sa piekniejsze niz noce. Noce nigdy takie nie beda.

Nigdy.

Gdy ma sie kilkadziesiat nigdy, to nastepne jedno nie robi zadnego wrazenia.

Tylko jedno robi.

Jedyne NIGDY, jakiego sobie nie moze wyobrazi'c.

Tego, ze Jakob m'oglby juz nigdy wiecej nie przyj's'c do niej wieczorem.

Jakob jest najwazniejszy. Jakob zasypia z nia i jest, gdy ona sie budzi.

Jakob m'owi jej, ze ma odwr'oci'c sie na drugi bok. Przypomina, aby polozyla dlonie wzdluz swojego ciala. Jakob zamyka oczy, gdy ona zdejmuje stanik i majtki i wklada koszule nocna lub pizame.

Jakob otwiera i zamyka okna w jej sypialni. Jakob dba, aby lampka byla zawsze wlaczona na jej nocnym stoliku. I zawsze ma zapasowa zar'owke.

Ale najwazniejsze jest to, ze Jakob NIGDY nie zasypia.

NIGDY.

Tak naprawde nigdy.

To znaczy, nie zasnal nigdy dotad. A jest przy niej, gdy ona zasypia i sie budzi, od szesnastu lat.

Kazdej nocy.

Miala osiem lat, gdy przyszedl do nich po raz pierwszy.

I zostal.

Teraz ma dwadzie'scia cztery lata. Jakob byl i jest przy wszystkim, co wazne. Gdy szla pierwszy raz do gimnazjum i nie mogla zasna'c z podniecenia. Gdy wyprowadzil sie ojciec i zostawil je same. Gdy matka spedzala w pokoju za 'sciana jej sypialni pierwsza noc z ojczymem, kt'orego ona nienawidzi, mimo ze jest taki dobry i tak dba o jej matke. Byl takze tej nocy, gdy padl mur w Berlinie i tej nocy, gdy urodzila sie jej przyrodnia siostra, a takze tej nocy, gdy pojechala za Madonna do Dachau.

Tej nocy, gdy przyszlo pierwsze krwawienie, takze byl. Przyszlo we 'snie. Jakob to zauwazyl, bo on nigdy nie 'spi, gdy ona 'spi. Nigdy. Obudzila sie od wilgoci, czujac dziwne pulsowanie podbrzusza. Gdy zdala sobie sprawe z tego, co sie stalo, zaczela plaka'c. Ze wstydu. Jakob wzial ja wtedy tak delikatnie na rece, pocalowal w policzek, otarl jej lzy i szeptal jej imie.

Ojciec tez kiedy's ni'osl ja na rekach i szeptal jej imie. Dawno temu. Byla jeszcze mala dziewczynka. Zabral ja kt'orego's dnia na osiedlowe podw'orko, posadzil na bagazniku starego roweru matki i wozil osiedlowymi alejkami pelnymi dziur i wyboj'ow. Siedziala na tym bagazniku, z calych sil obejmujac ojca w pasie. Na kt'orym's z wyboj'ow jej noga dostala sie w szprychy tylnego kola. Mieso tuz nad pieta odeszlo od ko'sci, biala skarpeta zrobila sie czerwona i mokra od krwi az ponad kostke. Prawie zemdlala z b'olu. Ojciec, gdy zauwazyl, co sie stalo, zatrzymal natychmiast rower, wzial ja na rece, szeptal do ucha jej imie i biegl do tego budynku przy poczcie, gdzie zawsze staly taks'owki. W szpitalu zalozyli jej kilka szw'ow. Sina blizne, zmieniajaca latem kolor na czerwony, ma do dzisiaj. Jednak tak naprawde to, co pozostalo z tamtej historii, to pamie'c drzacego glosu ojca, kt'ory niosac ja na rekach do taks'owki, szeptal jej imie.

I tamtej nocy, gdy dostala pierwszego krwawienia, Jakob takze wzial ja na rece i takze powtarzal szeptem: Matyldo. A potem przyni'osl z szafy w sypialni czyste prze'scieradlo. Bylo jej tak wstyd. Tak strasznie wstyd. Potem z tego wstydu plakala pod koldra. Widzial, ze plakala. Bo on rejestruje wszystko. Szczeg'olnie skurcze jej serca. Gdy sie placze, serce kurczy sie i rozszerza inaczej. Jakob dba o jej serce najbardziej. Wie o nim wszystko. Nosi przy sobie w portfelu jej elektrokardiogramy. Obok jej fotografii. Zawsze najnowsze. Owiniete przezroczysta folia, zgrzana na krawedziach. Aby sie nie zniszczyly.

Tamta noc byla szczeg'olna. Pamieta, ze do rana nie spala. Gdy wstyd minal, przyszlo podniecenie i niecierpliwo's'c. Nie mogla doczeka'c sie poranka. Jakob oczywi'scie rejestrowal to, ze ona nie 'spi, ale nie okazywal zadnych emocji. Rano pobiegla do szkoly wcze'sniej niz zwykle. Stanela przy szatni i czekala na Anite. Chciala jej to jak najpredzej powiedzie'c. Pamieta, ze byla jaka's taka dumna i chciala to dzieli'c ze swoja najlepsza przyjaci'olka. Czula, ze to, co stalo sie tej nocy, bylo troche jak przekroczenie jakiej's granicznej linii. Takiej granicy miedzy doroslo'scia i dzieci'nstwem. Mimo ze byla na to przygotowana przedyskutowali to w szkole w najdrobniejszych szczeg'olach juz w trzeciej klasie podstaw'owki wcale nie miala uczucia, ze to co's czysto fizjologicznego, wynikajacego z naturalnej kolei rzeczy. Dla niej bylo to w duzym stopniu emocjonalne, a nawet troche mistyczne, i my'slala wtedy chociaz teraz, gdy sobie to przypomina, musi sie 'smia'c z siebie ze to nie zadna fizjologia, tylko akt woli, dzieki kt'oremu zaistniala na nowo i inaczej. Oczywi'scie wtedy, majac trzyna'scie lat, wcale nie byla taka madra, aby opisywa'c to jako akt woli, ale teraz wie, ze wla'snie ten opis oddaje najdokladniej to, co wtedy czula.

Poza tym, chociaz to moze dziwaczne, dzisiaj dokladniej pamieta uczucia, jakie towarzyszyly jej przy pierwszej miesiaczce

niz przy pierwszym pocalunku. By'c moze przez ten wstyd, ze Jakob byl przy tym. Pamieta takze, ze pierwsze miesiace z niecierpliwym oczekiwaniem na te dni, nadchodzace oszalamiajaco regularnie, dawaly jej poczucie doroslo'sci i kobieco'sci i utwierdzaly ja w nim. Wtedy, przez te pierwsze trzy lub moze cztery miesiace, podobalo sie jej wszystko w tym comiesiecznym ceremoniale. Nawet b'ole podbrzusza znosila z poczuciem pewnego wyr'oznienia, ze ona juz, a niekt'ore kolezanki w klasie jeszcze nie. Niedawno czytala po raz kolejny dziennik Anny Frank. Wcale nie zdziwila sie, ze opisywala z duma swoje pierwsze miesiaczki. Potem zafascynowanie tym aspektem kobieco'sci oczywi'scie jej minelo i przyszla dokuczliwo's'c i uciazliwo's'c PMS-u z b'olem glowy, placzliwo'scia, wypryskami na twarzy i b'olem piersi.

Jakob tez czul, ze tamtej nocy przekroczyla granice. Nastepnego dnia przyszedl z wizyta, oficjalnie, juz rano, a nie jak zwykle pod wiecz'or. Przyni'osl kwiaty. Wlozyl garnitur. Mial taki niemodny, waski sk'orzany krawat. I byl tak 'smiesznie uroczysty. Pachnial tak inaczej. Przyni'osl ogromny bukiet blekitnych niezapominajek. Bo to bylo wiosna. Nic nie powiedzial, tylko wstawil je do wazonu w jej pokoju i postawil na parapecie. I pocalowal ja w reke. Byla najnormalniej w 'swiecie wzruszona.

I od tej nocy i tego nastepnego dnia z kwiatami na parapecie okna czekala wieczorem na Jakoba inaczej. Nie umie tego nawet teraz wytlumaczy'c, ale wie, ze juz wtedy chciala zasypia'c przy nim pachnaca, z ulozonymi wlosami i w ladnej bieli'znie.

Nie tylko o jej sercu Jakob wie wszystko. Takze o jej krwi. Wie, ile w niej tlenu lub dwutlenku wegla. Ile hemoglobiny i ile kreatyniny. Wie takze, ile ciepla. Dlatego gdy ona sie zakocha, Jakob bedzie m'ogl to zauwazy'c, zarejestrowa'c, a nawet zmierzy'c.

Bo ona chyba jeszcze nie byla tak naprawde zakochana. To z Krystianem, osiem lat temu, to nie bylo zadne zakochanie. Mimo ze wla'snie wtedy, z Krystianem, calowala sie po raz pierwszy w zyciu. Dokladnie 28 czerwca, w sobote. Krystian juz w marcu byl w niej zakochany. To bylo jasne dla wszystkich jej kolezanek. Tylko dla niej nie. Taki czuly, delikatny i wrazliwy. Chociaz chodzil do zawod'owki, a ona do najlepszego w Rostocku gimnazjum. I mial taki pomysl, zeby w dow'od milo'sci zgasi'c sobie papierosa na rece. I podarowa'c jej swoja legitymacje szkolna. Kiedy's zobaczyla go pijanego i nie chciala wiecej widzie'c. On sie z tym nie pogodzil. Przyjezdzal. Wystawal godzinami pod jej blokiem. I pisal. Raz przyslal list, w kt'orym narysowane bylo serce, a w tym sercu na 'srodku wypisane czerwona kredka Matylda. W jednym rogu serca wydzielil maly fragment i napisal: Rodzice, a w drugim nazwe druzyny pilkarskiej z Rostocku. Pisal do niej przez ponad dwa lata. Nigdy nie odpisala.

A tak bardzo chcialaby sie zakocha'c. I by'c z nim zawsze i nie mie'c od niego zadnych list'ow. Bo list'ow sie nie ma wtedy, gdy ludzie sie nigdy nie rozstaja.

I zeby on byl troche taki jak Jakob.

Jakob jeszcze tylko jeden jedyny raz, odkad go zna, wlozyl garnitur i krawat. Gdy pojechali za Madonna do Dachau. To byla sobota. Miala urodziny. Te najwazniejsze, osiemnaste. Niby normalnie, jak kazdego roku. 'Sniadanie, kwiaty, zyczenia od matki i ojczyma. Kilka porannych telefon'ow z gratulacjami. Tylko od ojca nie. I wtedy podjechal ten samoch'od. Dokladnie w poludnie. Wysiadl Jakob. W garniturze i tym swoim waskim sk'orzanym krawacie. Podszedl do niej, zlozyl zyczenia i powiedzial, ze zabiera ja na koncert Madonny. Do Berlina. Tak po prostu. Jak gdyby Berlin byl zaraz za parkiem w Rostocku.

Ona bardzo chciala by'c kiedy's na koncercie. I bardzo lubila Madonne. Nie mogla uwierzy'c, gdy Jakob tak po prostu stal przed nia w przedpokoju i u'smiechniety pytal:

No to co? Jedziemy?

Matka i ojczym wiedzieli o wszystkim od dawna, tylko trzymali to w tajemnicy. Nie mogla powstrzyma'c lez.

Jakob wiedzial, ze beda musieli po koncercie nocowa'c w Berlinie. Cale trzy miesiace organizowal z kasa chorych i klinika w Berlinie wypozyczenie urzadze'n. Na dwa dni przed jej urodzinami pojechal wczesnym rankiem do Berlina i zainstalowal wszystko w hotelu. Wieczorem wr'ocil i spal z nia jak kazdej nocy.

Na koncert przyszlo czterdzie'sci tysiecy ludzi. Jakob stal obok w tym swoim garniturze i 'smiesznym krawacie i skakal tak samo jak ona, razem z calym tym tlumem. Przez chwile trzymali sie za rece. A gdy Madonna wyszla na czwarty bis, to odwr'ocila sie do niego i pocalowala go w policzek. Nigdy przedtem nie byla tak szcze'sliwa jak tego wieczoru.

Nastepnego dnia pojechali za Madonna do Dachau. Chociaz wiedziala, ze gazety przesadzaja, to i tak bardzo ja to poruszylo, gdy przeczytala, ze Madonna pojechala zwiedza'c Dachau. Niecalkiem dokladnie pojechali za Madonna: ona poleciala swoim helikopterem, a oni po prostu pojechali tego samego dnia autem. To byl pomysl Jakoba.

Wiedziala oczywi'scie o obozach koncentracyjnych ze szkoly. Plakala za kazdym razem przy dzienniku Anny Frank, kt'ory podsunela jej do czytania babcia, matka ojca. Odkad padl mur, rozmawiali o tym w szkole znacznie cze'sciej i dokladniej. Czytala o nich, co tylko sie dalo, ale ich abstrakcyjno's'c pozwalala jej pogodzi'c sie z tym jako's i nie my'sle'c, ze zrobili to 'swiatu Niemcy. Ale tutaj nic nie bylo abstrakcyjne. Baraki, podziurawione pociskami 'sciany z wydlubanym krzyzami i gwiazdami Dawida, kolorowe znicze na kazdym kroku, kwiaty lezace na w'ozkach przy paleniskach, kwiaty przywiazane kolorowymi wstazkami wprost do drut'ow kolczastych, kominy i tysiace zdje'c na 'scianach. Ogolone glowy, wychudzone twarze, za duze oczodoly, i wiek, i numer w lewym dolnym rogu. Szesna'scie lat, siedemna'scie lat, pie'cdziesiat cztery lata, dwana'scie lat, osiemna'scie lat Pamieta, ze gdy tylko przeszli brame w Dachau, poczula, ze nie wolno jej rozmawia'c, bo te wszystkie dusze ciagle tu sa. Caly czas drzala z przerazenia i poczucia winy. Ona. Osiemna'scie lat. I wtedy Jakob, nie zwazajac na te jej za duze i przerazone oczy, stanal przed nia i opowiedzial o tych dzieciach i nastolatkach zagazowanych w Dachau. Podawal jej liczby i daty. A na ko'ncu powiedzial, ze dusze tych zagazowanych dziewczat i chlopc'ow z pewno'scia sie nie starzeja. Tak dokladnie powiedzial. Ze one sa ciagle mlode i ze spotkaja sie tego wieczoru gdzie's za barakami lub przy krematorium i powiedza sobie z duma: Sluchajcie, Madonna byla dzisiaj u nas. Madonna.

Mam na imie Matylda.

Jakob zna sie na wszystkim. Na gwiazdach, na sensorach, chemii, bezpiecznikach i psychologii dojrzewania dziewczat. Ale najlepiej zna sie na 'snie. Chociaz on 'spi od szesnastu lat w dzie'n, wie o 'snie w nocy prawie wszystko. Takze to, ze Sen to rodzona siostra 'Smierci. Czasami, gdy bylam mlodsza, opowiadal mi o tym. Gasil 'swiatlo, zapalal 'swiece i czytal mi wiersze Ovida o 'Snie odbitym w lustrze, za kt'orym stoi 'Smier'c. Sama go o to wtedy poprosilam. Jakob sam z siebie nigdy, przenigdy by tego nie zrobil. Ale moja psychoterapeutka, kt'ora przeniosla sie do Rostocku z Zachodu, uwazala, ze mam sie podda'c paradoksalnej konfrontacji. Gdy powiedzialam to Jakobowi, bardzo sie zdenerwowal i zaczal kla'c w gwarze z poludnia Niemiec. Jakob zaczyna m'owi'c w tej gwarze tylko wtedy, gdy sie me kontroluje. Nastepnego dnia nie poszedl do pracy w domu starc'ow, tylko pojechal do tej psychoterapeutki i czekal cztery godziny w jej poczekalni, aby jej powiedzie'c, ze jest skrajnie glupia, arogancka jak prawie wszyscy zachodni szpanerzy i na dodatek bezgranicznie okrutna. Wysluchala go i potem zostal u mej dwie godziny. Wr'ocil zmieniony i kilka nocy p'o'zniej zaczal mi czyta'c Ovida. Czasami chodzil do biblioteki przy uniwersytecie i zamiast Ovida przynosil germa'nskie ba'snie. W nich takze Sen i 'Smier'c to siostry.

Jakob nigdy jeszcze me przyszedl do mnie, me majac kieszeni wypchanych bezpiecznikami. Ostatnio przynosi takze dwa telefony kom'orkowe.

Zawsze dwa. Bo Jakob jest bardzo nieufny.

Zbudowal tez w piwnicy agregat. Znosil i zwozil dwa miesiace jakie's cze'sci, rozwieszal na 'scianach arkusze schemat'ow i wpatrywal sie w nie z uwaga. Po nieprzespanych nocach zostawal, zamykal sie w piwnicy i budowal. Tak na wszelki wypadek, gdyby dwa razy prad wylaczyli. Raz w dzielnicy, a raz w naszym agregacie. Bo miasto po dw'och latach zebraniny Jakoba zgodzilo sie, zeby podlaczyl nam specjalny agregat. Ale Jakob i tak nie wierzy. Ani miastu, ani swojemu agregatowi.

Jakob po prostu chce mie'c pewno's'c, ze obudzimy sie razem.

We dwoje. I ze te ba'snie Ovida i German'ow, kt'ore kiedy's mi czytal, to tylko ba'snie. Bo my zawsze budzimy sie we dwoje.

Czesto wcale me 'spimy, tylko sobie opowiadamy r'ozne historie. Czasami, gdy go poprosze, Jakob opowiada mi o swoim dniu i o tych swoich babciach, dziadkach i pradziadkach z dom'ow starc'ow lub blokowisk. Ci z blokowisk m'owi Jakob maja o wiele gorzej, nawet je'sli maja trzy pokoje, telewizor kolorowy, sprzataczke, pania od zakup'ow, podnoszone i opuszczane elektrycznie l'ozka i lazienke z poreczami. Samotni sa Samotni bez granic. Opuszczeni przez zapracowane, zajete karierami dzieci, nie majace nawet czasu na rodzenie i wychowywanie wnuk'ow, kt'ore moglyby czasami wpada'c do babci lub dziadka i rozgania'c im te samotno's'c. W domu starc'ow tez nie ma wnuk'ow, ale zawsze mozna sie pokl'oci'c, chociazby z tym staruchem spod trzynastki, i nie jest sie wtedy takim samotnym

Jakob czasami m'owi takie niesamowite rzeczy o swoich babciach i dziadkach. Kiedy's powiedzial mi, ze B'og sie chyba pomylil i ustawil wszystko w przeciwnym kierunku wobec uplywu czasu. Ze wedlug niego ludzie powinni rodzi'c sie tuz przed 'smiercia i zy'c do poczecia. W druga strone Bo wedlug Jakoba proces umierania biologicznie jest r'ownie aktywny jak zycie. Dlatego 'smier'c nie r'ozni sie od narodzin. I dlatego ludzie, teoretycznie, mogliby rodzi'c sie na milisekundy przed zgonem. Mieliby juz na poczatku zycia te swoja zyciowa madro's'c, do'swiadczenia i caly ten przychodzacy z wiekiem spok'oj i rozsadek. Popelniliby juz te wszystkie swoje bledy, zdrady i zyciowe pomylki. Mieliby juz te wszystkie blizny i zmarszczki, i wszystkie wspomnienia, i zyliby w druga strone. Ich sk'ora stawalaby sie coraz gladsza, kazdego dnia budzilaby sie w nich wieksza ciekawo's'c, wlosy bylyby coraz mniej siwe, oczy coraz bardziej blyszczace i serce coraz silniejsze i coraz bardziej otwarte na przyjmowanie nowych cios'ow i nowych milo'sci. I potem, na samym ko'ncu, kt'ory bylby poczatkiem, znikaliby z tego 'swiata nie w smutku, nie w b'olu, nie w rozpaczy ale w ekstazie poczecia. Czyli w milo'sci.

Takie fantastyczne rzeczy czasami opowiada mi m'oj Jakob, gdy nie chce mi sie spa'c.

Jakobowi moge powiedzie'c wszystko. Rozmawiamy tez o wszystkim. Kiedy's mialam jaki's taki nastr'oj i rozmawiali'smy o moim ojcu i mojej matce. To bylo tego wieczoru, kiedy matka mi powiedziala, ze bede miala przyrodnia siostre. Powiedzialam mu, ze nie moge sobie wyobrazi'c, ze moja matka strasznie szalala kiedy's z milo'sci do tego mezczyzny, kt'ory byt moim ojcem. Ze moze nawet kochala sie z nim na dywanie. I moze na tace. I ze mu przyrzekla, ze bedzie z nim zawsze. I ze beda sie zawsze trzyma'c za rece na spacerach. I ze on potem, po tym wszystkim, m'ogl tak strasznie krzycze'c na nia, gdy ona skulona siedziala na tym malym drewnianym krzeselku przy lod'owce w kuchni.

I tej nocy Jakob powiedzial mi, dlaczego jest kulawy.

Jakob jest astrofizykiem. Wie dokladnie, jak rodza sie gwiazdy, jak ekspanduja, jak eksploduja, jak przeksztalcaja sie w supernowa lub staja pulsarami. I wie takze, jak umieraja, kurczac sie do tych malych, okropnych i niebezpiecznych dla galaktyk czarnych dziur. Jakob to wszystko wie. Potrafi zamkna'c oczy i wymienia'c mglawice, nazwy i kody waznych gwiazd i podawa'c odleglo'sci w latach 'swietlnych do najpiekniejszych lub najwazniejszych gwiazd. I opowiada o tym tak, ze mi dech zapiera. I jak sie przy tym zapomni, to jest przy tych opowie'sciach tak podekscytowany, ze m'owi, sam nie wiedzac o tym, w tej swojej 'smiesznej gwarze. Supernowa i pulsary w gwarze z dolnej Saksonii!

Jakob badal swoje gwiazdy na uniwersytecie w Rostocku. Je'zdzil do obserwatorium na skarpe nad Baltykiem i dniami i nocami ogladal przez teleskop i radioteleskop niebo, i potem robil z tego publikacje i sw'oj doktorat. Nie m'ogl pogodzi'c sie z tym, ze nie moze pojecha'c do Arecibo i obejrze'c tego najwazniejszego radioteleskopu 'swiata, pojecha'c na kongres do USA lub nawet tylko do Francji. Nie m'ogl pogodzi'c sie takze z tym, ze nie maja kserografu w instytucie i ze na seminariach we czwartki czesto m'owia o FDJ i ideologii, zamiast o astronomii. Dlatego zgodzil sie, aby w'sr'od calej tej elektroniki w obserwatorium jego koledzy ze stowarzyszenia ewangelik'ow zainstalowali mala stacje nadawcza i czasami zakl'ocali programy lokalnej telewizji kilkusekundowymi spotami o wolnej NRD. Taka 'smieszna, banalna, okropnie nieszkodliwa opozycyjna dziecinada. Nikt nie powinien wpa's'c na to, ze nadajniki znajduja sie w obserwatorium. Bo przeciez oni nadaja tak silne sygnaly, ze ci od radionamiar'ow w STASI nigdy nie oddziela ich sygnalu od sygnalu badawczego.

Oddzielili. A jakze. Dokladnie 21 listopada. W Dzie'n Pokutny, jedno z najwazniejszych ewangelickich 'swiat. Wpadli do obserwatorium tuz po dziewietnastej. Pobili siedemdziesiecioletnia portierke. Skuli wszystkich kajdankami. Zdjeli ga'snice i zniszczyli wszystko, co mialo ekran. Monitory, uderzane dnem czerwonej ga'snicy eksplodowaly jeden po drugim. Z czytnik'ow ta'sm magnetycznych z zapisami pomiar'ow wyrywali kasety i wyciagali ta'smy z danymi, tak jak wyciaga sie sylwestrowa serpentyne. Doktoraty, plany seminaria, publikacje, lata pracy i cala przyszlo's'c wielu ludzi wyciagali z tych czytnik'ow jak kolorowe serpentyny i rwali na kawalki.

Potem zawie'zli wszystkich skutych kajdankami do podziemnego aresztu obok ratusza w centrum Rostocku. Portierke wypu'scili po czterdziestu o'smiu godzinach, gdy zaslabla i trzeba byloby ja i tak odwie'z'c do szpitala. Dyrektora obserwatorium, cukrzyka, wypu'scili po trzech dniach, gdy sko'nczyla sie insulina. Reszte trzymali dwa tygodnie. Bez nakazu aresztowania, bez prawa kontaktu z adwokatem, bez prawa telefonu do zony lub matki. Cale dwa tygodnie.

Jakoba przesluchiwal naczelnik wydzialu. Pijany od rana, ale pedantyczny do granic. Traktowal swoja prace jak kazdy. Tyle ze ten kazdy byl ksiegowym albo kopal wegiel pod ziemia. A on kopal wie'zni'ow. Najpierw krzyczal. Zrzucal z krzesla na poplamione i popalone niedopalkami papieros'ow szare linoleum i kopal. Po nerkach. Po plecach i po glowie. Takze po biodrach. To byl bardzo zimny listopad. Naczelnik mial tego dnia zimowe ciezkie buty i Jakob dostal w staw biodrowy i nerki. Krwotok wewnetrzny opanowali, ale ze stawem nie dalo sie nic zrobi'c, jak m'owili mu potem na chirurgu. Dlatego kuleje i boli go, jak m'owi, cale cialo co ma ko'sci na zmiane pogody. Po dw'och tygodniach ich wypu'scili. Wzieli wszystkie przepustki, zwolnili z pracy i kazali i's'c do domu, a potem najlepiej od razu na rente.

Naczelnikiem wydzialu od poczatku do upadku muru byt m'oj ojciec. To on dwudziestego pierwszego listopada tego roku skopal Jakoba, odsunal go na zawsze od radioteleskop'ow i gwiazd, zniszczyl nieodwracalnie staw biodrowy i biografie, a potem wr'ocil pijany do domu i krzyczal w kuchni na moja matke.

I wtedy to bezrobotny i naznaczony Jakob zaczal wynajmowa'c sie kasie chorych i domom opieki spolecznej w Rostocku do opieki nad obloznie chorymi. Tylko tam chcieli przyja'c go do pracy i to tez za specjalnym poreczeniem. Taki kulawy radioastronom z niedoko'nczonym doktoratem do wynoszenia nocnik'ow. I tak trafil na mnie Szesna'scie lat temu I od szesnastu lat spedzamy razem noce.

Czy powinnam by'c wdzieczna za to mojemu ojcu, naczelnikowi wydzialu?

Jakob, czy ja powinnam by'c wdzieczna mojemu ojcu, ze mam ciebie? Powiedz mi, prosze zapytalam, gdy sko'nczyl swoja opowie's'c. Patrzylam mu prosto w oczy. Odwr'ocil glowe, udajac, ze patrzy na kt'ory's z oscyloskop'ow, i odpowiedzial zupelnie od rzeczy:

Bo my, Matyldo, jeste'smy stworzeni do zmartwychwsta'n. Jak trawa. Odro'sniemy nawet wtedy, gdy przejedzie po nas ciezar'owka.

Bo Jakob czasami m'owi od rzeczy. M'owi tak pieknie od rzeczy. Tak jak wtedy, gdy kt'orego's wieczoru wr'ocili'smy do tematu Dachau i on nagle zacisnal pie'sci i powiedzial przez zeby

Wiesz, o czym ja marze? Wiesz, o czym, Matyldo? Marze o tym, zeby oni kiedy's sklonowali Hitlera i postawili go przed sadem. W Jerozolimie jednego klona, w Warszawie drugiego i w Dachau trzeciego. I zebym ja m'ogl by'c przy tym procesie w Dachau. O tym marze.

Takie historie opowiada mi wieczorami Jakob. Bo my rozmawiamy o wszystkim Tylko o mojej menstruacji me rozmawiali'smy. Ale od tamtego czasu Jakob juz nie trzyma mnie za reke, gdy zasypiam. Bo Jakob nie jest moim kochankiem.

O tym, ze Jakob spotkal sie z jej ojcem, dowiedziala sie dopiero kilka lat po tym spotkaniu. To zdarzylo sie tej nocy, gdy padl mur i wszyscy z tego zdumienia przeszli na Zach'od, chociaz tylko po to, aby sie przekona'c, ze na pewno nie beda strzela'c. Takie p'ol godziny udzialu w historii Europy i 'swiata i zaraz powr'ot dla pewno'sci do domu. Zamieni'c wschodnie marki na DM, kupi'c troche banan'ow, pomacha'c reka do kamery jakiej's stacji telewizyjnej i szybko wr'oci'c do domu na Wschodzie. Bo Zach'od to tak naprawde, nawet dzisiaj, inny kraj i tak naprawde u siebie jest sie tylko na Wschodzie.

Jej ojciec wiedzial, ze nie sko'nczy sie na tej p'olgodzinie wolno'sci i na bananach. Dlatego bal sie. Bardzo sie bal. Odkad zobaczyl w telewizji trabanty przejezdzajace na druga strone przez Check Point Charly i Brame Brandenburska, bal sie kazda kom'orka. Upil sie tej nocy tym razem nie z nalogu, ale ze strachu i w tym pijanym widzie ze starego chyba jeszcze przyzwyczajenia i ze starej chyba jeszcze tesknoty nie wiadomo za czym chcial wr'oci'c pod lod'owke w kuchni, do swojej zony. To nic, ze od lat nie byla to ani jego kuchnia, ani jego lod'owka, ani jego zona. Zadzwonil do drzwi. Otworzyl mu Jakob, kt'ory przyszedl wcze'sniej do jej oscyloskop'ow i sensor'ow. Kulawy, ze swoim skopanym biodrem poku'stykal do drzwi i otworzyl. I powiedzial: Prosze wej's'c. I ten skurwiel naczelnik wydzialu wszedl i bez slowa poszedl jak zwykle do kuchni. I usiadl na tym drewnianym ko'slawym krzeselku przy lod'owce i plakal. I wtedy Jakob zapytal go, czy nie napilby sie herbaty, bo przeciez tak zimno na dworze, i nastawil czajnik.

Mam na imie Matylda.

Jestem troche chora.

Jakob m'owi, ze nie powinnam tak m'owi'c. Uwaza, ze mam po prostu przej'sciowe klopoty z oddychaniem. I ze to minie.

Mam je od szesnastu lat, ale Jakob m'owi, ze to minie. Od szesnastu lat tak m'owi. On nawet w to wierzy. Bo on zawsze m'owi tylko to, w co wierzy.

Gdy nie 'spie, oddycham tak jak Jakob. Gdy zasne, m'oj organizm zapomina oddycha'c. Taka, najprawdopodobniej genetycznie uwarunkowana, przypadlo's'c, uzywajac terminologii Jakoba.

Nie moge zasna'c bez urzadze'n, kt'ore pobudzaja moje pluca do oddychania.

Dlatego rozcieli mi delikatnie brzuch i wszyli elektroniczny rozrusznik. Taki nieduzy. Mozna go poczu'c, gdy dotknie sie mojego brzucha. Wysyla impulsy elektryczne do nerwu w mojej przeponie. I dlatego podnosi sie ona i opada nawet wtedy, gdy zasne. Je'sli me masz Undine, to nie potrzebujesz rozrusznika. Ja me mialam tyle szcze'scia przy skladaniu gen'ow i potrzebuje rozrusznika.

Rozrusznik trzeba nieustannie kontrolowa'c I sterowa'c jego impulsami.

I sprawdza'c, jak dziala. Dlatego zakladam najr'ozniejsze sensory na moje cialo. Na palce, wok'ol nadgarstk'ow, pod piersi, na przepone i na podbrzusze. Jakob dba nawet o to, aby sensory nie byly szare. Kupil lakiery do paznokci i pomalowal moje sensory na r'ozne kolory. Tak, aby pasowaly do mojej bielizny lub koszul nocnych. Moje sensory sa kolorowe. Czasami, gdy sa zimne, Jakob ogrzewa je w dloniach lub chucha na nie i przynosi do l'ozka Przynosi dopiero wtedy, gdy sa cieple i przytulne. I zamyka oczy, gdy podnosze stanik lub obsuwam majtki i zakladam je pod sercem lub na podbrzuszu. A potem dba, aby te zielone, czarne, czerwone i oliwkowe sensory przenosily impulsy.

Nie moge zasna'c w pociagu, nie moge zasna'c przy telewizji. Nie moglabym zasna'c w niczyich ramionach. Nie moge zasna'c bez Jakoba. Nie bede tez mogla zasna'c z moim mezczyzna, je'sli Jakoba nie bedzie w sasiednim pokoju przy monitorach. Bo on obserwuje te urzadzenia. Od szesnastu lat. Kazdej nocy.

Pewna nimfa rzucila kiedy's przekle'nstwo na swojego niewiernego kochanka. Nie mogla znie's'c jego zdrady. Mial nic nie zauwazy'c i po prostu przesta'c oddycha'c we 'snie. I przestal. I umarl. I ta nimfa placze, i bedzie plakala do ko'nca 'swiata.

Nimfa miala na imie Udine.

Moja choroba nazywa sie syndrom przekle'nstwa Undine.

'Srednio pie'c os'ob na rok dowiaduje sie w Niemczech, ze sa chore na Udine. Ja dowiedzialam sie, gdy mialam osiem lat, w dzie'n po tym, jak przytulona do mojej matki prawie umarlam we 'snie.

Jakob, gdy zapalimy czasami 'swiece i sluchamy muzyki, i jest rozczulony, to zartuje i m'owi, ze jestem dla niego jak jego ksiezniczka. Ja to przeciez wiem. Jestem jak zamknieta w szklanej trumnie ksiezniczka. Kiedy's przyjdzie m'oj ksiaze, podniesie wieko i obudzi mnie pocalunkiem. I zostanie na noc. Ale nawet wtedy w sasiednim pokoju przy monitorach bedzie siedzial Jakob.

M'oj Jakob.


Arytmia | Zespoły Napięć | Anorexia nervosa