home   |   À-ß   |   A-Z   |   ìåíþ


XI

Nazajutrz po tej nocy, gdy Marger sie podkradl pod Wejdalotek zagrode, matka jego z rana do odjazdu oddzialowi swojemu gotowa'c sie kazala. Zaledwie niepostrzezony wr'ocil do szalasu z Rymosem, juz budzili sie ludzie, konie do wody wiedli, ognie rozpalali i Reda sama, odziawszy sie, wyszla spod namiotu, aby przynagla'c do po'spiechu. Rymos po kilkakro'c siedzacemu nieruchomie, na wp'ol odzianemu panu przypominal, ze czas bylo sposobi'c sie do podr'ozy. Marger nie zdawal sie chcie'c slysze'c, ani rozumie'c.

Z glowe sparta na reku, namarszczony, nie poruszal sie wcale. Szwentas, kt'ory wiecej do'n 'smialo'sci mial, targnal go za suknia.

— Kunigasiku — rzekl wesolo — czas sie odziewa'c. Matka na was czeka i oglada sie. Hej!

Marger sie ani odwr'ocil.

Z dala przypatrujaca sie temu od namiotu swojego Reda, nie mogac zrozumie'c nieruchomo'sci syna, poczela i's'c ku niemu. Wlepila oczy w niego; on nie spojrzal na nia; dziki jaki's wyraz mial w twarzy.

— Czas w droge, czas! — zawolala do niego.

Milczal, nie zwr'ociwszy nawet oczu ku niej. Nawykla do poslusznych, Reda zarumienila sie, glos jej stal sie nakazujacy, gro'zny.

— Wstawaj! konie za chwile beda gotowe; jedziemy.

Marger dopiero z wolna glowe ku niej podni'osl i glosem, w kt'orym tyle sily bylo i woli, co w mowie matki, odparl:

— Ja nie rusze sie stad.

Na chwile Reda stracila mowe; gniew w niej wrzal, cho'c ten, co sie jej sprzeciwial, byl jedynym jej dziecieciem.

— Co to jest? — zawolala. — Ty?

Marger, nie ruszajac sie z miejsca, milczal, patrzal w inna strone. Ludzie, dokola zgromadzeni, kt'orzy 'swiadkami byli, poczeli sie cofa'c strwozeni. Reda ciagle podchodzila do siedzacego, wreszcie, stanawszy przy nim, szarpnela go za ramie.

— Slyszysz, ty? rozkazuje ci! Wstawaj!

— Nie wstane.

Niewie'scie krew buchnela do twarzy; mimowolnie reka uderzyla po mieczu; mowa ta zuchwala, niemiecko jej i obco brzmiaca, niemal pamie'c zatarla na to, ze chlopak byl synem jej wlasnym.

— M'ow! — krzyknela — czego's sie przeciwko matce zbuntowal?

Po chwili namyslu, Marger ponuro, gro'zno wyjaknal:

— Chce narzeczonej mojej; bez niej stad kroku nie stapie. Zrobili ja Wejdalotka; musza mnie uczyni'c Wejdalota.

Roz'smial sie szydersko.

— Nie p'ojde stad; albo z nia razem do Pillen, albo… bodaj nazad do Krzyzak'ow.

Reda stala bezsilna a gniewna. Gdyby nie byl dzieckiem jej, juz by sie byla pom'scila. Przez my'sl jej przeszlo zwiaza'c go kaza'c i gwaltem uprowadzi'c; lecz, jakby odgadl to, Marger miecz zza siebie, na ziemi lezacy, porwal, z pochew go obnazyl i 'scisnal w reku. Twarz mu tez krwia nabiegla.

— Sila cie wzia'c kaze! — zawolala.

— Ale martwego chyba! — krzyknal chlopak. — Nie dam sie zywym wzia'c. Ty's nie matka moja! nie! Gdyby's nia byla, dziecku by's nie odm'owila tego, o co cie pierwszy raz w zyciu prosilo.

— Czar mu rzucila ta bezecna dziewka! — zawolala Reda — bodaj ja spalil ten ogie'n, kt'orego ma pilnowa'c.

Marger, nie sluchajac, poprawil sie na siedzeniu, miecz sw'oj opatrzyl, plecami sie przyparl do szalasu i jakby do obrony gotowal.

Redzie gniew i b'ol niewie'scie lzy spod powiek wycisnal.

— Gdyby's nie mial znamienia na szyi — krzyknela — i ja bym cie za syna nie znala. Psy te niemieckie serce w tobie przemienili. Krew ci swa wleli. 'Smierdzisz nimi!

— Wiec rzu'c mnie tu — rzekl Jerzy — ja z toba i's'c nie chce; zostane tu; zgine marnie, a nie p'ojde. Kobieta, cho'cby matka, rozkazywa'c mi nie bedzie.

— A ty dla obcej wszetecznicy porywasz sie na nia? — przerwala Reda, rzucajac sie w miejscu i miecz cisnac w reku.

— Ta mi nie obca! nie! ja z nia glodem marlem, po'slubilem ja i nie dam, cho'cby Perkunasowi waszemu.

Na te wzmianke, lekcewazaca Boga, kt'orego dab i oltarz stal w poblizu, ludzie z przestrachem popadali na ziemie; Reda sie cofnela.

Marger uragajaco sie pogladal; wszystko, co slyszal niegdy's o balwanach i falszywych b'ostwach, na my'sl mu przyszlo. Oczy skierowal na kloc, kt'ory stad wida'c bylo, i plunal.

Matka juz nie wiedziala, co pocza'c.

Szcze'sciem zadnego z kaplan'ow nie bylo w poblizu.

W ciagu tej chwili milczenia, Szwentas, kt'ory takze na p'ol juz tylko wierzyl w Perkunasa, odwyklszy od niego, przysunal sie do siedzacego, za rekaw go pociagnal i szepta'c poczal zywo:

— Kunigasiku, co wam? Zginiecie marnie. Dlaczego? dla glupiej dziewczyny? co wam? co wam?

Odepchnal go Marger gro'znym spojrzeniem.

— Precz! — zawolal. — Matki nie slucham, a ty by's mnie mial uczy'c, nied'zwiedziu glupi!

Parobek zgarbil sie, pochylil i wycofal.

Kunigasowa poruszyla sie, zywo chodzac po malej przestrzeni, kt'ora przed nia wolna byla; spojrzala na swoich ludzi. Przez my'sl znowu przej's'c jej musialo — kaza'c go porwa'c gwaltem; ale z oczu czytala ludzi swych, ze moga sie jej sta'c nieposlusznymi. Nawykli byli 'slepo pelni'c jej rozkazy p'oty, p'oki pana nie mieli; teraz ten wydawal sie im prawowitym wodzem. Niewiasta nie miala praw meza, kt'ory byl glowa i panem.

Reda na zamku rozkazywala moze wiecej, jako c'orka Walgutisa, jako zastepczyni jego.

Zwr'ocila sie powolnym krokiem do syna, ostygla juz i prawie zlamana; glos jej drzal. Zlagodniala.

— Marger! dziecko ty moje! — poczela — nie maszze ty dla matki serca? nie ulitujesz sie ty nade mna?

— Litujcie sie wy wprz'ody — odparl surowo syn.

— Nie w mojej mocy jest ci da'c te dziewke — dodala. — Ty nie wiesz, co u nas Wejdaloci znacza. My z nimi walczy'c nie mozemy, ani ich tkna'c; a na czym oni polozyli reke, to juz do nich i do Bog'ow nalezy.

— Ja nic nie wiem! — zawolal Marger — ani ich, ani waszego obyczaju; ale bez Baniuty stad sie nie rusze.

Sila ja we'zcie, wypro'scie, wykupcie, zamie'ncie, na wage zlota ja im zapla'ccie; a ja musze ja mie'c. Nie, to i zycia nie chce!!

M'owil tak stanowczo, tak mesko, z taka sila potezna, iz Reda zamilkna'c musiala. Wiedziala juz, ze go nie pokona.

Stala, wpatrzywszy sie w ziemie; z wodza i pani przed chwila, zmienila sie w slaba i nieszcze'sliwa niewiaste.

Marger glowe podni'osl i dorzucil:

— Baniuta ognia jeszcze nie pilnowala, ani skalki na'n nie rzucila. Jeszcze ona do nich nie nalezy.

Reda, poslyszawszy to, spojrzala ku zagrodzie i poczela i's'c do niej, nie odpowiadajac synowi.

We wrotach wida'c bylo gromade Wejdalot'ow w bieli, kt'orzy z dala sie przypatrywali sporowi temu miedzy matka a synem, nie wiedzac, o co chodzilo.

Konis piekny, jakby przeczuwal co's, stal na przedzie.

Wida'c bylo, jak Reda szybkim krokiem sie zblizyla ku niemu, m'owi'c do'n poczela i razem z nim znikla w zagrodzie. Chlopiec tymczasem, jak wrosly, pozostal na swym siedzeniu. Pille'nscy ludzie, co wczoraj jeszcze lekce sobie wazyli mlokosa, teraz na'n z poszanowaniem patrzali. Nie my'sleli o tym, o co szlo miedzy nim a matka; czuli, ze sile okazal i rozkazywa'c umial. Serca mu to jednalo u tych, co, slucha'c zmuszeni, chcieli przynajmniej m'oc szanowa'c tego, kto rozkazywal.

Szeptali miedzy soba, pokazujac na niego; on miecz sw'oj opatrywal. Skinal na Rymosa, aby mu wody zaczerpnal, a chlopak domy'slny, zamiast niej, miodu mu z beczulki utoczyl.

Wtem ze drzwi zagrody wystapila Reda, zywo reka ku sobie syna wolajac. Marger sie wahal. Czul sie tu moze bezpieczniejszym, lecz i obawy okaza'c nie chcial.

Na ramie wiec wziawszy sw'oj miecz, szedl powoli na zawolanie.

Z dala juz matka wolala do niego glosem podniesionym:

— Nie ma jej tu! odeslano ja gdzie indziej.

— Jest! — zagrzmial Marger, stajac — jest, bom ja widzial przed slo'nca wschodem. Klamia!

Wejdaloci, kt'orzy uslyszeli klam zadany sobie, krzyk ogromny podnie'sli. Wrzawa okolo zagrody powstala gro'zna, jakby na zuchwalca sie rzuci'c chcieli.

Poslugacze Krewuli chwytali juz za wl'ocznie i palki.

Przestraszony tym staruszek, kt'ory nie wiedzial o niczym, kazal sie prowadzi'c ku wrotom.

W tej chwili Konisowi zdalo sie moze, iz caly ten zamet i por'oznienie z Kunigasami dla marnego dziewczecia byl niebezpiecznym. Wychowaniec Krzyzak'ow m'ogl nie poszanowa'c 'swieto'sci i zgorszenia przyczyni'c. Na ostatek i okup nie byl do pogardzenia. Przysunal sie do Redy i szepta'c co's z nia poczal.

Marger stal dumny, oczekujac ko'nca. Pozostal tu przed zagroda sam jeden, bo matka, Krewule, Wejdaloci, wszyscy sie wcisneli na jaki's znak dany do 'srodka zagrody i wrota za nimi zaparto z trzaskiem.

W dolinie wszyscy blizsi i dalsi, kt'orzy wiedzieli, co sie dzialo, lub domy'slali sie tylko, czekali ko'nca. Od ognisk wida'c bylo biezaca stara Jargale, zdyszana, kt'ora oczyma Margera szukala. Powiedziano jej, ze ten sie o c'orke jej upominal.

Spod debu gluchy szmer tylko slycha'c bylo dlugo. Reda nie powracala.

Wtem na wysokim stosie, z kt'orego sie zwykl byl do ludu odzywa'c Krewe lub Krewule, ujrzano z boku powiewajace biale reczniki Wejdalot'ow. Szli na g'ore, wiodac miedzy soba starego, wszyscy w szatach od'swietnych, w wielkich wie'ncach na glowach, z laskami w reku.

Krewule zmeczony pokazal sie na wierzcholku stosu, sparl troche na balasach i dyszal. Lud z calej doliny cisnal sie, pedzil, jak fala wielka, plynal do st'op debu i stosu.

Co zylo, 'spieszylo poslysze'c slowo, kt'ore wyrocznia bylo, gdy je stad gloszono.

Stalo sie milczenie wielkie.

Krewule podni'osl glos, lecz dlugo, dlugo, poslysze'c go nikt nie m'ogl, bo starcowi w piersi tchu braklo. Podnosil tylko reke jedne i obie, laske do g'ory d'zwigal, w niebo patrzal.

Trafem szczeg'olnym, wla'snie gdy sie to dzialo, jedna z tych niespodzianych chmur wiosennych, kt'ore sie prawie w oczach zbiera'c umieja, nadciagnela nad doline, zaslonila slo'nce i gluchy grzmot daleki rozlegl sie po lesie.

Niekt'orzy z ludzi z krzykiem popadali na kolana.

Zamilkli Wejdaloci, str'ozki podrzucily ognia, slup dymu sie wzni'osl nad drzew wierzcholki i wtem odslonilo sie slo'nce, pogoda wr'ocila, jakby cudem.

Konis powtarzal slowa Krewuli, kt'ory uwalnial wzieta dziewczyne na usluge Perkunasa, bo juz wprz'ody innemu 'slubowala, a b'og tylko dziewicze serca na sluzbie swej mie'c moze.

Marger, sluchajac, podni'osl rece obie i czapke do g'ory.

Wrota zagrody otwarly sie szeroko i Reda ukazala sie w nich, za soba wiodac jak ofiare, w bieli juz i sukni Wejdalotki, z kosami zlotymi, idaca Baniute. Zamiast debowego wie'nca str'ozek, miala ruciany na czole. Szla i u'smiechala sie do narzeczonego, kt'ory do niej biec chcie'c sie zdawal.

Stalo sie z nim co's, czego on sam moze nie pojal, az gdy ostygnal, do matki naprz'od po'spieszyl i do kolan jej sie schylil. Schwycila go za glowe.

Pierwszy to byl u'scisk macierzy'nski, w kt'orym i synowskie serce zabilo. Od tej chwili poczuli sie — ona matka, on dziecieciem.

Baniuta, tez upadlszy na kolana, kraj szat jej calowala, a tuz stara Jargala na ziemi sie polozyla, st'op Kunigasowej szukajac.

I plakali a radowali sie. Wtem Reda poczela wola'c, odzyskawszy wladze:

— Na ko'n! do Pillen! do Pillen! lada dzie'n przyciagna Niemcy i zamkna tam nas; ida juz moze. Do Pillen!

Lud caly powt'orzyl ten okrzyk, rzucajac sie do koni.

Wpredce dolina na p'ol opustoszala, a caly orszak Kunigasowej w porzadku dobrym, skupiony, wpo'srodek wziawszy pania, syna jej i narzeczona, i stara jej matke, po'spiesznie gnal znanymi drogi do zamku.

Co dzie'n na zaraniu posylano ludzi na zwiady i powracajacych sluchano.

Krzyzacy gotowali sie cala sila na Pilleny — powtarzali wszyscy. W p'ol drogi dano zna'c, ze 'ow straszny statek olbrzymi, kt'orym od rzeki oblega'c gr'od miano, stal juz prawie gotowy, ze go tylko smolono i zywno's'c do'n zwozono.

Strach jaki's opanowywal wszystkich, nawet mezna Rede, na sluch o tej budowie, kt'ora twierdza przeciwko twierdzy by'c miala.

Nie obawiano sie tyle nagromadzonych wojsk krzyzackich, co bajecznego statku tego, o kt'orego ogromie prawiono straszne rzeczy. Reda w nim widziala zgube swa, on jeden byl dla niej najgro'zniejszy.

Przybywajacy opisywali wielkie jego rozmiary, grube drzewo, z kt'orego byl mocno zbudowany, przygotowane na nim klody, kobylice, proce do ciskania kamieni i ognia.

Jednego wieczora, gdy znowu nadbiegle szpiegi prawily o nim w obozie Redy, Marger sie nagle porwal z siedzenia, jakby go my'sl jaka's wielka natchnela.

— Bezpieczni sa — zawolal — nie spodziewaja sie niczego, nam trzeba l'odki wzia'c, ludu troche zwola'c, smoly i ognia nagotowa'c, spalimy te potwore.

Szwentas, kt'ory sluchal, o'swiadczyl sie noca do przystani doprowadzi'c.

Lecz nazajutrz okazalo sie, te statek byl juz na rzece.

Marger od my'sli swej nie odstepowal.

— Spali'c go musimy — wolal — to im ochote odejmie, a nim drugi zbuduja, czas zyskamy, i go'scie sie ich rozjada.

Reda godzila sie na podpalenie statku, lecz gdy syn o'swiadczyl sie, ze sam poprowadzi tych, kt'orych wyprawi'c miano, puszcza'c go nie chciala.

Chlopak obstal przy swoim.

— To moja pierwsza pr'oba — m'owil — czuje, ze mi sie powiedzie. Musze i's'c. Ze Szwentasem nie boje sie niczego. Ten, co mnie tu potrafil przyprowadzi'c, bedzie wiedzial, jak pocza'c, by'smy cali uszli.

Uradowany Szwentas w piersi sie bil i przysiegal, ze dokaza tego, iz statek zapala, a sami wr'oca do Pillen nietknieci.

Musiala sie Reda zgodzi'c na pro'sby i nalegania syna, dumna tym bedac, iz meznym sie okazywal, a przeciw Niemcom zajadlym.

Obawiala sie tego, aby ich potega nie odjela mu odwagi.

Z zapalem niezmiernym rzucil sie drugiego dnia Marger ze Szwentasem i lud'zmi w bok lasami ku miejscu, gdzie sie statek mial znajdowa'c. Na wyjezdnym tylko, zegnajac narzeczona, przyprowadzil ja do matki i w rece jej oddal.

— To m'oj skarb — rzekl — strzezcie go dla mnie, bo bez niego zycie mi niemile, a dla niego jam je da'c got'ow.

Reda przycisnela do piersi dziewczyne, z kt'ora sie juz w drodze pojednala i pokochala ja. Zmieklo jej serce. Od czasu, jak syn poczul sie dow'odca i glowa rodu, ona wiecej matka by'c chciala. Wracala na to stanowisko, do kt'orego byla zrodzona, z kt'orego ja zemsta za krew meza i za syna wyrzucila.

Oddzial jeden z nia skierowal sie wprost ku Pillenom, drugi gaszczami las'ow, przez niedostepne dla innych trzesawiska i blota, sunal sie ku Niemnowi, coraz rosnac i powiekszajac sie po drodze. Marger tez w ciagu tej wyprawy z wyrostka i chlopiecia na meza i dow'odce dojrzewal. Bilo w nim serce, palila sie glowa, goraczka mlodzie'ncza dawala mu jasnowidzenia, a ludzie sie wydziwi'c nie mogli, a Szwentas radowal sie Kunigasikowi, rece jego calujac.

Dlugo musiano wypatrywa'c chwili dogodnej. Kupka ich w trzcinach i sitowiach, ze skrytymi cz'olnami, stala tuz pod bokiem Niemc'ow niepostrzezona, az Szwentas przybiegl dnia jednego i oznajmil, ze czas byl statek podpali'c, bo przy nim ludzi zostawiono niewielu, a dno jeszcze smolono.

Napad nagly powi'odl sie szcze'sliwie, a nim Krzyzacy opamietali sie, by chwyta'c i 'sciga'c napastnik'ow, kt'orzy na nich jak z oblok'ow spadli, ich juz nie bylo. Male'nkimi cz'olenkami, pieszo, wplaw potrafili uj's'c pogoni, spogladajac na lune, kt'ora za nimi gorzala.

Marger stad wprost popedzil do Pillen, do kt'orych pilno mu bylo.

Matka, juz sie mu w niczym nie sprzeciwiajac, obiecala wesele. Tam bylo gniazdo jego, tam stala kolebka, tam on obiecywal sobie panowa'c.

W glowie snuly sie juz dumne my'sli. Chcial z wielkim Kunigasem na Wilnie sojusz zawrze'c mocny, sta'c przy nim, aby go tez bronil. To, co widzial i czego sie nauczyl u Krzyzak'ow, pragnal u siebie mie'c i zaprowadzi'c. Zbroje zelazne, miecze stalowe, kusze daleko siegajace, tarcze kowane…

W Pillenach co dzie'n na wiezyce wchodzila Baniuta i patrzala po dolinie, po rzece, na lasy, czy przybywajacych nie zobaczy.

Jednej nocy str'oze przybiegli, dajac zna'c, iz z dala lune pozaru wida'c bylo. Reda odgadla, iz potw'or 'ow niemiecki, co mial zgube przynie's'c Pillenom, plona'c musial.

Na gr'odku rado's'c byla wielka.

Baniuta wdrapala sie na wieze, aby ogniem tym napa's'c oczy. Nazajutrz sie go spodziewala. Nazajutrz od rana przez caly dzie'n stala na g'orze i patrzala, a serce jej bilo i kazdego ptaszka, co przelatywal, pytala:

— Widziale's ty milego? Niesiesz mi sl'owko od niego? Czy je na zielonym li'sciu wyryl, czy ciebie od'spiewa'c nauczyl??

A ptaszki lecialy i nic nie m'owily do stesknionej.

I nic wida'c nie bylo dlugo, az do wieczora.

W wiecz'or rzeka od slo'nca jak ognisty potok 'swiecila cala, a na zlotej jej wstedze czarne sunely robaczki czy cz'olna — rybki czy ptaki wodne?

Baniuta w rece plasnela. — To oni! — I zbiegla w d'ol do matki, a na dachy powlazili ludzie, spojrzeli i 'smieli sie, m'owiac, ze nikogo nie bylo.

Baniuta u wr'ot stala, bo czula, iz Marger przybywal. Serce m'owilo, ze byl coraz blizej; mierzyla nim przestrze'n; slyszala, jak cz'olna przybily do brzegu i ludzie na lad skoczyli.

I r'og sie odezwal. Wybiegli straznicy pana swojego na zamek wprowadzi'c.

Walgutis sam zostal na poslaniu; opu'scili go wszyscy, zapomnieli o starym, bo dawno znaku zycia nie dawal.

Teraz co's w nim zagralo. Krew?… Powialo na'n wiosna i mlodo'scia, jakby wlasna.

Krzyknal rozpaczliwie. Sam byl! Nikogo!

Dopieroz tym jekiem zbudzeni nadbiegli do'n. Starzec, niemowa, co spal jak bobak od dawna, chcial wstawa'c. 'Smieli sie z niego.

Wyciagnal rece chude, ko'sciste nogi obnazyl, pie'scia kamienna bil, rozkazujac sie prowadzi'c.

Musieli.

Sk'ore nied'zwiedzia zarzucili mu na ramiona nagie. Slanial sie na nogach, lecz szedl. Szedl dyszac, pchal do wr'ot, kazal sie nie's'c, d'zwigal. Twarz wybielala i martwa, trupia, odzyla, tylko ust tych, wiecznie otwartych, zamkna'c nie m'ogl. Jak widmo z drugiego 'swiata, stanal za Reda w progu, wla'snie, gdy Marger z otwartymi ku niej i narzeczonej biegl rekoma.

Z piersi starca jek sie wyrwal niezrozumialy a potezny; wolal go do siebie. Chude obrosle rece wyciagnal, pochwycil chlopca w objecia, glowe siwa polozyl na jego ramieniu — i skonal.

Ostatni oddech starca, co zycie cale walczyl z wrogami i nienawi'scia ich konal lat tyle, wstapil w piersi wnuka.

Gdy Reda obejrzala sie na to straszne zjawisko, Walgutisa musieli juz ludzie podnie's'c na rekach, stezalego, zimnym trupem.

I co wraca'c mieli na gr'odek z pie'snia radosna, wszyscy zanucili raude, bole'sci pelna i lez, stara raude, z kt'ora od wiek'ow Litwe na stos wiedziono.

Szli wszyscy za zwlokami do domu, a wielka rado's'c obr'ocila sie w lzy i smutek. Z calego grodu zbiegali sie ludzie, dopytujac o starego, kt'ory cho'c tyle lat konal, zawsze go czu'c bylo, zawsze jeszcze z niego czasem zycie jak plomie'n buchalo jasny.

Poczal sie wiec obrzed pogrzebowy, wedle prastarego obyczaju.

Zlozono zwloki na zwyklej po'scieli, kt'ora sie teraz stala — 'smiertelna (patalas) — wtoczono beczke alusu i otwarto drzwi, aby wszyscy nieboszczyka mogli raz ostatni pozdrowi'c.

Stare niewiasty poczety obmywa'c cialo i wdzialy na nie dluga koszule, z dawna przygotowana, wlozono mu wizos (chodaki) na nogi i posadzono trupa na lawie, w rogu izby, ostawiwszy palkami, kt'orych dawniej w boju uzywal, a dzi's one go podtrzymywaly.

Tlum ludu stal dokola starca, czerpal z beczki, przepijal do nieboszczyka i 'spiewal:

— Pijemy do ciebie, panie mily, dlaczeg'oze's umarl? czemu's nas osierocil?

Kazdy po swojemu pozdrawial, nucil i zwrotke ko'nczyl jednakowo:

— Dlaczego's umarl? czemu's nas osierocil?

— Nie mial ze's co pi'c, co je's'c? nie byloz dostatku w domu? nie bylo ci sluzy'c komu? Dlaczego's umarl? czemu ze's nas osierocil?

— Nie mialze's odzienia, sprzetu, pelnych skrzy'n i zasiek'ow? na czym ci w domu zbywalo? Dlaczego's umarl? czemu's nas osierocil?

— Nie mialze's dzieci ukochanych, zony w domu? slug dostatkiem, druh'ow i braci, co cie kochali? Dlaczego's umarl? czemu's nas osierocil?

Marger, kt'ory po raz pierwszy przypatrywal sie pogrzebowi litewskiemu, stal zdumialy i poruszony. Przypominal sobie czarne trumny i zalobne 'spiewy chrze'scija'nskie. Tu wszystko wygladalo i odzywalo sie inaczej.

Z tamtymi umarlymi rozstawano sie, oddajac ich Bogu, na sad jego; tu zegnano jak odjezdzajacych do ojczyzny i praojc'ow.

Izba caly ten dzie'n, cala noc i jeszcze jedne dobe stala otworem, a w niej pito, 'spiewano, wchodzili i wychodzili ludzie, przypatrujac sie nieboszczykowi i placzac u zwlok jego. Blady trup, z usty otwartymi, kt'orych i 'smier'c juz zawrze'c nie mogla, siedzial, jakby u'spiony. Niewiele sie zmienil od zywego.

Tymczasem wszystko przygotowywano do pogrzebu. A ze co chwila spodziewano sie napadu Krzyzak'ow, musiano na wzg'orzu obok zamku stos ulozy'c.

Rano weszly niewiasty znowu i obmyly cialo raz jeszcze, wlozyly odziez biala; przypasano mu miecz, za pas zatknieto siekiere, szyje obwinieto recznikiem, w kt'orego wezel grosz byl wetkniety na droge, i zaczeto, placzac, pi'c na pozegnanie.

Tuz u drzwi stal w'oz pogrzebowy, na kt'orym posadzono trupa, i gromada, dokola stojaca, zaczela duchy zle odpedza'c krzykiem i miotaniem wl'oczniami.

Zanucily placzki, rwac rozpuszczone wlosy. Niedaleki poch'od byl ze zwlokami, bo tuz gotowy stal stos 'smiertelny, ale przy nim braklo gromady kaplan'ow i dwaj ubogo odziani Tilussoni z bliskiej osady musieli sami sluzy'c za innych, i raudy na cze's'c Walgutisa wy'spiewywa'c.

Marger, kt'ory przy pogrzebie dziada powinien byl rej wie's'c, nie umial mu odda'c ostatniej poslugi. Wszystko tu dla'n nowym bylo, obcym, dziwnym, niezrozumialym.

Gdy Walgutisa na wierzcholek stosu d'zwignieto i posadzono na tym tronie, kt'ory wkr'otce plomienie obja'c mialy, musial Marger p'oj's'c go pocalunkiem pozegna'c i na'owczas dopiero Tilussoni ogie'n w czterech rogach podlozyli.

Reda, kt'orej rozpacz i zal po ojcu byly do szalu posuniete, jekiem napelniala powietrze, rwala wlosy, miotala sie, 'spiewala, padala na ziemie i wszystkim placzkom przewodzila.

Gdy plomienie sie podniosly ku g'orze, poczeli sludzy nie's'c wszystko, co na stosie z umarlym splona'c mialo: calymi koszami wleczono orez, odziez, sprzety, kosztowne naczynia, lupy wojenne. Wszyscy rwali i ciskali w rozzarzone ognisko drogie te skarby, aby duch Walgutisa zabral je z soba na droge, na Anafiel wysoki.

Czwartego dnia, gdy jeszcze nie ostyglo zgliszcze[128], z kt'orego ko'sci zebrano i pochowano w kamiennej mogile na zamku, nadbiegly wie'sci, ze wyprawa krzyzacka juz na Pilleny ciagnela.

Reda, pogrzebem znuzona, lezala chora i znekana. Marger teraz byl glowa rodu i wodzem. Ona pierwsza, 'sciagnawszy sie z loza, pochylila mu sie do kolan.

— Wczoraj bylam matka i pania, dzisiajem[129] sluga! Rozkazuj ty.

Zawolala starszyzne.

— To pan wasz! — rzekla, wskazujac, i powr'ocila plaka'c na swe loze, a Baniuta siadla u n'og, wt'orujac tej bole'sci.

Marger znalazl sie nagle wodzem, panem, i zadrzal w duchu. Ci ludzie patrzali na'n i czekali; on nie wiedzial, co mial rozkazywa'c. Milo's'c dla dziewczecia, kt'ore chcial po'slubi'c, smutek, postrach, potrzeba bylo otrzasna'c z siebie; na nie czasu nie mial; broni'c sie musial.

Z glowa jakby upojeniem zmeczona, wstapil na najwyzszy szczyt, na wieze, aby sie obejrze'c dokola i pozna'c swoje Pilleny. Staly jak wrosle w pag'orek, silne, gro'zne, obronne; a ludzie, co sie u n'og jego mrowili, byli i liczba, i sila, i odwaga do osadzenia grodu starczacy.

Kunigas przypomnial sobie Malborg, mury jego rozlegle, 'sciany kamienne, wiezyce potezne, baszty, w kt'orych 'scianach izby sie mogly pomie'sci'c. Pilleny drewniane wydaly mu sie jakby wielka chata na rozdrozu.

Przypomnial krzyzackie zastepy, lik knecht'ow, oreze ich, zbroje, kusze, machiny, wojenna wprawe i sile, i zadrzal. Stanela mu przed oczyma przyszlo's'c, mordercza walka i bohaterska 'smier'c, nieuchronna.

Albo potrzeba bylo uchodzi'c stad, ocalajac ludzi i siebie, gdzie's w lasy, i otworem zostawi'c granice lub na niej w obronie pa's'c.

Marger dumal; na oczach mu stala Baniuta, szcze'scie, spok'oj, dw'or gdzie's w puszczy i ognisko domowe.

Wtem, gdy stal tak zatopiony w sobie, ta, kt'ora porzucil placzaca na po'scieli, Reda, z rozpalona twarza, z wlosami jeszcze rozpuszczonymi, w sukni poszarpanej, wdrapala sie na wiezyce. Stala chwile niepostrzezona, patrzac z dala na syna — co's wyczyta'c musiala z twarzy chmurnej, targnela go za ramie.

— Ty's tu wodzem teraz — rzekla — co my'slisz czyni'c?

I wzrok w nim utopila.

— Niemiec silny jest — rzekl Marger — my sie tu tak jak Walgutis na tym stosie spalimy.

Reda czekala milczaca.

— Nie obronimy sie — dodal Kunigas.

— Milcz! — przerwala mu matka. — Nie obronimy sie! zginiemy! Tak: ale sie broni'c musimy do kropli krwi ostatniej.

Duch dziada i ojca wstalby z mogily przekla'c cie, i ja bym cie przeklela, gdyby's gniazdo opu'scil ze strachu!!

Gdym na lozu lezala, ogarnela mie trwoga. W matce i synu jedna jest dusza; co's ty pomy'slal, tom ja odczula. Kochasz dziewczyne, chce ci sie szcze'scia, porwalby's ja i zbiegl, a te dziada mogile dal wzia'c bez kropli krwi wrogom?! Ty?!

Marger zadrzal i pobladl; duma rycerska wstapila w piersi jego, duch dziadowski.

— Nie — zawolal Marger — zobaczysz; obroni'c nie potrafimy, ale umrze'c potrafim.

Roz'smial sie u'smiechem nie krzyzackiego wychowa'nca, ale dzikiego czlowieka.

Reda spojrzala mu w oczy.

— M'oj syn jeste's! — szepnela.

Nie obracajac sie juz ku niemu, poczela szybko schodzi'c z wiezy, samym go tu zostawiajac.

Marger w duszy wydal juz byl wyrok na siebie.

— Dzie'n szcze'scia, a potem… 'smier'c!!

Wp'ol wschod'ow siedzial skurczony Szwentas i zaparl mu droge.

— Kunigasiku — odezwal sie — zamek tw'oj niczego; ale to kupa chrustu, nas tu upieka Krzyzacy. Szkoda ludzi i nas szkoda. Co m'owisz, Kunigasiku?

— Z drogi! — krzyknal Marger.

Szedl wprost na podw'orce. Tu stali Bajorasowie jego i dow'odcy, czekajac na'n, posepni. Zobaczywszy pana, odslonili glowy.

— Krzyzacy ciagna — rzekl mlody, przybierajac powage stara. — Pilleny broni'c sie im beda. M'owcie: macie mestwo? Komu go brak, niech stad idzie precz; kto zostanie ze mna, na 'smier'c sie musi gotowa'c.

Stary Wizunas okiem potoczyl po swoich i rzekl glosem spokojnym.

— Raz czlek umiera.

Zaden sie nie ruszyl, o wyj'scie proszac, nie zadrzal nikt.

Marger z nimi razem obszedl okopy dokola. Wszystek lud przyjmowal go rado'snie i kazdy mu powtarzal:

— Raz czlek umiera.

Gotowali sie na 'smier'c wesolo, cho'c wiedzieli, ze pogrzebu i stypy, i pie'sni mie'c nie beda.

Poslano do osady 'sciagna'c tych, co sie schroni'c chcieli, a innym da'c znak, by uszli w lasy.

Marger sam obszedl wnij'scia, bramy, przechody tajemne i rusztowania na 'scianach.

Gotowym bylo wszystko, cho'cby dzi's walka rozpocza'c sie miala. Caly tak wiecz'or zszedl na tych ogladach, na radzie, na stawianiu strazy i badaniu ludzi.

Wizunas pod Margerem wzial dow'odztwo osady. Starzec byl zelazny: malom'owny, bezsenny, surowy do okrucie'nstwa.

W nocy ostrzono topory i osadzano siekiery. Czuwali wszyscy.

Gdy p'o'zno do izby wielkiej powr'ocil Marger, z dala juz 'spiewy go zalecialy. 'Swiecilo w niej wesolo.

Gdy sie drzwi otwarly, obraz niespodziany oczom sie jego przedstawil. Reda odziana 'swiatecznie, Baniuta w wianku dziewiczym i stroju narzeczonej, a dokola dziewczeta nucace pie'sni dziewiczego wieczora.

Matka podeszla do progu.

— Przystr'ojze sie na wesele — rzekla. — Wczoraj pogrzeb, dzi's gody, jutro moze 'smier'c! Pilno ci bylo: bedziesz ja mial.

Marger spogladal na Baniute. Siedziala jak na tronie na wywr'oconej dziezy, z rozpuszczonymi kosami, w wianku, a dziewczeta udawaly placz i 'smiejac sie splataly i rozplataly jej wlosy. Ona sama, nie, jak zwyczaj byl, smutna, rozpromieniona byla i wesola, z u'smiechem tryumfu na ustach. Oczyma rzucila ku niemu.

Chlopak pozdrowil ja tylko wejrzeniem; nie godzilo mu sie w sukni zszarzanej wnij's'c do izby; zniknal.

Pie'sni zalo'sliwe brzmialy dalej wedle obyczaju. Ognisko plonelo wesolo. Reda krzatala sie ze lzami w oczach, a u'smiechem na ustach.

Zalobe miala jeszcze w piersi, a ledwie czas na wesele. Krzyzak'ow jeszcze nie bylo.

I prze'spiewano noc cala, a kto nie szedl slucha'c pie'sni i zapija'c na szcze'scie nowoze'nc'ow, ten siedzial i ostrzyl topory.

Nazajutrz nie bylo Swalgona, co by im blogoslawil, stary Wizunas przepasal sie bialo i wianek wzial na siwe wlosy.

Baniuta siedziala na dziezy znowu, na kolanach jej stal kubek piwa i chleb bialy, druzki cztery kosy zlote przeciagnely przez cztery zlociste pier'scienie i placzac je obciely.

Wstala Baniuta i, kubek do ust poni'oslszy, reszte wylala na progu. Marger czekal jej u stolu. Trzy razy oprowadzono mloda okolo ogniska, nim ja przy nim posadzono. Spojrzala wesolo ku niemu. On siedzial smutny.

— Panku m'oj — szepnela do niego — rozmarszczze czolo, wszak ci to wesele nasze. Mnie by plaka'c przystalo, tobie sie cieszy'c; az mi wstyd, ze smutna by'c nie moge.

— A mnie, ze wesolym by'c nie umiem.

— Dlaczego? — zapytala Baniuta.

— Posluchaj — westchnal Marger. — Gdyby pie's'n nie gluszyla, moze by nas tetent krzyzackich koni dolecial.

— Zawt'orowalby naszej pie'sni.

Spojrzala mu w oczy.

— Panku m'oj! czego's ty smutny? Ja wiem! ja wiem! Wojna idzie na nasze wesele.

Cicho westchnawszy, rzekl mlody:

— Wojna, to nic…

Slowo ostatnie na ustach mu skonalo. Baniuta sie u'smiechnela do'n.

— Panku m'oj! — odezwala sie. — Wszak to obyczaj jest taki, ze pan mlody za wianuszek podarek daje. I ja od ciebie chce daru jednego, wielkiego daru, ale mi przysiac musisz, ze ja go bede miala.

— Dam ci, co zechcesz! — zawolal Marger zywo.

— Przysiaz mi!— powt'orzyla Baniuta.

— Na kogo przysiega'c mam? — smutnie odezwal sie mlody — na obcego Boga mi sie nie godzi, a swoi mnie nie znaja.

— Przysiaz mi na slo'nce i ksiezyc — przerwalo dziewcze — na co chcesz! ale ja chce przysiegi!

Marger reke polozyl na piersi.

— Czego chcesz ode mnie? — spytal — Wszystko bedziesz miala.

Wtem Baniucie za'swiecily oczy, zagorzaly plomieniem; dawne owo dziewcze, w kt'orym mecze'nstwo Niemc'ow wykolysalo ducha, wr'ocilo. Widzial ja taka, jaka byla, nucac litewskie pie'sni na drzewach ogrodu Gmundy.

— Pamietaj — szepnela. — Ja wiem, ja widze!!

Krzyzacy nasz gr'od zdobeda. Wy, szcze'sliwi, padniecie w jego obronie, a ja? ja sobie zycia wzia'c nie potrafie. Gdy przyjdzie ostatnia godzina, panie m'oj! nim sam im dasz zycie, we'z moje!

Zbladl Marger.

— Przysiagle's mi na slo'nce i na ksiezyc — dodala, 'sciskajac reke jego — razem p'ojdziemy na jasny 'swiat drugi, a tam! tam musi by'c wieczne wesele, bo tu byla wieczna meka. A bogi, je'sli sa, sprawiedliwymi by'c musza.

Rozlegajaca sie pie's'n zgluszyla rozmowe.

Szwentas stary, przebrany za wesolego blazna, Keleweze, wtoczyl sie na czworakach do izby.

— Hej! hej! — wolal — to mi wesele! go'sci na nie zjechalo bez liku. Chod'zcie, patrzcie, czy stanie[130] piwa dla nich na przyjecie. Go'scie wkolo, postrojeni, blyszcza na nich szaty zelazne, 'swieca czapki zlocone, rza ich konie we zbrojach.

Ogromny okrzyk za walami Krzyzak'ow zwiastowal.


ïðåäûäóùàÿ ãëàâà | Kunigas | cëåäóþùàÿ ãëàâà