home   |   À-ß   |   A-Z   |   ìåíþ


II

Zamek Marienburski (Malborski), w owym czasie, cho'c do niego jeszcze dobudowywano wiele, cho'c go ko'nczono i powiekszano, stal juz tak wspaniale zarysowany, jakim p'o'zniej widzieli'smy go w majestatycznych ruinach, nim niesmaczna restauracja z nich go do trupiego zycia jakiego's nie d'zwignela.

Na szczycie pag'orka pietrzyl sie Wysoki Zamek, Hochburg, najstarszy z gmach'ow, zawierajacy ko'sci'ol, groby i sale kapitulna; nizej, oddzielone od niego glebokim przekopem, wznosilo sie 'Srednie Zamczysko, w kt'orym zycie powszednie rycerzy krzyzowych sie skupialo; nizej jeszcze, ku legom[24] i Nogatowi, Dolny Zamek zawieral gospodarskie budowle i mieszkania knecht'ow i czeladzi.

M'owiono na'owczas, ze te trzy obronne grody, kt'ore sie staly stolica Zakonu, co sie juz wyrzekl walki z niewiernymi na Wschodzie, polaczone z soba byly, na wypadek niebezpiecze'nstwa, podziemnymi schody[25], kryptoportykami, o kt'orych wnij'sciu[26] i tajemnicach wiedziala tylko starszyzna.

Na codzienne narady, w kt'orych uczestniczyli Wielki Mistrz, Wielki Komtur, Marszalek, Podskarbi, a czasem kilku starszych rycerzy, zbierano sie zwykle na 'Srednim Zamku, w sali zwanej rycerska, kt'orej sklepienie jeden granitowy slup podtrzymywal.

Tu tez nazajutrz o schylku dnia znajdujemy starszyzne na kamiennych lawach dokola siedzaca, przy ogniu na wielkim kominie rozpalonym.

Same plaszcze biale, same postacie rycerskie, ostre, ponurego wyrazu z brwiami najezonymi, z pooranymi policzki, o szerokich ramionach, o piersiach rozroslych, stworzone do noszenia zbroi i nawykle do nich. Niemal braterskie rys'ow ich podobie'nstwo tlumaczylo sie i jedno'scia pochodzenia — bo na'owczas nikogo jeszcze opr'ocz Niemc'ow nie przyjmowano do Zakonu — i szlachecka krwia, i rodzajem zycia, kt'ory jednakowo pietnowal wszystkich.

Kazde jednak z tych meskich oblicz, prawie ksiazeca jaka's duma i wyrazem sily naznaczonych, mialo odrebny charakter, gdy zycie w nich zagralo.

Wielki Mistrz, najblizej stal komina. Byl to maz powazny, lecz nieprzyjemnego wyrazu twarzy. Oko jego biegalo niespokojne, usta gryzl, czolo marszczyl i cho'c byl pomiedzy swoimi, miedzy najzaufa'nszymi, zdawal sie niedowierzajaco na nich spoglada'c.

Nieodstepny, od niedawnego czasu, od zabicia Mistrza v. Orselen przez m'sciwego Endorfa, Kompan, dodany Wielkiemu Mistrzowi, stal z dala u drzwi, z salki tej do mieszkania jego wiodacych.

Byl to najmlodszy ze zgromadzenia, z bystrym wejrzeniem, pieknej rycerskiej postaci chlopak, kt'ory trzymal sie na uboczu, jak gdyby na starszyzne nie zwracajac uwagi, bo do jej narad nie mial prawa naleze'c. Postawiony na strazy, nie m'ogl opu'sci'c stanowiska. Zwano go hrabia v. Henneberg.

Mistrz Luder, opr'ocz niespokojnego oblicza i dumy, jaka mu ksiazece urodzenie dawalo, nie odznaczal sie niczym.

Twarze Wielkiego Komtura, Marszalka i Podskarbiego, dygnitarzy, skladajacych rade tajemna, wiecej mialy wyrazu i dozwalaly sie domy'sla'c, ze wladza wprawdzie byla w reku Mistrza, nie sila kierownicza w glowach tej starszyzny, spokojnej, pelnej sily i wiary w siebie, przejetej wielkim poslannictwem, jakie spelniala.

Opr'ocz Wielkiego Komtura i wymienionych, rycerz Bernard, kt'orego'smy juz widzieli wczoraj, tak odziany jak w kaplicy, tak niby malo znaczacy i bez urzedowego stanowiska, jak wprz'ody, w ciemnym kacie siedzial na lawie, niby 'swiadek niemy i obojetny.

Na twarzy Mistrza Ludera malowalo sie, opr'ocz niepokoju, znudzenie i znuzenie, jakby go na te narade wyrwano, gdy potrzebowal wytchnienia.

Rozmowa, cicho prowadzona, byla niby przygotowaniem do og'olnej.

Komtur pare razy, nim ja rozpoczal, spojrzal na Kompana Mistrza, Henneberga; a widzac, ze skaz'owki, dawane mu oczyma, nie starczyly, zblizyl sie do'n, poszeptal, i — Kompan za pr'og sie z wolna wysunal.

Mistrz Luder niecierpliwie noga popchnal glownia[27], kt'ora sie wytoczyla z komina, obejrzal sie i zamruczal:

— M'owcie; poczynajcie; slucham!

— Najlepiej pono bedzie, gdy Wam te sprawe tajemna, kt'ora dla Zakonu wielkiej wagi by'c moze, opowie i obja'sni brat Bernard — odezwal sie Wielki Komtur, spogladajac ku niemu.

Mistrz, namarszczywszy sie, oczyma gro'znymi rzucil na siedzacego w kacie. Z wyrazu twarzy domy'sla'c by sie bylo mozna, ze tego brata Bernarda nie lubil.

Powolany powstal z wolna, zdajac sie o to niewiele troszczy'c, i krokiem mierzonym przyblizyl sie do zgromadzonych u komina.

Milczano, on sie namy'slal, ale bez troski, zimno; a przystapienie do Wielkiego Mistrza, kt'orego oblicze nieche'c mu zwiastowalo, nie zdalo sie go nic kosztowa'c.

Dziwnie byl pewny siebie.

— M'owcie, bracie Bernardzie! — potwierdzil Marszalek.

— Sprawa wazna — odezwal sie Bernard — nikt lepiej jej nie zna ode mnie. Trzeba co's postanowi'c, czas jest wielki. Idzie o tego chlopaka, ksiazatko litewskie, kt'ore'smy lat temu dziesie'c przeszlo porwali z rak matki i chowali nie bez celu. Jam ocalil go i za moja rada dali'smy mu tu urosna'c, aby z niego, swojego czasu, zrobi'c narzedzie dogodne, kt'ore nam krwi przelewu oszczedzi. Chlopak…

Wielki Mistrz przerwal opowiadajacemu ruszeniem ramion i glowy.

— Niewielka macie zasluge, ze'scie to wilcze dzikie hodowali. Co nam po nim? Bylo mu leb rozbi'c o sosne.

Roz'smial sie pogardliwie brat Bernard, jakby nie poczul szyderstwa.

— Przyda'c sie moze — rzekl obojetnie. — Matka, wdowa, wlada kawalkiem kraju na granicy i ma twierdze mocna, kt'ora zdoby'c nam trudno. Przywiazana jest do dziecka. Kt'oz wie?… Dziecko wychowalo sie w wierze chrze'scija'nskiej i przywiazalo sie do nas; sprzymierze'nca gotowego mamy i lennika. Wszystko to juzci warte kawalka chleba, kt'ory kosztowalo…

Mistrz powt'ornie ramionami ruszyl i roz'smial sie.

— Wolalbym mie'c kilkuset rycerzy i kilka tysiecy ludu na ten gr'odek niz takiego zakladnika. Matka miala czas odbole'c i zapomnie'c o nim; on — zawsze niepewny. Nuz sie tam krew odezwie. Cala ta rachuba dziesieciu kopii nie warta.

Blysnal oczyma. Bernard stal nieporuszony. Wtem Marszalek przem'owil, spogladajac na przemian, to na Mistrza, to na brata Bernarda. W starszy'znie wida'c bylo wielkie poszanowanie dla skromnego owego brata; tylko Mistrz lekcewazaco na'n spozieral.

— Owego czasu, gdy sie nam to dziecie do rak dostalo — rzekl — rada nasza cala byla tego przekonania, ze je nalezy chowa'c i na rycerza sposobi'c. Rzecz zreszta dokonana; dzi's to, co wzieli'smy w spadku, zuzytkowa'c nalezy.

— Nie zataje tego — przerwal spokojnie Bernard — ze nowe sa trudno'sci. Gdzie idzie o sprawe Zakonu, tam i do bledu przyzna'c sie nie wstyd, obowiazek. Chlopak sie hodowal szcze'sliwie az dotad, a teraz wla'snie spr'obowa'c trzeba, czy matka, jakby sie go jej zwr'ocilo, nie okupilaby dziecka ziemi kawalkiem. Pilleny by'smy moze za'n wzieli. Chlopiec tez chrze'scijanin, pobozny, gdyby sie do Litwy dostal, nam by, nie jej, sluzyl.

Wniosek brata Bernarda wida'c starszy'znie calej przypadl do smaku, bo spojrzeli po sobie, jakby mu potakiwali. Wielki Mistrz tylko stal u komina, pogardliwie zamy'slony, nieprzekonany.

— Ja w takie roboty podziemne nie wierze — zamruczal niechetnie — u mnie sila w mieczu, zdobycz w wojnie; z Polska, Litwa, z Pomorzem sporzy'c[28], uciera'c sie na slowa, do Stolicy Apostolskiej chodzi'c na skargi — to sa marne zabiegi. Czas tracimy na to i pieniadze. Na co nam to? Jak dlugi 'swiat i szeroki — na nasze zawolanie; do krzyzowej wojny przeciw poganom biegna rycerze z calych Niemiec, Anglii, Francji, ze wszech kraj'ow chrze'scija'nskich. To nasza sila; innej nam nie potrzeba. Dzie'cmi wojowa'c — mizerna rzecz.

Nikt sie nie sprzeciwil wygloszonemu zdaniu; ale tez potepienia rzuconego na Bernarda nikt nie potwierdzil. Milczaca stala starszyzna, a gdy Mistrz sie ku niej obr'ocil, latwo mu bylo wyrozumie'c, ze, cho'c nie mial jej przeciw sobie, nie mial jej za soba.

— Wszystkie 'srodki dobre, gdy do celu prowadza — po dluzszym milczeniu odezwal sie Wielki Komtur. — Nie gard'zmy i tym, co nam w rece dala Opatrzno's'c.

Mistrz ramionami poruszyl.

— Kto poczal, niech ko'nczy — dodal, spogladajac na Bernarda. — Co sie stalo, nie mozemy odrobi'c.

— Jam w istocie to dziecko ocalil i na nie rachowal — przerwal Bernard.

— Czy'nciez z nim, co chcecie! — nie dajac mu doko'nczy'c, zamruczal Mistrz.

Zwr'ocil sie do komina, jakby twarzy swej nasepionej ukaza'c nie chcial obojetnemu Bernardowi.

— Za poprzednik'ow moich — poczal — cho'c ja im zaslug nie ujmuje, namnozylo sie Endorf'ow. Kazdy chcial by'c panem na swoje[29] reke, kazdy chcial mie'c zaslugi wlasne, tu, gdzie ani sukni, ani konia, ani slawy i znaczenia rycerzowi mie'c sie nie godzilo. Wiec czynil kazdy, co chcial; ale na przyszlo's'c tak nie bedzie.

Bernard odparl powoli:

— Jezeli mi to zarzucacie jako wine, na co cala kapitula nasza dala przyzwolenie, zwolajcie Rade, kazcie mnie sadzi'c. Stane — nie opieram sie; naznaczycie kare, p'ojde na chleb i wode, cho'cby z Endorfem.

Mistrz sie odwr'ocil z twarza wykrzywiona.

— Dosy'c! — rzekl — gdybym chcial, nie potrzebowalbym zezwolenia waszego, aby was sadzi'c. Jakkolwiek wy tu, prosty rycerz, macie jakie's znaczenie nad stan i stopie'n, mieszacie sie do wszystkiego, przewodzi'c chcecie wszystkim; ja — nie boje sie was… nie boje!

Bernard sklonil sie z pokora razem i duma jaka's:

— Nie przywlaszczam sobie tu nic nad to, do czego kazdy z nas rycerzy ma prawo. Wladzy waszej zawsze bylem i jestem podlegly.

To m'owiac, uklonil sie brat Bernard naprz'od Mistrzowi, potem przytomnym, i drzwiami, wiodacymi do wielkiej, pustej jeszcze jadalni, wyszedl. Na kamiennej posadzce slycha'c bylo ch'od jego, kt'orego starcie sie z glowa Zakonu nie przy'spieszylo.

Wielki Komtur, z Marszalkiem najwyzsza po Mistrzu godno's'c piastujacy, z poszanowaniem, lecz bez obawy, zblizyl sie do Ludera, kt'ory jeszcze patrzyl za odchodzacym.

— Wasza Milo's'c — rzekl lagodnie — macie jakie's uprzedzenie przeciw niemu. Obeszli'scie sie z nim ostro. My przywykli'smy go szanowa'c. Ma dlugoletnie i wielkie zaslugi w Zakonie, i te najwieksza, ze, cho'c mu kapitula kilka razy dostoje'nstwa wyzsze ofiarowala, odrzucal je zawsze.

— Tak! — odparl Mistrz — wolal, nie majac ani tytulu, ani obowiazku, do wszystkiego sie miesza'c, podglada'c wszedzie i rzadzi'c potajemnie. Ja nad soba, ani obok siebie, takich skrytych pomocnik'ow nie zniose.

Starszyzna spojrzala po sobie, a Wielki Komtur zapewne dalszy o to sp'or uznal niewla'sciwym, bo zamilkl.

Obr'ot i koniec rozmowy zasepil czolo Luderowi. Czul moze, iz sie niepotrzebnie zdradzil. Ku Marszalkowi sie obr'ociwszy, spytal o przygotowania do wycieczki na Litwe.

Zapewniono go, ze wszystko bylo w gotowo'sci, i ze mroz'ow tylko czeka'c mieli, aby im bloto i trzesawiska stezaly.

Wielki Komtur oznajmil, iz o nadciagajacych ochotnikach z Niemiec przyszly wiadomo'sci.

Wszystkie te uspakajajace nowiny nie potrafily jednak Mistrza rozweseli'c. Pozostal zamy'slony, jakby gniewu przeciwko bratu Bernardowi nie pozbyl sie jeszcze.

Po chwili, przeszedlszy sie po salce raz i drugi, na drzwi do swej kapliczki i sypialni spojrzal — ku temu pamietnemu przej'sciu, w kt'orym Osselena zamordowano — i skloniwszy glowa przytomnym, oddalil sie ku mieszkaniu swojemu. Oczekujacy za progiem Kompan, Henneberg, drzwi mu otworzyl.

Pozostali zabierali sie takze do wyj'scia.

— Niesprawiedliwym jest jeszcze Mistrz wzgledem brata Bernarda — po cichu poczal Podskarbi — malo go zna chyba.

Wszyscy to zdanie potwierdzili glowami.

— Jest to istotnie maz poszanowania godny i najwyzszej dla Zakonu zaslugi — dodal Marszalek. — Drudzy o sobie zawsze pamietaja po trosze — lud'zmi jeste'smy — ten nigdy o niczym nie marzyl, pr'ocz wielko'sci Zakonu, pr'ocz jego dobra, i niemal czlowiekiem by'c przestal, tak w te suknia wr'osl, kt'ora nosi.

— I slawy ani znaczenia dla siebie nie szuka — rzekl Komtur. — Lecz Luder go p'o'zniej nauczy sie lepiej ceni'c.

— A za Bernarda reczy'c mozna — dorzucil, u'smiechajac sie, Marszalek — iz przez to na Endorfa nie wyro'snie i zamiast my'sle'c o zab'ojstwie, sam by sie dal zabi'c dla Zakonu.

Ogie'n powoli przygasal na kominie, starszyzna rozchodzi'c sie zaczela.

Wielkiemu Komturowi na sercu lezalo, iz Bernard odszedl pokrzywdzony i dotkniety niesprawiedliwymi wym'owkami. Z sali rycerskiej udal sie wprost do jego mieszkania — tu go nie bylo.

Izdebka, kt'ora on od dawna mial przywilej sam zajmowa'c, cho'c wielu innych po dwu mieszkali, ogolocona byla ze wszystkiego, co by ja wygodniejsza uczyni'c moglo. Prawdziwie zakonne ub'ostwo w niej sie rozpo'scieralo w'sr'od nagich 'scian, na twardej ceglanej podlodze, ledwie w cze'sci mata z sitowia pokrytej. L'ozko bylo niemal barlogiem, rynsztunek na konia w kacie rzucony, wedle starej reguly, zadna nie 'swiecil blyskotka.

Gdy u innych rycerzy co's zdradzalo jakie's ludzkie upodobanie, fantazja[30] i nalogi; tu czu'c bylo, iz mieszkal czlowiek, dla kt'orego obojetnym bylo wszystko.

Najsurowsze oko nic by przeciwko ostrym prawom pierwotnym, dzi's wielce juz zwolnionym[31], nie dostrzeglo.

Z poszanowaniem tez na te izdebke anachorety[32] wojaka popatrzywszy, Komtur mial sie oddali'c, gdy gospodarz jej sie przyblizyl.

W twarzy jego nie wida'c bylo ani oburzenia, ani gniewu za wyrzadzona mu krzywde. Wracal, zajety widocznie czym's innym, i spostrzeglszy w progu Wielkiego Komtura, z poszanowaniem go pozdrowil. Razem weszli do zimnej celi.

— Bracie Bernardzie! — odezwal sie ra'znie dygnitarz, ton mowie nadajac wesoly — przychodze do was, abym pocieszyl. Luder was nie zna, a wladzy swej jest zazdrosnym; wybaczy'c mu trzeba.

— Z calego serca! — zawolal, u'smiechajac sie, Bernard. — Tu ani o mnie, ani o niego nawet nie chodzi. My'smy sludzy wielkiej sprawy, narzedzia, kt'ore bodaj sie pokruszyly, byle ona zwyciezyla.

— 'Swiecie m'owicie — potwierdzil Komtur — czy'nciez wedle tego.

— Inaczej nie my'sle — odparl Bernard. — Dla mnie gl'owna, ze mi dozwolil w tej sprawie postapi'c, jako zechce. Doprowadze wiec ja do ko'nca, a nie powiedzie sie…

— Dlaczego ma sie nie powie's'c? — spytal Komtur.

Bernard sie namarszczyl troche.

— Dlatego — rzekl — ze w ludzkich sprawach pewnego nie ma nic i ze najpotezniejszego silacza glupie ziarno piasku obali, gdy, nie widzac go, po'slizgnie sie na nim. Tak i ja. Chlopakam chowal, r'osl mi na pocieche, a teraz…

— Chory? wyzdrowieje! — rzekl obojetnie Komtur.

— Szpitalnik nic nie obiecuje; chlopak schnie — odparl Bernard. — Chodze, 'sledze, nic nie wiem, a czuje, co's na te dusze mloda padlo; bo to nie choroba ciala. Zmienil mi sie. Obawiam sie…

Bernard nie doko'nczyl.

Wielki Komtur, chcac sie oddali'c, reke polozyl mu na ramieniu i dodal wesolo:

— A ja o was nie lekam sie bynajmniej, ani o to, co wy przedsiebierzecie. Bad'zcie zdrowi.

Wyszedl.

W izbie prawie zupelnie bylo juz ciemno, lecz drzwi sie zaraz po oddaleniu Komtura otwarly i chlopak wni'osl lampke, otulajac ja rekoma.

— Gdzie Szwentas? — spytal po cichu Bernard. — Wolale's go?

Poslugacz glowa tylko skinal i oddalil sie. Nie siadajac na chwile, wielkimi krokami izbe mierzyl rycerz, widocznie na kogo's oczekujac.

Ilekro'c kroki dawaly sie slysze'c w korytarzu, stawal i ucha nastawial. Wtem drzwi uchylono; mala, gruba, niezgrabna jaka's istota, kt'ora w mroku wiecej do nied'zwiedzia niz do czlowieka, byla podobna, wtoczyla sie, sapiac, do izdebki, zgiela na p'ol, steknela i czekala, jak wkuta w posadzke.

Troche zywiej rozpalajacy sie knot lampy dozwalal sie przypatrze'c tej osobliwej czlowieczej postaci.

Twarz okragla, duza, wesola, opalona, rzadkim wlosem od dolu okryta, nie miala w sobie nic odznaczajacego, opr'ocz wielkiej a pospolitej brzydoty. Nic na nia nie 'sciagalo oczu; bylo to oblicze czlowieka z gminu, zestarzalego w pracy ciezkiej, zahartowanego, przygniecionego i do brzemienia nawyklego.

Szerokie ramiona, grube rece, pier's wydatna, nogi kr'otkie, a jak pnie potezne — calo's'c jaka's przysadzista, niezgrabna, gdyby z jednej ledwie wyciosana sztuki — niewiele po tym p'ol-zwierzeciu spodziewa'c sie dawaly. Na co takiego parobka, kt'orego miejsce bylo przy koniach i stajni, m'ogl rozumny Bernard potrzebowa'c?

Zblizyl sie do'n jednak zywo i spojrzal mu w oczy.

Szwentas nawzajem skierowal na'n wejrzenie i dotad niedostrzezone 'zrenice jego za'swiecily, je'sli nie rozumem, to chytro'scia i przebieglo'scia, kt'ora sie przed panem ukrywa'c nie potrzebowala.

W tym nieforemnym kadlubie mieszkalo jednak co's skrytego, obroslego miesem, zatajonego pod gruba sk'ora.

Zdradzily oczy, kt'ore wnet spu'scil.

Z u'smiechem dziwacznym, w kt'orym bylo i co's pochlebstwa, i co's rado'sci, Szwentas pochylil sie, ujal koniec bialego plaszcza Bernarda i z pokora go pocalowal.

Czekal na rozkazy.

— No, w droge! — odezwal sie Bernard cicho i palec polozyl na ustach.

— Dobrze, ojczulku, w droge to i w droge! — z akcentem jakim's obcym, po niemiecku, lamana mowa, poczal schryply Szwentas, kt'ory 'smial sie ciagle i dlugi rzad malych, ostrych zeb'ow pokazywal. — W droge, to w droge! — powt'orzyl. — Albo to ja sie kiedy choroba skladam, jak drudzy? Ja got'ow zawsze; kij w reke i — ruszam… He? — a dokad? — zapytal sie, ciekawie zerkajac oczyma.

Milczal Bernard.

— Gdyby na Litwe? — szepnal.

— O! o! albo to co? — roz'smial sie Szwentas — jak trzeba, to i na Litwe. Czym to ja tam nie bywal?

— P'oj's'c trzeba, no, i calo powr'oci'c! — dodal rycerz — na tym sztuka. P'oj's'c, rozumnie co trzeba doby'c ludziom z zanadrza, a mnie przynie's'c.

Szwentas sie uderzyl w piersi za odpowied'z cala.

— Ale patrz! patrz — m'owil Bernard — ty bestio litewska, aby ci, na wolno's'c puszczonemu, nie zasmakowalo dzikie zycie i dawny spro'sny obyczaj, aby's mnie nie zdradzil i Zakonu! dobylbym cie spod ziemi i jak psa obwiesil.

Caly sie poruszyl i poskoczyl niemal parobek, slyszac te przemowe. Grube dwie pie'sci podni'osl do g'ory.

— Nie znaciez[33] wy mnie! — zawolal niemal gniewnie. — Albom to ja dla was tam nie chodzil[34], nie raz, nie dwa, a dziesie'c razy, szpiegujac, podpatrujac i donoszac wiernie? Albo to mnie co ta dzicz, te pogany? albo wy mojego zycia nie wiecie, serca nie znacie? Przeciezem sie ja wam sam oddal[35] w rece, aby sie m'sci'c na moich do zywota, p'oki duch w ciele. A toz mnie, powieszonego przez swoich, matka odciela. Zabrali mi moje[36] dziewczyne, spalili chate, wszystko niesprawiedliwie. Oni mi ani bracia, ani krew moja, ale wrogi. Po tom szedl[37] sluzy'c wam.

W lkaniu jakim's sl'ow mu nie stalo i, uspokoiwszy sie dopiero, doko'nczyl:

— Dokad i's'c, ojczulku? Byle ich krew potem poplynela, p'ojde, o! p'ojde!

Bernard sie nie namy'slal. Nachylil sie do parobka:

— Pilleny wiecie? — spytal.

Chlop glowa dal znak i brwiami, ze je znal.

— Siedzi tam…

— Stara Reda, Kunigasowa zona — przerwal Szwentas — ta, kt'orej syna malym chlopieciem porwano i zabito. Baba zajadla za trzech srogich mezczyzn stanie. Tam wle'z'c, to jak w osie gniazdo wpa's'c lub w mrowisku spa'c sie polozy'c.

Bernard spojrzal.

— Nie chce ci sie? — odparl.

Szwentas sie roz'smial, ruszajac barkami szerokimi.

— Ja sie ni os nie boje, ani mi mr'owki straszne — rzekl — a od czego rozum? a na co B'og dal chytro's'c?

I rekoma znak jaki's zrobil przed soba.

— Do Pillen ci trzeba nie tylko p'oj's'c — m'owil rycerz — ale i posiedzie'c moze. Reda musi po synu plaka'c; ma go moze, jak ty, za zabitego; a co by bylo, gdyby zyl?

Szwentas poczal sie 'smia'c.

— Za zywego! o! o! dobry by okup wzia'c mozna! — rzekl, wahajac glowa, i znizyl glos — Zywy czy nie, lada jakiego chlopca jej dobra'c do wieku i do wlosa; po tylu leciech[38] nie pozna.

— Ale go tez moze i nie zabito na'owczas, gdy porwano — odezwal sie glosem powaznym rycerz. — Zwazaj, Szwentas, ze ty… ty… skad sie opowiesz?

— W Pillenach? — rzekl, dumajac parobek — kto to wie, skad wypadnie?

— Opowiadaj sie znad granicy; a kim? — spytal Bernard.

— Kim? a no… zebrakiem, wr'ozbita? wl'oczega? — zamruczal Szwentas.

— Powiesz, ze's po ludziach slyszal, iz wie'sci chodza po krzyzackich zamkach, jakoby gdzie's porwane chlopie wyhodowali i zyje.

Szwentas w rece klasnal.

— Ja im zelge[39], jak nalezy! nie b'ojcie sie! — dodal ze 'smiechem.

Bernard zadumal sie. Dalszy plan potrzebowal namyslu. Nie chcial sie zupelnie zwierza'c swemu p'oldzikiemu poslowi, kt'ory tymczasem bystrymi oczyma zdawal sie mu my'sli dobywa'c z duszy i u'smiechnal sie chytrze.

Bernard przeszedl sie po izbie.

— Do's'c na tym — rzekl — id'z, praw[40], co ci kazano, a bacz pilno, co powie? co sie jej wyrwie z serca? Matka jest.

— Baba jest! — dodal Szwentas — alem ja o niej slyszal. Juz ja zemsta dawno na meza[41] przerobila. Tylko nia dysze za to dziecko jedyne.

— Tym lepiej — przerwal Bernard — a gdy sie dowie, ze zyje?

Szwentas sobie dlo'nmi usta zamknal i glowa a soba zaczal potrzasa'c i rzuca'c. Czy 'smial sie, dziwowal, czy niepokoil — rozezna'c bylo trudno. 'Smial sie, chociaz teraz 'smiech jego mniej byl wesoly i szczery.

Bernard zblizyl sie do'n i powt'ornie wszystko to mu powiedzial, czego po nim wymagal. Chlop glowa potwierdzal kazde slowo, a bystre oczu wejrzenie po'swiadczalo, ze pojmowal dobrze powinno's'c swoje.

Wreszcie zn'ow koniec plaszcza pochwycil i pocalowal.

Pochylil sie potem do samej ziemi, zawr'ocil i wytoczyl z izby.

Bernard pozostal sam. Ani rozmowa z Wielkim Mistrzem, kt'ora innego by zburzyla, ani rozkazy, dane w tak waznej sprawie Szwentasowi, nie odjely mu tego spokoju, kt'ory lata wyrobily, zahartowujac go.

Chodzil i my'slal juz moze o innej sprawie Zakonu, stawajac[42] niekiedy i skupiajac sie w sobie, a czolo pocierajac.

Zastukano do drzwi. Bernard sie zdziwil p'o'znym odwiedzinom; ale poszedl sam otworzy'c. Z wolna i ostroznie wchodzacy o kiju ukazal sie czlek bardzo stary i przygarbiony. Mial na sobie suknia[43] zakonna bez plaszcza, bez krzyza, bez zadnej oznaki; lecz z wejrzenia pozna'c bylo mozna meza, kt'ory sie czul dostojnym, je'sli dostoje'nstwa nie piastowal.

Jak 'snieg biale wlosy wygladaly spod czarnej cieplej czapeczki, kt'orej, wchodzac, nie zdejmowal; kr'otko podcieta broda i wasy siwe okalaly twarz piekna, ale kilku bliznami naznaczona.

Jedna z nich krwawym znamieniem przecinala nos i policzki, druga gleboki d'ol wyryla w skroni. Starzec wl'okl jedne[44] noge za soba na p'ol bezwladna, a ko'scistych rak palce mial ponabrzmiewale i pokrzywione.

Byla to ruina, lecz piekna i obudzajaca poszanowanie. Lica, zmarszczkami okryte, zachowaly wyraz meskiej odwagi i dumy. Mieszala sie do nich gorycz jaka's, kt'ora usta 'sciagala smutkiem i szyderstwem.

Byl to stary, najstarszy z rycerzy krzyzackich na tej ziemi wojujacych, Kurt, hrabia Hochberg, kt'orego mozna rodzina pochodzila znad Renu. Lat temu kilkadziesiat, wskutek familijnych rozterek, po zyciu burzliwym, przybyl on walczy'c tu z pogany i pozostal. Zlamany wojnami, w kt'orych wielokro'c padal na pobojowiskach, szukajac 'smierci, zawsze cudem jakby uratowany, nie mial juz do kogo powraca'c i przyr'osl do swej kamiennej klatki. Bracia chcieli go nieraz obra'c Komturem, Podskarbim, — bylby nawet m'ogl sie o Mistrzostwo ubiega'c; ale jak Bernard brzemiona te odrzucal, i tak prawie jak on czuwal tylko z milo'scia wielka nad losami kolonii tej mieczowej niemieckiej, kt'orej sprawy obchodzily go najgorecej.

Bernard jednak byl czynnym, Kurt juz tylko narzekal i gderal; a wszystko, co teraz nowego stanowiono, wyszydzal. Dawne zaslugi zmuszaly braci do znoszenia go, cho'c nieraz nazbyt gorzka karmil ich prawda.

Stary hrabia rzadko ruszal sie ze swej izby, a w jesiennej i zimowej porze, gdy mu pogruchotane ko'sci dolegaly, siedzial opakowany w futra u komina. Przybycie jego do Bernarda nie bylo bez znaczenia. Domy'slil sie on, ze musialo by'c w zwiazku z wym'owkami czynionymi mu przez Wielkiego Mistrza.

Kurt mial sobie za obowiazek, sadzac, ze brat bole'snie to uczul, przyj's'c mu o'swiadczy'c wsp'olczucie swoje.

— A co! — poczal od progu — a co! Mistrz Luder juz zeby pokazuje! Nie znosi, aby tu kto 'smial co czyni'c, okrom[45] niego! Juz sie do was uwiazal!

Bernard obojetnie podni'osl ramiona.

— Zal mi was! — ciagnal niewyra'znym, bezzebnym glosem stary — zal mi serdecznie! — ale to nie koniec na tym! Stary nasz Zakon, jego prawo i zwyczaje — wszystko mlodzi beda przerabiali, az ze 'swietej reguly zrobia poczwarna.

Reka poczal drzaca wywija'c w powietrzu. Bernard, widzac go z ciezko'scia stojacego na slabych nogach, jedyny stolek mu przysunal. Siadl na'n, stekajac, Kurt.

Gospodarz wiedzial, co go czekalo; musial wyslucha'c wszystkiego, co sie dlugim milczeniem nagromadzilo w zbolalym sercu i glowie Krzyzaka.

— Ja — m'owil, spluwajac i nie dajac sie odezwa'c Bernardowi — pamietam inne czasy, ludzi innych, Zakon pierwszy, taki, jaki on tu z Palestyny przywedrowal… to'c najlepiej powiedzie'c wam moge… do zguby go wloka! Boga nie ma juz u nas; Zakonu malo; rycerstwo rozb'ojnicze; rozpusta! pycha! Im dalej, tym gorzej.

— A ja tak 'zle nie wr'oze jeszcze — zaczal Bernard.

— Bo's sam dobry — przerwal Kurt. — Ja 'zle wr'oze! 'zle! Oczy moje tego juz widzie'c nie beda, ale padnie Zakon, jako mul obladowany zlotem na puszczy, i krucy[46] mu boki wyjedza, wyszarpia wnetrzno'sci.

Bernard chcial stawa'c w obronie Zakonu, starzec go do slowa nie do pu'scil.

— Ty malo starych naszych czas'ow pamietasz — odezwal sie. — Byly to inne, lepsze czasy. Mieszkal w nas duch inny, byli'smy rycerzami Krzyza Chrystusowego i prawdziwymi zakonnikami; dzi's z nas Raubrittery! Szlo sie na wyprawe, odpo'sciwszy wigilia, z pie'snia o Bogarodzicy; nie potrzebowali'smy ani loza wygodnego, ani la'ncuch'ow zlotych na szyje, ani wina w droge, ani kompan'ow i knecht'ow, by za nas nosili ciezary i zbroje. Wszyscy bracia byli r'owni… a dzi's!…

— My i dzi's czujemy sie r'ownymi — rzekl Bernard.

— A patrzajze! — wtracil Kurt. — Skad wziely sie plaszcze szare! Kto sie im ze czterech herb'ow nie wywi'odl, szary nosi'c musi, cho'c szlachcic jest i tak dobry jako i drudzy. Herb herbem; najmezniejszy, gdy niebogaty jest i plec'ow nie ma, szaro go ustroja. A te szaraki lepiej sie odbija od bialych.

Patrzajze! — powt'orzyl, gderzac, stary. — Wielki Mistrz kompana ma; juz ich biali wszyscy mie'c musza, a wkr'otce jednego im bedzie malo. Dawniej pigmentu w wielkie 'swieta kubek dawano dla pokrzepienia, teraz go flaszami po izbach roznosza. Dawniej nikt sukni nawet wlasnej nie mial na grzbiecie; teraz bez la'ncucha bialy nie wynijdzie[47] do go'sci, a u kazdego szkatula stoi dobrze nabita. Nie wolno bylo do niewiasty przem'owi'c; he! teraz starszyzna w mie'scie jawnie milo'snice chowa.

— Ojcze! — przerwal Bernard z wym'owka.

— Bracie m'oj! nie klamie i nie powtarzam; tak ci jest. B'og mi 'swiadek! I m'owie, bo mi serce peka, bo ja 'swiety Zakon Krzyza Chrystusowego kochalem, a Zakonem Beliala brzydze sie.

Westchnal.

— Co za koniec! — zawolal po chwili zadumany, w podloge oczy zgasle wlepiajac — taki jak Templariusz'ow nas czeka! gorszy moze! Kr'olowie na nasze skarby sie zlakomia, Papiez sie wyrodnych dzieci wyrzecze[48].

— Alez my, dzieki Bogu, balwochwalcami i apostatami[49], jak oni, nie jeste'smy jeszcze; — rzekl Bernard.

— Slowem — nie, czynem — juz! — zawolal starzec — kto nie po bozemu zyje, ten sie Boga zapiera.

Zmeczony, odetchnal Kurt i reke do piersi zywo sie poruszajacych przylozyl.

— Dziekuje wam za wsp'olczucie — odezwal sie, z przestanku korzystajac Bernard — ale ja tak bardzo do serca nie biore Ludera. Niech sobie prawi[50] i my'sli, co chce; ja swoje robi'c dalej bede.

— A ja prawi'c swoje — rzekl stary. — I slowo 'smiale zda sie na co's, gdy reki podnie's'c sily nie dozwalaja.

Westchnal i lagodniejszym sie tonem zapytal:

— C'oz! gniew za owego chlopca, kt'orego i po ludzku, i po chrze'scija'nsku wychowali'scie, a uczynili'scie rozumnie! Ten i tego zrozumie'c nie chce.

Roz'smial sie szydersko.

— Jeszcze na biede mi sie rozchorowal! — rzekl Bernard.

— Wyzdrowieje! — odparl obojetnie stary. — W tym wieku choroba nie straszna. Dorasta'c musi wla'snie. Krew zburzona; potrzeba go na ko'n wsadzi'c i da'c mu sie wyhasa'c.

— M'owi Ojciec Szpitalnik, ze juz na konia nie siedzie[51] — smutnie dodal Bernard.

— Da'c go Komturowi kt'oremu, aby troche wiecej mial swobody — zamruczal stary.

— O wszystkim tym juz my'slalem — dolozyl Bernard — radzilem tak samo.

I nie doko'nczyl. Stary nie przywiazywal wielkiej wagi do choroby. Sam tyle przetrwawszy zwyciesko, a uchowawszy zycie, nie m'ogl poja'c tego, by lada choroba gro'zna sie stala.

Pilniej mu bylo gdera'c i zali'c sie na to, co go otaczalo.

Bernard sluchal go wiecej przez poszanowanie, niz gorycz jego podzielajac; dal mu sie wynurzy'c, dal odbole'c; a gdy Kurt ruszyl sie wsta'c, bo mu tu zimno by'c poczynalo, ujal go pod reke i korytarzami do izby jego odprowadzil.

Cicho juz bylo w murach dokola, godzina spoczynku nadchodzila, rycerze biali ukladali sie do snu; czelad'z tylko snula sie jeszcze. Bernard, zamiast powr'oci'c do mieszkania, po kr'otkim namy'sle, wyszedl z zamku w podw'orze i ku Dolnemu, w kt'orym szpital sie znajdowal, podazyl.

Tu bylo mieszkanie Wielkiego Szpitalnika i pomocnik'ow jego; a Bernard wiedzial, ze nie tylko o tej godzinie, ale niemal przez noc cala, gorliwy a zwawy staruszek Sylwester nie kladl sie na spoczynek.

Nie odgadl nikt nigdy chwili, w kt'orej on spal lub sie mial obudzi'c. Wedle starej reguly Zakonu, kladl sie odziany, czesto siadal tylko sie zdrzemna'c i gdy sluzba sadzila, ze zasypial, zjawial sie z lampka w reku przy lozu chorych lub tam, gdzie str'oze ich czuwa'c byli powinni.

Wyb'or Sylwestra na to jedyne w Zakonie dostoje'nstwo, kt'ore bylo powierzane ludziom nieobowiazanym ani sie ze swych czynno'sci tlumaczy'c, ani zdawa'c z grosza rachunku, byl tak szcze'sliwym, tak jednozgodnym, tak usprawiedliwionym; iz nawet ci, co mu zazdro'scili wielkiej swobody, jakiej uzywal, szemra'c przeciwko niemu nie 'smieli.

Bylo to uosobione milosierdzie chrze'scija'nskie. Widok cierpie'n ludzkich zmiekczal mu serce i czynil go nieograniczenie wyrozumialym a lagodnym; a ze czlowiek, bolejac, lacniej sie odkrywa, jakim jest, znal Sylwester ludzi lepiej niz kto inny. A znajac ich, nie oburzal sie na nich, ale litowal sie nad nimi.

Bernard, cho'c w wielu sie rzeczach r'oznil ze Szpitalnikiem, szanowal go jak inni.

Cudem prawie zastal starego w izdebce, kt'ora woniala jakimi's wschodnimi balsamami, a zarzucona byla mn'ostwem grat'ow, sukni, pl'ocien, garnuszk'ow i butelek.

Sylwester spoczywal; lecz cichutki ch'od Bernarda obudzil go — porwal sie zaraz na nogi.

Nawykly do snu przerywanego, nie potrzebowal odzyskiwa'c pamieci; potarl reka po twarzy i 'slady spoczynku z niej zniknely.

— Naprzykrzam sie wam? nieprawdaz? — rzekl, wchodzac, Bernard, — lecz przebaczcie! niepok'oj umie neka o to chlopie.

Szpitalnik rece rozpostarl, dajac do zrozumienia, iz nic pocieszajacego powiedzie'c mu nie moze.

— Nie gorzej mu? — zapytal Bernard.

— I nie lepiej — szepnal stary.

Przybyly badal zachmurzona twarz gospodarza.

— Nie lepiej! nie! — powt'orzyl Sylwester. — Wczoraj jeszcze nie bylem pewnym choroby: czy ze krwi przyszla, czy z ducha? bo sa dwojakie. Dzi's mi sie zdaje, iz nie omyle sie, m'owiac, ze choroba jaka's tesknica…

— Za czym? — podchwycil ciekawie Bernard.

— Odgadna'c trudno — rzekl Szpitalnik — mlodo's'c, wiecie, ma nieodgadnione tajemnice. M'owia we Francji, ze, gdy mlode wina sie burza, stare w beczkach im wt'oruja; ze gdy kwiat na wiciach sie otwiera, sok wyci'sniety z jag'od z tesknicy wre w kadziach.

Urwal nagle.

— M'owcie! m'owcie! — poczal prosi'c Bernard, mocno zajety niedoko'nczona ta mowa.

— Wiecie, kto jest — zaszeptal Sylwester. — Kt'oz wie, czy litewska krew nie kipi w nim, gdy gniazdu przelew grozi?

— Alez nie wie on o sobie! — zawolal Rycerz.

— Nuz, nie wiedzac, poczuwa sie, kim jest?

— Jakze to by'c moze?

— Kt'oz z nas wie, co moze by'c, a co nie moze? — spokojnie odparl Sylwester. — Suut arcana rerum! — rzekl po cichu, jakby sam do siebie.

Bernard sie zadumal.

— Dzi's nie byl tak spokojnym i milczacym jak wczoraj, gdy'smy go widzieli wieczorem — m'owil Szpitalnik. — Chodzil po ciasnej izdebce, jakby sie bil w klatce; na licu mial rumieniec, w oku goraczke. Z dala mi sie zdalo, ze nucil piosenke; ale, gdym go o nia zapytal, nie przyznal mi sie.

Bernardowi brwi sie 'sciagnely.

— Ksiedza mu potrzeba i modlitwy — rzekl — dusza niespokojna. Antoniusza mu po'slemy.

Szpitalnik sie nie sprzeciwil.

Nie m'owili juz, bo kazdy zdawal sie mie'c my'sli inne, a Bernard do celi swej powr'ocil, nie napierajac sie widzie'c mlodego wychowa'nca.


ïðåäûäóùàÿ ãëàâà | Kunigas | cëåäóþùàÿ ãëàâà