home   |   -   |   A-Z   |  


XX

Kt'orego's ranka zjawil sie w mieszkaniu Reny adwokacina.

Pan powie? zapytala, nie patrzac nawet na niego.

Chcialem donie's'c pani pierwszy o waznej nowinie

C'oz sie stalo?

Maz pani zachorowal w handelku 'sniadankowym. Przywieziono go do Sanatorjum.

A!

Wobec tego moze wstrzyma'c dalsze popieranie rozwodu?

Rena miala ochote, a przynajmniej czula, ze nalezy zapyta'c, czy rzeczywi'scie tak 'zle z Bohuszem lecz zasunela sie w jaka's pogardliwa obojetno's'c.

Niech pan robi, jak zechce! odparla znudzonym tonem.

Zaczal jej opowiada'c, jak pan Bohusz w ostatnich czasach zapijal sie elegancko jak codziennie szampany, koniaki i inne trucizny gladko przesuwaly sie do jego organizmu jako on sam widzial pana Bohusza w handelku dobrze podcietego i produkujacego sie przed banda rozta'nczonych przed bufetem go'sci sztuka zapalania papieros'ow w kieszeniach marynarki jako dawno lekarze przepowiadali

Monotonnym glosem obwieszczal wszystko, a Rena, zaszyta w fotel, my'slala jak wstretnym kochankiem bylby ten maly, czupurny czlowieczek, tak metodyczny i 'scisly we wszelkich objawach swoich. I nagle porwala sie ku wyj'sciu. Nie mogla po prostu znie's'c tej my'sli w jego obecno'sci.

Pani jest zajeta? zapytal.

Tak bardzo.

Pozegnal ja i wyszedl zderutowany, ciagle majac w m'ozgu wspomnienie pamietnej sceny w jego gabinecie.

Silna jest! my'slal. Ukryla zn'ow wszystko w sobie. Nawet przedemna sie nie zdradzi bajeczna!

Gdy Rena zostala sama, pr'obowala wzbudzi'c w sobie jakie's wrazenie poslyszana wie'scia. Lecz bylo to napr'ozno. Halski zn'ow przyslonil wszystko. Przechodzac mimo lustra, dojrzala swa twarz i nagle, jakby kto otwarl przed nia ksiege.

Nie miala innego na nia slowa, jak spalona. Zatarly sie w niej rysy i gdyby kto's chcial wyrze'zbi'c teraz jej profil, doznalby pr'oznej meki. Bylo w niej oczekiwanie, nic wiecej, tylko oczekiwanie i bolesno's'c jaka's, a poza tem jeszcze pierwiastek wielkiej czysto'sci, kt'ory przez chmury ohydnych nalecialo'sci z cala potega wrodzonych, nieskazonych namietno'sci wybijal sie na pierwsze miejsce.

Fedra jestem! my'slala Fedra, przez furje zarta!

Innego por'ownania nie miala. Biedna! Malo dostojna, spaczona w tym samosadzie, poha'nbiona przez falsz, bedacy jej dominanta.

Fedra jestem

Dnia tego byla na wskro's przepalona, z oczyma prawie blednemi.

Noc bezsenna ja zzarla i zakre'slila dokola oczu niewidzialna prawie, ale istniejaca siateczke. Dlonie miala suche i zalaskotane, rozpaczliwe i niepewne. Nie przewidywala zako'nczenia dnia. Wyszla na balkon i nagle zdawalo sie jej, iz zdaleka dostrzega Halskiego. Jak szalona cofnela sie. B'ol fizyczny targnal nia cala.

Nie miala cialem sil.

Nad wieczorem zaczal pada'c deszcz goracy, wstretny. Zdawalo sie, iz niesie jakie's przekle'nstwo. W oddali przeciagnal grzmot. Rena chodzila wzdluz pokoju i cala burze, kt'ora gdzie's bardzo daleko szalala, odczuwala w sobie. Z cala szczero'scia w tej chwili przyznala sie, iz kocha Halskiego bez pamieci.

Nawet gdyby chcial

Zatrzymala sie przed szezlagiem, na kt'orym pamietnej nocy tarzali sie oboje w niepotrzebnej namietno'sci. Fala goraca bilo to wspomnienie na nia.

Gdyby chcial

Obrachowala sie z szybko'scia blyskawicy. Czy, dla swego wlasnego zaspokojenia wydostalo sie na jaw z niej to zdanie? Jeszcze byla za trwozna wobec nawalu sil jej nieznanych.

Dla niego bym to uczynila my'slala dla niego i aby go przywiaza'c Taki czlowiek nie potrafi inaczej. A zreszta, czembym go przekonala?

I w obledzie, w uniesieniu bez granic uprzytomnila sobie chwile oddania sie. Dawno wzarte w nia zasady szarpnely nia.

Zbrodnia! Zbrodnia!

Jaka's slodycz serce jej mimo wszystko przejela.

Nie! Nie zbrodnia! Rozkosz jego Moja!

Osunela sie na szezlag ciemno's'c ja ogarnela.

Rozkosz jego moja

I z tej p'ol'swiadomo'sci wypelzalo ku niej wspomnienie inne, my'sl naturalna my'sl o Weychertowej.

Jest tam, u niego, z nim! Zajmuje moje miejsce.

Wydalo sie jej, ze ta tlusta, rozlana kobieta zajela wlasne jej stanowisko.

Jest tam! Z pewno'scia jest tam Jakiem prawem? Tam ja!

Porwala sie. Nawet co's trywialnego przemknelo sie przez nia.

Wyrzuce wyrzuce.

Byla niepoczytalna. Wdziala plaszcz, jaki's tok bez parasola wypadla na ulice. Deszcz przestal pada'c. Pusto bylo tylko w zmytych na ciemno chodnikach drzaly 'swiatelka latarni. Rena pomknela w strone mieszkania Halskiego.

Po co ona tam? Je'sli ja nie!

Czula do siebie wstret chciala by'c od siebie jak najdalej. Zdawalo sie jej, ze to jaka's druga, wysoce jej niesympatyczna, wlecze ja w jaki's nudny, ohydny czas w oddal bezcelowa.

Gdy wydostala sie na ulice, zamieszkala przez Halskiego, nie biegla juz, lecz wlokla sie. Z daleka dostrzegla z'oltawa smuge jego okna. 'Scisnelo sie w niej serce i zalopotalo cale zycie. Gdyby przechodzil ktokolwiek, uczepilaby sie mu u rak, aby nie pozosta'c tu tak sama, jak w po'srodku zmaconej rzeki w potrzaskanem cz'olnie, bez kawalka wiosla w reku. Lecz bylo przerazajaco pusto i tylko tlukly sie jej kroki, mimo ze usilowala przekrada'c sie raczej, a nie i's'c.

Szla po drugiej stronie ulicy i gdy przeciagnela ponuro przed kamienica, zamieszkana przez Halskiego, stanela. R'owno, spokojnie o'swietlone okna jego mieszkania dawaly haslo r'owno urzadzonego wewnetrznego zycia. Nie bylo tam miejsca na poszarpane namietno'sci. Czlowiek, kt'ory poza temi zlotemi storami istnial, nie mial gwaltu niezaspokojonych pragnie'n i potrafil zastapi'c co's jednego drugiem. Pozatem szedl zn'ow dalej niewzruszony prawdopodobnie i got'ow na przyjecie innych wraze'n. Imponujace sa tego rodzaju natury, unormowane i wobec szalejacych od pragnie'n i nateze'n innych istot Cezarowe zajmujacy stanowiska. Zwlaszcza, gdy spalone, dzikie przemykaja obok nich zadze, gdy wicher szarpie 'swiatlami, tlukac je o r'owne szyby ich wnetrza.

'Swiatlo takie szarpane pedzi wla'snie wraz z Rena pod oknami Halskiego.

Zawi's'c, zazdro's'c, zadza, tesknota, uczucie krwawe i dyszace ostatkiem sil wszystko, na co sie zdoby'c jest w stanie kobieta, zapatrzona w jeden punkt, zaklebilo sie juz w niej, gdy szarpnieta, jakby za wlosy w tyl ulicy, zawr'ocila zn'ow i szla przed oknami mieszkania mezczyzny.

Jest w domu! Och!

Wybieglo z niej ku niemu takiem pragnieniem, iz lez w niej nie bylo.

I r'ownocze'snie taranem w nia uderzylo:

Bydle jestem bydle!

Reka drzaca wyciagnela sie ku oknom.

On tam

I zn'ow:

Bydle jestem! Ach! Gdyby sie wychylil, gdyby mnie zobaczyl! Gdyby mi wybuchnal 'smiechem w oczy

Wpila sobie paznogcie w twarz.

Nie szydzil ze mnie w bibljotece nie szydzil przeciwnie bylo to co's wiecej przypomnij sobie

Powstal w jej glowie wir, nie umiala sobie nic przypomnie'c, jak wla'sciwie brzmiala my'sl Halskiego. Wiedziala tylko, ze odeszla z uczuciem, iz jaka's silna reka wyrzuca ja z pewna wzgledno'scia na lodowa, pusta przestrze'n. Poza ta przestrzenia przeciez zostawila jaki's nieznany jej kraj, po kt'orym wily sie plomienie, wystrzelajace z rozpalonych do karmazynowych blask'ow podstaw.

I tam zdalo sie jej, ze byla wla'sciwie jej ojczyzna, rodzimy jej grunt, a ona rwala sie w ten zar i gnano ja precz wolajac wielkim glosem:

Ha'nba! Ha'nba!

Za firankami zlotemi zaczely miga'c jakie's cienie.

Rena szarpnela sie, jak szalona i potem nagle wrosla slupem w ziemie.

Sa tam, sa oboje!

Gama rozpaczy i szalu przeciagnelo po niej. Braklo jej tchu. Nie walczyla o'n. Zdawalo sie jej, ze latwiej skona.

I ona

Czer'n, chl'od, noc ha'nba zeszarpanej milo'sci wlasnej i dziko's'c bioracej g'ore czysto'sci pierwotnych poje'c, kt'ore m'sci'c sie zdawaly rozpasanem, stalowem zatapianiem kl'ow, na schylonym i wytarzanym w prochu oltarzowej karno'sci karku.

Oboje!

Rzecz nieprzewidziana, nieobmy'slona. Oto Rena silnym skr'otem przecina ulice i juz jest w bramie domu.

Tak! Bedzie tak!

Biel stiuk'ow w sieni zalanej elektryczno'scia, czerwony waz dywan'ow, pnacy sie gdzie's z boku uderzenie czarno podlepionej listy lokator'ow i reka jej przypada, chwyta w posiadanie guzik dzwonka. Przywarla sie, oderwa'c sie nie moze, nie chce. Jakby zycie zlaczylo ja z tym tetniacym punktem. Slyszy, jak wibruje ostro, nieuleczalnie. Na apel, na pomoc, na gwalt, od jej palc'ow wola, krzyczy, blaga. Slyszy kroki. Nie rzucaja ja w ucieczke. Przeciwnie, ciskaja pozadaniem, aby te drzwi rozwarly sie czempredzej. Chce najgorszego, chce nawet raz'ow, spadajacych na nia i uprawniajacych ja do padniecia u progu

Oto drzwi, l'sniace od blasku swej 'swiezej powierzchni, otwieraja sie. Halski stoi przed nia.

Patrzy jakby mruzyl oczy on, nie on. Rena zwiera sie z nim oczami. Oboje przez chwile nie rozumieja co ich przygnalo przed siebie. I milcza bo po uplywie tego mgnienia oka zaczyna co's szemra'c, co's sie dobywa'c, co's z najglebszych tajni. Lecz przem'owi'c to nie!

Byle nie to!

I Halski jednym gestem wskazuje jej glab mieszkania.

Ona powoli, bez tchu bez estetyki, bez linij wchodzi, zdajac sie nosi'c na sobie ciezary rzeczy niepojetych, strasznych do kt'orych byla nieprzygotowana zupelnie i nie'swiadoma, jak 'slepiec, kt'oremu przepadl wzrok wtedy, gdy przeczuwal milo'snie cud slo'nca.

Jedno tylko dostrzegla, ze mieszkanie bylo puste i ze nikogo w niem, opr'ocz nich dwojga, w tej chwili nie bylo.


| Kobieta bez skazy | c



Loading...